Żułam gumę tylko wtedy, gdy byłam zdenerwowana, i mogłam zawsze ocenić poziom stresu na podstawie tego, ilu listków potrzebowałam, żeby się uspokoić. Kiedy tego wieczoru siedziałam przed restauracją Reef Room, czekając na ojca i Benjiego, doszłam już do czterech i to wciąż nie wystarczało.
Nie miałam ochoty na to spotkanie. Spędziłam ciężki dzień, a wcześniej planowałam pójść z Morrisem do kina, potem zaś spotkać się z Daisy, kiedy już skończy pracę, i wybrać się z nimi na którąś z imprez na cyplu wyspy. Zamiast tego tkwiłam w samochodzie ze szczękami obolałymi od żucia i zastanawiałam się, jak bardzo brudny może być ktoś, kto przez cały dzień czyścił baseny.
Początkowo nie zamierzałam zabrać ze sobą wsparcia, bo uważałam, że to spotkanie z ojcem będzie wystarczająco dziwaczne nawet bez wmieszania w nie jeszcze kogoś. Ale gdy wychodziłam z domu, ogarnęła mnie panika.
- Żujesz gumę? – zapytał od razu Luke, gdy w końcu się do niego dodzwoniłam.
Wcześniej nagrałam mu już w poczcie głosowej dwie wiadomości, które jak miałam nadzieję, brzmiały beztrosko, ale widocznie usłyszał w moim głosie, że żuję Big Red.
- Co w tym dziwnego? – odparowałam obronnym tonem. – Wiesz, czasami żuje się gumę.
Milczał chwilę, tak abym mogła w pełni pojąć, jak głupio zabrzmiały moje słowa. Potem spytał:
- Co się dzieje?
Powiedziałam mu. I odwinęłam następny listek gumy. Zanim zdążyłam wsadzić ją do ust, zapewnił mnie, że wróci do domu, weźmie błyskawiczny prysznic i spotka się ze mną możliwie jak najszybciej. Teraz jednak, gdy na parking restauracji wjechała furgonetka subaru z rejestracją Connecticut, wiedziałam, że to nie było wystarczająco szybko.
Nie widziałam ojca od września ubiegłego roku, kiedy przyjechał tu z Benjim i Leah na weekend Święta Pracy. Zatrzymali się wtedy w domu panny Ruth, chociaż w tatmtym czasie ona przeniosła się już do ośrodka stałej opieki medycznej, i zjedliśmy razem obiad w tej samej restauracji. Żyłam wówczas w szaleńczym wirze przygotowań do złożenia podania na studia, więc większość posiłku spędziłam na omawianiu z ojcem strategii działania. Do tego stopnia, że w gruncie rzeczy było mi przykro wobec Leah i Benjiego, którzy najwyraźniej nie byli tak zafascynowani kwestią esejów i wcześniejszego przyjęcia na uczelnię jak my, więc wyszli na spacer po nabrzeżu, kiedy mieli już dość przysłuchiwania się naszej dyskusji. Musiałam jednak przyznać, że sprawiała mi przyjemność skupiona na mnie uwaga ojca, a także ten nasz wspólny projekt. Byłam szczęśliwa, że dzielę z nim cokolwiek innego niż tę dziwaczną, nieco wstydliwą historię jego nieudanego ojcostwa.
Przewinęłam szybko taśmę pamięci do przodu, do kwietnia i tego ostatniego mejla ojca, po którym nastąpił długi okres milczenia. Teraz moje wspomnienia przybrały odmienny odcień. Gdy ojciec parkował samochód w odległości kilku rzędów ode mnie, odpakowałam kolejny listek gumy. Bolały mnie już szczęki, a guma wypychała policzek, więc tym razem miałam dość rozsądku, by jeszcze nie pogarszać i tak już złej sytuacji. Położyłam paczkę gumy na desce rozdzielczej, a kulkę, którą miałam w ustach, wyplułam do papierowej chusteczki. Bez gumy moje usta wydały mi się nagle wielkie i swobodne, jakbym mogła powiedzieć wszystko.
Gdy tylko wysiadłam z samochodu, ujrzałam Theo, tego chłopaka z domu Sand Dollars. Mój pech. Gość wysiadał z białej furgonetki stojącej kilka pustych miejsc dalej, trzymając przy uchu komórkę.
- Dobrze – usłyszałam, zatrzaskując drzwi samochodu. – Dwie porcje satay z kurczaka, duża sałatka Cezara bez oliwek i jedna pizza margherita. Rozumiem. Coś jeszcze?
Gdybym ruszyła teraz w stronę restauracji, zobaczyłby mnie, a i bez tego miałam wystarczająco wiele problemów. Tak więc gdy mnie mijał, odczekałam, przeglądając się w pokrytym śladami palców wstecznym lusterku. Kto je tak uświnił? Kusiło mnie, żeby obwinić Morrisa, ale wiedziałam, że to tylko odruch przyzwyczajenia.
- Emaline?
Cholera, pomyślałam, przybierając na twarz wyraz zaskoczenia i odwracając się.
- Och, cześć – powiedziałam. – Jesteś Theo, prawda?
Skinął głową.
- Musimy przestać się tak często spotykać.
To była dziwna uwaga i miałam pewność, że on – sądząc z tego, jak się lekko zaczerwienił – uświadomił to sobie prawie równocześnie ze mną. Jednak z tym rumieńcem wyglądał uroczo, jakby zakłopotanie działało na jego korzyść.
- A więc – zagadnęłam – jak idzie ten projekt filmu o Clydzie?
- Dobrze, naprawdę dobrze – odrzekł i odstąpił na bok, przepuszczając po prawej bmw szukające miejsca do zaparkowania. – W tym tygodniu przeprowadziliśmy kilka świetnych wywiadów z tutejszymi mieszkańcami. Wcześniej z jakiegoś powodu wielu z nich się przed tym wzdragało.
