– Tak się zastanawiam, czyby się w tym roku nie przebrać w Halloween za Marilyn. A ty mogłabyś wystąpić jako Joe DiMaggio – oświadcza Tristan, przewieszając nogi przez poręcz ruchomych schodów w metrze.
Mrugam. Wszystko wydaje się rozmazane, niczego nie widzę.
– Halooo – przypomina o sobie Tristan, machając mi ręką przed nosem. – W ogóle mnie nie słuchasz, Ellis.
Szturcha mnie łokciem w żebra, tak że prawie wywracamy się do tyłu.
– Mogliśmy spaść, idioto – warczę, odzyskawszy równowagę, i piorunuję go wzrokiem.
– Ale nie spadliśmy!
Tristan odgarnia czarne włosy opadające mu na oczy i wydyma wargi.
– Mogę…
– Nie – odpowiadam kategorycznie.
– Jak sobie chcesz – mamrocze. – Zsynchronizuj swoje czakry. Oczyść aurę. Skup się na zakupach.
Kąciki ust drżą mi od skrywanego śmiechu.
– Widzę to – oznajmia dumnie. – Prawie cię rozbawiłem.
– Zamknij się – szepczę.
– Terapia zakupowa naprawdę czyni cuda – ciągnie dalej. – Było o tym w programie Oprah.
– Uhm. Bo przecież wszystko, co mówią u Oprah, to prawda – odpowiadam szyderczo.
Tristan przyciska dłoń do piersi, udając urażonego.
– Jest moją idolką, okej? Więc proszę się z niej nie naśmiewać.
– Twoją i każdej znudzonej kury domowej w średnim wieku – kpię. – Nie występuje już nawet w telewizji.
– To nie umniejsza jej autorytetu. Jeśli ktoś może mnie nauczyć, jak żyć, to tylko Oprah – zaperza się Tristan. – Poza tym posiada własną stację telewizyjną, głuptasie.
Nie odpowiadam.
Jego bystre niebieskie oczy przebiegają szybko po mojej twarzy. W końcu ujmuje moją dłoń.
– Chodźmy gdzieś usiąść.
Tristan to taki typ przyjaciela, który będzie ze mną siedział i wspierał mnie w milczeniu, nie męcząc rozmową, ale powinien wreszcie zrozumieć, że to niezdrowe… takie siedzenie i milczenie.
Pierwszą osobą, do której zadzwoniłam w dniu, w którym mama zmarła, był właśnie on. Odebrał już po pierwszym dzwonku.
– Ja cię sunę – powiedział. – Dzięki, że oddzwaniasz. Jeszcze chwila i zabiję swojego ojca.
– Tristan… – wyszeptałam.
– Jest kompletnym palantem – ciągnął dalej. – Myślisz, że można kogoś zabić bezkarnie, tylko dlatego, że jest de…
– Tristan – powtórzyłam, tym razem głośniej. – Moja mama nie żyje.
W telefonie zapadła cisza, słyszałam tylko urywany oddech Tristana. Przeraziłam się, że nic nie mówi. Rzadko kiedy brakowało mu słów; takich sytuacji było kilka – mogłabym je policzyć na palcach jednej ręki.
– Ale ze mnie kretyn – wydukał wreszcie. – Tak mi przykro, Melly.
Wszystkim jest zawsze przykro, jakby byli temu winni.
– To nie twoja wina – powiedziałam.
– Zaraz u ciebie będę.
– Nie musisz…
– Owszem, muszę.
Tristan przyszedł i siedział ze mną przez wiele godzin, głaszcząc mnie po włosach; zaciskałam dłonie w pięści, a potem je otwierałam, palec po palcu, jakbym za każdym razem spodziewała się ujrzeć coś innego.
Teraz prowadzi mnie wzdłuż Connecticut Avenue – człowiek z misją. Mijamy sklep z koralikami (napis na oknie wystawowym obiecuje „Paciorkowy zawrót głowy”), monopolowy i butik Ann Taylor, przechodzimy obok kafejki Kramerbooks i maciupeńkiej galerii sztuki. Kupujemy kawę na wynos w Starbucksie i siadamy na skwerze wewnątrz ronda na jednej z ławek chwilowo nieokupowanych przez bezdomnych albo obściskujące się nastolatki.
Lubię Dupont Circle. Podoba mi się ta mozaika kancelarii prawniczych, ekskluzywnych butików, sklepów z muzyką niezależną, sex shopów, idiotycznych barów tematycznych i absurdalnie drogich hipsterskich knajpek. Lubię sobie przysiąść na gigantycznej, kiczowatej marmurowej fontannie na środku placu i przyglądać się chłopcom z pomalowanymi oczami, pomykającym w obcisłych dżinsach i szalikach Burberry. Latem w soboty Dupont tętni życiem. Pełno tu ludzi robiących zakupy, włóczących się, jedzących.
Obserwowałam to nie raz.
– Czasami nie mogę się doczekać, kiedy się stąd wyrwę – wzdycham.
– Chcesz ze mną wyjechać do Nowego Jorku?
Uśmiecham się.
– Pewnie.
– Postanowione. Tylko jak zarobimy milion dolców, żeby przeżyć na Manhattanie?
– Myślałam o handlu narkotykami i uprawianiu nierządu – odpowiadam.
– I to mi się podoba – kwituje Tristan, poklepując mnie po ramieniu. – Na tobie zawsze można polegać.
Gdy zapada cisza, Tristan trąca mnie łokciem, jakby chciał powiedzieć: „Tylko nie odpływaj”.
– Mój ojciec to świr – odzywa się nagle. – Serio, jest zdrowo stuknięty.
– Też mi nowość!
– Danny chciał jechać na ryby – wyjaśnia – a ja na to: „Nie mam ochoty, to nudne i obrzydliwe”, i wtedy mój ojciec mówi… Uwierz mi, Mel, nie żartuję… No więc, mówi: „Zmężniej, Tristan. Nie bądź taką ciotą”.
– Nie ma co, taktownie! – stwierdzam z sarkazmem.
– Nie chodzi o to, że nie lubię spędzać czasu na łonie natury. Po prostu nienawidzę wędkowania. A jednak, gdy wyjechaliśmy na nasze tak zwane wakacje, przez kilka dni nie robiłem nic innego, tylko łowiłem z braćmi ryby, co swoją drogą jest naprawdę nudne i obrzydliwe. A potem sam cuchnąłem rybami, nawet po prysznicu. Zamiast ryby miałem ochotę wypatroszyć coś innego, bo uwierz mi…
– Tristan – przerywam mu.
Natychmiast się zamyka i bierze mnie za rękę.
– Mów, słońce.
– Jutro początek szkoły. Możesz mi coś obiecać?
– Co tylko zechcesz.
– Obiecaj mi – mówię szeptem – że ten rok będzie lepszy niż minione lato.
Mrugam i przed oczami widzę Damona, jak siedzi przygarbiony w boksie, trzymając w ślicznych dłoniach teczkę ze zdjęciami. Widzę, jak się uśmiecha, ukazując rząd prościusieńkich białych zębów i dołeczki w policzkach. Ten uśmiech trwał może ułamek sekundy, ale był piękny.
Oczy Damona były takie zielone.
– Masz to jak w banku – obiecuje Tristan.

Rozstaję się z Tristanem przy stacji metra Tenley¬town i wracam pieszo do domu. Billie Holiday mruczy w moich słuchawkach: „Nikomu nic do tego”.
Powietrze zaczyna się ochładzać, brutalna wilgotność staje się bardziej znośna. Idę na tył domu, siadam na dolnym stopniu ganku i patrzę, jak słońce chowa się leniwie za horyzontem, roztapiając błękit nieba w złocisty róż.
Gdy miałam czternaście lat, wyprawiliśmy przyjęcie z okazji czterdziestych piątych urodzin mamy. Było hucznie i tłumnie, goście wylewali się na podwórko i werandę, przysiadali na każdej wolnej powierzchni, popijali drinki, jedli, śmiali się i tańczyli. Tata zamknął tego wieczoru restaurację, tak aby każdy mógł przyjść: Macho, Janine, Dahlia i Andrea, a także wszyscy szeregowi kucharze: José, Rudy i Isaiah. Zjawili się nawet inni nauczyciele – koledzy mamy z pracy – oraz kilkoro dawnych uczniów i niemal wszyscy z grona jej przyjaciół.
Mama była w szczytowej formie, pląsała po kuchni razem z Macho. W eleganckich wizytowych spodniach z rozszerzanymi nogawkami, białej zapinanej koszuli z otwartym kołnierzykiem, cienkim, czarnym, luźno zawiązanym krawacie i czarnej fedorze nasuniętej na jedno oko wyglądała jota w jotę jak Marlene Dietrich. Próbowała tańczyć jakąś rozbujaną salsę, przebierając nogami po lino¬leum do synkopowego rytmu. Momentami za bardzo się wychylała na bok, a wtedy Macho ją łapał i przytrzymywał, ostrzegając: „Ostrożnie, Dana, nie zrób sobie krzywdy”.
Tata stał w kącie z uśmiechem na twarzy, przyglądając im się oczami zamglonymi alkoholem i szczęściem. Widząc, jak patrzy na mamę, pomyślałam: Kocha ją. To właśnie miłość.
Późnym wieczorem, gdy wszyscy goście już poszli, mama chwiejnym krokiem wspięła się po schodach na górę, pijana, ale radosna. W holu potknęła się o stertę prania i prawie się wyłożyła. Tym razem to ja przyszłam jej z pomocą, podtrzymując ją jedną ręką. Mama spojrzała na mnie z wdzięcznością i uśmiechnęła się szeroko.
– Ojej, skarbie, nie chcę, żebyś mnie taką widziała – powiedziała. – Wyglądam okropnie.
– Mamo, wyglądasz pięknie – zaprotestowałam.
Nie kłamałam: z tymi różowymi policzkami, rozpromienionymi oczami i blond włosami spływającymi falami wokół jej twarzy wyglądała bosko, wręcz niesamowicie. Była pełna życia. Sama chciałam tak wyglądać – jak ktoś, kto potrafił przykuć uwagę wszystkich, i tańcząc po kuchni, śmiał się i zarażał śmiechem innych. Dokądkolwiek poszła, roztaczała wokół siebie ciepło niczym chodzący kominek.
– Dziękuję, kochanie – odparła, przykładając mi dłoń do twarzy i przesuwając kciukiem po moim policzku. – Ale ty jesteś najpiękniejsza, wiesz o tym?
Pokręciłam przecząco głową, lecz mama zmusiła mnie, bym podniosła wzrok, po czym patrząc na mnie lśniącymi oczami, dodała:
– Mel, to prawda, i nie daj sobie wmówić niczego innego.
Ludzie wygadują różne dziwne rzeczy po alkoholu. Jestem pewna, że na trzeźwo mama nigdy by czegoś takiego nie powiedziała. Nie dlatego, że tak nie uważała, tylko nigdy nie przyszłoby jej to do głowy. Nie wydaje mi się, żeby robiła to celowo, ale zawsze była gwiazdą przedstawienia, pięknością przyciągającą światła reflektorów. Reszta z nas grała jedynie role drugoplanowe, nie tylko w dniu jej urodzin, ale codziennie.
Jak mogłam być najpiękniejsza, skoro to ona była słońcem? Ja byłam jak ten księżyc, blada i widoczna tylko w jej odbitym świetle.
Więc kim jestem teraz, gdy jej zabrakło?
Nie powinno się tak myśleć o zmarłych, prawda? Zmarłych powinno się idealizować. Byli idealni i już ich nie ma.
Tego wieczoru tata ją spacyfikował.
– Lepiej zapakuję tę panią do łóżka – oświadczył, wyłaniając się na szczycie schodów. Objął mamę w pasie i pociągnął do tyłu. Mama piszczała, a on wlókł ją do sypialni, po czym rzucił na materac. Zachowywali się jak małe dzieci – chichotali, droczyli się i torturowali łaskotkami, a potem tata zamknął drzwi kopniakiem.
Nagle na korytarzu zrobiło się cicho. Zbyt cicho. Poczułam ciarki na skórze. Poczłapałam do swojego pokoju i wgramoliłam się na łóżko. Siedząc na kołdrze, włączyłam radio i słuchałam, jak didżej stacji WPGC 95,5 puszcza zmysłowe kawałki R&B z dedykacją dla zakochanych. Położyłam się w ubraniu i gapiłam na sufit. Jedna piosenka przechodziła płynnie w drugą, trzymając miarowy rytm. Wkrótce wszystkie głosy zlały się w jeden. Na dworze zaczęło padać, a przez zamontowaną w oknie moskitierę sączył się chłód. Objęłam się rękami i leżałam spokojnie, całkiem nieruchomo.
Tak pewnie wygląda samotność, pomyślałam.
Przyjęcia się skończyły, gdy stan mamy się pogorszył – po chemii straciła włosy, pobladła i zmizerniała. Przestała się spotykać z przyjaciółmi i prawie nie wychodziła z domu. Nie mogła już dłużej ukrywać swojej tajemnicy: łysa głowa, woskowa cera, trzęsące się dłonie i przekrwione oczy wszystko zdradzały.
Zaczęłam przynosić jej lody z pobliskiej lodziarni, którą wspólnie odkryłyśmy. Sprzedawano je w zwykłych, białych półlitrowych pojemnikach, opatrzonych prostymi, czarno-białymi etykietami z nazwami smaków: ciasteczkowe, miętowe z kawałkami czekolady, czekoladowe, mango, kokosowe. Siadałyśmy u niej na łóżku i jadłyśmy prosto z kubełka, łyżka za łyżką. Aż pewnego dnia powiedziała mi, że nie może, że nie utrzyma ich w żołądku. Później się dowiedziałam, że już od wielu tygodni nie czuła smaku; chemoterapia to też jej odebrała.
A potem rak odebrał mi ją. Kropka.
Mama lubiła nosić cylindry, ot tak, dla hecy. Umiała przeklinać w dwunastu językach. Pod wpływem kaprysu wybrała się na kurs tarota, a potem oferowała wróżenie z kart wszystkim, których spotkała. Była zwariowana i nieprzewidywalna. Ludzie nieraz mi mówili: „Twoja mama to dopiero kobieta. Niesamowita. Wyjątkowa. Cudowna”. Czasami patrzyli na mnie sceptycznie i nagle oświadczali: „Masz jej oczy”, jakby zachodzili w głowę, co też po niej odziedziczyłam. Na pewno nie jej urok ani talent, ani barwną osobowość. Ale oczy owszem – taka mała genetyczna nagroda pocieszenia.
Mama była tak szalona, że zawsze sądziłam, iż zginie w honorowym pojedynku o świcie albo w jakimś dziwnym wypadku, skacząc na bungee, albo jeszcze lepiej – nisko lecący balon na gorące powietrze zetnie jej głowę.
Ale rak? Serio?
To nie ma sensu. Śmierć nie ma sensu.
Rany, już dość. Dlaczego się tak zadręczam?
Burczy mi w brzuchu. Jest już ciemno i dużo chłodniej – według mojego zegarka dochodzi ósma. Wstaję i wchodzę do środka, zastanawiając się, dlaczego tata nie zawołał mnie na kolację. Zazwyczaj ilekroć jest w domu w porze kolacji – co zdarza się rzadko – obsesyjnie pilnuje punktualności posiłku. To dziwne, że nie ma go ani w kuchni, ani na górze.
– Tato?! – krzyczę ze schodów do piwnicy.
Widzę bijące z dołu światło, ale taty ani śladu.
– Kochanie, zaraz przyjdę – dobiega do mnie jego głos, niski i napięty.
Zeskakuję po kilku schodkach. Stąd widzę wyraźniej piwnicę, zagraconą płótnami i kartonami z puszkami farby, pędzlami i paletami, wszystkimi narzędziami artysty. Pracownia mamy, rozłożona na części pierwsze, całe wyposażenie porozrzucane bez ładu i składu. Nie żeby było inaczej, kiedy żyła, tylko że teraz wszystko jest stłoczone w ciemnym pomieszczeniu, a nie rozłożone na widoku w jej słonecznym gabinecie obok salonu.
Tata zaczął znosić tu jej rzeczy kilka tygodni przed jej śmiercią. Wtedy zrozumiałam, że mama już nie wróci ze szpitala.
– Dobrze się czujesz? – pytam.
Po pogrzebie podczas stypy zastałam ojca w kuchni. Robił tosty.
– Tato – zagadnęłam go – co ty, do licha, wyprawiasz?
Popatrzył na mnie mglistymi oczami. Były ciemnobrązowe, a w kącikach zaczerwienione. Z tostera wyskoczyły grzanki. Spojrzał na nie, jakby nie wiedział, skąd się wzięły.
– Tam są ludzie – odparł.
– No i…? – zachęcałam, żeby rozwinął myśl.
– Jej tu nie ma – dodał.
Wspaniale, pomyślałam. Mama odeszła, a tata postradał zmysły.
– Tato, dobrze się czujesz? – spytałam i w tej samej chwili tego pożałowałam. To oczywiste, że nie czuł się dobrze. Przecież dopiero co pochował żonę.
Zamrugał, po czym bez słowa podał mi tost. Zjadłam go w milczeniu; był suchy, twardawy i bez smaku, prawie jak papier ścierny. Tata objął mnie ramieniem i lekko ścisnął.
Pokonuję resztę stopni. Ojciec siedzi na połamanym drewnianym krześle i przesuwa palcami po wielkim płótnie. W słabym świetle dostrzegam rozmyte, wirujące barwy, z których wyłania się abstrakcyjna, lecz dziwnie znajoma postać.
– Dała mi to – mówi spokojnie – na naszą pierwszą rocznicę. Siedemnaście lat temu.
Zapalam światło. Teraz widzę, że tą postacią jest mój tata: stoi zgarbiony nad kuchenką i coś gotuje. Białe obłoki pary unoszą się nad garnkiem, pomarańczowe wachlarze płomieni falują wokół palnika. Na jego głowie wiją się loki, teraz już mocno przerzedzone. Trzyma rękę nad garnkiem i wsypuje do niego jakąś sproszkowaną substancję.
– Wiedziała to przede mną – szepcze. – Wiedziała, co powinienem robić w życiu, nawet gdy sam rozważałem, czy nie zostać księgowym. „To praktyczne zajęcie – wmawiałem sobie. – Każdy potrzebuje księgowego…”.
Zawiesza głos i przeciera dłonią twarz. Kładę mu rękę na ramieniu, by poczuł, że jestem blisko.
– Każdy także potrzebuje jedzenia, tato – mówię szeptem.
O dziwo, z jego gardła wydobywa się śmiech.
– Święta racja, Melly.
Przyciska dłoń do płótna z wizerunkiem jego twarzy i rozchyla palce. W przerwach między nimi dostrzegam strzępki kolorów, detale wyrwane z kontekstu, które nie mają sensu.
Damon, chłopak o zielonych oczach, stojący pośród drzew…
Kim jesteś? – pytam w myślach.
W głowie mam totalny mętlik.
– Przepraszam – mówi tata.
Każdy za coś przeprasza.
– Za co? – pytam.
– Przepraszam, że nie mogłem…
Urywa. Wiem, co chciał powiedzieć: „Uratować mamy. Zatrzymać jej tu. Uleczyć. Przepraszam, że nie zauważyłem jej choroby. Przepraszam, że poznałem prawdę, gdy było już za późno”.
Są rzeczy, na które nie można się przygotować, których nie widzimy.
– To nie twoja wina – pocieszam go.

