Scarlett była ruda, ale nie jak marchewka. Jej włosy miały kolor kasztanowaty, głęboki, stanowiły połączenie czerwieni i brązów, przez co zielone oczy wydawały się niemal świetliste. Jej jasną cerę w pierwszych latach naszej znajomości pokrywały piegi; potem, gdy dorastałyśmy, pozostały już tylko na nosie, jakby ktoś rozsypał je dłonią. Prawie pięć centymetrów niższa ode mnie, miała stopy o rozmiar większe i bliznę na brzuchu po wyrostku, która wyglądała jak uśmiechnięte usta. Była piękna w nieświadomy sposób, inaczej niż ja, i zazdrościłam jej tego bardziej, niż się do tego przyznawałam. Dla mnie Scarlett była odmienna, egzotyczna. Ale mówiła, że dałaby wszystko za moje długie włosy i letnią opaleniznę, grube rzęsy i brwi. Nie mówiąc już o moim ojcu, normalnej rodzinie, z dala od Marion i jej wahań nastroju. To był uczciwy układ, ta nasza wzajemna zazdrość; dzięki niej panowała sprawiedliwość.

Zawsze uważałyśmy, że wiedziemy idealnie równoległe życie. W tym samym czasie przechodziłyśmy przez te same fazy; obie lubiłyśmy krwawe filmy i sentymentalne, słodkie obrazki, znałyśmy słowa wszystkich starych piosenek musicalowych, jakie moje rodzice mieli na płytach. Scarlett, bardziej pewna siebie, szybko nawiązywała przyjaźnie, podczas gdy ja, nieśmiała i cicha, trzymałam się z dala od tłumu. Byłam znana jako „Halley, przyjaciółka Scarlett”. Ale to mi nie przeszkadzało. Wiedziałam, że bez niej wystawałabym na przystanku autobusowym z kujonami i Noah Vaughnem. Taki czekałby mnie los, na pewno, gdyby tamtego pierwszego dnia Scarlett nie spojrzała na mnie zza swoich białych okularów i nie zrobiła dla mnie miejsca obok siebie na resztę mojego życia. I byłam jej za to wdzięczna. Bo życie jest brzydkie i trudne, jeśli nie ma się najlepszej przyjaciółki.

Kiedy myślałam o sobie, widziałam tylko kontur w książeczce do kolorowania, ale jeszcze niewypełniony. Były tam wszystkie elementy, na które składa się postać. Ale brakowało barw, wzorów i plam, tego wszystkiego, co składało się na mnie, Halley. Pomogły mi trochę czerwienie i złoto Scarlett, ale wciąż czułam się niekompletna.

 

Przez większość szkoły średniej nie znałyśmy za dobrze Michaela Sherwooda, chociaż wychowaliśmy się na tym samym przedmieściu. Po skończeniu szkoły wyjechał na lato do Kalifornii i wrócił całkiem odmieniony: opalony, wyższy i nagle bardzo przystojny. Od razu stał się obiektem pożądania.

Przez chwilę spotykał się z Ginny Tabor, potem przez kilka miesięcy chodził z Elizabeth Gunderson, czołową cheerleaderką. Ale jakoś nigdy nie pasował do grona kapitanów drużyn piłkarskich i kurtek bejsbolówek. Wrócił do kumpli z Lakeview, do których należał jego najlepszy przyjaciel, Macon Faulkner. Czasami widywałyśmy ich, jak późnym wieczorem szli ulicą między naszymi domami, paląc papierosy i śmiejąc się wesoło. Wyróżniali się i nas fascynowali.

Opuszczając tamtą popularną paczkę, Michael Sherwood stał się zagadką. Nie wiadomo było, gdzie jest jego miejsce, a on sam przyjaźnił się ze wszystkimi i pełnił w szkole średniej funkcję stabilizatora. Słynął z kawałów robionych nauczycielom na zastępstwa i zawsze pożyczał od chętnych dolara w zamian za ciekawą opowieść; a opowiadał świetne historie, w najlepszym razie tylko w połowie prawdziwie, ale tak śmieszne, że warte były tych pieniędzy. Pamiętam, że mnie opowiedział o psychotycznych skautkach, które go nękały. Nie uwierzyłam w nią, ale dałam mu dwa dolary, przez co opuściłam lunch. Nie żałowałam.

Każde z nas miało własną historię o Michaelu, o tym, co zrobił, powiedział albo puścił w obieg. Ale najbardziej intrygujące w nim było to, czego nie zrobił; wydawał się taki daleki od reszty z nas, a jednak należał do wszystkich.