- Naprawdę?
Przytaknął.
- Ivy mówi, że często tak bywa w wiejskich rejonach, kiedy przyjeżdża się tam i wypytuje o kogoś. W grę wchodzi instynkt chronienia danej osoby, chęć trzymania obcych na dystans.
- Albo może – podsunęłam – chodzi po prostu o to, że nikt nie ma nic do powiedzenia.
- Och, wątpię. – Przeczesał palcami włosy. – Historia Clyde’a Conawaya jest naprawdę ciekawa. Nawet jeśli jej częścią jest to, że nikt nie chce o tym mówić. Właściwie pomyślałem sobie, że powinienem się skontaktować z...
- Emaline!
Odwróciłam się i zobaczyłam Benjiego, jakieś trzydzieści centymetrów wyższego niż ostatnim razem. Biegł prosto ku mnie tym niezdarnym krokiem dziesięciolatka. Uśmiechał się radośnie, a zbyt długie włosy spadały mu na twarz. Gdy znalazł się na odległość wyciągniętej ręki, rzucił mi się w ramiona i objął w pasie.
- Cześć – powiedziałam, zaskoczona tym nieoczekiwanym objawem uczucia. Benji zawsze był uroczy, ale widzieliśmy się zaledwie kilka razy i to w wielomiesięcznych odstępach. – Jak się masz?
- Dobrze – odpowiedział, wciąż obejmując mnie mocno.
Popatrzyłam nad jego głową w stronę subaru, przy którym stał mój ojciec z kluczykami w ręku i przyglądał się nam. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, ruszył w moim kierunku, jakby musiał się najpierw upewnić, że to rzeczywiście ja.
- Jechaliśmy samochodem całą wieczność – dodał Benji.
- Na pewno – przytaknęłam.
Zmierzwiłam mu włosy, bo jak sądziłam, właśnie tak robi się z dziećmi w jego wieku. Widocznie rzeczywiście tak jest, bo puścił mnie, cofnął się i spojrzał wprost na Theo. Nie planowałam żadnych prezentacji, ale teraz wydawały się nieuniknione.
- Ee... – wystękałam, będąc aż nadto świadoma tego, że ojciec podchodzi coraz bliżej – to mój brat Benji. Benji, to Theo.
Rzucili sobie nawzajem „cześć”, a potem ojciec dołączył do nas. W przeciwieństwie do Benjiego wcale się nie zmienił od ostatniego spotkania. Miał te same okulary w czarnych oprawkach i taki sam ubiór: białą koszulę, dżinsy i mokasyny bez skarpetek.
- Cześć – przywitał mnie i objęliśmy się szybko, niezręcznie. – Jak się masz?
- Dobrze – odrzekłam, uwalniając się z tego uścisku. – A jak wam minęła podróż?
- Świetnie. Najtrudniej było wydostać się z miasta. Szosa GW była zakorkowana przez wiele mil.
Theo się uśmiechnął.
- Jak zawsze – zauważył.
Mój ojciec spoglądał na niego przez chwilę, po czym wyciągnął rękę.
- Jesteś Luke, prawda?
- Właściwie nie – powiedziałam szybko. - To Theo. Przyjechał tu na lato.
- Z miasta – domyślił się ojciec.
- Studiuję na Uniwersytecie Nowojorskim – oznajmił Theo.
- Co studiujesz?
- Jestem na wydziale filmowym. Przebywam tutaj na stażu u reżyserki kręcącej filmy dokumentalne.
- Naprawdę? – Ojciec wydawał się zaskoczony. I co dziwne, zadowolony. – Znam ich kilka. U której?
- U Ivy Mendelson.
- Droga Coopera - powiedział ojciec, a Theo przytaknął z uśmiechem. – Widziałem ten film parę lat temu na festiwalu filmowym Tribeca. Co ją sprowadziło do Colby?
- Projekt filmu o malarzu Clydzie Conawayu – wyjaśnił Theo. – On pochodzi stąd. Tak więc przeprowadzamy wywiady w środowisku, gromadzimy materiały filmowe.
- Oczywiście, oczywiście. – Ojciec popatrzył na mnie i uśmiechnął się. Nie byłam pewna, co tu jest grane. Potem zwrócił się do Theo: - A więc... dołączysz do nas na obiedzie?
W tym momencie usłyszałam klakson, a potem narastający warkot silnika. Nie musiałam się nawet odwracać, by wiedzieć, że to Luke. Jego ciężarówka już od kilku miesięcy miała obluzowaną rurę wydechową i słyszałam to teraz głośno i wyraźnie, gdy wjechał na wolne miejsce na parkingu gdzieś za moim samochodem. Rozległo się trzaśnięcie drzwi kabiny, a potem brzęk kluczyków. Lubił nimi podzwaniać.
- Właściwie przyjechałem kupić trochę jedzenia na wynos – odpowiedział Theo. – Już trzeci wieczór z kolei. Ivy jest przekonana, że ta restauracja to jedyne miejsce na wyspie, w którym można dostać coś innego niż burgery z krewetkami.
- Ma rację – rzekł ojciec, chociaż nie mieszkał tu od czasu sprzed moich narodzin.
- Czy ktoś mówił o burgerach z krewetkami?
Oczywiście to był Luke, który wolnym krokiem wyszedł zza moich pleców. Miał wilgotne włosy, a skórę czerwoną od przebywania przez cały dzień na słońcu. Mimo woli zdałam sobie sprawę, że my dwoje jesteśmy jedynymi dorosłymi, którzy nie noszą modnych okularów.
- Cześć – rzuciłam, gdy wziął mnie za rękę.
Przez chwilę staliśmy wszyscy w milczeniu, spoglądając na siebie. Potem Luke, który potrafił w każdej sytuacji znaleźć się towarzysko, wyciągnął drugą rękę do Theo i powiedział:
- Jestem Luke.