Odpryskująca farba, gołe cegły i skrytobójcze opary azbestu. Mmm. Szkoła państwowa ponownie wita w swoich progach.
Poprawiam ramiączko stanika i przeciskam się przez bramki detekcji metalu. Szafki na korytarzu wyglądają prawie jak nowe, zero graffiti. Kłują w oczy okropnym jaskrawozielonym kolorem, ale przynajmniej są niepomazane; pozostaną takie tylko przez kilka pierwszych tygodni. Na ścianie przed aulą wisi galeria zdjęć naszych drużyn sportowych, której nie zmieniano zdaje się od czasu wybudowania szkoły. Same fotografie są dość nudne, wszystkie przedstawiają atletów z dawnych lat w heroicznych pozach i niemal komicznych jak na dzisiejsze czasy strojach. Chyba trzymają je tu, aby przypominały nam o tym, że sport to świetna sprawa, choć już zdążyły pożółknąć.
Korytarze buczą zbiorową energią półtora tysiąca nastolatków kipiących hormonami, nawijających o sierpniowej duchocie i swoich dorywczych pracach z piekła rodem, o tym, kto ma nową furę, nowy dom, nowego chłopaka lub nowe ciuchy.
Moje lato upłynęło pod znakiem kelnerowania, oglądania do późna telewizji i głośnego słuchania indie rocka na trzeszczących głośnikach. Do tego niekończące się wizyty w szpitalu, obrzydliwie papkowaty stołówkowy budyń i wiele nieprzespanych nocy. Moja mama umarła i nikt o tym nie wie z wyjątkiem jednego kumpla, któremu powiedziałam.
Nikogo to nie obchodzi.
To niesamowite, jak toczy się życie w liceum – ludzie tyle plotkują, a tak mało o sobie wiedzą. Moi koledzy z klasy nie są jak statki mijające się nocą, raczej jak elektryczne samochodziki w parku rozrywki, które nieustannie się zderzają, ale nic poza tym.
– Melly! – Tristan chwyta mnie w pasie i unosi w górę, kręcąc mną wokół własnej osi.
Nikt nie jest odporny na te czułości. Uściski Tristana są jak tosty cynamonowe – dobre o każdej porze dnia i nocy.
Tristan pokazuje wszystkie zęby w uśmiechu, połyskując aparatem korekcyjnym. Jego niebieskie oczy lśnią, a ciemne, potargane włosy spływają mu na twarz niczym strugi deszczu.
– Cieszysz się, że mnie widzisz? – pyta.
Wzdycham i pozwalam, by ścisnął mnie jeszcze mocniej. Wtula twarz w moje włosy. Pachnie zieloną herbatą. Tylko Tristan mógł przyjść do szkoły, pachnąc jak japoński napar. Kocham go za to.
Rozlega się przejmujący, donośny dźwięk dzwonka. Odrywamy się od siebie, a Tristan krzywi się i zaczyna kręcić włosy na palcu. Sterczą mu teraz nad czołem jak lody z automatu.
– W porze lunchu umówiłem się z jednym gościem w pewnej sprawie – oświadcza. – Więc nie wiem, kiedy się zobaczymy.
– Mam nadzieję, że nie chodzi o nic nielegalnego? Kim jest ten koleś?
Tristan unosi brew, ale nie odpowiada.
– Może po szkole? – proponuję. – O ile nie masz jeszcze prób.
– W tym roku chyba spróbuję sił w czymś innym – śmieje się Tristan. – Na przykład w… koszykówce.
– Jasne – prycham. – Moja magiczna kula bardzo w to wątpi.
Tristan pokazuje mi w żartach środkowy palec, a ja posyłam mu całusa.

Najpierw biologia, potem angielski, a po nim czytelnia. Nudzę się niemiłosiernie; biologia schodzi mi głównie na robieniu miniaturowych ptaków origami z kawałków planu zajęć. Pracowita ze mnie pszczółka.
Po lekcjach siadam pod drzewem i patrzę, jak moi szkolni koledzy wylewają się z budynku i rozpraszają niczym trujący gaz, który przez wieczór zanieczyści cały świat. Cokolwiek by mówić o amerykańskim systemie szkolnictwa, przynajmniej unieszkodliwia moje bezwartościowe pokolenie na osiem godzin dziennie. Szkoła to dla mnie nie tyle więzienie, ile szpital psychiatryczny, pokój bez klamek dla nieszczęśników dotkniętych patologią, jaką jest dojrzewanie.
– Melly! – Tristan zwala się obok mnie na ziemię i mocno ściska. – Kopę lat!
– Rany, Tristan – mówię, pokasłując. – Zostaw mi trochę powietrza w płucach. Jeszcze mi się przyda.
Tristan jest cały w skowronkach, gdy mnie puszcza.
– Słuchaj, nie uwierzysz. No więc rozmawiałem z panem Grangerem – oświadcza radośnie – i on twierdzi, że mogę mieć rację z tymi Iluminatami…
Staram się słuchać rozwlekłego wywodu Tristana na temat Kościoła Katolickiego i jego możliwych powiązań z jakimś tajnym szatańskim stowarzyszeniem, ale już po trzydziestu sekundach wyłączam się, skupiając uwagę na sunącej tam i z powrotem procesji ludzi. Niekończący się potok dżinsów, T-shirtów i trampek; tu i ówdzie jakieś kolczyki, okropne – pewnie zmywalne – tatuaże albo źle dobrane fryzury.
I nagle ktoś przykuwa mój wzrok
Damon.
Byłam ciekawa, kiedy znów go zobaczę.
W restauracji nie miałam okazji dobrze mu się przyjrzeć. Poświęcam więc chwilę, by omieść go wzrokiem. Jest wysoki, tyczkowaty, ma na sobie czarną koszulkę i workowate dżinsy, opadające na znoszone sportowe pumy. Skóra koloru latte, ciemne, kędzierzawe włosy i oczy tak zielone, że zawstydziłyby nawet Kermita. Poza tym wydatne kości policzkowe, wysoko osadzone i wyraziste. Na ramieniu ma torbę fotograficzną. Opiera się o budynek szkoły i rozmawia z kilkoma kolesiami z drużyny koszykarskiej. Podnosi szczupłą dłoń o długich palcach i układa ją w kształt pistoletu, celując w jednego z rechoczących kolegów.
Obserwuję, jak dyskutuje z jednym z graczy. Z początku obaj sprawiają wrażenie, jakby żartowali, ale potem Damon odpycha tego drugiego, osuwa się po ścianie w kucki i wyciąga z torby aparat. Unosi go do oczu, spogląda przez wizjer i zaciska palce wokół obiektywu, dostosowując ostrość.
Czy on patrzy na mnie?
– …I tak właśnie zabili Jimmy’ego Hoffę! To naprawdę fascynujące, Melly… Melanie?
Tristan prawie miażdży mi rękę, próbując przykuć moją uwagę. Odwracam głowę, skupiając wzrok na jego twarzy.
– Nic ci nie jest, Mel? – pyta, unosząc brwi.
– Nie. – Odgarniam z oczu pojedyncze pasma włosów. – Tylko mam dużo zadane. Złapiemy się później.
– No to pa – rzuca Tristan, podskakuje i ponownie mnie ściska. Jest taki ciepły i ładnie pachnie. Jego oczy mówią: „Pogadamy później, panienko”, ale to nie groźba, raczej obietnica.

W domu zaszywam się bezpiecznie w swoim pokoju, wsuwam płytę Niny Simone do wieży, zwijam się w kłębek i słucham, jak zawodzi o niedoli na świecie. Jednak kiedy zamykam oczy, w moich myślach pojawia się Damon: zielonooki Damon, który lubi czarną kawę. Damon, który chodzi do mojej szkoły. Kiedy oznajmił mi, że zaczyna naukę w Hamilton High, nawet nie pomyślałam, co to tak naprawdę znaczy.
Wymyślam mu fikcyjne życie. Przypuśćmy, że jest jedynakiem i ma bardzo atrakcyjnych rodziców. Gra w koszykówkę i uważa, że „Sports Illustrated” to kawał świetnego dziennikarstwa. Nigdy w życiu nie czytał poezji. Jest grzeczny i uprzejmy, ale niezbyt bystry. Ogląda jedynie filmy akcji, w których ludzie wylatują w powietrze. W weekendy spotyka się z przyjaciółmi – razem piją, przewracają kubły na śmieci i mają z tego ubaw po pachy.
Nie, coś tu nie gra.
– Melly, nie dajesz chłopcom szansy – powtarzała mi mama. Siadała w kuchni z filiżanką kawy w poplamionych farbą dłoniach i spoglądała na mnie przez okulary w cienkiej, drucianej oprawie, które zsuwały jej się z nosa.
– Nieprawda – odpowiadałam.
– Ani dziewczętom.
Może miała rację. Zawsze byłam tylko ja i Tristan, złączeni od pierwszej klasy podstawówki wspólnym zamiłowaniem do kolorowanek ze Spider-Manem. Ale od wielu lat nie miałam żadnej dobrej przyjaciółki. Pamiętam dokładnie, kiedy przestałam się o nie starać – w gimnazjum. Właśnie wtedy wszyscy zrobili się wredni: żarty stały się bardziej złośliwe, a przytyki bardziej osobiste. Moje ubrania nigdy nie były wystarczająco modne. Moja fryzura nigdy nie była wystarczająco ładna. „Hej, Melanie, dzwonili z roku siedemdziesiątego czwartego i chcą, żebyś zwróciła im dzwony” – dogryzła mi kiedyś Sophie Angelino. Chyba cała klasa się ze mnie śmiała.
Na co komu takie koleżanki?
Mama nie zrozumiałaby tego, bo nie byłam taka jak ona: powszechnie lubiana, urocza, wyluzowana i ładna. Nie zawierałam przyjaźni tak łatwo. Nie pasowałam do reszty. Nie umiałam flirtować, odrzucając zalotnie włosy i trzepocząc rzęsami, by przyciągnąć uwagę chłopców. Chłopcy nie patrzyli na mnie w ten sposób. Oni w ogóle na mnie nie patrzyli.
Czasami się zastanawiałam, czy to dlatego, że właściwie nie było na co patrzeć.
„Dałabym im szansę – powtarzałam sobie w myślach – gdyby oni dali ją mnie”.
Przetrząsam torebkę w poszukiwaniu zdjęcia Carlosa, które dostałam od Damona. Jest piękne. Nawet nie znam tego chłopaka, a mimo wszystko ilekroć na nie patrzę, wywołuje uśmiech na mojej twarzy.
Może w ten sposób Damon chciał mi dać szansę. Chciał mnie do siebie dopuścić.
Ciekawe, o co chodzi z tym aparatem. W ogóle się z nim nie rozstaje. Czuję, że kryje się za tym jakaś historia, i chcę ją poznać.
Damon mógł po prostu odejść, kiedy zobaczył, jak płaczę w parku. Tak postąpiłaby większość osób. Właśnie w takim świecie żyjemy – pełnym ludzi, którzy wolą odwrócić wzrok.
Ale Damon tego nie zrobił. Przejął się. Chciał pomóc.
To coś znaczy.