Pod koniec każdego roku szkolnego odbywał się pokaz slajdów z nieudanymi zdjęciami, które nie weszły do rocznika. Wszyscy schodziliśmy się do audytorium i oglądaliśmy pojawiające się na wielkim ekranie twarze naszych kolegów i koleżanek, przyjmując wiwatami wizerunki tych, z którymi się przyjaźniliśmy, i wygwizdując tych nielubianych. Na tym pokazie było tylko jedno zdjęcie Michaela Sherwooda, ale dobre: siedział sam na murku w czarnej bejsbolówce, którą zawsze nosił, i śmiał się z czegoś poza kadrem. Za plecami miał zieloną trawę, a nad głową – połać błękitnego nieba. Kiedy ukazał się ten slajd, cały tłum zebrany w sali zaczął wiwatować, klaskać, krzyczeć i wykręcać szyje, żeby zobaczyć jego samego. Siedział na balkonie z Maconem Faulknerem, wyraźnie zmieszany. Ale właśnie był dla nas kimś takim, kimś, kto nas łączył.

 

Na następny dzień, w czwartek, zaplanowano pogrzeb. Po śniadaniu poszłam do Scarlett na drugą stronę ulicy, boso i w uciętych dżinsach, niosąc dwie czarne sukienki, między którymi nie mogłam dokonać wyboru. Brałam udział w pogrzebie tylko raz, kiedy umarł dziadek w Bufflo, ale byłam tak mała, że ktoś mnie ubrał. Teraz to zupełnie coś innego.

– Wejdź! – usłyszałam wołanie Marion, zanim jeszcze zdążyłam zapukać do bocznych drzwi. Siedziała przy kuchennym stole, z filiżanką kawy, przerzucając „Vogue’a”.

– Dzień dobry – powiedziałam, kiedy się do mnie uśmiechnęła. – Czy ona już nie śpi?

– Nie spała prawie całą noc – odparła cicho, odwracając kartkę i popijając kawę. – Kiedy wstałam, leżała na kanapie. Potrzebuje wypoczynku, bo inaczej nie wytrzyma.

Musiałam powściągnąć uśmiech. Te same słowa regularnie słyszałam od Scarlett na temat Marion; odkąd tylko pamiętałam, ich role były odwrócone. Kiedy Marion kilka lat temu wpadła w depresję i piła, Scarlett w koszuli nocnej pukała do naszych drzwi o drugiej w nocy, bo znajdowała Marion nieprzytomną na chodniku przed domem, z odciśniętymi na policzku pęknięciami i rysami betonu. Ojciec wnosił ją do domu, a matka testowała swoje najlepsze metody terapeutyczne na Scarlett, która nic nie mówiła, tylko kuliła się na krześle obok leżącej w łóżku Marion i czuwała nad nią do rana. Ojciec mówił o Scarlett, że jest poważna, a matka twierdziła, że „znajduje się na etapie wyparcia”.

– Hej. – Obejrzałam się i zobaczyłam Scarlett w progu, w czerwonej koszuli i uciętych kalesonach, z włosami potarganymi po bezsennej nocy. – Którą zamierzasz włożyć? – zapytała.

– Nie wiem – odparłam.

Podeszła bliżej, wzięła obie sukienki, a potem, mrużąc oczy, przyłożyła do mnie każdą z nich.

– Włóż tę krótszą – powiedziała cicho i położyła drugą sukienkę na blacie obok misy z owocami. – W tamtej, z okrągłym dekoltem, wyglądasz jak dwunastolatka.

Spojrzałam na sukienkę z okrągłym dekoltem, usiłując sobie przypomnieć, kiedy miałam ją na sobie. Scarlett zawsze pamiętała takie rzeczy: daty, wydarzenia, fakty. Ja wszystko zapominałam, ledwie zapamiętując to, co najważniejsze, z tygodnia na tydzień. Ale ona miała w głowie każdy szczegół, począwszy od tego, w co była ubrana, gdy pierwszy raz się całowała, a skończywszy na imieniu siostry chłopaka, którego poznała na plaży poprzedniego lata; była naszą wyrocznią, wspólną pamięcią.

Otworzyła lodówkę i wyjęła mleko, potem przecięła kuchnię z pudełkiem chrupek pod pachą, po drodze wyjmując ze zmywarki miskę. Usiadła u szczytu stołu, z Marion po lewej stronie, a ja zajęłam miejsce po prawej. Nawet w ich miniaturowej rodzinie, ze mną jako członkiem honorowym, obowiązywały pewne zwyczaje.