- Theo.
- A pan jest zapewne ojcem Emaline – ciągnął Luke. Obaj oficjalnie uścisnęli sobie dłonie. Potem wskazał na Benjiego. – A ten młody człowiek to Benji, prawda?
- Aha – odrzekł chłopiec, już uśmiechając się promiennie.
Psy i dzieci przepadały za moim chłopakiem. To niezbity fakt.
- Jak minęła podróż? – zapytał ojca.
- Zbyt duży ruch na moście – powiedział Theo.
- Och, zawsze się tak dzieje w porze końca pracy – rzekł Luke. – Wszyscy jednocześnie wracają do swoich domów na wyspie.
Przygryzłam wargę, nie chcąc go korygować. Most to most, w Nowym Jorku czy Colby. Prawda?
- Musimy już wejść do środka – powiedziałam zamiast tego. – Restauracja szybko się zapełnia.
- Istotnie – przyznał Theo.
- To ci bardziej snobistyczni turyści – rzekł Luke. – Uważają, że to jedyne miejsce, w którym mogą dostać coś odpowiadającego ich wyrafinowanym gustom.
Nie patrzyłam, ale byłam pewna, że po tych słowach ojciec i Theo wymienili spojrzenia. Powiedziałam:
- No cóż, nie mam wyrafinowanego smaku, ale uwielbiam chleb z oliwkami.
Nikt tego nie skomentował. Ruszyliśmy w kierunku restauracji. Benji szedł obok mnie i ujął mnie za drugą rękę. Nie wiedziałam, co ma oznaczać ten nagły wybuch braterskich uczuć, ale to było miłe. Poza tym w grupie zawsze raźniej.
Gdy weszliśmy do środka, hostessa, licealistka z widocznymi liniami opalenizny, rzekła do nas z uśmiechem:
- Witamy w restauracji Reef Room! Obiad dla pięciu osób?
- Ja nie jem, biorę tylko dania na wynos – wyjaśnił Theo, a potem zwrócił się do mojego ojca i Luke’a: - Miło było was poznać.
- I wzajemnie – odrzekł ojciec. – Postaram się zobaczyć ten film dokumentalny, kiedy już zostanie ukończony.
- Namawiam.
Powiedziawszy to, Theo skinął nam ręką na pożegnanie i oddalił się do zapełnionego w połowie baru. Hostessa wzięła karty dań i poprowadziła nas do wielkiego boksu przy oknie. Po drodze Luke nachylił się do mojego ucha.
- Co to za gość w tych dziewczyńskich dżinsach?
Oczywiście to pierwsze, co zauważył.
- Poznałam go przed kilkoma dniami, przywożąc poczęstunek dla VIP-ów. Przyjechał tu, pracując dla jakiejś reżyserki filmowej.
- Ivy Mendelson – uściślił ojciec zza naszych pleców. – To bardzo utalentowana reżyserka.
- Kto z miejscowych lubiłby satay z kurczaka – dorzuciłam.
Hostessa uśmiechnęła się do mnie szeroko. Już któryś raz, odkąd tu weszliśmy, pożałowałam, że nie mam więcej gumy do żucia.
– Usiądźmy.
Wśliznęłam się na krzesło przy oknie i zanim się obejrzałam, usiadł przy mnie Benji. Luke’owi pozostało więc zajęcie miejsca obok mojego ojca, po drugiej stronie stołu. Wyglądało to jak jakaś nadzwyczaj dziwaczna podwójna randka.
- Ja chcę burgera z krewetkami – oznajmił Benji, nawet nie otwierając menu.
- Brawo, stary – powiedział Luke. Uniósł rękę i przybili piątkę. – Mają tu naprawdę smaczne. Nie za dużo ciasta i sosu koktajlowego. Tylko nie bierz ze smażonymi krążkami cebulowymi, są za cienkie.
Mój ojciec spoglądał teraz na Luke’a tak, jakby nie był całkiem pewien, do jakiego gatunku go zaliczyć.
- Luke jest ekspertem w dziedzinie burgerów z krewetkami – wyjaśniłam.
- Ważna jest wielkość krewetki, ilość ciasta, a także majonezu w sałatce colesław – dodał Luke. – Kiedy wszystkie te trzy sprawy są w porządku, otrzymuje się... ideał!
Benji się roześmiał.
- Lubię wszystko co smażone.
- Popieram – rzekł Luke. – W zeszłym roku jadłem na kiermaszu smażone herbatniki czekoladowe Oreo. Były super.
Ojciec popatrzył w stronę baru, najwyraźniej już tęskniąc za Theo.
- Jadłeś burgera na lunch – zwrócił się do syna. – Myślę, że powinieneś teraz raczej zamówić sałatę i coś z niewielką ilością białka zwierzęcego.
- Ale ja chcę burgera z krewetkami.
- Benji. – W głosie ojca zabrzmiało nieznaczne napięcie. – Sałata i białko zwierzęce. Zamów rybę albo kurczaka. Żadnej smażeniny.
Poczułam szturchnięcie w goleń, ale nie podniosłam wzroku, żeby napotkać spojrzenie Luke’a. Nawet nie patrząc, mogłam sobie wyobrazić jego minę. Najpierw gość w dziewczyńskich dżinsach, a teraz to. Początek tego spotkania nie rokował dobrze. Benji natomiast wydawał się bliski łez.
- Satay z kurczaka jest dobre – rzekłam do niego. – Zawsze je zamawiam.
Wiedziałam, że Luke patrzy na mnie zaskoczony, bo było to jawne kłamstwo. Na szczęście po chwili powiedział:
- Ona ma rację. Jest fantastyczne.
- A więc, Luke – odezwał się nagle ojciec, zamykając menu – czy ty też idziesz tej jesieni na studia?