W sobotę tata oświadcza, że babcia Agnes chce się ze mną zobaczyć.
W ogóle mnie to nie cieszy.
Nie żebym nie lubiła babci Agnes. Jest mamą mojej mamy i jedyną babcią, jaka mi pozostała. Rodzice taty zmarli, gdy byłam mała, nie zdążyłam ich nawet dobrze poznać, a ojciec mamy odszedł, zanim się urodziłam.
Mimo to nigdy nie byłam blisko z babcią Agnes. Przychodziła czasami na wernisaże mamy lub na kolację, ale zawsze dało się wyczuć pewien dystans między nią a jej córką, jakby za bardzo się różniły, by wytworzyć prawdziwą więź. Mama nigdy o tym nie mówiła, ale odniosłam wrażenie, że babcia Agnes tak naprawdę nie rozumiała, dlaczego mama chciała zostać artystką.
Któregoś razu w Święto Dziękczynienia podsłuchałam ich rozmowę w przedpokoju. Babcia Agnes zwróciła się do mamy tonem nieznoszącym sprzeciwu:
– Dana, nauczanie to szlachetne zajęcie, ale teraz, gdy Gary porzucił księgowość dla własnej restauracji, ledwo sobie radzicie. Jesteś bystra, mogłabyś…
– Na Boga, mamo! Odpuść już sobie!
– Ale gdybyś zajęła się czymś praktycznym…
Mama nie odpowiedziała. Po prostu odeszła, mijając się ze mną bez słowa w przedpokoju, zupełnie jakby mnie nie widziała.
Taka już była: żeby ją zrozumieć, trzeba było najpierw zrozumieć ją jako artystkę. Sztuka była nieodłączną częścią jej życia, tym, co kochała i co robiła; była jej sposobem patrzenia na świat. Zajmowała się nią, bo musiała, miała to we krwi. Problem nie polegał na tym, że nie chciała przestać, po prostu nie mogła.
Ostatnio babcia Agnes trochę zdziwaczała, ale to nie jej wina. W końcu ma osiemdziesiąt lat. W pewnym wieku wolno wyzbyć się zahamowań i mówić, co ślina na język przyniesie, nie dbając o czyjeś uczucia, choć ona właściwie nigdy nie miała takich oporów.
– Proszę, nie sprzeczaj się ze mną o to – mówi tata. – Po prostu tam pojedź.
– Ty się nie wybierasz? – pytam, a on potrząsa głową.
Świetnie. Wysyła mnie do niej jak baranka na rzeź.
– To nie fair…
– Melly – podejmuje, wyglądając przy tym tak, jakby uszło z niego powietrze – ona chce się zobaczyć z tobą. Wiem, że wolałabyś robić inne rzeczy w sobotę, ale to twoja babcia i cię kocha. Proszę, po prostu spędź z nią kilka godzin, okej?
I tak, chcąc nie chcąc, spędzam sobotnie popołudnie u babci, w jej maleńkim, ciepłym i dusznym mieszkaniu. Całe upstrzone jest kwiecistymi wzorami – kanapa w kwiaty, zasłony w kwiaty, tapeta w kwiaty i kwiaty na obrazach. To wielki bukiet, nie mieszkanie! Można pomyśleć, że przy takim zatrzęsieniu kwiatowych motywów powinno być tu miło i przytulnie, ale nie jest – śmierdzi stęchlizną, a babcia nigdy nie podciąga rolet, więc jest ciemno i ponuro. I nie ma tu żadnych żywych roślin.
Babcia Agnes częstuje mnie kanapką z tuńczykiem. Ma na sobie sweter w żyrafy – cała ona.
– Jak sobie radzisz? – pyta.
Niepewnie zanurzam zęby w kanapce. Babcia nie jest najlepszą kucharką, ale sądząc po smaku, chyba przeżyję.
– Nie najgorzej – odpowiadam.
Patrzy na mnie z niedowierzaniem.
– Wyglądasz na zmęczoną. Wysypiasz się?
Wzruszam ramionami, a ona wzdycha.
– Co się stało, Melanie?
– Nie wiem, o co ci chodzi.
– O to! – wyjaśnia, wskazując na mnie wymownie ręką. – Jeszcze kilka miesięcy temu byłaś zupełnie normalna. A teraz masz te włosy i biżuterię w dziwnych miejscach, a twoje ubranie wygląda jak ze śmietnika.
Dzisiaj akurat włożyłam mniej obszarpane dżinsy i T-shirt z zespołem The Smiths, który znalazłam kilka tygodni temu w jakimś sklepie z używanymi rzeczami. Jak na mnie, to i tak przyzwoicie.
– Lubię się tak ubierać – odpowiadam.
Przypominam sobie, jak pierwszy raz pofarbowałam włosy. To było w dniu, kiedy mama miała ostatnią rundę chemoterapii. Lekarze nie powiedzieli, że to ostatnia, ale na tym etapie dalsze leczenie nie miało już sensu – rak dawał przerzuty i żadna z poprzednich serii chemii nie przyniosła efektów. „To moje ostatnie podejście – wóz albo przewóz” – oświadczyła mama i posłała mi gorzki uśmiech. Przez kilka godzin siedziałam pod drzwiami łazienki, nasłuchując, jak wymiotuje. Wreszcie zaprowadziłam ją do łóżka i zasnęła. Wróciłam na górę i odgrzebawszy farbę do włosów, którą kupiliśmy z Tristanem na poprzednie Halloween, zrobiłam sobie szkarłatne pasemka. Gdy znów do niej zeszłam, już nie spała. Spojrzała na mnie i wyciągnąwszy ręce, przeczesała mi włosy. Żywa czerwień mocno kontrastowała z bielą jej dłoni, które nigdy nie były tak blade.
– Podobają mi się – oświadczyła. – W twoim wieku też się tak farbowałam.
– Naprawdę? – spytałam z niedowierzaniem. – To było wtedy, gdy miałaś fazę na punk rocka?
– Wyczuwam w twoim głosie nutę sarkazmu – zauważyła. – Wypraszam sobie.
– Ależ skąd, mamo – zaprzeczyłam.
– Musisz wiedzieć – przemówiła autorytarnym tonem, choć była już bardzo słaba – że zawsze byłam i będę punkrockową dziewczyną.
– Uhm – przytaknęłam.
– To stan umysłu, nie włosów.
– Mamo, co ty mówisz? Stan włosów?
Zrobiła dramatyczny gest ręką.
– Podaj mi, proszę, perukę z zielonymi pasemkami, żebyśmy wyglądały podobnie.
Mijały kolejne miesiące, a mama była coraz bledsza. Wyglądała, jakby dosłownie znikała, nieubłaganie wymazywana z kartki gumką do ścierania. Stopniowo gasła i słabła; było jej coraz mniej. Ja zmieniałam się wraz z nią. Przekłuwałam sobie uszy – jedna dziurka za każdy dzień, kiedy wracałam do domu i zastawałam ją na kolanach wymiotującą w łazience, wycieńczoną suchymi torsjami. Rwałam sobie dżinsy, dopóki nie były w strzępach jak moje nerwy. Kupowałam T-shirty z wulgarnymi nazwami zespołów, których nigdy nie słuchałam, pod przykrywką buntu wobec istniejącego stanu rzeczy. Patrzyłam na brud zbierający się pod moimi paznokciami i zastanawiałam się, z jakiego grobu próbowałam się wydostać.
Nagle to ja byłam słońcem: oślepiającym, bijącym w oczy, zbyt jaskrawym, by patrzeć na nie wprost. Mama zaś była księżycem: stopniowo ubywającym sierpem, który w końcu całkiem znikł.
– Czy to taka faza? – pyta babcia. – Wiem, że nastolatki czasami się buntują, ale ty byłaś zawsze taka rozsądna.
Rozsądna. Tak, taka byłam. Rozsądna, praktyczna, cicha. Nudna jak flaki z olejem.
– To żaden bunt – protestuję.
– Chodzi o twoją matkę? – drąży dalej.
Tego dnia, kiedy w parku spotkałam Damona, siedziałam w tym samym miejscu, w którym czasami wspólnie rysowałyśmy. Pomyślałam wtedy: „Już nigdy tu z nią nie przyjdę”. To było jak cios w brzuch. Przez te wszystkie miesiące patrzyłam, jak umiera, a jednak nie dopuszczałam do siebie, że to się dzieje naprawdę. Że to nieodwracalne. Nigdy nie byłam osobą religijną, ale nagle zrozumiałam, skąd wzięło się tyle legend o życiu pozagrobowym.
Bo jak można po prostu przestać istnieć?
Być może taki strój, farbowane włosy i kolczyki w dziwnych miejscach to faktycznie głupota. Wiem, że to wszystko nie przywróci mi mamy. Nie przywróciło, gdy była chora, więc tym bardziej teraz.
Jednak kiedy się tak ubieram, czuję się bezpieczniej i bliżej niej. Bardziej punkrockowo.
Wtedy czuję, że dam radę i że mogę żyć bez niej.
Nie mogę już dłużej być cichą, spokojną Melanie, tą nudziarą, która nigdy się nie wychyla i o nic nie prosi, bo tak jest łatwiej.
Świat musi teraz przywyknąć do nowej Melanie.
Ale wątpię, by babcia Agnes to zrozumiała.
– To nie ma z nią nic wspólnego – odpowiadam.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Mów do mnie
Autor Sonia Belasco
Wydawnictwo HarperCollins
Data premiery 15-02-2018
Ilość stron 240
Oprawa Miękka
ISBN 9788327631152
Tłumaczenie Danuta Fryzowska
Projekt okładki Emotion Media
Ocena 
23-04-2018

Mów do mnie

Damon jest załamany po śmierci swojego najlepszego przyjaciele. Nie może zrozumieć dlaczego Carlos targnął się na swoje życie. Chłopcy znali się od małego i Damon myślał, że wiedzą o sobie wszystko. A jednak, teraz nie jest w stanie zrozumieć dlaczego Carlos to zrobił. Żeby jakoś uporać się z tą stratą i odnaleźć powód, dla którego doszło do tej tragicznej sytuacji, postanawia zająć się niegdysiejszą pasją zmarłego, fotografią.
Melanie straciła matkę, która przegrała walkę z rakiem. Dziewczyna nie może poradzić sobie z tą stratą i, żeby znaleźć ukojenie postanawia pójść w ślady matki i rozpocząć przygodę z malarstwem.

Los chciał, że drogi tych dwojga się przecięły.

Sonia Belasco stworzyła poruszającą historię. Lektura jest zarazem lekka i ciężka. Styl autorki nadaje treści lekkości i z przyjemnością pochłania się kolejne strony. Czyta się naprawdę szybko i z uwagą. Za wagę tej opowieści odpowiada trudna tematyka. Śmierć bliskiej osoby nigdy nie jest łatwa, a żałoba to ciężki okres dla ludzi, którzy pozostali na tym świecie i borykają się ze stratą. Świetnym pomysłem było wprowadzenie dwóch narratorów. Raz mamy możliwość poznania historia opowiadanej przez Mel, a raz przez Damona. Pozwala to na intensywniejsze zagłębienie się w całość. Daje to również możliwość bliższego poznania naszych bohaterów z osobna. Są to wiarygodne postacie, o złożonej psychice. To jednak z tych książek, które naprawdę warto poznać.

Ocena 
26-03-2018

Temat TABU

Zacznę od okładki, która bardzo przypadła mi do gustu. Duży księżyc, dwoje nastolatków... Podświadomie czułam, że to nie będzie lekka lektura... Niestety nie posiada skrzydełek, co jest też normalne u tegoż wydawnictwa. Przez to nie ma dodatkowej ochrony i szybko może się niszczyć, więc lepiej uważać...
Co do samego wydania nie mam zastrzeżeń. Nie znalazłam w tekście literówek, a odstępy między wersami i marginesy zostały zachowane. Czcionka jest duża, dzięki czemu czyta się szybko i wygodnie.
Jest to moje pierwsze spotkanie z autorką i muszę przyznać, że udane. Decydując się na tę książkę nie wiedziałam jakim piórem będzie się posługiwać autorka i czy akurat przypadnie mi do gustu. Moje obawy były w tym przypadku zbędne, ponieważ już po kilkunastu stronach polubiłam się z jej stylem i śledziłam z zainteresowaniem losy bohaterów. Sonia Belasco posługuje się prostym, przejrzystym i przyjemnym piórem, które polubić jest w stanie każdy. Nie miałam jakichkolwiek blokad czy barier przy czytaniu Mów do mnie. Nie jest to plastyczny styl, a bardziej młodzieżowy. Autorka nie przynudza, popycha akcję do przodu, więc spokojnie - nie zaśniecie przy czytaniu jej.
Reasumując uważam, że Sonia Belasco napisała kawał dobrej lektury, z drobnymi mankamentami o których już za moment, ale mimo to można śmiało sięgnąć po nią, ponieważ jest tego warta.

Bohaterowie, jacy zostali nam przedstawieni w tej lekturze są doprawdy przeróżni. Mają różne zdania w tematach tabu, różnią się charakterem i nie są neutralni. Za to dziękuję autorce bo głównie poprzez bohaterów ukazała nam część problemów z jakimi zmierzają się nastolatkowie i ogólnie ludzie w dzisiejszych czasach.
Melanie oraz Damon stracili osoby, które były dla nich bliskie. Przeżywają żałobę na swój sposób, inaczej. Niemniej jednak było mi ich żal. Wiem, jak to jest stracić kogoś bliskiego i nie móc z tą osobą porozmawiać...
Polubiłam zarówna Damona, jak i Melanie. Są to sympatyczne postacie, które kryją w sobie bardzo wiele i nie chcą tego z siebie wydusić. To ich męczy jeszcze bardziej, przez co nie mogą pogodzić się ze stratą.
Reasumując uważam, że są dość dobrze wykreowanymi bohaterami, których jesteśmy w stanie polubić, którym współczujemy i chcemy dla nich jak najlepiej. Myślę, że ich polubicie.
Emocje... Niestety, ale tutaj jest ten mankament, o którym wspomniałam wyżej. Nie poczułam uczuć, które czuli Damon czy Melanie. Pustka totalna i szkoda, bo gdyby nie to, książka w moich oczach byłaby rewelacyjna, a tak to jest tylko dobra. Żałuję, że kwestia uczuć została potraktowana gorzej, że kompletnie nie została dopracowana. Dowiadujemy się również, że sama autorka straciła chłopaka, który popełnił samobójstwo. Myślałam, że przekaże nam jakieś głębsze odczucia, ale nie... Szkoda.
Podoba mi się to, że powstaje coraz więcej książek o tematyce samobójstwa, śmierci, stracie kogoś bliskiego. Oczywiście nie podoba mi się to, że kogoś tracimy, tylko to, że zaczyna się o tym coraz więcej mówić. Że pokazuje się innym, że nie jest sam, że zawsze jest jakieś wyjście z sytuacji, wsparcie, nadzieja na pogodzenie się z nieobecnością drugiej osoby. Warto o tym rozmawiać i ogólnie warto rozmawiać. Bo na przykładzie przyjaciela Damona, Carlosa - zabrakło rozmowy i poprowadziło do nieodwracalnej straty. Autorka pokazuje jak tragicznie może skończyć się życie człowieka, gdy nie wyjawi tego, co go męczy. Trochę to przykre, bo nawet jeśli ma się przyjaciela i nie mówi takich rzeczy... Trudny to temat, ciężko mi o tym pisać. Mam nadzieję, że mnie rozumiecie...

Reasumując cieszę się, że miałam okazję poznać powieść o takiej tematyce, trudnej ale bardzo ważnej. Może powieść nie jest doskonała, ale jest dobra i warto poświecić jej kilka chwil. Myślę, że mogłaby być dedykowana wszystkim tym, którzy stracili kogoś bliskiego, czy nawet młodzieży. To są wciąż tematu TABU, o których warto pamiętać, o których warto rozmawiać. Jestem przekonana, że niektórym osobom z pewnością przypomni kilka spraw czy tez wskaże drogę. Polecam również wszystkim zainteresowanym. Nie jest to może lektura z górnej półki, ale mimo wszystko warto jej poświęcić kilka chwil. :)

Ocena 
23-03-2018

Recenzja "Mów do mnie"

kochajacaksiazki.blogspot.com

Po raz kolejny (nieświadomie) sięgnęłam po książkę dla młodzieży, poruszającą tematykę dość „ciężkiego kalibru”: samobójstwo, śmierć, strata bliskich, żałoba.
Nie tak dawno miałam okazję przeczytać „Lato Eden”, która była bardzo ciekawą i dobrze napisaną historią, choć nie zapadającą w pamięci na zbyt długi czas. Czy „Mów do mnie” Soni Belasco wypadło lepiej?

Mam tak przynajmniej dwadzieścia razy dziennie. Robię coś albo coś mówię, albo coś widzę i mam ochotę wysłać pocztówkę do tego miejsca bez adresu, w którym teraz przebywasz: „Szkoda, że Cię tu nie ma”.
Nie ma dobrych słów, by wyrazić ból po stracie. Nie ma słów, które pomogłyby walczyć z pustką po kimś, kto odszedł.
To dlatego Melanie zaczęła malować. Jej matka była dość ekscentryczną artystką, wspaniałą kobietą. Zmarła przedwcześnie na raka. Melanie maluje, by poczuć jej bliskość.
To dlatego Damon zaczął robić zdjęcia. Carlos, jego najlepszy przyjaciel, był fotografem. Odebrał sobie życie. Damon chce zrozumieć, dlaczego. Wierzy, że przez obiektyw jego aparatu zobaczy świat oczami Carlosa.
Dla obojga sztuka to terapia, światło nadziei w trudnym powrocie do normalności.
Spotykają się podczas prób do szkolnej wersji Otella. Mają ze sobą wiele wspólnego, coraz dłuższe rozmowy przynoszą obojgu ulgę. Przekonują się, że czasami wystarczy, by ktoś nas wysłuchał, bo zainteresowanie życzliwej osoby to najlepsze lekarstwo na smutek.

Wyobraźcie sobie teraz sytuację, w której macie pomysł na swoją książkę. W Waszych głowach tworzą się wizje niektórych scen, czy też dialogów. Każdą z nich spisujecie na osobnej karteczce. Następnie wrzucacie je wszystkie do jednego pojemnika, po czym losujecie przypadkowe części Waszej historii i sklejacie je w całość, bez przejrzenia ich treści. Takie było właśnie „Mów do mnie”.

Sonia Belasco stworzyła tak chaotyczną i niespójną historię, z jaką już dawno nie miałam do czynienia. Autorka kompletnie nie umiała przejść płynnie z opowieści teraźniejszych, do wspomnień z przeszłości. W praktyce wygląda to tak, że na początku czytasz co się dzieje aktualnie w życiu bohatera, ale po przeczytaniu dwóch stron, uświadamiasz sobie że co najmniej od połowy strony odczytujesz już jego wspomnienia z przeszłości. Nie ma chyba nic bardziej irytującego.

Sam pomysł na książkę nie był zły, choć ogólnie rzecz biorąc, książka ta jest bez żadnego polotu. Kompletnie nie potrafiłam utożsamić się z głównymi bohaterami. Pomimo tego iż cała ta historia porusza ciężką tematykę, to jednak nie wzbudziła ona we mnie żadnych emocji. Ani smutku czy rozpaczy, radości czy szczęścia. Nic. Przeczytałam tą książkę z jedną, nie wyrażającą żadnych emocji miną.

