Piosenka nosi tytuł Kołysanka. Słyszałam ją z milion razy.
Przez całe życie opowiadano mi, że ojciec napisał ją w dniu moich narodzin. Jechał wtedy jakąś teksańską drogą, już po rozstaniu z moją matką. Podobno usłyszał, że ma córkę, usiadł z gitarą i od razu wymyślił piosenkę w pokoju w Motelu 6. Poświęcił temu sześćdziesiąt minut. Ułożył kilka akordów, dwie zwrotki i refren. Pisał muzykę przez całe życie, ale koniec końców zasłynął tą jedną piosenką. Okazał się autorem jednego hitu – ewentualnie dwóch, jeśli liczyć mnie.
Piosenka dobiegała z głośników, kiedy w pierwszym tygodniu czerwca siedziałam na plastikowym krześle w salonie samochodowym. Zrobiło się ciepło, wszystko kwitło, lato zbliżało się wielkimi krokami, co naturalnie znaczyło, że matka znowu wyjdzie za mąż.
To był jej czwarty raz – piąty, jeśli liczyć ojca. Ja go nie liczyłam, ale jej zdaniem byli małżeństwem, o ile można nazwać ślubem ceremonię poprowadzoną na środku pustyni przez kogoś, kogo poznali zaledwie chwilę wcześniej, przy okazji postoju podczas podróży. Matka uważa, że ślub to ślub. Inna sprawa, że wychodzi za mąż z powodów, dla których inni zmieniają kolor włosów: z nudy, z apatii albo po prostu z przekonania, że następny facet naprawi wszystko raz na zawsze. Kiedy byłam młodsza i pytałam o tatę oraz o to, jak się poznali, bo wtedy jeszcze mnie to obchodziło, wzdychała tylko, machając ręką.
– Remy – mówiła. – To były lata siedemdziesiąte. No wiesz.
Matka uważa, że wiem wszystko, ale się myli. Znam lata siedemdziesiąte ze szkoły i z kanału History: Wietnam, prezydent Carter, disco. A o ojcu wiem tylko tyle, że napisał Kołysankę. Odkąd sięgam pamięcią, nieustannie słyszę ją w tle reklam i filmów, na ślubach i w radio, jako obowiązkowy evergreen. Mój ojciec odszedł, ale piosenka, ckliwa, głupia i nijaka, trwa w najlepsze. Przeżyje nawet mnie.
W połowie drugiego refrenu Don Davis z Don Davis Motors wystawił głowę z biura.
– Remy, skarbie, przepraszam, że musiałaś czekać – powiedział na mój widok. – Wchodź.
Za osiem dni Don miał zostać moim ojczymem i tym samym wstąpić do niespecjalnie ekskluzywnego klubu. Spośród mężów matki był pierwszym sprzedawcą samochodów, drugim facetem spod znaku Bliźniąt i jak na razie jedynym z własnymi pieniędzmi. Poznał moją matkę tu, w swoim salonie, kiedy przyszłyśmy kupić nową toyotę camry. Towarzyszyłam matce, bo dobrze ją znam. Od razu zapłaciłaby pełną kwotę, wychodząc z założenia, że cena jest ustalona, tak jak cena pomarańczy albo papieru toaletowego w sklepie. Naturalnie, w salonie wzięliby całą sumę, bo matka jest dość znana i uchodzi za bogaczkę.
Pierwszy sprzedawca był młodziakiem, pewnie świeżo po studiach. Omal nie zemdlał, kiedy matka pomaszerowała prosto do wypasionego tegorocznego modelu i wetknęła głowę do środka, żeby odetchnąć zapachem wnętrza auta prosto z fabryki. Nabrała powietrza w płuca i uśmiechnęła się szeroko.
– Biorę! – obwieściła z charakterystycznym dla siebie teatralnym gestem.
– Mamo – mruknęłam, starając się nie zgrzytać zębami.
Ona jednak wiedziała swoje. Przez całą drogę mówiłam jej, co dokładnie ma powiedzieć i jak się zachować, żebyśmy ubiły dobry interes. Powtarzała, że słucha, chociaż w tym samym czasie bawiła się kratkami nawiewu klimatyzacji i przyciskami do otwierania okien. Jak Boga kocham, właśnie przez to napaliła się na nowy samochód – skoro ja miałam auto, to ona też chciała.