- Tak, proszę pana. Na Uniwerytet East. Tak jak Emaline.
Luke był najbardziej miłą i przyjacielską osobą, jaką znałam, ale nawet jeśli się o tym nie wiedziało, z jego tonu i miny wynikało jasno, że po prostu szczerze i uprzejmie odpowiedział na pytanie. Jednak mój ojciec miał taki wyraz twarzy, jakby Luke walnął go pięścią. Poczerwieniał, odkaszlnął, a potem szybko spuścił wzrok na swoje menu. Sam poruszyłeś ten temat – pomyślałam. – Nie trzeba było pytać, jeżeli nie potrafisz znieść odpowiedzi.
Przez minutę siedzieliśmy w ciszy, która wydawała się ciężka jak głaz. Z drugiej strony jednak, odczuwałam niejaką satysfakcję, że ta kwestia w końcu wprawiła ojca w zakłopotanie. Lecz to zakłopotanie stawało się z każdą chwilą coraz gorsze do zniesienia. Boże, proszę – pomyślałam błagalnie – spraw, abyśmy porozmawiali o czymś innym. O czymkolwiek.
Widocznie Bóg słuchał, bo w tym momencie rozbrzmiał sygnał komórki, melodią dziwnie (i irytująco) znajomą: The Mexican Hat Dance.
Spojrzałam na Luke’a – który słynął z koszmarnych wyborów dzwonków – ale przecząco potrząsnął głową. To nie mogła być komórka ojca. A może jednak? Lecz po chwili Benji wyciągnął swoją z kieszeni.
- Nie przy stole – rzucił odruchowo ojciec.
- Ale to mama – powiedział chłopiec.
Przez chwilę spoglądali na siebie, ledwie zwracając uwagę na mnie i Luke’a. Potem Benji odebrał połączenie.
- Halo... Tak, cześć... Nie, właśnie usiedliśmy do obiadu...
Ojciec odwrócił się na krześle i powiódł wzrokiem po sali.
- Czy jest tu jakaś kelnerka?
- Znajdę którąś – zaofiarował się Luke. – I tak muszę pojść do toalety.
Powiedziawszy to, wstał i odszedł, a ja bardziej niż czegokolwiek na świecie zapragnęłam pójść z nim. Benji nadal rozmawiał przez telefon.
- ...burger z krewetkami, ale tata powiedział, że mam zjeść satay z kurczaka. – Ojciec spojrzał na niego, teraz już wyraźnie zirytowany. – Co? Och, Emaline i jej chłopak. Luke.
- Benji.
- On jest naprawdę super. On...
- Benji!
Tym razem przestał rozmawiać.
- Co?
- Nie używamy telefonu w restauracji. Wyjdź na zewnątrz. Albo przynajmniej na przód sali.
Chłopiec spojrzał na mnie, jakby szukał potwierdzenia tego polecenia. Ale kiedy go nie wyraziłam - to nie moja rola ani nawet nie moja rodzina – w końcu wstał.
Ojciec przyglądał się z ustami zaciśniętymi w wąską linię, jak Benji kluczy między stolikami w kierunku stanowiska hostessy.
- Te telefony komórkowe doprowadzają mnie do szału – oświadczył.
- Nie zauważyłeś, że w dzisiejszych czasach mają je nawet dzieciaki w jego wieku?
- On ma swój od niedawna. Kiedy Leah i ja zdecydowaliśmy się na separację, uznaliśmy, że dzięki temu będzie nam obojgu łatwiej pozostawać z nim w bliskim kontakcie.
Separację?
- Czy mogę podać państwu coś do picia? – zapytała kelnerka, która pojawiła się wreszcie i stanęła przy końcu stołu.
- Dla mnie woda – rzuciłam zbyt szybko.
Ojciec po przejrzeniu listy gatunków piwa poprosił o to z jakiegoś niewielkiego browaru, o którym nigdy nie słyszałam. Gdy kelnerka odeszła w kierunku baru, oboje milczeliśmy przez chwilę. W końcu przełknęłam nerwowo ślinę i powiedziałam:
- Nie zdawałam sobie sprawy, że ty i Leah...
Ojciec podniósł wzrok znad listy piw i spojrzał mi w oczy. Nagle zrozumiałam, dlaczego miał bardziej znużony wyraz twarzy i dlaczego wydał mi się postarzały.
- Zdecydowaliśmy się przed kilkoma miesiącami. Benji jeszcze o niczym nie wie.
Skinęłam głową, a jednocześnie rachowałam w myśli. Kilka miesięcy temu właśnie przyjęto mnie na Uniwersytet Columbia. A zatem to były owe nieprzewidziane okoliczności, które zmusiły go do przysłania mi jego własnej wersji formułki: „Z żalem informujemy...”
- Przykro mi.
- Cóż... – Odchrząknął. – No tak. Dziękuję.
Kelnerka działająca teraz z obłędną prędkością wróciła z naszymi napojami. Ustawiła je na stole i spytała:
- Czy czekamy na jeszcze dwie osoby?
- One tu są – wyjaśniłam jej. – Tylko...
- Proszę nam dać jeszcze pięć minut – wtrącił ojciec.
Skinęła głową i znowu się wycofała, a ja patrzyłam, jak rzucił okiem na Benjiego, który siedział teraz na ławeczce przy frontowych drzwiach i, skubiąc but, rozmawiał z Leah.
- Jak sobie radzi Benji? – zapytałam, wskazując go głową.
- Niewątpliwie od jakiegoś czasu wyczuwa napięcie między nami dwojgiem. – Ojciec łyknął piwa, którego etykietka wyglądała jak abstrakcyjny obraz, cała w czerwonych i niebieskich zawijasach. – Zobaczymy jednak, jak zniesie tę wycieczkę. Przebywanie przez dłuższy czas z dala od matki.