Sam wątek romantyczny również mnie nie zachwycił. Jest to dość dziwne, biorąc pod uwagę mą duszę romantyka. W ogóle nie wyczułam tej chemii między głównymi bohaterami. Odnosiłam wrażenie, że to uczucie między nimi zostało stworzone tak na siłę. Lepiej byłoby z tego zrobić taką prawdziwą przyjaźń, niż mało wiarygodną miłość.

Kolejnym zarzutem wobec tej książki jest to, że „Mów do mnie” nie ma żadnej akcji. Fabuła tylko tak płynie, i płynie… Pomimo że książka liczy sobie niewiele ponad dwieście stron, to czytało mi się ją dość mozolnie. Nie potrafiła mnie zainteresować tak na dłuższą metę. Powiem wprost: nudziła mnie.

Podsumowując, „Mów do mnie” jest dość dużym niewypałem. Co prawda historia ta miała jakiś potencjał, ale niestety wykonanie zupełnie mi się nie spodobało. Gdybym miała określić ją dwoma przymiotnikami, byłyby to: chaotyczna i nudna.

Moja ocena: 4/10

Ocena 
23-03-2018

Speak as I am

Historia przedstawiona jest z dwóch perspektyw - Damona i Melanie, których losy splatają się na początku powieści.

Pierwszego poznajemy Damona - czarnoskórego nastolatka, który nie może się otrząść po samobójczej śmierci swego przyjaciela Carlosa. Chłopak przeżywa żałobę w dość osobliwy sposób, a mianowicie podejmuje się nowych, nietypowych dla niech zainteresowań. Początkowo nastolatek zaczyna interesować się fotografią, którą kiedyś parał się jego zmarły przyjaciel. Następnie, Damon bierze udział w castingu walcząc o główną rolę Szekspirowskiego Otella, który będzie wystawiany przez jego szkołę. Na próbach, chłopak zbliża się do Melanie, która odpowiedzialna jest za scenografię. Druga najważniejsza postać książki, Melanie, podobnie jak Damon, również zmaga się z żałobą po bliskiej jej osobie. Dziewczyna stara się uporać ze śmiercią chorej na nowotwór matki, po której odziedziczyła oczy, pasję i artystyczne zdolności.

Co do fabuły, odniosłam wrażenie, że jest ona mocno odtwórcza. Poza głównym motywem książki, jakim jest żałoba, książka sama w sobie jest przewidywalna i pełna "stockowych" elementów, takich jak "przypadkowe" i niezręczne pierwsze spotkanie głównych bohaterów, podziwianie kogoś z odległości, nie wspominając o motywie wystawiania Szekspirowskiego dramatu, z którym utożsamiają się bohaterowie, na którego próbach postacie się do siebie zbliżają, i którego wystawianie jest finałem książki.

Mimo wszystko jednak ogromną zaletą książki jest jej motyw przewodni, którym jest tak jak wspominałam wcześniej - żałoba. Nie jest to temat ani łatwy ani przyjemny, dlatego nadaje on dosyć prostej fabule głębszego znaczenia, a odbiorców zachęca do refleksji. Jest to dosyć niespotykane wśród znacznej części książek młodzieżowych, które najczęściej ograniczają się tylko do wątku romantycznego.

W kwestii bohaterów, niestety podobnie jak fabuła, są schematyczni. Zbuntowana nastolatka, której "ostry" wygląd jest przeciwieństwem wrażliwego wnętrza, jej najlepszy przyjaciel - gej, który zawsze wspiera, doradzi, zrozumie i który ma na koncie kilka bardziej lub mniej burzliwych relacji, czy nauczycielka odpowiedzialna za wystawianie sztuki - pełniąca jednocześnie rolę "terapeuty", któremu można się zwierzyć, który wzbudza zaufanie, i który pomoże.

To, co tej dosyć szablonowej fabule dodało powiew świeżości, to narracja, która wprowadza pewne zróżnicowanie. Tak, jak to wspominałam wcześniej, treść książki przedstawiona jest z dwóch przeplatających się ze sobą punktów widzenia - Damona i Melanie. Na początku wprowadza to lekki chaos, ponieważ nie do końca rozumiemy skąd nagłe zmiany osoby, jednak szybko się to klaryfikuje, ponieważ perspektywa zmienia się wraz z nadejściem nowego rozdziału. Każdy rozdział poprzedzany jest również krótkim monologiem kierowanym do zmarłych bliskich naszych bohaterów, co nadaje dosyć katartyczny charakter całości.

Podsumowując, fabuła książki i jej bohaterowie nie zaskakują, jednak pewne elementy sprawiają, że książka pozytywnie odstaje od pozostałych w swoim gatunku. Mów do mnie mogę polecić wszystkim miłośnikom młodzieżówek, którzy szukają czegoś więcej, niż typowego love story.

Ocena 
23-03-2018

Mów do mnie

Każdy w swoim życiu przeżył utratę kogoś bliskiego, jest to zjawisko nieuniknione, ktoś się rodzi, ktoś umiera i choć dobrze wiemy, że taka kolej rzeczy, ciężko nam pogodzić się z faktem, że to właśnie ktoś bliski dla nas, odszedł. Nie można tego przewidzieć, ani temu zapobiec, a mimo to ciężko z tym żyć.

Poznajcie Melanie i Damona. Oboje stracili dla siebie kogoś ważnego. Melanie, jest zamkniętą w sobie duszą artystyczną. Zaczęła malować, wyrzucając z siebie ból po stracie matki, która zmarła na skutek raka. Miała nadzieję, że w ten sposób się z nią połączy, zaś Damon po śmierci swojego przyjaciela Carlosa, wierzył, że dzięki zdjęciom zrozumie pasję przyjaciela i to pomoże mu odkryć, dlaczego podjął taka decyzje, jaką było odebranie sobie życia. Można powiedzieć, że nastolatkowe poznali się w idealnym momencie, aby dopełniać się i pocieszać w smutku. Połączyła ich sztuka. Czy coś będzie w stanie ich rozdzielić?



Wszystkie emocje tłumione przez Damona, były utkwione w pewnego rodzaju balonie, który w pewnym momencie musiałby pęknąć. Swoje ukojenie Bohater znalazł w roli Otella, w sztuce Szekspira, granej w szkolnym teatrze, która nie wymagała aż tak dużego zaangażowania, ale bohaterowi przyniosła ogromną ulgę w radzeniu sobie z emocjami.

Mogłoby się wydawać, że Mów do mnie, to kolejne kolorowe romansidło, w którym wszystko jest cudowne, cukierkowe i tęczowe. Nic bardziej mylnego, książka ta jest pełna bólu, cierpienia i wspomnień. To właśnie w swoich ramionach nastolatkowe znajdują ukojenie i wreszcie doznają szczęścia.


W książce poruszane są dwa odrębne rodzaje bólu. Melanie wiedziała, że mama czuła się coraz gorzej i w jakimś stopniu była przygotowana na fakt, iż matka ją opuści, tym bardziej, że nie działały już żadne sposoby leczenia. Mogła się tylko przyglądać, jak najbliższa jej osoba blednie w oczach i musiała się z tym pogodzić. Carlos, przyjaciel głównego bohatera odszedł niespodziewanie, nikt nie miał pojęcia o zamiarach nastolatka, dopiero na moment przed tragedią, przez telefon Damon dowiedział się, że to koniec, a po przyjacielu zostały tylko zdjęcia i aparat. Strata kogoś w wyniku samobójstwa może wydawać się dużo gorsza, z tego względu, że rodzą nam się w głowie pytania, na które nigdy nie będziemy w stanie odpowiedzieć. Co nim kierowało? Dlaczego do tego doszło? Czy nikt nie zauważył? W takich momentach zastanawiamy się, czy w choć najmniejszym stopniu nie mieliśmy wpływu na taką decyzję. Autorka podejmując taką tematykę wzięła na siebie ogromne wyzwanie, poruszyła bardzo bolesne tematy, przez które bardzo ciężko dojść do siebie, ale dala radę. Ukazała, że z każdym rodzajem bólu można sobie radzić i mimo wszystko, życie toczy się dalej i nadal musimy brnąć do przodu, a nie zadręczać się przeszłością, której nie zmienimy lub wydarzeniami, na które nie mieliśmy wpływu i nie mogliśmy nic zaradzić.

Autorka idealnie odzwierciedla uczucia bohaterów, ponieważ kreowała ich w oparciu o przeżytą przez siebie tragedię. Mało tego, w bardzo ciekawy sposób wplotła sztukę tak wybitnego twórcy, jakim jest Szekspir i moim zdaniem ukazała, że właśnie w momencie krytycznym, jakie wystąpiło w naszym życiu możemy znaleźć ukojenie w sztuce teatralnej, malowaniu, czy fotografii.

Ocena 
23-03-2018

Mów do mnie

Każdy w swoim życiu przeżył utratę kogoś bliskiego, jest to zjawisko nieuniknione, ktoś się rodzi, ktoś umiera i choć dobrze wiemy, że taka kolej rzeczy, ciężko nam pogodzić się z faktem, że to właśnie ktoś bliski dla nas, odszedł. Nie można tego przewidzieć, ani temu zapobiec, a mimo to ciężko z tym żyć.

Poznajcie Melanie i Damona. Oboje stracili dla siebie kogoś ważnego. Melanie, jest zamkniętą w sobie duszą artystyczną. Zaczęła malować, wyrzucając z siebie ból po stracie matki, która zmarła na skutek raka. Miała nadzieję, że w ten sposób się z nią połączy, zaś Damon po śmierci swojego przyjaciela Carlosa, wierzył, że dzięki zdjęciom zrozumie pasję przyjaciela i to pomoże mu odkryć, dlaczego podjął taka decyzje, jaką było odebranie sobie życia. Można powiedzieć, że nastolatkowe poznali się w idealnym momencie, aby dopełniać się i pocieszać w smutku. Połączyła ich sztuka. Czy coś będzie w stanie ich rozdzielić?



Wszystkie emocje tłumione przez Damona, były utkwione w pewnego rodzaju balonie, który w pewnym momencie musiałby pęknąć. Swoje ukojenie Bohater znalazł w roli Otella, w sztuce Szekspira, granej w szkolnym teatrze, która nie wymagała aż tak dużego zaangażowania, ale bohaterowi przyniosła ogromną ulgę w radzeniu sobie z emocjami.

Mogłoby się wydawać, że Mów do mnie, to kolejne kolorowe romansidło, w którym wszystko jest cudowne, cukierkowe i tęczowe. Nic bardziej mylnego, książka ta jest pełna bólu, cierpienia i wspomnień. To właśnie w swoich ramionach nastolatkowe znajdują ukojenie i wreszcie doznają szczęścia.


W książce poruszane są dwa odrębne rodzaje bólu. Melanie wiedziała, że mama czuła się coraz gorzej i w jakimś stopniu była przygotowana na fakt, iż matka ją opuści, tym bardziej, że nie działały już żadne sposoby leczenia. Mogła się tylko przyglądać, jak najbliższa jej osoba blednie w oczach i musiała się z tym pogodzić. Carlos, przyjaciel głównego bohatera odszedł niespodziewanie, nikt nie miał pojęcia o zamiarach nastolatka, dopiero na moment przed tragedią, przez telefon Damon dowiedział się, że to koniec, a po przyjacielu zostały tylko zdjęcia i aparat. Strata kogoś w wyniku samobójstwa może wydawać się dużo gorsza, z tego względu, że rodzą nam się w głowie pytania, na które nigdy nie będziemy w stanie odpowiedzieć. Co nim kierowało? Dlaczego do tego doszło? Czy nikt nie zauważył? W takich momentach zastanawiamy się, czy w choć najmniejszym stopniu nie mieliśmy wpływu na taką decyzję. Autorka podejmując taką tematykę wzięła na siebie ogromne wyzwanie, poruszyła bardzo bolesne tematy, przez które bardzo ciężko dojść do siebie, ale dala radę. Ukazała, że z każdym rodzajem bólu można sobie radzić i mimo wszystko, życie toczy się dalej i nadal musimy brnąć do przodu, a nie zadręczać się przeszłością, której nie zmienimy lub wydarzeniami, na które nie mieliśmy wpływu i nie mogliśmy nic zaradzić.

Autorka idealnie odzwierciedla uczucia bohaterów, ponieważ kreowała ich w oparciu o przeżytą przez siebie tragedię. Mało tego, w bardzo ciekawy sposób wplotła sztukę tak wybitnego twórcy, jakim jest Szekspir i moim zdaniem ukazała, że właśnie w momencie krytycznym, jakie wystąpiło w naszym życiu możemy znaleźć ukojenie w sztuce teatralnej, malowaniu, czy fotografii.

Ocena 
21-03-2018

Ciekawa książka.

Śmierć i strata bliskiej osoby to ciężki temat. Ból, tęsknota, żal do nie wiadomo kogo - cała gama uczuć. W moim życiu raz przeżywałam taki okres, kiedy zmarła moja mama i wiem, że żadne słowa nie są w stanie wyrazić tego, co wtedy czułam i czuje do dziś. Bo czas wcale nie leczy ran...



"Mów do mnie to powieść" o takiej właśnie stracie. Dwoje młodych ludzi, dopiero wchodzących w świat dorosłych musi radzić sobie z brakiem najbliższych osób, a jednocześnie z samymi sobą. Nie jest im łatwo, to na pewno. Czy znajdą sposób na swą samotność? Czy poradzą sobie z demonami?

Melanie to młoda malarka, o ile tak można ją nazwać. Maluje, bo to samo robiła jej niedawno zmarła mama. Melanie próbuje w ten sposób poczuć się bliżej mamy. Jednak mimo wielu prób, tęsknota jaką odczuwa nie słabnie.

Damon stracił przyjaciela, najlepszego. Obwinia siebie o to, że mógł zrobić więcej, mógł zauważyć, że z kolegą dzieje się coś złego. Tylko, że nikt nie mógł przewidzieć, że wesoły, pełen wigoru nastolatek targnie się na swoje życie. Poczucie winy sprawia, że Damon zamyka się w sobie, a jednocześnie zaczyna interesować się fotografowaniem, bo tym pasjonował się jego przyjaciel. Robiąc zdjęcia, pragnie oddać koledze hołd, a jednocześnie poczuć się znów, jakby wszystko było po staremu.

Tych dwoje praktycznie w jednej chwili straciło grunt pod nogami. Z bezpieczeństwa zostali wepchnięci w coś, czego nigdy nie znali, w uczucia złe i niszczące, które potrafią spowadzić na młodego człowieka depresję. Na szczęście przypadkowo spotykaja się podczas organizacji spektaklu szkolnego i dość szybko okazuje się, że są dla siebie jak balsam. Rozmawiają coraz częściej i coraz dłużej, a jedno potrafi doskonale zrozumieć drugie. W trudnych chwilach to przyjaźń i miłość potrafią ocalić dusze młodych...

Fabuła zapowiada się ciekawie prawda? Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że będzie smutno, nostalgicznie, a zarazem romatycznie. Niestety Kochani, nie jest. Domyślam się, że autorka chciała, by książka zawierała prawdziwe myśli i odczucia bohaterów, jednak nie do końca jej się to udało. Czytając, miałam wrażenie jakby ta para była bez emocji. Ich żal jest "w teorii", bo w "praktyce" mamy rozmowy, dzięki którym dowiadujemy się co czują młodzi, ale nie mamy czynów, genialnie przedstawionych twarzy wykrzywionych z żalu, ani myśli pełnych skrajnych emocji i tęsknoty. No nic nie ma. Mówią, mówią, ale to wszystko jest bez entuzjazmu.

Sama autorka ma poprawny styl literacki. Pisze ładnie, mądrze, ale dość prosto, bez upiększeń. Być może w przypadku książki młodzieżowej ma to głębszy sens, jednak w moim przypadku mogę porównać powieść do ziemniaków bez sosu - po prostu sucho.

Oprócz wad, są też i zalety. Sonia Belasco świetnie równoważy opisy z dialogami i nie nakręca sztucznie tematu. Widać, że tkwi w niej olbrzymi potencjał i mocno wierzę w to, że w następnej powieści wykorzysta go do końca.

Ocena 
21-03-2018

Tak jak jestem...

Opis fabuły



Damon i Melanie cierpią z powodu nagłej straty ludzi, których kochali. Mama Melanie zmarła na raka, a dziewczyna była zmuszona patrzeć jak jej energiczna rodzicielka, będąca wspaniałą, ekscentryczną artystką odchodzi. Carlos, najlepszy przyjaciel Damona, odebrał sobie życie. Chłopak obwinia się za to, że nie zauważył żadnych znaków, że nie mógł pomóc kumplowi. Ci młodzi ludzie zanurzają się w sztuce, która niczym terapia ma choć trochę pomóc zrozumieć bliskich, którzy odeszli. Pewnego dnia Damon i Melanie spotykają się i od razu tworzy się między nimi więź zrozumienia. Czy będą w stanie sobie pomóc? A może czasem wystarczy, by ktoś nas wysłuchał?