Scarlett nasypała sobie płatków, zalała je mlekiem i posłodziła.

– Chcesz trochę? – zapytała.

– Nie – odpowiedziałam. – Jestem po śniadaniu.

Mama zrobiła mi francuskiego tosta, gdy już skończyła plotkować przez płot z najlepszą przyjaciółką, Irmą Trilby, która słynęła z pięknych azalii i niezamykających się ust; słyszałam ją cały ranek przez okno. Pani Trilby dobrze znała panią Sherwood ze Stowarzyszenia Rodzice-Nauczyciele i już była u niej, by złożyć kondolencje. Nieraz też widywała mnie, Michaela i Scarlett, jak razem wracaliśmy z pracy, a którejś nocy zauważyła nawet, że Scarlett i Michael całują się w świetle latarni. Był uroczym chłopcem, powiedziała swoim nosowym głosem. Skosił jej trawnik, gdy Arthur dostał zawału, i zawsze wynajdywał dla niej najlepsze banany w Milton’s, nawet jeśli musiał poszukać na zapleczu. Miły dzieciak.

Moja matka wróciła do domu z nowymi informacjami i przepojona współczuciem zrobiła mi obfite śniadanie, które ledwie tknęłam, podczas gdy ona siedziała po drugiej stronie stołu, z kubkiem kawy w dłoni i uśmiechem, jakby czekała, żebym coś powiedziała. Jakby moja żałoba nabrała dla niej sensu dopiero wtedy, gdy się dowiedziała, że Michael Sherwood kosił trawniki albo wynajdywał najlepsze banany.

– O której jest nabożeństwo? – zapytała Marion, biorąc swoje marlboro light z obrotowej tacy pośrodku stołu.

– O jedenastej.

Zapaliła papierosa.

– Mamy dziś mnóstwo roboty, ale postaram się przyjechać. Dobrze?

– Dobrze – odparła Scarlett.

Marion pracowała w galerii handlowej Lakeview w Fabulous You, wyrafinowanym zakładzie fotograficznym, gdzie cię przebierali i malowali, a potem robili ci zdjęcie, które mogłaś dać mężowi albo chłopakowi. Marion przez czterdzieści godzin w tygodniu szminkowała usta gospodyniom domowym i ubierała je w te same wieczorowe suknie, a następnie ustawiała przed aparatem z kieliszkiem szampana w dłoni, a one seksownie patrzyły w obiektyw. Była to ciężka robota, biorąc pod uwagę niewdzięczny materiał; nie każdy może wyglądać olśniewająco. Często mówiła, że trzeba wyczyniać cuda korektorem i kreatywnym oświetleniem.

Marion odsunęła krzesło i przeciągnęła ręką po włosach; miała okrągłą twarz o zielonych oczach, jak Scarlett, i grube blond włosy, które co kilka miesięcy rozjaśniała. Malowała paznokcie na czerwono, paliła bez przerwy i miała więcej bielizny niż Victoria’s Secret. Kiedy ją poznałam, tamtego dnia, gdy tu zamieszkały, Marion flirtowała z facetami od przeprowadzek, ubrana w spodnie biodrówki, odsłaniający brzuch szydełkowy top i buty na obcasach wysokości co najmniej dziesięciu centymetrów. Nie przypominała mojej matki – ani żadnej innej. Moim zdaniem wyglądała jak Barbie i wciąż mnie fascynowała.

– Cóż – odezwała się przeciągle. Wstała i przechodząc obok Scarlett, zmierzwiła jej włosy. – Muszę się przygotować do ciężkiej harówki. Zadzwońcie do mnie, dziewczynki, jeśli będę potrzebna. Okej?

– Okej – odparła Scarlett i włożyła do ust kolejną łyżkę płatków.

– Do widzenia, Marion – powiedziałam.

– Nie przyjedzie – oświadczyła Scarlett, kiedy matka zniknęła na górze i nad nami dał się słyszeć stukot jej obcasów.

– Dlaczego nie?

– Bo pogrzeby ją dołują. – Rzuciła łyżkę do miski, kończąc jeść. – Zawsze ma jakąś dogodną wymówkę.

Kiedy poszłyśmy na górę do jej pokoju, żeby przygotować się do wyjścia, przysiadłam na łóżku. Było zasłane ubraniami, czasopismami, kocami i pościelą nie od kompletu. Scarlett otworzyła szafę i stanęła przed nią z rękami na biodrach. Marion zawołała z dołu „cześć”; potem rozległo się trzaśnięcie drzwiami i warkot silnika, gdy wycofywała samochód z podjazdu. Przez okno nad łóżkiem zobaczyłam moją matkę, która siedziała na huśtawce na ganku naszego domu, pijąc kawę i czytając gazetę. Kiedy Marion przejeżdżała obok, posłała jej swój „sąsiedzki” uśmiech i wróciła do lektury.