Kiedy zawaliła sprawę, przejęłam pałeczkę. Zasypałam sprzedawcę konkretnymi pytaniami, przez co się speszył i zaczął zerkać na matkę tak, jakbym była tresowanym psem obronnym, którego powinna usadzić. Przywykłam do tego. Kiedy jednak naprawdę zaczął się denerwować, przerwał nam Don Davis we własnej osobie. Szybko zaprowadził nas do gabinetu i w kwadrans zakochał się w mamie. Siedzieli tam i robili do siebie maślane oczy, a ja zdołałam zbić cenę auta o trzy tysiące i jeszcze skłoniłam Dona, żeby dorzucił gratis plan serwisowy, metaliczny lakier i zmieniarkę do płyt CD. Chyba ubiłam najlepszy interes w historii Toyoty, chociaż nikt tego nie docenił. Oczekuje się ode mnie, że ze wszystkim sobie poradzę, bo jestem menedżerką matki, jej terapeutką, złotą rączką, a teraz także organizatorką ślubu. Ale ze mnie szczęściara.
– No więc, Remy… – Don rozwalił się na wielkim obrotowym fotelu za biurkiem.
Usiadłam na dość niewygodnym krześle, które miało skłaniać klientów do szybszego podejmowania decyzji. Wszystko w tym salonie pomagało w praniu mózgów klientów. Taki cel miały karteczki z informacjami dla handlowców, niby przypadkowo rozsiane tam, gdzie każdy mógł je przeczytać. Dlatego też odpowiednio rozplanowano gabinety, żeby łatwo było „podsłuchać”, jak sprzedawca, rzekomo w imieniu klienta, pertraktuje z menedżerem. Do tego dochodził jeszcze fakt, że okno, naprzeciwko którego siedziałam, wychodziło na tę część parkingu, gdzie ludzie odbierali nowiutkie samochody. Co kilka minut jeden z handlowców podchodził do kogoś za oknem, wręczał mu błyszczące kluczyki, a potem uśmiechał się przychylnie, gdy klient odjeżdżał w stronę zachodu słońca, zupełnie jak w reklamach. Dno i wodorosty.
Don usiadł wygodniej w fotelu i poprawił krawat. Był krępym facetem ze sporym brzuchem i z widoczną łysinką na czubku głowy. Kojarzył się ze słowem „zakalcowaty”, ale uwielbiał mamę. Biedaczysko.
– Czego sobie dzisiaj życzysz? – spytał.
– Okej – zaczęłam, sięgając do kieszeni po listę. – Jeszcze raz skontaktowałam się z zakładem krawieckim, masz się zjawić w tym tygodniu na końcowe przymiarki. Na próbnej kolacji weselnej będzie siedemdziesiąt pięć osób, a firma obsługująca przyjęcie spodziewa się ostatniej raty do poniedziałku.
– W porządku. – Otworzył szufladę i wyciągnął z niej skórzaną teczkę, w której trzymał książeczkę czekową, a następnie sięgnął do kieszeni marynarki po długopis. – Ile trzeba dla tej firmy?
Popatrzyłam na kartkę i przełknęłam ślinę.
– Pięć tysięcy – odparłam.
Skinął głową i zabrał się do pisania. Pięć tysięcy było dla Dona jak kieszonkowe. Sam ślub miał go kosztować ponad dwadzieścia tysięcy, ale i to nie zrobiło na nim wrażenia. Jeśli dodać do tego remont w naszym domu, żebyśmy mogli żyć jak jedna szczęśliwa rodzina, dług, który Don darował mojemu bratu za pikapa, oraz koszty życia z moją matką, nie ulegało wątpliwości, że sporo inwestował. Z drugiej strony żenił się po raz pierwszy. Był nowicjuszem, a moja rodzina miała status profesjonalistów.
Wyrwał czek i przesunął go po blacie.
– Co jeszcze? – spytał mnie z uśmiechem.
Ponownie spojrzałam na listę.
– Chyba tylko zespół muzyczny – powiedziałam. – Ludzie od sali bankietowej pytali, czy…
– Wszystko jest pod kontrolą – przerwał mi i pomachał ręką. – Będzie zespół. Powiedz mamie, żeby się nie przejmowała.
Uśmiechnęłam się, bo tego ode mnie oczekiwał. Oboje jednak wiedzieliśmy, że matka wcale nie martwi się weselem. Wybrała suknię i kwiaty, a resztę obowiązków zrzuciła na mnie, twierdząc, że potrzebuje każdej sekundy do pracy nad nową książką. Tak naprawdę jednak nie znosiła szczegółów. Uwielbiała nowe projekty, zajmowała się nimi przez dziesięć minut, a potem traciła zainteresowanie. W całym domu piętrzyły się stosiki rzeczy, które kiedyś ją fascynowały: zestawy do aromaterapii, programy do tworzenia drzew genealogicznych, książki o kuchni japońskiej. Nie brakowało też akwarium o ścianach pokrytych glonami, z jednym ocalałym lokatorem, czyli grubą, białą rybką, która zeżarła wszystkie pozostałe.
Większość ludzi kładła niekonsekwentne zachowanie matki na karb tego, że była pisarką, tak jakby to wszystko wyjaśniało. Moim zdaniem, to zwykła wymówka. Przecież neurochirurdzy też mogą zachowywać się jak wariaci, jednak nikt nie twierdzi, że to w porządku. Na szczęście dla matki nikt nie podziela mojej opinii.