Nie byłam pewna, co ma na myśli, i jeszcze mniej pewna, czy chcę zapytać. Jednak to zrobiłam.
- A więc... przyjechałeś tu na dłużej?
Wypił kolejny łyk piwa.
- Prawdopodobnie na całe lato. Jesienią znajdę jakieś mieszkanie i przeprowadzę się do miasta, a wtedy będę zabierał Benjiego tylko na weekendy. Jednak on jeszcze o tym nie wie.
Znowu popatrzyłam na chłopca i pomyślałam o jego minie, kiedy nie mógł zamowić tego, co chciał. A to był tylko krewetkowy burger.
- Co mnie ominęło? – zapytał Luke, wślizgując się z powrotem na swoje krzesło. – Oprócz zjawienia się kelnerki.
Zamiast natychmiast mu odpowiedzieć, odwróciłam głowę i wyjrzałam przez okno na parking. W oddali widać było most wiodący na stały ląd, odcinający się łukiem na tle błękitu nieba. Samochody nadjeżdżały i odjeżdżały. Istotnie, most to tylko most. Liczyło się jedynie to, że pozwala jakoś przewozić cenne ładunki z jednego solidnego miejsca do drugiego, bezpieczne przed tym, co leży poniżej.

* * *

- O rany – powiedział Morris. – To po prostu pokrojone.
Siedzieliśmy na cyplu, pasku plaży na zachodnim krańcu Colby, pochłanianym powoli przez ocean. Nie było tam wiele więcej oprócz końca drogi dojazdowej, pozostałości po ogniskach oraz – w noce weekendów i letnich wakacji – niemal wszystkich z mojego liceum.
Dzisiejszy wieczór nie stanowił wyjątku. W odległości kilkudziesięciu metrów widniała sterta drewna wyrzuconego na brzeg, a na przyległym skrawku plaży leżała na boku przewrócona beczułka. Wokoło kłębili się ludzie, ale Morris i ja mieliśmy ten mały spłacheć piasku tylko dla siebie.
- Pokrojone? – powtórzyłam. – Co to, u licha, ma znaczyć?
Przechylił czerwony plastikowy kubek, dopijając jego zawartość.
- Pokrojone. No wiesz, jakby zwariowane. Cudaczne. Dziwne.
- Po prostu to zmyśliłeś.
- Nie.
Popatrzyłam na niego, nie całkiem przekonana. Morris stale wymyślał własne wyrażenia, a potem przysięgał, że należą do ogólnego leksykonu, jakby przez sam fakt pojawienia się w jego głowie rzeczywiście istniały dla reszty. Pokrojone, jasne.
Nie chciałam jednak rozmyślać o zawartości głowy Morrisa. Nie miałam ochoty myśleć w ogóle o czymkolwiek i właśnie głównie dlatego znalazłam się tutaj, mając między stopami gruby kubek taniego beczkowego piwa. Piłam już drugie, jednak wciąż nie mogłam się pozbyć nieprzyjemnego smaku obiadu w restauracji Reef Room. I nie chodziło jedynie o satay z kurczaka.
To spotkanie już od samego początku przebiegało bardzo dziwnie. Natknięcie się na Theo na parkingu, nieoczekiwane objawy przywiązania Benjiego do mnie, wyjawiona przez ojca zaskakująca wiadomość o końcu jego małżeństwa. Nagle wszystko nabrało sensu: jego dziwna reakcja sprzed kilku miesięcy na fakt przyjęcia mnie na Uniwersytet Columbia, nieoczekiwane wycofanie się ze wszystkiego, co wcześniej mi obiecał. Ale dlaczego po prostu nie powiedział mi prawdy? Poza tym było jeszcze to, że kiedy porzuci mojego przyrodniego brata i przeniesie się do Nowego Jorku, Benji będzie niewiele starszy, niż ja byłam, kiedy ojciec po raz pierwszy postanowił pojawić się w moim życiu. Tkwiło w tym coś symbolicznego, jednak starałam się o tym nie myśleć. Zamiast tego podniosłam kubek z piwem i pociągnęłam kolejny długi łyk.
Wcześniej w restauracji ojciec, oznajmiwszy bombową wiadomość, zaczął uprzejmie wypytywać mnie, jak radzi sobie moja rodzina. Ja z kolei zapytałam go o plany na lato. Poruszaliśmy te łatwe i bezpieczne dla nas wszystkich tematy, jedząc zamówione dania, podczas gdy wokoło w boksach, barze i przy stolikach gromadziło się coraz więcej gości. Kiedy przyniesiono nam rachunek, restauracja była już zatłoczona i gwarna, a mnóstwo ludzi czekało na wolne miejsca.
- O rany – powiedział ojciec, gdy przeciskaliśmy się przez tłum w kierunku wyjścia. – To rzeczywiście popularny lokal.
- Szczyt sezonu – wyjaśniłam. – Wszędzie jest tłok.
Szłam tuż za nim z Benjim trzymającym mnie za rękę, a Luke zamykał pochód. Wcześniej denerowałam się tym, jak przebiegnie ten obiad i czy atmosfera nie będzie niezręczna, ale kiedy ojciec powiedział mi o separacji, nie potrafiłam myśleć o niczym innym. Dlaczego musiałam dowiedzieć się o życiu Benjiego czegoś, o czym on jeszcze nie wie? Wcale nie pragnęłam znaleźć się w takim położeniu, nawet jeszcze zanim uczepił się na stałe mojej ręki. Może to był sposób mojego ojca przeproszenia mnie za wszystko, co się wcześniej między nami wydarzyło, bez powiedzenia tego wprost. Moim zdaniem, mógłby równie dobrze darować to sobie. Znowu pożałowałam, że nie mogę po prostu raz na zawsze zerwać wszelkie związki z nim. Ale tak czy inaczej, nie miałam wyboru.