Opinia



Wydawnictwo HarperCollins wysłało mi propozycję zrecenzowania tej książki i przyznaję, że gdy tylko przeczytałam jej opis, wiedziałam że to właśnie ją chcę przeczytać. Jakież było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że książka ma około 250 stron! Pochłonęłam ją w 2 dni i długo później nie mogłam się pozbierać...

Głównym tematem nie jest wbrew pozorom relacja głównych bohaterów, dzięki czemu autorce udało się uniknąć sztuczności taniego romansidła, gdzie ONA rzuca się JEMU w ramiona w poszukiwaniu pocieszenia.Wątek, wokół którego koncentruje się fabuła, to dochodzenie do siebie po stracie bliskiej osoby oraz to, jak zwykłe słuchanie i zrozumienie drugiego człowieka może mu pomóc. Narracja jest pierwszoosobowa, naprzemienna, a każdy rozdział rozpoczyna się słowami jednego z bohaterów do zmarłej osoby. Pozwala to czytelnikowi na zaobserwowanie zmian zachodzących w postaciach i ich stosunku do straty.

Melanie i Damon to osoby zupełnie różne, ale jednocześnie mające ze sobą wiele wspólnego, że jest to prawie niemożliwe (ale może się zdarzyć). Nie są oni jednak zbyt wyrazistymi postaciami, chociaż podejrzewam, że niewielka objętość tej powieści uniemożliwia dokładniejszą konstrukcję postaci. Muszę jednak przyznać, że Tristan znalazł się na podium moich ulubionych postaci drugoplanowych. Rzadko kiedy czytelnik ma okazję spotkać tak pozytywnego, opiekuńczego i wrażliwego bohatera. Nie bez znaczenia pozostaje tu też pewnie fakt orientacji seksualnej Tristana (zazwyczaj uwielbiam homoseksualistów w powieściach, ponieważ ich kreacje są niewinne, a sami bohaterowie zwykle wpisują się w moją definicję przyjaciela idealnego). Oficjalnie ogłaszam też Bryan i Tristan to parring życia! Przeczytajcie, to dowiecie się dlaczego.

Bohaterowie Mów do mnie zmagają się z wieloma problemami, ale całość działa na czytelnika jak katharsis - oczyszczenie z kłopotów, negatywnych emocji. Mimo tego, jak wielki ładunek emocjonalny niesie ze sobą powieść Belasco, a po skończeniu lektury jest się w totalnej rozsypce, to po jakimś czasie dociera do nas, że ta książka mogłaby być o kimkolwiek. Każdy może być Melanie lub Damonem i potrzebować tego, aby ktoś go wysłuchał. Myślę, że autorka porusza w tej powieści wiele ważnych tematów, z których znaczenia młodzi ludzie zazwyczaj nie zdają sobie sprawy. Na pewno nie jest to lektura szybka, łatwa i przyjemna, albowiem chyba nic nie wprowadza w tak nostalgiczny nastrój jak pisanie o śmierci. Muszę jednak przyznać, że Mów do mnie należy do tego typu książek, które jednocześnie chcemy i nie chcemy kończyć. Czytelnik z ogromnym napięciem wyczekuje dalszych losów bohaterów, a po przeczytaniu ostatniego zdania czuje w środku niewypowiedzianą pustkę. Powietrze jest ciężkie od ciszy, a nasz własny oddech wydaje się zbyt głośny, mącący pamięć po bliskich głównych bohaterów.

Język użyty w powieści jest bardzo dynamiczny, autorka zastosowała wiele dialogów, do których przeprowadzenia bohaterowie dojrzewają z każdą stroną. Tłumaczenie całej powieści jest bardzo dobre, logiczne i spójne, ale tytuł... podejrzewam, że miało to być przytoczenie kwestii z Otella: Mów o mnie tak jak jestem. No to gdzie tutaj mów DO mnie?
Okładka na pewno przykuwa wzrok i sięgnęłabym po tę książkę tylko ze względu na nią. Urzekł mnie piękny księżyc oraz cudowne połączenie kolorów. Całość jest delikatna i subtelna, tak jak relacja głównych bohaterów.

Polecam tę książkę każdemu, kto potrzebuje wsparcia w trudnych chwilach. Mam nadzieję, że odnajdzie tu zrozumienie, a lektura tej pozycji będzie dla niego formą terapii.

Ocena 
21-03-2018

Ból i smutek...



Myślę, że wielu z nas straciło w życiu kogoś bliskiego. Przyjaciela, rodzica, dziadków...Czuliście ból związany z utratą tej osoby? Myśleliście, że teraz nic nie ma sensu i bez tej osoby wasze życie straciło sens? Zapewne tak. Nigdy nie jest łatwo pogodzić się ze stratą osoby, która jeszcze jakiś czas temu pełniła bardzo dużą rolę w naszym życiu. Ból, żal, smutek trwają tygodniami, miesiącami a nawet czasami latami. Nie raz wspominając te osoby łzy pojawiają się w oczach i mimo, że wspomnienia te zazwyczaj były wspaniałe, to emocje biorą górą. Wiadome jest, że nie przeżyjecie tego już nigdy więcej...

Podobnie jest z głównymi bohaterami. Stracili bardzo ważne dla nich osoby. Damon przyjaciela, a Melania najważniejszą osobę w życiu większości ludzi, czyli matkę. Jak widać bohaterowie mają ze sobą wiele wspólnego. Oboje chowają w sobie smutek i ból. Mają problemy z którymi muszą się w życiu zmierzyć. I właśnie to wszystko sprawi, że się do siebie zbliżą.


Tak naprawdę nigdy nie przestajesz się bać, tylko nie pozwalasz, by strach cię przed czymś powstrzymał.

Bardzo polubiłam głównych bohaterów. Damon i Melania są zupełnie inni, ale na swój sposób wyjątkowi. Myślę, że autorka bardzo dobrze wykreowała bohaterów. Może czasami nie potrafiłam aż tak wczuć się w ich rolę jak powinnam, ale i tak razem z nimi przeżywałam tą historię pełną bólu i cierpienia.

Styl pisania jest bardzo lekki i przyjemny. Historia pisana jest z dwóch perspektyw- Damona i Melanii. Podoba mi się to, ponieważ można zobaczyć co czuli bohaterzy i ja osobiście preferuję książki w których cała historia opisywana jest z więcej niż jednej perspektywy. Okładka również jest bardzo ładna. Uwielbiam kolor fioletowy, więc to też zrobiło swoje :)

Nie ukrywaj przed ludźmi tego, co ważne. Pozwól, by Cię zobaczyli, by Cię poznali. Od Ciebie zależy, jak to zrobisz. Tylko się nie ukrywaj. Nie wybieraj samotności. Świat jest taki wielki i piękny - odkrywaj go, bądź tak wielka i piękna jak on.
Autorka w swojej książce chciała pokazać jak trudno przechodzi się żałobę po stracie jednej z najbliższych osób. Mimo, że jest to książka przepełniona smutkiem i bezsilnością, to w pewien sposób jest również urocza. Myślę, że można przeczytać ją niezależnie od wieku, bo jest skierowana do każdego. Mimo, że bardzo mi się podobała, to wiem, że nie jest to nic wybitnego i moja ocena to 7/10.




Ocena 
21-03-2018

Mów do mnie

Jestem molem książkowym, który uwielbia literaturę fantastyczną i młodzieżową. "Mów do mnie" Sonii Belasco to jedna z tych książek dla młodzieży, który porusza temat straty bliskiej osoby. Zapewne już teraz w głowie wyliczacie książki o podobnej tematyce. Za sobą mam ich kilka, ale to w żaden sposób nie powoduje, że czuję się znudzona tym tematem. Dlaczego? Bo tego rodzaju literatura za każdym razem wpływa na moje emocje i niesie ze sobą przekaz.

Pustka w sercach

Melanie i Damon stracili bliskich, ale ich życie toczy się dalej. Matkę Melanie przedwcześnie zabrał rak, zaś przyjaciel Damona - Carlos odebrał sobie życie. Teraz walczą o wypełnienie pustki w sercach, którą pozostawili im ich ukochani. Damon robi zdjęcia aparatem Carlosa, aby spróbować zrozumieć jego wybory, a Melanie zaczyna malować, aby poczuć bliskość matki. Sztuka staje się dla nich lekiem na ból. Pewnego dnia spotykają się podczas próby do szkolnej wersji Otella. Spotkania zbliżają ich do siebie, odkrywają jak wiele mają ze sobą wspólnego i nie jest to tylko poczucie straty i smutku. Okazuje się, że najlepszym lekarstwem na ból jest druga osoba, która potrafi słuchać.

Strata

"Mów do mnie" Sonii Belasco to współczesna powieść dla młodych dorosłych, opowiadająca o smutku i stracie bliskich. Bohaterowi to młodzi ludzie, którzy w swoim życiu zbyt wcześnie doświadczyli straty. Pragnąć zachować cząstkę ukochanych osób przy sobie Melanie zaczyna malować, jak jej matka, którą zabrał rak, choć była niesamowitą i ekscentryczną artystką. Melanie nie jest pewna swoich prac i tego czy kiedykolwiek dorówna zdolnościom matki. Przyjaciel Damona popełnił samobójstwo, pozostawiając po sobie jedynie zdjęcia i aparat. Chłopak postanawia zająć się fotografią, aby poznać Carlosa. Choć przyjaźnili się od przedszkola i uważał, że nie mają przed sobą sekretów, nagłe samobójstwo przekreśla wszystko co do tej pory sądził o ich przyjaźni. Melanie i Damon to dobrze wykreowani bohaterowie, których drogi krzyżują się, gdy oboje znajdują się w ciężkiej sytuacji.

Mów do mnie

Sonia Belasco napisała historię "Mów do mnie" bazując na własnych doświadczeniach, co dodało historii autentyczności. Na rynku wydawniczym znajdziemy mnóstwo książek, które opowiadają o stracie i bólu, i każda z nich na swój sposób jest wyjątkowa i potrafi poruszyć czytelnika. Żałoba jest skomplikowana i nie ma na nią jednego i sprawdzonego lekarstwa. Autorka przedstawiła dwa rodzaje straty. Melanie mierzy się ze stratą w wyniku choroby, która dotyka nie tylko osobę chorą, ale także całą jej rodzinę. Świadomość, że każdy następny dzień przybliża nas do pożegnania się z bliską osobą, nie jest wcale łatwiejsza do przyswojenia niż sytuacja, gdy śmierć przychodzi niespodziewanie. Strata bliskiej osoby w wyniku samobójstwa może wydawać się gorsza, o czym przekonał się Damon. Dlaczego? Gdyż takiej stracie towarzyszy wina i wstyd oraz mnóstwo pytań. Dlaczego odebrał sobie życie? Dlaczego nikt nic nie zauważył? Co byłoby gdyby…? Bliscy najczęściej czują się winni, gdyż powinni zauważyć zmianę i zareagować w porę. Autorka podejmując ten temat stanęła przed ogromnym wyzwaniem, któremu oczywiście podołała. Sonia Belasco poprzez historię pokazuje, że nie ma złego sposobu na poradzenie sobie ze stratą. Uświadamia, że nie trzeba tkwić w bólu samotnie, lecz warto o nim porozmawiać.

Podsumowanie

"Mów do mnie" to poruszająca historia o żalu, stracie, smutku i więzi, która pozostaje, nawet wtedy, gdy ci których kochamy odchodzą. Strata dotyka ludzi w każdym wieku, lecz to młodym ludziom ciężko najtrudniej się z nią pogodzić. Autorka napisała książkę, która zamiast skupiać się na akcji, stawia na emocje, które momentami nie do końca zostały dobrze oddane. Bohaterowie mierzą się ze smutek i ból, strachem i bezradnością. Mimo trudnej tematyce książka napisana jest lekkim i przyjemnym językiem, a jej niewielka objętość sprawia, że można przeczytać ją w kilka godzin.

http://www.mowmikate.pl/2018/03/recenzja-sonia-belasco-mow-do-mnie.html

Ocena 
21-03-2018

Poruszająca.

Nie jeden raz się spotykamy ze śmiercią, która także i kiedyś w naszym otoczeniu da o sobie znać, jest to smutny okres, ogromnie bolesny do takiego stopnia, że nie potrafimy sobie z tym poradzić. Przyczynia się to do tego, że żałoba jest prezentacją naszego cierpienia, które jeszcze długo nam będzie doskwierać po stracie bliskiej nam osobie.


W takiej sytuacji znalazła się dwójka naszych bohaterów, każda z nich straciła kogoś bliskiego i nie są w stanie pojąc czemu się tak stało, przechodząc przez ścieżkę męki, jaka pozostała po stracie próbują jakoś żyć dalej, a w zrozumieniu lepiej osób, których nie ma już przy nich, biorą się za to, co oni sami kochali z całego serca.

Damon i Carlos byli od małego przyjacielami, nic się nie zapowiadało na to, że ten drugi sobie obierze życie, pozostawiając wszystkich z jednym okropnym pytaniem „dlaczego?”, ogromna strata przyczynia się do tego, że Damon sięga po ukochanego hobby Carlosa. Biorąc w ręce aparat i tworząc zdjęcia, próbuje, pojąc, chociaż minimalnie to w czym tak pałał się chłopak.

Melanie straciła swoją matkę, przedwcześnie umiera na raka, zabierając z tego świata równie świetną artystkę, która miała swój specyficzny styl malowania. Dziewczyna sięga więc po farby, chcąc w ten sposób sobie przypomnieć chwile ze swoją matką i poczuć w tym cząstkę jej samej, której bliskość już nigdy nie odzyska.

Oboje się zastanawiają, dlaczego do tego musiało dotrzeć. Splot wydarzeń i terapia sprawia, że zaczynają ze sobą rozmawiać, dowiadując się o sobie coraz to więcej rzeczy, dzięki czemu dostrzegają, że mają ze sobą wiele wspólnego. W ten sposób zaczynają poznawać swoje również tajemnice, problemy, jakie towarzyszą im na co dzień, jak i po okropnej stracie bliskiej osoby. Mając w sobie oparcie wiedzą, że dadzą sobie z tym rade.

Sonia Belasco przedstawiając tę historię, wzorowała się na swoich przeżyciach, przez co dla mnie przedstawione emocje w książce były momentami silne, potrafiły dotrzeć do mnie i zrozumieć dzięki temu o wiele bardziej jaką mękę przezywają oboje. Przyczyniło się to również na o wiele lepszy odbiór samej lektury. Gdyż widać dzięki temu, że autorka nie upiększa jej, ma w niej jasny cel, chcąc nam przekazać w ten sposób jasną treść.

Polecam wam ogromnie, abyście sami ją przeczytali, ponieważ uważam, że jest to warta uwagi lekturę, po którą każda osoba powinna sięgnąć. Wiadomo jednak, że swoją treścią ma jednak trafić do nastoletniego czytelnika. Całość jest piękna i uroczą powieścią, przy której jest masa emocji, co w tej książce jest właśnie najważniejsze. Ciesze się, że tak dobrze wyszła i mogłam ją dostać w swoje ręce i podzielić się nią, z wami

Ocena 
21-03-2018

Zdecydowanie niedopracowane.

Książka sama w sobie była dobra, czytało się ją szybko i dało się wyczuć w bohaterów. Problemem był brak rozwinięcia całości. Ta książka mogła mieć 500 stron i byłaby nawet lepsza, gdyby autora lepiej opisywała odczucia bohaterów, gdyby inaczej ujmowała ważne aspekty. Problem w tym, że mimo wszystko książka mi się podobała, chociaż będę ubolewała jak cholera nad tym, że autorka wolała rzucić skondensowaną wersją czegoś co mogło byś naprawdę cudowne. Bardziej cudowne. Bo książka sama w sobie jest naprawdę dobra.

Ocena 
20-03-2018

Niewykorzystany potencjał.