– …już tak niedługo! – Don postukał palcem w kalendarz. – Możesz w to uwierzyć?
– Nie – odparłam, zastanawiając się, jak brzmiała pierwsza część zdania. – To niesamowite – dodałam.
Uśmiechnął się do mnie, a potem popatrzył na kalendarz. Dopiero teraz zauważyłam kilka kolorowych kółek na dacie ślubu, dziesiątego czerwca. Chyba nie było nic dziwnego w tym, że Don tak się entuzjazmował. Gdy poznał mamę, był w wieku, w którym większość jego przyjaciół pogodziła się z myślą, że zostanie kawalerem. Przez ostatnich piętnaście lat mieszkał sam w dużym mieszkaniu tuż przy autostradzie i niemal cały czas spędzał na sprzedawaniu większej liczby toyot niż ktokolwiek w naszym stanie. Teraz, już za osiem dni, nie tylko miał dostać Barbarę Starr, niezwykłą autorkę romansów, ale w komplecie jeszcze mojego brata Chrisa i mnie – i w dodatku się z tego cieszył. To rzeczywiście było niesamowite.
Nagle interkom na jego biurku zabrzęczał donośnie i rozległ się kobiecy głos:
– Don, Jason zgłasza osiem-pięć-siedem, potrzebuje twojego wsparcia. Mam ich wpuścić?
Don popatrzył na mnie i wcisnął przycisk.
– Jasne – powiedział. – Daj mi pięć sekund.
– Osiem-pięć-siedem? – zapytałam.
– To taki slang handlowy – wyjaśnił szybko i wstał.
Przygładził włosy, zasłaniając łysy placek, widoczny tylko wtedy, kiedy siedział. Za oknem, za jego plecami, rumiany sprzedawca wręczał kobiecie z małym dzieckiem kluczyki do nowego auta. Przyjęła je, a dzieciak pociągnął za jej spódnicę, żeby zwrócić na siebie uwagę. Chyba nawet tego nie zarejestrowała.
– Nie chcę cię poganiać, ale…
– Już skończyłam. – Wsunęłam listę do kieszeni.
– Naprawdę jestem ci wdzięczny za to, co dla nas robisz, Remy – oświadczył.
Okrążył biurko i ojcowskim gestem położył rękę na moim ramieniu. Starałam się nie myśleć o wszystkich ojczymach przed nim, którzy robili to samo, mówili to samo i mieli takie same intencje. Każdemu z nich wydawało się, że zostanie na zawsze.
– Nie ma problemu – odparłam, a on zabrał rękę i otworzył przede mną drzwi.
Na korytarzu czekał na nas sprzedawca w towarzystwie osoby, którą określono mianem osiem-pięć-siedem. Najwyraźniej ten kod oznaczał niezdecydowanego klienta. W tym wypadku była to niska kobieta ściskająca w dłoniach torebkę, ubrana w bluzę z aplikacją przedstawiającą kotka.
– Don, to Ruth – powiedział sprzedawca. – Robimy, co się da, żeby załatwić jej nową corollę.
Ruth popatrzyła nerwowo na Dona, na mnie, a potem znów na Dona.
– Ja tylko… – zająknęła się.
– Ruth, Ruth… – przerwał jej Don kojącym tonem. – Usiądźmy na chwileczkę i pogadajmy o tym, co mógłbym dla ciebie zrobić, dobrze?
– Tak jest – przytaknął sprzedawca, lekko popychając kobietę. – Pogadajmy.
– No dobrze – odparła Ruth nieco niepewnie i ruszyła do biura Dona.
Po drodze zerknęła na mnie, jakbym brała w tym udział, a ja ugryzłam się w język, bo miałam ochotę poradzić jej, żeby stąd uciekała, nie oglądając się za siebie.
– Remy – odezwał się Don cicho, jakby to zauważył. – Zobaczymy się później, okej?
– Okej – odparłam i powiodłam wzrokiem za Ruth, kiedy wchodziła do gabinetu.
Sprzedawca pokierował ją do niewygodnego krzesła naprzeciwko okna. Właśnie w tej chwili para Azjatów wsiadała do nowego pikapa. Oboje z uśmiechem poprawiali fotele i podziwiali wnętrze. Kobieta opuściła osłonę przeciwsłoneczną i przejrzała się w lusterku. Odetchnęli głęboko, napawając się zapachem świeżo wyprodukowanego auta, a potem mąż wsunął kluczyki do stacyjki. Odjeżdżając, pomachali obsługującemu ich sprzedawcy. Następne ujęcie: zachód słońca.
– No dobrze, Ruth. – Don usiadł w fotelu. Drzwi się zamykały, więc ledwie widziałam jego twarz. – Jak mogę cię uszczęśliwić?