Kiedy znaleźliśmy się znowu na parkingu, powiedział, wyjmując kluczyki:
- No cóż, chyba powinniśmy już ruszać do North Reddemane. Odkąd lokatorzy wyprowadzili się z domu, płacimy komuś, żeby w nim sprzątał, ale w gruncie rzeczy trudno powiedzieć, w jakim stanie go znajdziemy.
- Lokatorzy to przekleństwo dla domów – wtrącił Luke.
Benji podskakiwał obok mnie w niezgrabny dziecięcy sposób.
- Och, czyżby? – rzucił ojciec.
- W każdym razie tak mówi babka Emaline – wyjaśnił Luke. Gdy tylko zobaczył swoją ciężarówkę, wyciągnął kluczyki i zaczął nimi podzwaniać. Doprawdy, to u niego rodzaj odruchu warunkowego. – Jednak najprawdopodobniej nie będą to szkody, których nie zdołałby pan sam naprawić.
- Nie znam się na tym – odparł ojciec. – Nie mam do tego drygu.
Zobaczyłam, że Luke rzucił mu spojrzenie wyrażające lekkie politowanie. Czegoś takiego nie spodziewałabym się dwie godziny wcześniej, jeszcze przed obiadem. Wtedy mój ojciec i Theo byli ekspertami, znajdowali wspólny język, a Luke za nimi nie nadążał. A teraz sytuacja się odwróciła i nagle ujrzałam ojca w sposób, w jaki, co sobie uświadomiłam, mój chłopak widział go od początku: jako tego, który powinien czuć się zakłopotany. A to z kolei wprawiło w zakłopotanie mnie. Najwidoczniej byłam teraz odpowiedzialna za nich wszystkich.
- Miło było pana poznać – powiedział Luke i wyciągnął do niego rękę, a ojciec ją uścisnął. – I dziękuję za obiad.
- Nie ma za co.
- Czy pojedziesz z nami do tego domu? – spytał mnie Benji.
- Ee... – Zerknęłam na Luke’a. - Chyba nie. W każdym razie nie dziś.
- Emaline ma swoje życie – powiedział ojciec. – Zachowała się bardzo uprzejmie, spotykając się z nami, chociaż tak późno ją zawiadomiliśmy.
Benji popatrzył na mnie, mrużąc oczy przed promieniami zachodzącego słońca. Był moim bliższym rodzeństwem niż Amber czy Margo, przynajmniej w sensie genetycznym. Ale wcale go nie znałam.
- Do zobaczenia wkrótce – powiedziałam do niego. – Zagramy w minigolfa czy coś podobnego.
- Tak? – spytał podekscytowny. – To byłoby naprawdę super!
- Uważaj na nią, kiedy będzie miała w ręku kij golfowy – poradził mu Luke, celując we mnie palcem. – Jest wtedy śmiertelnie niebezpieczna.
- To było tylko raz – zaprotestowałam.
Benji szeroko otworzył oczy.
- A co się wtedy stało?
Spojrzałam na Luke’a.
- Niechcący uderzyłam go w czoło przy dołku z wiatrakiem – wyjaśniłam.
- Trafiła w jedno ze skrzydeł wiatraka i piłka odbiła się prosto we mnie – uściślił Luke, zawsze pogodny. Wskazał palcem na środek swojego opalonego czoła. – Przez wiele tygodni miałem tu okrągły ślad!
Benji się roześmiał, ponieważ to oczywiście była historia, o jakich dziesięciolatki uwielbiają słuchać. Ojciec zmusił się do uśmiechu.
- No, stary – rzekł do syna. – Ruszajmy.
- Dobrze – powiedział Benji i podszedł do niego, sprawiając, że ojciec i ja znaleźliśmy się jakby w dwóch oddzielnych obozach. Naturalny porządek rzeczy został przywrócony. – Do zobaczenia wkrótce – rzucił do mnie i Luke’a.
- Na pewno – odrzekł mój chłopak.
- Bezpiecznej jazdy – powiedziałam.
A potem to spotkanie wreszcie się skończyło. Trwało tylko półtorej godziny, ale byłam po nim kompletnie wypompowana. Czułam to w kościach.
Jednak po przejściu kilku kroków odwróciłam się i znowu na nich spojrzałam. Benji dobiegł już do subaru, a ojciec szedł za nim powoli, niemal ciężko. Gdy na niego patrzyłam, potarł kark, jakby poczuł mój wzrok.
- Sprawdź klamki! – krzyknęłam do niego.
Odwrócił się.
- Co?
Odchrząknęłam.
- Klamki. W wynajmowanych domach one najczęściej psują się i odpadają. Zwłaszcza przy drzwiach prowadzących na plażę. Nie chciałbyś przecież, żeby oderwała się klamka od zewnątrz, uniemożliwiając ci dostanie się do środka.
Przez chwilę spoglądał na mnie w milczeniu, a ja zastanawiałam się, dlaczego w ogóle mu to mówię. W oddali Benji wystawiał ręce w górę, a wiatr znad drogi na grobli zwiewał mu włosy z twarzy.
- Dobrze – odrzekł wreszcie ojciec. – Dziękuję.
Kiwnęłam głową i zawróciłam do mojego samochodu, przy którym czekał na mnie Luke. Klamki? – pomyślałam. – Doprawdy?. Ale chodziło o to, że nie mówiłam biegle w języku ojca, nie miałam pojęcia, jak z nim rozmawiać. Trzymamy się tego, co znamy.
Teraz na cyplu Morris znowu podniósł swoje piwo.
- To nie twój problem – rzekł do mnie.
Spojrzałam na niego.
- Co nie jest moim problemem?
- Jego małżeństwo. Czy jego relacja z synem. – Pociągnął łyk i przełknął. – Ani jedno, ani drugie.