Jeśli mam być szczera, naprawdę trudno mi było zacząć. I pisać i czytać, kiedy pewnego wieczoru wzięłam tę książkę do ręki i czułam, że oto nadszedł jej czas. Lubię historie ze sztuką w tle - muzyką szczególnie, ale nie gardzę ani fotografią ani malarstwem. A jeśli dodać do tego choć odrobię psychologii to wydawało mi się, że to będzie coś dla mnie. Z ręką na sercu - nie przypominam sobie, by w jakiejkolwiek inne książce (choć teraz pomyślałam o Zmierzchu) jakiś bohater irytował mnie tak bardzo, jak robił to Damon. Odniosłam wrażenie, że autorka nie do końca potrafi stworzyć postać nastolatka, chłopaka, bo w przypadku Malenie poszło to znacznie lepiej. Problem polegał na tym, że książka jest przepleciona narracją raz jednego, raz drugiego bohatera.

Choć z drugiej strony, kiedy już naprawdę postarałam się nie patrzeć na Damona jako na nastolatka, u którego co drugie słowo to stary (niewyobrażalnie mnie to irytuje w życiu, w książkach widocznie też) wydaje mi się, że on z czasem dojrzał. Bo o ile z początku ciężko mi było przebrnąć przez jego rozdziały, w którym jedynym światełkiem była zbliżająca się narracja Mel, którą dla odmiany polubiłam - później ta granica trochę się zatarła.

Całość recenzji na: www.mellod.pl

Ocena 
19-03-2018

Mów do mnie...


Matka Melanie była artystką, swoje życie poświęciła dzieciom i szkole w której uczyła. Kobieta była uwielbiana przez wszystkich, którzy ją znali. Nikt nie spodziewał się, że diagnoza będzie oznaczała wyrok śmierci. Carlos by najlepszym przyjacielem Damona. Jego pasją była fotografia, nie potrafił wyobrazić sobie życia bez robienia zdjęć. Nieoczekiwanie chłopak odebrał sobie życie. Oba te wydarzenia zaskoczyły wszystkich, a najbardziej najbliższe osoby zmarłych.

Melanie i Damon muszą poradzić sobie z życiem bez osób, które były dla nich wszystkim. Codzienność okazuje się trudniejsza, gdy znikają ludzie których się kochało. Żałoba trwa, a życie biegnie dalej, nie można zatrzymywać się i stać w miejscu. Strata jest bolesna, a zrozumieć osobę w żałobie jest w stanie tylko ten kto sam przechodzi lub przeszedł przez coś podobnego. Bohaterowie powieści mają podobne doświadczenia, jedno przypadkowe spotkanie, a później kolejne wydarzenia w szkole sprawiają, ze tych dwoje ma okazje poznać się, porozmawiać i stać się dla siebie wsparciem.

Powieść skupia się na emocjach i budzi wiele uczuć. Nie ma tutaj szybkich zwrotów akcji, bo nie są one potrzebne, by przekazać sens tej historii. Bohaterowie odczuwają wiele od smutku zaczynając na złości kończąc. Próbują poradzić sobie ze stratą, poczuciem osamotnienia, pustką i wielkim żalem, który gromadził się w nich od dnia śmierci bliskich osób. Książka opowiada o nastolatkach, ale myślę, że każdy w obliczu straty czuje się podobnie niezależnie od wieku, więc można stwierdzić, że jest to powieść uniwersalna.
Losy bohaterów poznajemy bezpośrednio od nich. Autorka stosuję narracje pierwszoosobową, a rozdziały z perspektywy Melanie i Damon przeplatają się ze sobą. Książka wciąga, a że stron jest niewiele, ponieważ zaledwie dwieście trzydzieści, czyta się ją błyskawicznie w jeden wieczór.

„Mów do mnie” to ciepła, pełna melancholii i uczuć opowieść o życiu i śmierci, o osobach, które muszą poradzić sobie z bólem po stracie i nauczyć się funkcjonować bez bliskich. To książka dla osób, które chcą się wzruszyć i przeczytać mądrą opowieść. Polecam!

Ocena 
19-03-2018

Mów do mnie

Czasami bywa tak, że zawodowe doświadczenie pozwala stworzyć powieść głęboką w przesłaniu. Sonia Belasco, autorka powieści, pracowała jako mentorka i terapeutka młodych ludzi. Wyciągnęła wnioski, pozbierała w całość doświadczenia i napisała powieść, która być może okaże się bodźcem do zmian dla czytelników.

Melanie, bohaterka powieści, to zamknięta w sobie artystyczna dusza. Zaczęła malować, by wyrzucić z siebie ból po stracie matki. Zmarła zdecydowanie za wcześnie, za sprawą raka, który nie chciał odpuścić. Dziewczyna ma nadzieje, że tworzenie kolejnych dzieł zbliży ją do utraconej matki. Podobnie było z Damonem. Zaczął fotografować na cześć swojego zmarłego przyjaciela. Wierzył, że za sprawą wspólnej pasji zrozumie Carlosa i jego decyzję. Dla Melanie i Damona sztuka to próba wyzwolenia emocji i połączenia się z osobami, których już z nami nie ma. Co wyjdzie zatem z ich wspólnego spotkania? Czy podobne do siebie dusze znajdą wzajemne zrozumienie?

Wydawać by się mogło, że "Mów do mnie" to powieść jakich wiele wśród grona lektur dla młodzieży i szybko zginie w tłumie. Niepozorna, lekka w formie i chaotyczna w początkowej wersji narracji nie wciąga od pierwszych stron. Ale wystarczy chwila determinacji, by odnaleźć się w rozgrywanych wydarzeniach i całość z miejsca nabiera znaczenia. Bohaterowie na zmianę opisują swoje życie, dzięki czemu obraz z perspektywy Melanie i Damona przedstawia dwa różne punty widzenia a czytelnik może dostrzec wzajemne powiązanie między tą dwójką.

Autorka powołała do życia zwykłych nastoletnich bohaterów połączonych przeżytą tragedią. Na podstawie ich życia Sonia Belasco podjęła się nie łatwego tematu śmierci i utraty ukochanej osoby, ale zrobiła to z kobiecą wrażliwością i delikatnością. Poprzez sztukę ukazała próbę mentalnego skontaktowania się z tymi, których utracili bohaterowie i odszukania sensu w ich przedwczesnej śmierci. W prosty sposób przekonała mnie - jako czytelnika - że w życiu zdarzają się tragedie i także z nimi musimy się mierzyć. A by ułatwić sobie tak trudne wyzwane, warto odnaleźć bratnią duszę tak jak Melanie i Damon, których połączyło spotkanie podczas prób do szkolnej wersji Otella i zatrzymała przy sobie szczera rozmowa o tym co ich boli i męczy. Każdy potrzebuje życzliwej osoby, otwartej i chętnej do wysłuchania co wydaje się skutecznym lekarstwem na złagodzenie smutku.

Sonia Belasco napisała powieść lekką i delikatną, a jednak uderzającą w samo sedno problemu. "Mów do mnie" to nic innego jak literacka próba dotarcia do młodzieży w formie zbliżającej do siebie historii. Jednak książkę może czytać każdy, bez względu na wiek - jest w niej wystarczająco dużo wartości dla każdego. Bez moralizatorskich mądrości Sonia Belasco pokazuje jak ważne jest wsparcie ze strony drugiej osoby i udowadnia, że radzenie sobie z tragedią nie zawsze musi być indywidualnym procesem. Czuję się miło zaskoczona lekturą.

Ocena 
18-03-2018

Otello ukojeniem?

Każdy, kto doświadczył straty kogoś bliskiego, wie, że nie jest to coś, przez co przechodzi się łatwo. Osobiście nie było mi dane czegoś takiego przeżyć, więc nie jestem w stanie całkowicie zrozumieć myśli czy uczuć osoby naznaczonej żałobą. Sonia Belasco wnika do umysłów dwójki bohaterów, którzy muszą pogodzić się z utratą bliskich i pokazuje Czytelnikowi ich drogę, jaką pokonują, by móc wrócić do normalności.

Mnie w pewien sposób autorka pomogła zorientować się, co przede wszystkim taki człowiek może odczuwać – pustka, której nie może nic zapełnić, poczucie winy, niekiedy wyrzuty sumienia, świadomość niedopowiedzeń, niedokończonych spraw. Jak sama wyjaśnia, do napisania tej książki zmusiło ją bolesne poczucie straty po tym, jak jej były chłopak odebrał sobie życie. Jest to ważne dlatego, iż historia Damona i Melanie została napisana przez Sonię na podstawie własnych doświadczeń i przemyśleń. Nie została ona stworzona tylko z samej przyjemności pisania, co nadaje jej głębokie znaczenie. Sądzę, że opowieść ta ma na celu uświadomienie, dlaczego ludzie zachowują się tak a nie inaczej w obliczu żałoby, co ich prowadzi do odseparowania od świata i niekiedy zamknięcia się w czterech ścianach.

Przejście przez żałobę to nie jedyny aspekt poruszony przez autorkę, chociaż wciąż pozostaje tym głównym. Damon jest czarnoskórym nastolatkiem, którego ewidentnie łączy coś z białą dziewczyną – z tego powodu pojawiają się małe zgrzyty pomiędzy bohaterami, jednak kwestia rasizmu nie jest daleko rozwinięta na kartach tej powieści, czemu nawet się nie dziwię, ponieważ „Mów do mnie” liczy niespełna dwieście czterdzieści stron, co naprawdę nie jest wielką liczbą.

Wszystkie emocje tłumione przez Damona (przez to imię cały czas miałam przed oczami bohatera z Pamiętników Wampirów!) przekształcały go w tykającą bombę, która w pewnym momencie wybuchnie. Zbawienną dla niego okazała się paradoksalnie rola Otella w sztuce Szekspira, która sama w sobie wymagała od chłopaka dużego zaangażowania emocjonalnego, ale może właśnie o to chodzi. Ujawnienie swoich uczuć, myśli – nawet jeśli tylko za pośrednictwem granej postaci – zdaje się przynosić ulgę.

Autorka pokazuje, że warto rozmawiać o tym, co nie jest dla nas łatwe, ponieważ inaczej nigdy się od tego nie uwolnimy. Ujęła to w przystępny sposób, przeplatając między sobą i odkrywając przed Czytelnikiem historię Damona oraz Melanie – dwójki różniących się ludzi pod wieloma względami, lecz jak najbardziej się rozumiejących.

https://oxu-czytanie.blogspot.com/2018/03/mow-do-mnie-sonia-belasco.html

Ocena 
17-03-2018

Mów do mnie

Utrata bliskiej osoby to przykre doświadczenie. Nie, nie przykre. Słowo "przykre" nie oddaje tego bólu, który temu towarzyszy. Utrata bliskiej osoby to chyba najgorsze co może nas spotkać. Bo wszystko można pokonać, kiedy ma się przy sobie tę drugą osobę, która jest dla nas ważna. Ale kiedy jej nie ma? Ból jest rozdzierający, a życie już nie jest takie samo, świat nie jest taki sam... Nic już nie ma sensu.

Nie ma takich słów, by wyrazić pustkę i ból po stracie. Nie ma słów, które mogłyby tą pustkę zapełnić. To dlatego Damon zaczął robić zdjęcia. Carlos, jego najlepszy przyjaciel, był fotografem. Teraz Damon nie rozstaje się z aparatem, by móc lepiej zrozumieć przyjaciela, by móc patrzeć na świat jego oczyma. To dlatego Melanie zaczęła malować. Jej matka była niezwykłą kobietą i wielką artystką. Zmarła przedwcześnie na raka. Dziewczyna maluje, by poczuć się bliżej niej i poradzić sobie z tą pustką...

Każdy inaczej radzi sobie z utratą bliskiego. Jedni szukają pocieszenia w sztuce, literaturze, muzyce, inni upijają się, biorą tabletki... Książka jest niezwykła. Autorka poruszyła bardzo ważny temat, który nie jest łatwy. Jest trudny i to bardzo. Udało jej się wszystko świetnie pokazać, a przy okazji pokazać jedną z dróg jaką możemy podążać. Tutaj sztuka okazała się nie tylko lekiem na pogodzenie się ze stratą, ale także na poznanie samego siebie i zrozumienie świata.

Ocena 
16-03-2018

Książkową

"Mów do mnie" to historia dwójki nastolatków, którzy muszą uporać się ze stratą bliskich, przełknąć smutek i ruszyć dalej. Ważnym elementem ich wspólnej terapii jest sztuka i szukanie pocieszenia w realizowaniu nowo odkrytych pasji.

Książka, choć porusza poważne tematy, jest napisana lekkim, stylem, z nutką humoru i optymizmu. Czyta się całkiem przyjemnie, choć nie ukrywam, że chwilami odczuwałam lekkie znużenie fabułą. Tematyka powieści nie jest zbyt oryginalna i nie wzbudziła we mnie takich emocji, jak oczekiwałam. Mam wrażenie, że książce zabrakło ostatecznego dopracowania i jakiegoś mocniejszego akcentu, który dodałby całości charakteru...

Przeczytałam, było miło, ale nie jest to coś, czym mogłabym się zachwycić. Tym razem cudowna okładka przyćmiła treść.

Ocena 
15-03-2018

Piękna młodzieżówka

Utrata kogoś bliskiego zawsze jest ogromną zmianą w naszym życiu. Nagle cała dotychczasowa hierarchia wartości całkowicie się zmienia, a ogromna, przygnębiająca pustka, która pojawia się w nas samych, jest nie do wypełnienia. Melanie rak odebrał matkę, osobę, z którą rozumiała się bez słów, która zawsze, w każdej sytuacji stała po jej stronie. Damon z kolei stracił swojego najbliższego przyjaciela, Carlosa, który był dla niego jak brat. Oboje zaczynają szukać ukojenia w sztuce, w pasjach, które tak wiele znaczyły dla ich przedwcześnie zmarłych bliskich. Damon skupia się na fotografii, na ulotnych ułamkach sekund chwytanych przez obiektyw aparatu, natomiast Melanie znów zaczyna malować, przelewając na tworzone przez nią obrazy wszelkie negatywne emocje. Czy uda im się choć w pewnym stopniu pogodzić się ze stratą? Czy jest to w ogóle możliwe?

"Ale zdjęcia to nie wszystko, co po sobie zostawiamy. Ani listy, ani rysunki czy obrazy, ani domy, samochody, pieniądze czy ubrania.
Zostawiamy również ludzi."

W pozycji tej prowadzona jest narracja w pierwszej osobie, co z pewnością działa na jej korzyść. Podzielona jest ona między dwójkę głównych bohaterów, dzięki czemu poznajemy dogłębnie ich uczucia, a sama historia przedstawiona z dwóch różnych perspektyw jest świetnym rozwiązaniem. Co więcej, na początku każdego z rozdziałów pojawiają się krótkie wstępy, które kierowane są przez Melanie i Damona bezpośrednio do ich bliskich. I to właśnie te strony są najbardziej poruszające i budzą w czytelniku masę emocji.

Bohaterowie to barwni, świetnie wykreowani dorastający ludzie, którzy mimo młodego wieku mają za sobą spory bagaż doświadczeń. Melanie to postać, która wciąż szuka swojej drogi. Chociaż ze swoją mamą miała doskonały kontakt i stawiała ją sobie za wzór do naśladowania, wciąż czuła się przez nią lekko przytłoczona, żyła z myślą, że nigdy nie osiągnie tak wiele jak ona, nigdy nie będzie na tyle dobra, piękna, zdolna czy zabawna. Po jej stracie dziewczyna w końcu zaczyna szukać własnej tożsamości, może odrobinę po omacku, ale jednak. Damon z kolei po śmierci Carlosa kompletnie nie odnajduje się już w codziennym życiu, zmiana szkoły i otoczenia ma choć trochę uśmierzyć jego ból. Wkrótce jednak szkolna sztuka, w której ma zagrać samego Otella sprawia, że trudne wspomnienia wracają ze zdwojoną siłą. Uwagę przyciąga również pozornie drugoplanowa postać Tristana, przyjaciela Melanie, który z całej trójki zyskał moją największą sympatię. Jego odmienna orientacja sprawiała, że jego życie już od dawna nie należało do najłatwiejszych, a mimo wszystko starał się we wszystkim szukać pozytywnych aspektów, a jego dobra energia przelewała się na pozostałe postaci.

Styl autorki jest lekki, przystępny w odbiorze, dostosowany głównie do młodszych czytelników, ale jak widać nie potrzeba wyszukanych słów i przydługich opisów, by stworzyć piękną historię. Nie jest to łatwa w odbiorze pozycja, a wszystko to ze względu na emocjonalny ładunek, który za sobą niesie. Obezwładniający ból, rozżalenie, niezrozumienie... Ale przede wszystkim w niezwykle poruszający sposób zostało ukazane, jak wielką rolę odgrywa w naszym życiu ktoś, kto nas naprawdę zrozumie, kto nosi podobny bagaż doświadczeń. Nie ma co się oszukiwać, osoba, która nie przeżyła w swoim życiu podobnej straty, nie ma bladego pojęcia o tym, co się wówczas czuje, jak momentalnie wszystko kompletnie się zmienia. Ta pozycja w subtelny sposób obrazuje, że osoby na pozór całkowicie nam obce, mogą być nam pod pewnymi względami najbliższe.