– Nie znoszę tego – powiedziała nagle Scarlett, sięgając do szafy i wyjmując granatową sukienkę z białym kołnierzykiem. – Nie mam ani jednej stosownej rzeczy.

– Możesz włożyć tę moją dla dwunastolatki – zaproponowałam, ale ona się skrzywiła.

– Założę się, że Marion ma coś odpowiedniego – rzuciła nagle i wyszła z pokoju.

Szafa jej matki była wręcz legendarna; Marion podążała za modą i miała naturę chomika, a to najniebezpieczniejsze połączenie.

Wyciągnęłam rękę i włączyłam radio przy łóżku, a potem odchyliłam się do tyłu i zamknęłam oczy. W pokoju Scarlett spędziłam pół życia, rozciągnięta na łóżku ze stosem czasopism „Seventeen” pomiędzy nami, gdy wybierałyśmy sukienkę balową na zakończenie szkoły, czytałyśmy o zapobieganiu trądzikowi i problemach z chłopakami. Po prawej stronie od okna znajdowała się półkami ze zdjęciami: ja i ona na plaży przed dwoma laty, w takich samych czapkach żeglarskich, salutujące żartobliwie do aparatu ojca. Marion w wieku osiemnastu lat na starej szkolnej fotografii, wyblakłej i pomiętej. I wreszcie na końcu, jeszcze nieoprawione, tamto zdjęcie jej i Michaela nad jeziorem. Od mojego wyjazdu na obóz zostało przez nią przesunięte, więc łatwo mogłam zdjąć je z półki.

Poczułam, że coś uwiera mnie w plecy, więc sięgnęłam tam ręką. Był to but z grubą podeszwą, który stawił opór, kiedy za niego pociągnęłam. Zmieniłam pozycję i szarpnęłam ponownie, zastanawiając się, kiedy Scarlett kupiła buty do wspinaczki. Już miałam ją o to zapytać, kiedy nagle but się wyrwał i nagle wszystko się poruszyło, z łóżka wyłoniły się ręce i nogi, czasopisma spadły z obu stron na podłogę. Spod bałaganu wokół mnie ktoś się podniósł, zrzucając czasopisma, koce, pościel. I nagle znalazłam się twarzą w twarz z Maconem Faulknerem.

Rozejrzał się po pokoju, jakby nie bardzo wiedział, gdzie jest. Jasne włosy, obcięte krótko nad uszami, opadały mu kosmykami na oczy. W jednym uchu miał trzy srebrne kółka.

– Co, u...? – wykrztusił, siadając prosto i mrugając. Był spowity w pościel, prześcieradło owinęło mu się wokół ręki. – Gdzie jest Scarlett?

– Na dole – odpowiedziałam automatycznie i wskazałam drzwi, jakby to był dół.

Potrząsnął głową, żeby się obudzić. Nie byłabym bardziej zaszokowana, gdybym zobaczyła w łóżku Scarlett Mahatmę Gandhiego albo Elvisa; nie miałam nawet pojęcia, że zna Macona Faulknera. Oczywiście wszyscy wiedzieliśmy, kto to jest. Wyprzedzała go sława chłopaka o złej reputacji.

Ale co robił w jej łóżku? Bo to przecież nie mogło znaczyć... Nie. Powiedziałaby mi; mówiła mi wszystko. A Marion wspomniała, że Scarlett spała na kanapie.

– Chyba włożę to – usłyszałam głos Scarlett, która nadchodziła korytarzem z czarną sukienką przewieszoną przez ramię.

Spojrzała na Macona, potem na mnie i podeszła do szafy, jak gdyby to, że w jej łóżku o dziesiątej rano w czwartek leży obcy chłopak, było najnaturalniejszą rzeczą na świecie.

Macon opadł na plecy, zakrywając dłonią oczy. Jego but, czy raczej stopa w bucie,  wylądowała na moich kolanach i już tam została. Trzymałam na kolanach stopę Macona Faulknera!

– Poznałeś już Halley? – zapytała go Scarlett, wieszając sukienkę na drzwiach szafy. – Halley, to Macon. Macon, Halley.

– Cześć – powiedziałam i zauważyłam, że mówię dziwnie wysokim głosem.

– Cześć. – Skinął mi głową, jak gdyby nigdy nic, zdejmując nogę z moich kolan. Potem wstał z łóżka, wyprostował się i przeciągnął. – O rany, okropnie się czuję.