Morris mógł być tępy. No dobrze, Morris najczęściej rzeczywiście był tępy. Ale czasami, gdy byłam już gotowa całkiem go skreślić, mówił nagle coś, co mnie zaskakiwało. I co jeszcze bardziej zaskakujące, pomagało mi.
- Więc dlaczego czuję się, jakby to jednak był mój problem? – spytałam.
- Bo zrzucił cały ten szajs na ciebie. To totalnie nie w porządku. – Wypił następny łyk piwa. Bóg jeden wie, ile już wypił. Wydawało się, że Morris nigdy się nie upijał, tylko mówił wtedy jeszcze wolniej niż zwykle. Kiedy był już naprawdę nawalony, zapadał w milczenie. – Twojego ojca nie było przy tobie, kiedy go potrzebowałaś, więc nie musisz teraz martwić się jego kłopotami. Tylko to się liczy.
Milczałam ostrożnie, jak zawsze kiedy w rozmowie zbliżyliśmy się do tematu ojca Morrisa. Wiedziałam o nim tylko tyle, że zawsze jeździł chevroletem Monte Carlo o niskim zawieszeniu i przyjeżdżał nim czasami, żeby zobaczyć się z Morrisem – przed kilkoma laty, kiedy byliśmy sąsiadami. To był lśniący czerwony wóz z odtwarzaczem stereo, którego basy dudniły tak głośno, aż dzwoniło w uszach. Widziało się, że właściciel traktuje ten samochód jak ukochane dziecko, miłośnie troszczy się o niego. Stanowiło to ostry kontrast wobec tego, jak traktował swoje prawdziwe dziecko. Morris bardzo często siedział godzinami na frontowych schodkach, daremnie czekając na weekendową wizytę ojca, aż w końcu wracał do domu, wlokąc za sobą podręczną torbę podróżną. Po tym jak Morris z mamą wyprowadzili się z mojej okolicy, jego ojciec przeniósł się gdzieś na północ kraju i odtąd nie kontaktował się z nimi. Wiedziałam jednak, że kiedy w trakcie tygodni poprzedzających uroczystość ukończenia liceum nieustannie sprawdzałam skrzynkę mejlową, szukając odpowiedzi na moje zaproszenia, to właśnie Morris powiedział mi, żebym dała sobie z tym spokój, że nie warto tracić czasu. Mógł być pod wieloma względami ignorantem, ale znał bezsens wyczekiwania.
W przeciwieństwie do Luke’a, który znalazł się teraz nagle tuż za mną i przesunął dłońmi w dół moich pleców.
- Co wy dwoje tu robicie z takimi poważnymi minami? – spytał. – Rozważacie problemy wszechświata?
Zerknęłam na Morrisa, który dopijał piwo.
- Coś w tym rodzaju – odparłam.
Luke zachichotał, a potem klapnął obok, objął mnie i przyciągnął do siebie. Wiedziałam, że się upił. Bywał wtedy uroczy, ale ostatnio zdarzało się to zbyt często, więc teraz mnie rozdrażniło; po prostu zjawił się w złym momencie. Próbowałam otrząsnąć się z tego wrażenia, a tymczasem Morris wstał.
- Idę po następne piwo – oznajmił. Spojrzał na mnie. – Ty też chcesz?
Przecząco pokręciłam głową.
- Porozmawiamy później?
- Porozmawiamy później - powtórzył.
Zawsze tak mówiliśmy, to był nasz sposób pożegnania, pochodzący z czasów, kiedy Morris mieszkał w sąsiedztwie. Byliśmy wtedy dziećmi, mieliśmy mnóstwo czasu i spędzaliśmy razem całe dnie – jeździliśmy autobusem do szkoły, a potem wracaliśmy do domu i bawiliśmy się na drodze na grobli za naszymi posesjami. Morris często jadał u nas obiad, a później zostawał, by oglądać telewizję i wracał do siebie dopiero wtedy, kiedy nadchodziła pora, bym położyła się spać. Ale kiedy wreszcie wychodził na dwór i przemierzał po trawie krótki odcinek do swojego domu, nigdy nie wydawało się to całkowitym końcem naszego spotkania. Raczej przerwą, dopóki nie zaczniemy następnego dnia. „Porozmawiamy później”. Zawsze tak robiliśmy.
Teraz skinął mi głową i odszedł wielkimi krokami przez piasek. Patrzyłam, jak się oddala, a Luke przyciągnął mnie jeszcze bliżej i pocałował w czubek głowy.
- Naprawdę miałaś bardzo poważną minę. Wszystko w porządku?
- Chyba tak. – Dotknęłam wyrzuconego przez morze kawałka drewna leżącego przy moich nogach. – Wciąż jestem wkurzona moim ojcem i całą tą sprawą.
- Rozumiem. – Milczał chwilę, a potem rzekł: - Wiem, to zabrzmi dziwnie. Ale fakt, że jednak ci o tym powiedział... wydaje się super. Jakby cię do czegoś dopuścił.
Zamrugałam, zastanawiając się nad tym.
- Do czego?
Wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Do swojego życia, swojego małżeństwa. To w pewnym sensie postęp, nie sądzisz? Po tym, jak cię wcześniej wykluczył, teraz chce cię w to włączyć.
Nie, pomyślałam. Ale na głos powiedziałam:
- Być może.
To było tak odmienne od tego, co przed chwilą powiedział Morris, tak całkiem przeciwne, że chciałam, aby Luke wyjaśnił, co miał na myśli. Ale wtedy objął mnie i znów pocałował w szyję.
- Moi starzy wychodzą dziś wieczorem z domu – powiedział z ustami przy moim obojczyku. – Chcesz się przekonać, czy tym razem damy się przyłapać u mnie?