Byłam już w połowie drogi do salonu sprzedaży, kiedy nagle uświadomiłam sobie, o co prosiła mnie matka. Miałam koniecznie, ale to koniecznie przypomnieć Donowi o wieczornym koktajlu. Jej nowa wydawczyni wpadała dziś do miasta, rzekomo w drodze powrotnej z Atlanty. Tak naprawdę matka spóźniała się z powieścią i wszyscy zaczynali się lekko niecierpliwić.
Wróciłam korytarzem do gabinetu Dona. Drzwi nadal były zamknięte, ale słyszałam za nimi głosy, więc usiadłam na krześle, żeby poczekać.
Zegar na sąsiedniej ścianie był taki sam jak w szkołach: z dużymi, czarnymi cyframi i chwiejącą się wskazówką sekundową. Minęło już piętnaście po pierwszej, a ja, dzień po ukończeniu szkoły średniej, nie szłam na plażę ani nie odsypiałam kaca, jak reszta. Załatwiałam sprawy związane ze ślubem, jak płatny pracownik, podczas gdy matka leżała w swoim łożu królewskich rozmiarów, za opuszczonymi roletami. Jak twierdziła, sen był konieczny dla jej twórczej sprawności intelektualnej. Tyle wystarczyło, żebym znów poczuła nieprzyjemne pieczenie w brzuchu, jak zawsze, kiedy docierało do mnie, jak bardzo idę matce na rękę. Była to manifestacja niechęci albo niezaleczonej choroby wrzodowej, ewentualnie jednego i drugiego.
Muzyka sącząca się przez głośniki w budynku dudniła coraz głośniej, jakby ktoś bawił się pokrętłem natężenia dźwięku. Nagle zaatakowała mnie nowa wersja starej piosenki Barbry Streisand, więc założyłam nogę na nogę i zamknęłam oczy, zaciskając palce na poręczach krzesła. Powtarzałam sobie, że jeszcze tylko kilka tygodni i znikam.
Nagle ktoś opadł ciężko na krzesło po lewej stronie i przy okazji pchnął mnie na ścianę. Rąbnęłam łokciem o listwę profilową i poczułam elektryzujący ból, który przeszył mi całą rękę, docierając aż do palców. Momentalnie się wkurzyłam, i to na serio. Zdumiewające: wystarczy jedno popchnięcie, żeby człowiek dostał szału.
– Co jest, cholera?
Odepchnęłam się od ściany, gotowa urwać łeb głupiemu sprzedawcy, który najwyraźniej postanowił się ze mną zaprzyjaźnić. Nadal rwał mnie łokieć i czułam, że po mojej szyi pełznie gorący rumieniec. To były niepokojące objawy – wiedziałam, do czego jestem zdolna.
Odwróciwszy się, zobaczyłam, że to wcale nie sprzedawca, tylko chłopak mniej więcej w moim wieku, z czarnymi kędzierzawymi włosami i w pomarańczowej koszulce. Uśmiechał się, nie wiedzieć czemu.
– Cześć – powiedział radośnie. – Jak leci?
– Masz jakiś problem? – warknęłam, rozcierając łokieć.
– Problem? – powtórzył.
– Pchnąłeś mnie na ścianę, zasrańcu.
Chłopak zamrugał.
– Mój Boże, co za język – powiedział w końcu.
Popatrzyłam na niego i przyszło mi do głowy, że ma pecha. Trafił na mnie w bardzo kiepskim momencie.
– Wiesz, w czym rzecz? – ciągnął, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie albo o polityce. – Chodzi o to, że widziałem cię w salonie. Byłem przy stoisku z oponami.
Piorunowałam go wzrokiem, on jednak nie przestawał gadać:
– I nagle pomyślałem sobie, że coś nas łączy, jakaś naturalna chemia. Chyba można tak to nazwać. Czułem, że coś wielkiego przydarzy się nam obojgu, bo jesteśmy sobie pisani.
– Tak cię olśniło przy stoisku z oponami? – upewniłam się.
– A ty nic wtedy nie poczułaś?
– Wtedy nie. Ale poczułam coś przed chwilą, jak rąbnąłeś mną o ścianę – odparłam bez zająknienia.
– Zrobiłem to niechcący – wyjaśnił cicho i pochylił się ku mnie. – Doszło do przykrego wypadku. To był niefortunny skutek uboczny entuzjazmu, który ogarnął mnie na myśl, że z tobą porozmawiam.
Patrzyłam na niego. Wokoło rozbrzmiewało radosne brzdąkanie i pitolenie, czyli muzyczka reklamowa Don Davis Motors.
– Kiedy sobie pójdziesz? – zapytałam.