Chciałabym, by właśnie takie pozycje dla młodzieży częściej pojawiały się na czytelniczym rynku. Wartościowe, niosące pewne przesłanie, skłaniające do refleksji. Polecam ją głównie młodszym czytelnikom, chociaż myślę, że i starsze osoby sporo z niej wyniosą.

Ocena 
12-03-2018

Mów do mnie

Zauważyliście, że co jakiś czas zmieniają się "modne" w literaturze tematy? Po ukazaniu się "Gwiazd naszych wina" mogliśmy zaobserwować wysyp historii z chorobą nowotworową w tle, a chorym - bo jakżeby inaczej! - zwykle był nastolatek czy też osoba nieco starsza, ale wciąż dopiero wkraczająca w dorosłe życie.
Dziś, parę lat później, coraz popularniejsze stają się książki, które opowiadają o tym newralgicznym i ciężkim czasie "po". O czasie żałoby i o dalszym, uboższym o tę jedną osobę, życiu tych, którzy pozostali. Czytaliśmy "Coś o tobie i coś o mnie", zachwycaliśmy się "Listami do utraconej", w trymiga poznaliśmy "Lato Eden", a teraz... Teraz nadeszła pora na Sonię Belasco i jej "Mów do mnie".





Jej matka zmarła na raka, a jego przyjaciel na własne życzenie wylogował się z tego świata.

Melanie nie potrafi poradzić sobie ze śmiercią mamy. Odsuwa się od pogrążonego w rozpaczy ojca i zamyka przed światem, a sztuka i obrazy mają zbliżyć ją do utraconego rodzica.
Damon pożegnał przyjaciela i nieustannie obwinia się o jego samobójstwo. Bo dlaczego nie dostrzegł, że z Carlosem jest bardzo, bardzo nie w porządku? Dlaczego nie pomógł? Dlaczego... - pytania tylko się mnożą, a Damon próbuje znaleźć na nie odpowiedź przemierzając świat z aparatem Carlosa w dłoni.

I Melanie, i Damon starają się znaleźć ukojenie w sztuce. Kiedy jednak wezmą udział we wspólnych przygotowaniach do wystawienia szkolnego przedstawienia, zrozumieją, że nie można całkowicie odgrodzić się od ludzi i że ktoś, kto cię rozumie i trwa przy twoim boku bez względu na wszystko, naprawdę jest na wagę złota.
A samotność... Samotność jest przereklamowana.




Jest we mnie coś z masochistki, bo nałogowo czytam książki, co do których mam pewność, że doprowadzą mnie do łez. Oczywiście im większy niosą ładunek emocjonalny, tym lepiej.
I mimo że ten ostatni w "Mów do mnie" Soni Belasco jest nieporównywalnie mniejszy niż w chociażby wspomnianych wcześniej "Listach do utraconej" Brigit Kemmerer, to i tak - gwarantuję - parę razy ściśnie Was w gardle ze wzruszenia. Belasco pisze bowiem bardzo przystępnie i - choć oszczędnie - to również poruszająco. Każdy rozdział (opowiadany naprzemiennie, z perspektywy obojga bohaterów) poprzedzają króciutkie wstawki pisane przez Melanie i Damona. Można powiedzieć, że wstawki te są listami do osób, które stracili. Często są krótkie, kilka razy liczyły zaledwie dwa zdania, a mimo to za każdym razem poruszały do głębi - mam nawet wrażenie, że o stokroć bardziej niż pełnowymiarowe rozdziały.
Belasco świetnie uchwyciła żal, rozpacz, gniew i samotność, które towarzyszą stracie. Szkoda tylko, że jedynie na żałobie (och, i miłości, oczywiście ;) ) oparła całą swoją książkę, która na dodatek nie poraża objętością. Co prawda gdzieś w tle pojawia się wątek przyjaciela o innej orientacji i jego problemów z rodzicami, ale każdy zalążek czegokolwiek, co nie jest przejawem żałoby, szybciutko spychany był na boczny tor i jeszcze szybciej wygaszany. Przeszkadzało mi też tempo rozwoju znajomości głównych bohaterów - szczerze mówiąc parę razy byłam pewna, że po drodze zgubiłam kilka stron, bo niemożliwością jest, by czyjakolwiek relacja tak szybko ewoluowała.
Chociaż, jak widać, nie ma rzeczy niemożliwych :D
Pomijając rozkwitający szybciej niż mlecze na łące związek dwójki najistotniejszych postaci i skupianie się na jednym tylko wątku, muszę przyznać, że "Mów do mnie" pozytywnie mnie zaskoczyło. I choć w porównaniu do "Listów do utraconej" wypada dość blado, to nie ma się co uprzedzać i zawczasu jej skreślać, bo wciąż jest to porcja dobrej lektury.
Naprawdę ;)




Z dziką radością sięgam po książki, które subtelnie niczym walec drogowy miażdżą moje serducho. O ile dawniej wśród moich wyborów przodowały powieści z chorobą w tle, o tyle teraz najczęściej sięgam po takie, które dotyczą tzw. "dalszych losów" - jak to miało miejsce w przypadku "Mów do mnie" Soni Belasco.
I chociaż nie jest to najlepsza powieść z motywem straty czy też żałoby, z którą miałam do czynienia, to i tak śmiało - i z czystym sercem - mogę Wam ją polecić.
Spróbujecie? ;)


Ocena 
12-03-2018

Mów do mnie

Dla Damona i Melanie sztuka to terapia. Głęboka pustka po stracie kogoś bliskiego i ból, jaki towarzyszy im nieustannie, to coś, co wypełnia każdy ich dzień, każdy moment, każdą sekundę. Swój ogrom uczuć gromadzą w sobie, bo nie ma dobrych słów, które mogłyby wyrazić ich cierpienie.

To dlatego Melanie chwyciła za pędzel i zaczęła malować, choć zawsze wydawało jej się, że nie doścignie talentu swojej zmarłej matki. Melanie, malując, może poczuć jej bliskość choć przez chwilę.
To dlatego Damon poddał się sztuce fotografii, uwieczniając każdy ulotny moment na zdjęciach. Jego najlepszy przyjaciel Carlos, który odebrał sobie życie, patrzył na świat przez obiektyw aparatu.

Kiedy Damon i Melanie spotykają się podczas prób do szkolnego przedstawienia teatralnego, wiedzą, że wiele ich łączy. W końcu ten rodzaj smutku i tęsknoty w oczach człowieka może dostrzec tylko ktoś, kto sam przeżywa to samo. Im dłuższe rozmowy prowadzą, tym bardziej przekonują się, że zrozumienie bliskiej osoby to najlepsze lekarstwo na nieniknącą pustkę w sercu.

Czytając Mów do mnie, przekonałam się, że młodzieżówka młodzieżówce nie równa – że historie na pierwszy rzut oka mające ze sobą wiele wspólnego, mogą różnić się między sobą diametralnie. Mając w pamięci fantastyczne Listy do utraconej Brigid Kremmerer, których młodzi bohaterowie zmagali się z pełną smutku codziennością, bez wahania sięgnęłam po powieść Soni Belasco, której fabuła od razu skojarzyła mi się z tą wyjątkową historią Declana i Juliet. Niestety, jak się okazało, dwie książki pozornie podobne, nie mogłyby bardziej odstawać od siebie poziomem.

Dwoje nastoletnich bohaterów, Demon i Melanie. Łączy ich wiele, w zasadzie cała sfera emocjonalna – oboje w młodym wieku utracili kogoś bliskiego, oboje utknęli w czarnym punkcie rozpaczy i tęsknoty, z którego nie potrafią się wydostać; oboje przez swoją stratę stali się zupełnie innymi ludźmi. Wydaje się to wyjątkowe, że bohaterowie odnaleźli siebie nawzajem, gdyż nikt nie potrafi zrozumieć ich lęku i żalu lepiej, niż ta druga osoba. Ich znajomość jest, zarówno dla Melanie, jak i dla Damona, formą oczyszczenia, pozbycia się zbyt długo skrywanych uczuć.

Już po przeczytaniu opisu książki można się domyślić, że szczególną rolę w powieści odgrywa śmierć i smutek. Początkowo współczułam bohaterom, ponieważ sytuacja, w jakiej oboje się znaleźli, jest niewątpliwie niezwykle trudna i każdemu człowiekowi, nie tylko temu młodemu, byłoby ciężko sobie z nią poradzić. Jednak każda strona powieści z osobna, nasycona tymi negatywnymi uczuciami, przygnębieniem i rozpaczą, stawała się dla mnie coraz bardziej nużąca. Wiecie, każda rzecz, nawet najbardziej poruszająca, powtarzana po raz setny stanie się męcząca. Autorka próbowała zapewne stworzyć historię dwójki cierpiących bohaterów, których czytelnik mógłby żałować, ale zdecydowanie zabrakło tutaj umiaru, ponieważ niekończący się smutek przepełniający książkę spotykał się z mojej strony nie ze zrozumieniem i empatią, ale z obojętnością lub nawet irytacją. Poza tym nagromadzenie tych negatywnych uczuć w bohaterach skutkowało tym, że wydawali mi się oni złożeni w stu procentach tylko ze swojej żałoby. Nie sądzę, aby udało mi się w trakcie lektury dowiedzieć się o nich czegoś więcej poza tym, że Melanie utraciła chorą na raka matkę, a przyjaciel Damona popełnił samobójstwo, ponieważ cała akcja skupia się tylko na tych wątkach. Szkoda, że ich osobistym historiom, tym niezwiązanym ze zmarłymi bliskimi, nie poświęcono większej uwagi.

Choć Mów do mnie ma zaledwie nieco ponad dwieście stron, wobec czego lektura tej książki nie powinna zająć wiele czasu, tym bardziej, że język powieści jest lekki i niewymagający, to czytanie jej było dla mnie męczarnią. Choć może trafniejszym określeniem byłoby to, że Mów do mnie stanowiło dla mnie idealny środek nasenny. Książka ta była tak nudna, że – autentycznie – sięgałam po nią, gdy miałam problem z zaśnięciem. Sprawdzała się w tej roli doskonale, bo odpływałam po przeczytaniu dwóch stron. Jednak gdybym miała czytać ją w tak małych fragmentach, nie zdążyłabym z recenzją przed Wielkanocą, więc chcąc nie chcąc musiałam zmuszać się do dalszego czytania. Szczerze mówiąc, było to nie lada wyzwanie, bo moje myśli raz za razem uciekały gdzieś w eter, dryfując tak daleko od fabuły książki, jak to możliwe. Wniosek? Jeśli cierpicie na bezsenność, jest to powieść dla Was. Jeśli nie, cóż, może być ciężko.

Chociaż naszych głównych bohaterów łączyły wspólne doświadczenia, ich relacja wydawała mi się kompletnie nie na miejscu. W porządku – spędzali ze sobą czas, bo ich wzajemne towarzystwo przynosiło im ulgę. Ale przerodzenie się tej relacji w stosunki bliższe miłości niż przyjaźni? Coś mi tu nie pasowało. Czasem od razu wyczuwa się tą chemię między bohaterami, ale tutaj zdecydowanie nie było jej ani trochę. Miałam wrażenie, że to ich całe „uczucie” jest wyjątkowo mało wiarygodne, a oni sami starali się być ze sobą na siłę. Nie wspomnę już o kilku scenach (tych bardziej… romantycznych) z ich udziałem, które wypadły według mnie naprawdę żenująco, tak że miałam ochotę jak najprędzej zamknąć książkę i już do niej nie wracać.

Cieszę się, że wspomnienie o powieści Soni Belasco częściowo już wyparowało z mojej głowy, bo nie jest to książka, o której chciałabym pamiętać. Była to lektura do bólu nudna, męcząca i… bez wyrazu. Choć zapowiadała się obiecująco, zabrakło tu porządnego wykonania. Niestety, nie mogę szczerze polecić Wam Mów do mnie… Chyba, że macie problemy z zasypianiem!

booksofsouls.blogspot.com

Ocena 
11-03-2018

Wystarczy, że będziesz do mnie mówił...

W to niedzielne popołudnie przychodzę do Was z recenzją książki pt."Mów do mnie", która ukazała się nakładem wydawnictwa Harper Collins Polska. Jak już się zapewne domyślacie jest to pozycja młodzieżowa, a jak sami dobrze wiecie ja uwielbiam czytać młodzieżówki. Dlatego koniecznie musiałam przekonać się na własnej skórze co wymyśliła Sonia Belasco!
Melanie po śmierci matki nie może dojść do siebie. Każdego dnia coraz bardziej tęskni za swoją rodzicielką, która była jej słońcem i najlepszą przyjaciółką.
Damon kocha teatr. Uwielbia odgrywać różne role i czytać sztuki, ale kiedy traci swoją bratnią duszę, zamyka się w sobie i zaczyna namiętnie fotografować.
Gdy pewnego dnia Damon spotyka w parku Melanie, z ukrycia robi jej zdjęcie. Chłopak jest zaintrygowany tajemniczą dziewczyną i kiedy wpada na nią w szkole postanawia ją bliżej poznać. Co się wydarzy podczas sztuki Ottela? Czy przeszłość zaważy na przyszłości tych dwojga?

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam tę książkę w zapowiedziach, zwróciła ona moją uwagę swoją piękną okładką. W szczególności spodobał mi się font tytułu, który moim zdaniem idealnie pasuje do treści. Na pierwszy rzut oka widać było, że będzie to opowieść o młodych artystycznych duszach. Dlatego samą oprawę graficzną oceniam na szóstkę z plusem! Oczywiście, nie powinno oceniać się książki po okładce, więc teraz zdradzę Wam jak prezentuje się wnętrze tej lektury. Moim zdaniem Sonia Belasco podołała zadaniu i stworzyła bardzo ciekawą opowieść o młodych ludziach, którzy muszą poradzić sobie z żałobą. Temat straty nie jest łatwy do opisania, ponieważ często autorzy za bardzo traktują go pobieżnie. Na całe szczęście tego błędu nie popełniła autorka i postarała się oto, żeby wszystko wyszło naturalnie. Pokazała jak młodzi ludzie radzą sobie z bólem i jakie targają nimi emocje.

Jestem zadowolona z kreacji głównych bohaterów, chociaż muszę przyznać, że męską postać polubiłam odrobinę bardziej. Przez całą powieść odnosiłam wrażenie, iż Damon jest dojrzalszy od Melanie. Zachowania dziewczyny kilka razy nie mogłam zrozumieć i w moim odczuciu chwilami zachowywała się dość dziecinnie. Aczkolwiek udało jej się zaskrobić moją sympatię, w szczególności pod koniec lektury bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Ogólnie duet Demona i Melanie przypadł mi do gustu, ponieważ były to postacie ciekawe i na swój sposób urocze. Ich pierwsze rozmowy, spotkania i kłótnie miały w sobie pewną niewinność i nieodparty urok.

Pani Sonia Belasco posługuje się lekkim i młodzieżowym językiem, dlatego nie zdziwcie się gdy parę razy Wasze oczy ujrzą drobne przekleństwa. Oczywiście nie będzie ich bardzo dużo, ale osoby uczulone na wulgaryzmy w książkach, muszą być na ten zabieg przygotowane. Książkę czyta się bardzo szybko, ponieważ autorka skupiła się na dialogach pomiędzy bohaterami, a nie na długich opisach.

Moim zdaniem książka pt."Mów do mnie" jest świetną propozycją dla osób lubiących czytać powieści młodzieżowe. Autorka posługuje się lekkim językiem i potrafi zainteresować czytelnika stworzoną przez siebie historią. Jeżeli macie ochotę przeczytać interesującą książkę z niełatwym tematem to śmiało sięgnijcie po "Mów do mnie". Kto wie może ta książka do Was również przemówi?