To była miła propozycja, na którą każdego innego dnia prawdopodobnie zgodziłabym się z entuzjazmem. Ale teraz nie miałam ochoty. Czasami myślałam, że Luke zna mnie lepiej niż ktokolwiek inny. Lecz to nie był jeden z tych przypadków.
- Być może – powiedziałam znowu, pozwalając, by wszystkie moje wątpliwości zawarte w tych dwóch słowach zawisły między nami.
Nie wiedziałam, czy Luke mnie usłyszał, bo wiatr się wzmógł, porywając nasze słowa. W pobliżu oceanu było tyle dźwięków. Szum wody, powietrza, nawet rozwiewanego piasku. Gdy szło się w głąb lądu, przyroda cichła, stłumiona przez beton i miejski krajobraz. Ale tutaj, na cyplu, można było zawsze liczyć na to, że zagłuszy prawie wszystko.

* * *

Oczywiście rodzice Luke’a nas nie przyłapali. Zawsze był szczęściarzem.
Jechałam do domu tuż po północy, kiedy zapaliła się lampka rezerwy paliwa. Teraz już na pewno wrócę po domowej godzinie policyjnej, pomyślałam, skręcając na stację benzynową Gas/Gro. Właśnie zaczęłam tankować benzynę, gdy po drugiej stronie dystrybutora zatrzymała się zakurzona, powgniatana furgonetka. Skrzypnęły drzwi i wysiadł starszy facet z siwiejącymi włosami, w znoszonej czapce baseballowej z napisem RYBY.
Była jedna z tych gorących letnich nocy, kiedy wiatr ani trochę nie chłodzi, nawet jeśli wieje prosto w twarz. W środku stacji benzynowej pracownik, przyciskając ramieniem komórkę do ucha, wkładał do automatu paczki papierosów, po jednej na raz.
Kiedy licznik mojego dystrybutora doszedł do dwudziestu dolarów, zwolniłam przepływ paliwa i uważnie obserowowałam cyfry, żeby nie przekroczyć sumy, jaką miałam w kieszeni. Kątem oka widziałam, jak tamten facet wsunął w szczelinę dystrybutora kartę kredytową, a potem odkręcił korek wlewu paliwa w furgonetce. Zaczął także napełniać bak i przez chwilę staliśmy tam w ciszy, w której słychać było tylko tykanie odliczające litry i dolary.
- Cześć, Clyde – rzuciłam w końcu.
Podniósł na mnie wzrok.
- Emaline. Jak ci leci?
Odpowiedziałam kiwnięciem głowy i milczeliśmy przez kolejną minutę. Potem zapytałam:
- Wiesz, że są tu jacyś ludzie kręcący film o tobie, prawda?
Nie oderwał wzroku od dystrybutora.
- Wydaje mi się, że zignorowałem kilka związanych z tym wiadomości w poczcie głosowej.
- Oni sprawiają wrażenie dość upartych.
Wzruszył ramionami.
- Zobaczymy.
Doszłam do dwudziestu pięciu dolarów, zatrzymałam dystrybutor i z powrotem zakręciłam korek wlewu. Jednocześnie spoglądałam na Clyde’a, który był w Colby taką samą instytucją jak molo czy smażony bekon w restauracji Last Chance. Dorastał w Colby, każdego lata wykonywał dla mojej babki roboty remontowe, a później miał zakład ramiarski, w którym mój tata pracował, gdy był w liceum. Widywałam go wystającego obok butiku Clementine’s przed sklepem rowerowym, który prowadził jeszcze dwa lata temu. Był rozpoznawany i wspominany przez wszystkich mieszkańców miasteczka, jednak w istocie nikt go dobrze nie znał, co zdawało mu się odpowiadać, odkąd przed dziesięcioma laty sprowadził się tu z powrotem z Nowego Jorku.
Kiedy szłam zapłacić za benzynę, skinął mi głową, a ja odpowiedziałam mu gestem ręki. Z wnętrza stacji przyglądałam się, jak wsiadł do furgonetki, uruchomił silnik i wjechał na główną drogę. Może wracał do swojego domu w głębi wyspy, a może pojechał sprawdzić Washroom, całodobową pralnię automatyczną połączoną z barem, której był właścicielem. Tak czy owak, to jego sprawa, nie moja.
Tego właśnie nie rozumiał Theo, a ja nie potrafiłam mu wyjaśnić, kiedy po raz pierwszy próbował mnie wypytywać. Co innego my wszyscy tutaj: mogliśmy zastanawiać się nad Clyde’em, snuć przypuszczenia na temat jego historii. Tak właśnie robią ludzie w małych miasteczkach, takich jak Colby. Ale kiedy ktoś obcy zaczyna rozpytywać wokoło, to całkiem inna sprawa. My tutaj, na wybrzeżu, rozumiemy, że każdy ma swoje sekrety. A jakiekolwiek ma Clyde, my nikomu ich nie zdradzimy.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 5,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 11,90 zł 13,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 10,90 zł 12,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień
Opcje dostawy:
Paczka w ruchu
Płatność online:
4,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Paczka 48 do domu
Płatność online:
11,90 zł
Płatność przy odbiorze:
13,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej
Płatność online:
10,90 zł
Płatność przy odbiorze:
12,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w paczkomacie InPost
Płatność online:
9,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-2 dni
Opcja dostawy:
Mini paczka do domu InPost
Płatność online:
7,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-5 dni
Opcja dostawy:
Przesyłka kurierska InPost
Płatność online:
13,90 zł
Płatność przy odbiorze:
15,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień
Opcja dostawy:
Kurier DPD
Płatność online:
14,90 zł
Płatność przy odbiorze:
16,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej
Autor Sarah Dessen
Wydawnictwo HarperCollins
Data premiery 06-07-2016
Ilość stron 448
Oprawa Miękka
ISBN 9788327619938
Tłumaczenie Janusz Maćczak
Projekt okładki Emotion Media

Napisz recenzję