Znowu się uśmiechnął i przeczesał palcami włosy. Muzyczka była coraz donośniejsza. Głośnik nagle zatrzeszczał, jakby miał zaraz spowodować krótkie spięcie. Oboje podnieśliśmy wzrok, a potem popatrzyliśmy po sobie.
– Wiesz co? – powiedział chłopak, wskazując głośnik, który znowu zatrzeszczał, a potem zasyczał i ryknął na pełny regulator. – Od teraz, po wsze czasy… – wycelował palec w urządzenie – …to będzie nasza piosenka.
– Łojezu – jęknęłam.
W tym samym momencie drzwi biura Dona się otworzyły i ze środka wyłoniła się Ruth w towarzystwie handlowca. W rękach trzymała plik dokumentów, a na jej zmęczonej twarzy malowało się oszołomienie typowe dla kogoś, kto właśnie rozstał się z grubymi tysiącami. Dostała za to darmowy breloczek z tombaku.
Wstałam, a chłopak obok również zerwał się z krzesła.
– Czekaj, chcę tylko…
– Don?! – krzyknęłam, ignorując go.
– Masz tutaj.
Chwycił mnie za dłoń i odwrócił ją spodem do góry. Zanim zdążyłam zareagować, wyciągnął z kieszeni spodni długopis i – naprawdę nie żartuję – napisał swoje imię i numer telefonu między moim kciukiem a palcem wskazującym.
– Jesteś nienormalny – powiedziałam, wyrywając rękę z jego uścisku.
Ostatnie cyfry się rozmazały, a długopis spadł na podłogę i wtoczył się pod automat z gumami do żucia.
– Ej, Romeo! – wrzasnął ktoś z salonu, po czym rozległ się wybuch śmiechu. – No chodź, stary, idziemy!
Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Gość grubo przesadził. W klubach zdarzało mi się wylewać drinki na facetów tylko za to, że mnie musnęli, a ten miał czelność chwycić mnie za rękę i coś na niej nabazgrać.
Chłopak obejrzał się za siebie, po czym spojrzał na mnie.
– Do zobaczenia wkrótce – powiedział i uśmiechnął się szeroko.
– Żebyś się nie zdziwił – burknęłam, ale on już odchodził.
Minął pikapa oraz minivana w salonie i wyszedł przez szklane drzwi na zewnątrz, gdzie przy krawężniku czekała poobijana biała furgonetka z silnikiem na wolnych obrotach. Chłopak otworzył tylne drzwi samochodu i już miał wsiąść, kiedy auto gwałtownie ruszyło. Zachwiał się i niemal przewrócił, a wtedy samochód się zatrzymał. Chłopak westchnął, oparł dłonie na biodrach i wzniósł oczy ku niebu, po czym ponownie chwycił klamkę. Usiłował wskoczyć do samochodu, kiedy ten znowu ruszył, tym razem przy akompaniamencie klaksonu. Powtarzało się to przez całą długość parkingu, sprzedawcy chichotali, aż w końcu ktoś wyciągnął rękę zza tylnych drzwi samochodu, którą chłopak zignorował. Palce dłoni się poruszyły, najpierw lekko, potem gwałtownie, aż w końcu chłopak chwycił za nią i wskoczył do środka. Drzwi się zatrzasnęły, klakson znowu zatrąbił i furgonetka opuściła parking, przy okazji waląc tłumikiem o nawierzchnię.
Popatrzyłam na swoją dłoń, na której czarnym tuszem wypisane były cyfry 933-54-cośtam-cośtam oraz jedno słowo pod spodem, zanotowane naprawdę okropnym charakterem pisma. Duże D, rozmazana ostatnia litera. Dexter. Jakie głupie imię.

Po powrocie do domu usłyszałam muzykę klasyczną, która wypełniała dom zawodzącym brzmieniem obojów i jękliwym dźwiękiem skrzypiec. Poczułam waniliowy zapach świec, na tyle drażniący i słodki, że się skrzywiłam. Na koniec dostrzegłam coś, co wszystko wyjaśniało: szlak wyznaczony zmiętymi kartkami, które jak okruchy chleba prowadziły z holu przez kuchnię na werandę.
Bogu dzięki, pomyślałam. Znowu pisała.
Rzuciłam kluczyki na stolik przy drzwiach i pochyliłam się, żeby podnieść papierową kulkę u moich stóp. Rozprostowałam ją w drodze do kuchni. Matka była bardzo przesądna w kwestiach związanych z pracą i pisała tylko na starej, zniszczonej maszynie, którą dawniej woziła po całym kraju, kiedy jeszcze jako wolny strzelec dostarczała artykuły o muzyce dla jednej z gazet w San Francisco. Hałaśliwe urządzenie było wyposażone w dzwoneczek, którego dźwięk rozbrzmiewał za każdym razem, gdy matka dotarła do końca wiersza, i wyglądało jak pozostałość po czasach poczty z Dzikiego Zachodu. Nowiutki drogi komputer przydawał się matce jedynie do stawiania pasjansa.