– Nic dziwnego – odparła Scarlett tonem przygany, którego używała wobec mnie, gdy zachowywałam się wyjątkowo tchórzliwie. – Strasznie się nawaliłeś.

Macon pochylił się i szukając czegoś, zanurkował pod pościel, podczas gdy ja siedziałam na łóżku i patrzyła na niego. Miał na sobie porwany od dołu biały T-shirt i ciemnogranatowe szorty, no i te buciory. Był wysoki, żylasty i opalony od pracy na dworze przy koszeniu trawników i przycinaniu żywopłotów w naszej dzielnicy. Widywałam go tylko w takich miejscach, a i to z daleka.

– Nie widziałaś...? – zaczął, ale Scarlett już sięgała na szafkę nocną po leżącą tam bejsbolówkę.

Macon wziął ją od niej, po czym włożył na głowę, zmieszany.

 – Dzięki.

– Broszę bardzo. – Scarlett ściągnęła włosy do tyłu, co znaczyło, że myśli. – Podwieźć cię do kościoła?

– Nie – odparł. Podszedł do drzwi z rękami w kieszeniach, przekraczając moje nogi, jakbym była niewidzialna. – Zobaczymy się na miejscu.

– Dobrze. – Podeszła do wyjścia.

– Czy jest bezpiecznie? Mogę wyjść tędy? – zapytał szeptem, wskazując w głąb korytarza, gdzie znajdował się pokój Marion.

– Tak.

Kiwnął głową i zbliżył się do niej niezręcznie, a potem pochylił się, żeby pocałować ją w policzek.

– Dzięki – powiedział cicho tonem, który chyba nie był przeznaczony dla mnie. – Naprawdę.

– Nie ma za co – odrzekła Scarlett i uśmiechnęła się do niego.

Obie patrzyłyśmy, jak się oddala, tupiąc po schodach i potem na dole. Kiedy usłyszałyśmy, że zamyka i otwiera drzwi, zbliżyłam się do okna i oparłam o szybę, czekając, aż pojawi się na chodniku. Mrużąc oczy, zrobił te osiemnaście kroków w stronę ulicy. Po drugiej stronie moja matka podniosła głowę, składając gazetę, i także za nim spojrzała.

– Nie wierzę własnym oczom – powiedziałam głośno, kiedy Macon Faulkner minął kolczaste krzewy i skręcił w lewo, żeby opuścić Lakeview, „dzielnicę przyjaciół”.

– Miał doła - wyjaśniła Scarlett. – Michael był jego najlepszym przyjacielem.

– Nigdy mi nie mówiłaś, że go znasz. Przychodzę do ciebie i zastaję go w twoim łóżku.

– Poznałam go przez Michaela. Nie może się pozbierać, Halley. Ma mnóstwo problemów.

– To jednak trochę dziwne – zauważyłam. – To znaczy, że tu był.

– Potrzebował kogoś – odparła. – To wszystko.

Wciąż odprowadzałam wzrokiem Macona Faulknera, gdy szedł obok ślicznych domów naszego przedmieścia. Zdawał się jakby nie na miejscu wśród szumiących zraszaczy i leżących na chodniku gazet tego ciepłego słonecznego letniego ranka. Nie wiedziałam wtedy, co w nim takiego było, że nie mogłam oderwać od niego oczu. Gdy skręcał za róg i już miał zniknąć z widoku, odwrócił się, podniósł rękę i pomachał do mnie, jakby wiedział, że stoję wciąż przy oknie i go obserwuję.

 

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 5,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 11,90 zł 13,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 10,90 zł 12,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień
Opcje dostawy:
Paczka w ruchu
Płatność online:
4,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Paczka 48 do domu
Płatność online:
11,90 zł
Płatność przy odbiorze:
13,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej
Płatność online:
10,90 zł
Płatność przy odbiorze:
12,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w paczkomacie InPost
Płatność online:
9,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-2 dni
Opcja dostawy:
Mini paczka do domu InPost
Płatność online:
7,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-5 dni
Opcja dostawy:
Przesyłka kurierska InPost
Płatność online:
13,90 zł
Płatność przy odbiorze:
15,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień
Opcja dostawy:
Kurier DPD
Płatność online:
14,90 zł
Płatność przy odbiorze:
16,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Ktoś taki jak ty
Autor Sarah Dessen
Wydawnictwo HarperCollins
Data premiery 16-03-2016
Ilość stron 256
Oprawa Miękka
ISBN 9788327617132

Napisz recenzję