Kartka w mojej dłoni, oznaczona jedynką w prawym górnym rogu, zaczynała się w typowym dla matki stylu.

Melanie lubiła wyzwania. Dotyczyło to i pracy, i miłości: zawsze stawiała czoło przeciwnościom, gdyż dzięki temu zwycięstwo przynosiło jej większą satysfakcję.
Tego chłodnego listopadowego dnia weszła do hotelu Plaza, po czym ściągnęła chustkę z głowy. Wcześniej nie miała w planach spotkania z Brockiem Dobbinem. Nie widziała go od pobytu w Pradze, kiedy rozstali się w równie nieprzyjemnych okolicznościach jak te, w których się poznali. Teraz jednak, rok później, tuż przed ślubem Melanie, Brock znów zjawił się w mieście, a ona przyszła tu, żeby się z nim spotkać. Tym razem zamierzała wygrać. Była

Była… co? Za ostatnim słowem widniała tylko smuga tuszu, która ciągnęła się aż do dołu wyszarpniętej z maszyny kartki.
Zbierałam porozrzucane papiery, przy okazji czytając to, co matka napisała. W jednej wersji akcja toczyła się w Los Angeles, nie w Nowym Jorku, a w innej Brock Dobbin stał się Dockiem Brobbinem tylko po to, by na następnej kartce wrócić do poprzedniego nazwiska. To były drobiazgi, jednak zawsze trochę trwało, nim matka wpadła w odpowiedni rytm. Potem pracowała niezmordowanie – ostatnią książkę, tak grubą, że mogłaby pełnić funkcję odboju do drzwi, napisała w trzy i pół tygodnia.
Muzyka i stukanie maszyny stały się głośniejsze, kiedy weszłam do kuchni, gdzie mój brat Chris prasował koszulę na kuchennym stole. Solniczkę, pieprzniczkę i serwetnik odsunął na bok.
– Hej. – Odgarnął włosy z twarzy.
Żelazko syknęło, gdy je podniósł, żeby przejechać nim po kołnierzyku, dociskając z całej siły.
– Długo pisze? – zapytałam.
Wyciągnęłam spod zlewu kosz i wyrzuciłam do niego pomięte kartki. Chris wzruszył ramionami, upuścił trochę pary z żelazka i rozprostował palce.
– Chyba ze dwie godziny – odparł.
Zerknęłam za niego, na znajdującą się za jadalnią werandę, gdzie przy świecy zgarbiona nad maszyną matka tłukła w klawisze. Zawsze dziwnie się czułam, gdy ją obserwowałam. Naprawdę mocno waliła w klawiaturę, angażując się całym ciałem, jakby nie nadążała z wyrzucaniem z siebie słów. Potrafiła siedzieć tak przez kilka godzin, by w końcu wyłonić się z werandy z przykurczem palców, obolałym kręgosłupem i co najmniej pięćdziesięcioma stronami gotowego tekstu. Taka objętość powinna chwilowo zadowolić nowojorską wydawczynię.
Usiadłam przy stole i przejrzałam pocztę obok miski z owocami, a Chris odwrócił koszulę i wyprasował jeden mankiet. Robił to naprawdę powoli, do tego stopnia, że zdarzało mi się już wyrywać mu żelazko z rąk. Nie mogłam znieść tego, jak długo prasował kołnierzyk. Powolność to jedyne, czego nie cierpię bardziej od niechlujstwa.
– Ważny wieczór? – zapytałam go.
Pochylał się teraz nad koszulą, całkowicie skupiony na kieszeni.
– Jennifer Anne organizuje przyjęcie – odparł. – Obowiązuje elegancki luz.
– Elegancki luz?
– To znaczy nie dżinsy, ale i nie marynarka – odparł powoli, nadal się koncentrując. – Krawat opcjonalnie. Rozumiesz.
Przewróciłam oczami. Pół roku temu mój brat nawet nie wiedział, co to jest elegancja, już nie mówiąc o eleganckim luzie. Dziesięć miesięcy temu, w dniu swoich dwudziestych pierwszych urodzin, został przyłapany na sprzedaży marihuany. To nie był jego pierwszy zatarg z prawem. Już w liceum odpowiadał sądownie za kilka włamań (ugoda), jedną jazdę pod wpływem (powództwo oddalone) i jedno posiadanie nielegalnych substancji (prace społeczne i wysoka grzywna, mało brakowało, a byłoby gorzej). Ostatnie wykroczenie go jednak załatwiło i trafił do więzienia. Dostał tylko trzy miesiące, ale kara tak go przeraziła, że się pozbierał i znalazł sobie pracę w miejscowym warsztacie samochodowym, gdzie poznał Jennifer Anne, która przyjechała saturnem na przegląd po pięćdziesięciu tysiącach kilometrów.
Jennifer Anne należała do dziewczyn określanych przez matkę mianem „twardych sztuk”, co oznaczało, że nie bała się żadnej z nas i miała w nosie, że o tym wiemy. Była drobną blondynką, bardzo bystrą, co przyznawałyśmy z niechęcią, i w pół roku zrobiła dla mojego brata więcej, niż nam się udało przez dwadzieścia jeden lat. Zmusiła go, żeby się lepiej ubierał, ciężej pracował i prawidłowo wysławiał, a do tego używał nowych słów, takich jak „kontaktowość”, „wielozadaniowy” czy „elegancki luz”. Była recepcjonistką w klinice, jednak przedstawiała się jako „specjalistka biurowa”. W ustach Jennifer Anne wszystko brzmiało lepiej niż w rzeczywistości. Ostatnio usłyszałam, jak mówi o Chrisie „wysokiej klasy specjalista w dziedzinie smarów do urządzeń mechanicznych”, zupełnie jakby robota w warsztacie samochodowym niespecjalnie różniła się od pracy w NASA.
Chris podniósł koszulę z blatu i strzepnął ją ostrożnie przy akompaniamencie dzwonka maszyny matki.
– I co ty na to? – zapytał.
– Wygląda nieźle – przyznałam. – Ale przegapiłeś spore zagniecenie na prawym rękawie.
Spojrzał na fałdkę.
– To cholernie trudne – westchnął i ponownie położył koszulę na stole. – Nie wiem, po co ludzie tak się starają.
– A ja nie wiem, po co ty się tak starasz. Odkąd to musisz nosić wyprasowane rzeczy? Kiedyś wkładałeś spodnie i to był dla ciebie szczyt elegancji.
– Bardzo śmieszne. – Skrzywił się. – I tak byś nie zrozumiała.
– Tak, jasne. Wybacz, panie Mądraliński, zapomniałam, że pozjadałeś wszystkie rozumy.
Wyprostował koszulę, nie patrząc na mnie.
– Chodzi mi o to, że musiałabyś wiedzieć, jak to jest, kiedy chce się zrobić dla kogoś coś miłego – powiedział powoli. – Przez wzgląd na czyjeś uczucia. Z miłości.
– Jezu – jęknęłam.
– No właśnie. – Ponownie podniósł koszulę. Zagniecenie nie znikło, ale nie zamierzałam o tym wspominać. – O tym mówię. Zrozumienie. Związki. To dwie rzeczy, o których, niestety, nie masz pojęcia.
– Jestem królową związków – oznajmiłam z oburzeniem. – A poza tym spędziłam cały ranek na planowaniu wesela mamy. Co to jest, jeśli nie cholerne zrozumienie?
– A jednak… – zaczął, przewieszając koszulę przez ramię, jak kelner ściereczkę – …jeszcze nigdy się poważnie nie zaangażowałaś.
– Co?
– A do tego tak narzekasz i stękasz w kwestii wesela, że trudno tu mówić o zrozumieniu.
Stałam i patrzyłam na niego. Ostatnio nie można było się z nim dogadać, całkiem jakby jakaś sekta wyprała mu mózg.
– Kim ty jesteś? – zapytałam.
– Mówię tylko, że jestem szczęśliwy – odparł cicho. – Chciałbym, żebyś i ty była szczęśliwa.
– Jestem szczęśliwa – warknęłam. Mówiłam szczerze, chociaż zabrzmiało to dość gorzko, bo byłam wkurzona. – Naprawdę.
Poklepał mnie po ramieniu, jakby wiedział lepiej.
– Do zobaczenia – powiedział.
Odwrócił się i ruszył do swojego pokoju.
Patrzyłam za nim, jak niósł nadal pogniecioną koszulę, i dotarło do mnie, że zaciskam zęby, co ostatnio zdarzało mi się zbyt często.
Dzyń!, rozległ się dzwonek maszyny i matka rozpoczęła następny wiersz. Można się było domyślić, że Melanie i Brock Dobbin zapewne zbliżają się do łzawego rozstania. Powieści matki należały do gatunku zapierających dech w piersiach romansów, z akcją w kilku egzotycznych miejscach, z postaciami, które niby miały wszystko, a tak naprawdę nic. Bohaterowie tych książek byli bogaczami o ubogich sercach, i tak dalej.
Stanęłam przy drzwiach na przeszkloną werandę i popatrzyłam na matkę. Podczas pisania znajdowała się w innym świecie. Nawet gdy w dzieciństwie wrzeszczeliśmy i jęczeliśmy, podnosiła tylko rękę i nie odrywając się od pracy, mówiła: „Ciiiiicho”, tak jakby to mogło wystarczyć. Jakbyśmy dzięki temu zdołali zajrzeć do świata, w którym aktualnie przebywała: do hotelu Plaza lub na plażę na Capri, gdzie jakaś elegancka kobieta tęskniła za mężczyzną, którego, jak jej się wydawało, utraciła na zawsze.
Kiedy chodziliśmy do podstawówki, matka w zasadzie była całkiem spłukana. Publikowała tylko artykuły do gazet i nawet to się skończyło, gdy kapele, o których pisała – jak zespół taty, wszystko z lat siedemdziesiątych, czyli to, co nazywa się teraz klasycznym rockiem – przestały grać albo zniknęły z radia. Dostała pracę w lokalnej szkole pomaturalnej, gdzie za marne grosze uczyła pisania. W tamtym czasie gnieździliśmy się w różnych paskudnych osiedlach o nazwach typu Sosnowe Wzgórza albo Leśne Jezioro, choć w okolicy na próżno by szukać jezior, sosen czy lasów. Matka pisała przy kuchennym stole, zwykle wieczorami albo późno w nocy, czasem po południu, i już wtedy jej opowieści były egzotyczne. Zbierała darmowe katalogi z miejscowego biura podróży i wyławiała magazyn „Gourmet” ze stosów w składzie surowców wtórnych, żeby szukać materiałów do pracy. Mój brat dostał imię po jej ulubionym świętym, a moje zainspirował wykwintny koniak reklamowany w „Harper’s Bazaar”. Nieważne, że jadaliśmy makaron z serem Kraft – bohaterowie matki żywili się kawiorem, popijanym szampanem Cristal, odpoczywając w strojach od Diora, podczas gdy nasze ubrania pochodziły z lumpeksu. Matka uwielbiała przepych, choć nigdy nie widziała go na własne oczy.
Gdy pracowała, Chris i ja nieustannie jej przeszkadzaliśmy, doprowadzając ją do szału. W końcu znalazła na pchlim targu zasłonkę z paciorków, którą przymocowała w wejściu do kuchni. Zasłonka stała się dla nas sygnałem rozpoznawczym: jeśli była odsunięta, mogliśmy wchodzić do kuchni. Jeśli jednak koraliki zwisały, matka pracowała i musieliśmy sobie szukać przysmaków i rozrywki gdzie indziej.
Miałam wtedy jakieś sześć lat, bardzo lubiłam muskać palcami paciorki i patrzeć, jak się kołyszą. Wydawały cichutki dźwięk, niczym dzwoneczki. Za nimi nadal widziałam matkę, ale dzięki zasłonce wydawała się wręcz egzotyczna, jak jasnowidzka albo wróżka. Tak zresztą było, ale wtedy jeszcze to do mnie nie docierało.
Większość pozostałości po latach spędzonych w tamtych mieszkaniach już dawno temu przepadła lub trafiła do innych ludzi, jednak paciorkowa zasłonka znalazła się w wielkim nowym domu, jak go nazwaliśmy po przeprowadzce. Matka zawiesiła ją jako pierwszą, jeszcze przed naszymi szkolnymi zdjęciami i reprodukcją ulubionego obrazu Picassa. Zasłonkę można było zahaczyć o gwóźdź, lecz teraz zwisała. Trochę się zniszczyła, ale nadal spełniała swoje zadanie.
Pochyliłam się i zerknęłam na matkę. Ciężko pracowała, jej palce wręcz fruwały, a ja zamknęłam oczy i nasłuchiwałam. Te dźwięki były jak muzyka, którą słyszałam przez całe życie, nawet bardziej niż Kołysanka. Wszystkie te uderzenia w klawisze, wszystkie litery i słowa… Znów musnęłam palcami paciorki i zobaczyłam, że obraz matki zafalował jak na wodzie, lekko się pofałdował i zalśnił, a potem znowu stworzył spójną całość.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 5,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 11,90 zł 13,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 10,90 zł 12,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień
Opcje dostawy:
Paczka w ruchu
Płatność online:
4,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Paczka 48 do domu
Płatność online:
11,90 zł
Płatność przy odbiorze:
13,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej
Płatność online:
10,90 zł
Płatność przy odbiorze:
12,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w paczkomacie InPost
Płatność online:
9,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-2 dni
Opcja dostawy:
Mini paczka do domu InPost
Płatność online:
7,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-5 dni
Opcja dostawy:
Przesyłka kurierska InPost
Płatność online:
13,90 zł
Płatność przy odbiorze:
15,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień
Opcja dostawy:
Kurier DPD
Płatność online:
14,90 zł
Płatność przy odbiorze:
16,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Kołysanka
Autor Sara Dessen
Wydawnictwo HarperCollins
Data premiery 13-01-2016
Ilość stron 304
Oprawa Miękka
ISBN 9788327617033

Napisz recenzję