Ocena 
10-03-2018

amandaasays.blogspot.com

Tekst pochodzi z bloga: https://amandaasays.blogspot.com/2018/03/mow-do-mnie-sonia-belasco.html

NASZE STRATY, NASZ BÓL I... SZTUKA
Kiedy tracisz bliską osobę, często szukasz winy w sobie. Czy można było temu zapobiec? Czy można było zauważyć coś wcześniej? Czy można było pokłócić się o ten jeden raz mniej i spędzać ze sobą więcej czasu? Jednak odpowiedzi się nie pojawią. Bo nie da się przewidzieć życia.
Melanie i Damon doskonale wiedzą, jak to jest stracić kogoś bliskiego. Ona straciła matkę - artystkę, której bała się, że nigdy nie dorówna i przy której bała się pokazać swoje prace, z obawy, że okażą się za słabe. On stracił przyjaciela - fotografa, którego osoba miała być otwartą księgą, a okazała się jedną wielką tajemnicą. Gdy spotykają się, doskonale rozumieją swój ból. I chyba to łączy ich po raz pierwszy. Oboje cierpią i próbują odnaleźć swój spokój. Jednak nie tylko. Oboje są artystami, słuchają tej samej muzyki, świetnie się dogadują i coraz lepiej czują się w swoim towarzystwie.
Sonia Belasco z niezwykłym wyczuciem wykreowała naszych głównych bohaterów. Z jednej strony artyści, a z drugiej - młodzi ludzie, z którymi łatwo się utożsamić. Były w nich zarówno te nietypowe nuty, jak i te charakterystyczne dla nastolatków w ich wieku, dlatego udało im się uniknąć papierowości. I chociaż polubiłam zarówno Melanie, jak i Damona, to moim ulubieńcem stał się chyba ich wspólny przyjaciel - Tristan. Chłopak, który jedną nogą wyszedł już z szafy, zaś drugą nadal w niej tkwi. Mimo swoich problemów była to bardzo pozytywna i radosna postać i cieszyłam się za każdym razem, gdy pojawiał się na stronach powieści.

EMOCJE ZAMIAST AKCJI
Jeśli szukacie książki pełnej zwrotów akcji, to tutaj jej nie znajdziecie. Jednak wcale nie jest to powód do narzekania. Tutaj skupiamy się na emocjach, a jest ich cała masa. Nasi bohaterowie czują smutek, czasami złość, a nawet strach czy bezradność. Ktoś chce zrozumieć, dlaczego osoba, która zawsze wydawała się taka otwarta i pełna życia, tak naprawdę była tak przestraszona. Ktoś inny potrzebuje odpowiedzi od osoby, która już nie może ich udzielić. A inny bohater potrzebuje wsparcia i zrozumienia, którego najbliżsi nie potrafią mu dać. Ta historia, to cała gama uczuć i problemów, jakie dotykają ludzi w wieku licealnym i nie tylko. Niepewność siebie, potrzeba akceptacji, potrzeba bliskości i świadomości, że masz kogoś, kto poda ci pomocną dłoń, gdy zajdzie taka potrzeba. A wystawianie w szkole Otella, jako tło do naszej opowieści tylko podkreśliło artystyczny klimat Mów do mnie.
Czytając, miałam wrażenie, że bohaterowie są tuż obok - uczyli się kiedyś ze mną w szkole bądź są moimi znajomymi. Widziałam ich oczyma wyobraźni i z ciekawością poznawałam ich losy, mając nadzieję, że wszystko im się w życiu poukłada. Czy tak się stało? Tego nie zdradzę.

STRUKTURA
Naszą historię opowiada dwóch pierwszoosobowych narratorów - Melanie i Damon. Ich rozdziały pojawiają się naprzemiennie i każdy z nich jest poprzedzony krótką notką naszych bohaterów do mamy Melanie oraz przyjaciela Damona. Rozdziały są numerowane i dosyć sporej objętości, przez co trudniej się od książki oderwać - w końcu nikt z nas nie lubi przerywać lektury w środku rozdziału. Cała książka jest jednak małych rozmiarów - lekko ponad 200 stron, więc można przeczytać ją przy jednym podejściu.
Jeśli chodzi zaś o styl pisania - bardzo przyjemny w odbiorze, prosty i lekki. Czytało się płynnie i bez zgrzytów. Opowieść pełna jest specyficznego klimatu, nieco artystycznego, momentami nawet melancholijnego, ze względu na masę wspomnień, które przywołują nasi bohaterowie, więc jeśli takie historie lubicie - super, warto sprawdzić i tę, jednak jeśli nie przepadacie - to uważajcie. ;)

PODSUMOWUJĄC
Mów do mnie, to pięknie opowiedziana historia o stracie i tym, że życie toczy się dalej. Oparta na prawdziwej tragedii autorki, dlatego tak idealnie odzwierciedla emocje, jakie kłębią się w człowieku po śmierci bliskiej osoby. Realna kreacja bohaterów, ciekawy pomysł na połączenie losów postaci ze szkolnym wystawianiem Otella oraz niesamowity klimat. Ta książka będzie idealna dla miłośników tych mądrych historii o problemach młodych ludzi, zaś nie sprawdzi się w przypadku tych czytelników, którzy łakną zwrotów akcji i szybkiego przebiegu zdarzeń.
Ja spędziłam z tą książką miło czas i serdecznie polecam ten tytuł. A czy Wy go sprawdzicie? Decyzja należy do Was! ;-)

Ocena 
10-03-2018

wzruszająca i wciągająca

I skrywasz ten sekret.

Chowasz go przed światem.

W ciszy, w nocy płaczesz

bo nie umiesz dać rady.

ale proszę,

mów do mnie



Lektura o nastolatkach, o problemach, z którymi może zetknąć się każdy z nas. Wtedy najważniejsze jest, by ktoś był obok i mógł nas wysłuchać, wesprzeć.

Gdy Damon traci najlepszego przyjaciela, powoli osuwa się samotność. Żyje wspomnieniami związanymi z Carlosem i stara się uczyć jego pasji, czyli robienia zdjęć, by mieć jakąś jego cząstkę blisko siebie. Kiedy przypadkowo wpada na Melanie, nie ma pojęcia, jak wiele ich łączy.

Książkę czyta się bardzo szybko, mi zajęła zaledwie jeden dzień, a jest to spory plus. To historia na chwilę, na oderwanie się od codziennych obowiązków.

Narracja jest troszkę chaotyczna, przez co nie umiałam do końca poczuć tego, co bohaterowie, ale mimo to, parę razy ścisnęło mnie za serce. Lubię, kiedy powieść mnie wzrusza i wiele razy to podkreślałam. Tym razem tak było. Damon bardzo przypadł mi do gustu, chciałabym móc wyciągnąć go z książki i spróbować się z nim zaprzyjaźnić.

Fabuła kręci się wokół śmierci, bo obydwoje zostali przez nią dotknięci i niestety nie zawsze potrafią sobie z tym radzić. Ale to własnie rozmowa i obecność drugiej osoby może pomóc i tego uczą się nasi bohaterowie. Trudne chwile muszą pokonywać razem. Podobała mi się ta młodzieżówka, nie była wymagająca, ale zrobiła swoje i wywołała u mnie łzy. To bardzo przyjemna lektura na raz, do pociągu, do autobusu, w weekend. Nie można się nudzić, przynajmniej ja nie byłam znużona. Nie jest to głupia młodzieżówka z dziecinnymi dialogami, a to kolejny plus, który warto zaznaczyć.

Zachęcam Was, bo mi się podobała i sądzę, że osobom, które lubią taki typ książek, też będzie.

Ocena 
09-03-2018

"Mów do mnie"

"Wszyscy udajemy, odgrywamy jakieś role, by inni nie dostrzegli tego, jacy w środku jesteśmy pogmatwani, tyle że czasem nam to nie wychodzi i to, co próbowaliśmy ukryć, wyziera spomiędzy naszych przerażonych palców"

Nigdy nie znajdziemy dobrych słów, żeby wyrazić ból po stracie. Nie ma słów, które mogłyby pomóc walczyć z pustką po kimś, kto odszedł.
Mama Melanie zmarła przedwcześnie na raka. Była ona wspaniałą kobietą z duszą artysty. Wszędzie zawsze było jej pełno, dlatego kiedy odeszła, dziewczyna nie wie jak poradzić sobie z brakiem tak ważnej osoby. Zaczyna więc malować. W ten sposób pragnie poczuć jej bliskość.
Z tego samego powodu Damon zaczął robić zdjęcia. Jego najlepszy przyjaciel Carlos był fotografem. Odebrał sobie życie. Damon chcę zrozumieć dlaczego do tego doszło. Wierzy, że przez obiektyw aparatu, zobaczy świat w ten sam sposób, jakim widział go Carlos.
Dla obojga sztuka to terapia.
Spotykają się podczas prób do szkolnej wersji Otella. Od razu odnajdują wspólny język, a coraz dłuższe rozmowy przynoszą obojgu ukojenie, jakiego potrzebowali od dawna.
Zaczynają rozumieć, że lekarstwem na smutek może stać się osoba, która będzie nas rozumieć i nas wysłucha.

"Żałoba to skomplikowany proces. Ludzie, którzy sądzą, że służy zakończeniu pewnego etapu, mylą się. Żałoba niczego nie kończy; pomaga radzić sobie z obecną sytuacją. Niektórzy przez całe życie opłakują śmierć bliskiej osoby, ale to też może być forma radzenia sobie ze stratą."

Cierpienie i żałoba, to bardzo trudne tematy. Niestety jest to coś, co kiedyś dotknie każdego, dlatego ważne jest, aby o tym rozmawiać. Bohaterami książki "Mów do mnie" są nastolatkowie. Pomimo młodego wieku doświadczyli oni wydarzeń, które wywróciły ich świat do góry nogami i muszą oni poradzić sobie z tym, co los postawił na ich drodze. Melanie straciła mamę, a Damon najlepszego przyjaciela, którego traktował jak brata. Są to straty tak wielkie, że aż trudno sobie wyobrazić jakie cierpienie musieli odczuwać. Wiem, że są to postacie fikcyjne, jednak ich emocję i problemy są bardzo realistyczne. Ta historia poruszyła mnie jeszcze bardziej, kiedy przeczytałam notkę z tyłu książki "od autorki". Wie ona o czym pisze. Bohaterowie przeżywają różne etapy żałoby i wszystko w książce jest bardzo dopracowane. Wywołuje ona wiele emocji u czytelnika. Powinniśmy się cieszyć z tego co mamy i doceniać każdy dzień, ponieważ każda sekunda jest ważna.

Mimo treści jakiej dotyczy, książkę czyta się naprawdę bardzo szybko. Jest to lektura na kilka godzin. Styl pisania autorki sprawia, że wszystko jest łatwe w odbiorze. Podobało mi się to, że rozdziały przeplatały się ze sobą i poznawaliśmy zarówno Melanie, jak i Damona. Oboje stawali się narratorami, dlatego jeszcze lepiej można poznać ich historie oraz myśli.

"W którymś momencie musisz pokochać smutek, zaprzyjaźnić się z nim, ponieważ będzie ci towarzyszył przez długi czas. Jest teraz częścią ciebie."

Podobało mi się też to, że wątek miłości między głównymi bohaterami nie odgrywał roli pierwszoplanowej, co często dzieje się w książkach młodzieżowych. To prawda, że relacja między nimi miała ogromne znaczenie, jednak najważniejszym wątkiem książki jest to, jak poradzić sobie ze stratą, smutkiem i własnymi myślami. Istotną rolę odgrywał również Tristian, najlepszy przyjaciel Melanie. Poznajemy też jego historię, która mimo, że różniła się od pozostałych, ukazuje problem jaki można obecnie zauważyć. Zrozumienie i akceptacja, szczególnie ze strony najbliższych nam osób, to coś bez czego ciężko jest funkcjonować. Dlatego powinniśmy doceniać siebie nawzajem.

"Mów do mnie" to książka poruszająca bardzo ważne tematy. Myślę, że można znaleźć w niej lekcję, jak postępować, kiedy w życiu dzieje się naprawdę źle. Obwinianie się, poczucie winy, strach i bezradność to coś, co dotyka osób pogrążonych w żałobie. Osoby dorosłe zazwyczaj nie umieją sobie z tym wszystkim poradzić, nie mówiąc już o młodszych. Dlatego ważne są rozmowy i świadomość, że zawsze znajdzie się kogoś, kto będzie mógł nas zrozumieć. Polecam ją, ponieważ skłania do refleksji. Doceniajmy to co mamy i mniej narzekajmy na coś, co tak naprawdę nie ma znaczenia, ponieważ może przyjść dzień kiedy będzie już za późno na chwile radości z bliskimi.

Ocena 
06-03-2018

Mów do mnie

Śmierć jest towarzyszem naszego życia. Prędzej czy później nadchodzi czas, że tracimy kogoś bliskiego. Jeśli ta osoba umiera ze względu na chorobę czy wypadek - zadajemy sobie pytanie - Dlaczego "ona"? Natomiast jeśli owa osoba odbiera sobie życie sama - obwiniamy siebie o jej śmierć. Jednak umieranie nie jest najgorsze, najgorsze jest życie bez tej osoby, pogodzenie się z jej odejściem...

Damon jest przybity po samobójczej śmierci przyjaciela. Obwinia siebie, że był ślepy i nie zauważył pewnych rzeczy...Melanie jest pogrążona w smutku po śmierci matki, którą pokonał rak.
Damon i Melanie są bardzo do siebie podobnie - ukrywają swoje żale od grubym murem, ale nie jest to zdrowe.
Damon odkrywa główną rolę w spektaklu, Melanie robi scenografię...Obie pogrążone w żałobie dusze zbliżają się do siebie...
Czy obydwoje będą w stanie otworzyć się na drugą osobę i pogodzić ze śmiercią bliskich im osobą oraz żyć dalej bez nich?

Tak na dobrą sprawę nie wiem co mam napisać na temat książki. Niby jest ona o żałobie, o przeżywaniu smutków w sobie, o zamykaniu się na inne osoby....ale jakoś tego nie odczułam.
Autorka stworzyła parę bohaterów, którzy nie mogą pogodzić się ze śmiercią bliskich...obwiniają siebie o różne rzeczy, na które praktycznie nie mieli wpływu. Niestety ta para bohaterów nie zyskała mojej sympatii. Jakoś mnie irytowali.
Dodatkowo autorka sama przeżyła stratę przyjaciela (byłego chłopaka) poprzez jego samobójstwo i skoro podjęła się tematu śmierci powinna go bardziej "ożywić", sprawić, że ta strata będzie odczuwalna dla czytelnika. Niestety ja nic nie przeżyłam. Nie odczuwałam braku ani smutki jaki towarzyszył bohaterom.

Kolejnymi elementami, które byłby ciekawsze gdyby były bardziej rozwinięte...ale powieść jest krótka i są one tylko dodatkami, są tematy związane z homoseksualizmem - który jest ostatnio bardzo popularny w książkach - oraz temat związków mieszanych ( biała kobieta, ciemnoskóry mężczyzna) - nie lubię określenia czarny. Czyli to co jeszcze wiele ludzi kole w oczy.

Treść książki poznaje się bardzo szybko. Autorka pisze prostym, mało plastycznym bardziej młodzieżowym stylem. Stara się posuwać akcję do przodu nie zanudza opisami czy zbędnymi przemyśleniami. Przedstawia wszystko bezpośrednio...aczkolwiek śmierć Carlosa - powód - jak dla mnie nie był w pełni jasny. Mam pewne podejrzenia, ale pewności czy są słuszne - już nie.
Wątek romantyczny nie jest postawiony na piedestale, jest elementem znaczącym, ale nie przodującym.
Narratorami na przemian są Damon i Melanie...niestety narracja jest odrobinę chaotyczna i czasem gubiłam się w bohaterach oraz czasach - teraz czy wcześniej coś się rozgrywało.

Z dużą przykrością muszę stwierdzić, że okładka wywołała we mnie więcej emocji i nostalgii niż fabuła książki.

"Mów do mnie" to książka poruszająca kilka znaczących wątków, a najistotniejszym z nim jest pogodzenie się ze śmiercią bliskiej osoby. Osoby dorosłe mają problemy a co mówić o nastolatkach, którzy dopiero mają się zmierzyć z masa problemów.
Książka nie powala na kolana, nie wywołuje emocji, ale może komuś wskazać drogę jak żyć dalej ...

Ocena 
04-03-2018

Czy jesteśmy winni straty ukochanej osoby?

Melanie miała cudowną matkę - artystkę jakich mało na tym świecie, która poświęciła się nauczaniu o sztuce dzieci w szkole podstawowej. Była słońcem dla wszystkich wokół i nikt by nie pomyślał, że jej odwaga i siła zniknie pod wpływem raka.
Damon miał najlepszego przyjaciela Carlosa, który do ręki przyspawany miał aparat. Robił zdjęcia wszystkim i wszystkiemu - w dodatku bardzo dobre zdjęcia! Czy dało się przewidzieć, że te pozytywnie zakręcony chłopak postanowi ze sobą skończyć? Albo że rak zaatakuje mamę Mel?


Bohaterowie mają za sobą trudne chwile, jednak przed sobą jeszcze trudniejsze i każdy, kto stracił bliską osobę z pewnością mnie zrozumie. Ciężko jest poradzić sobie z rzeczywistością, w której nie ma mamy, taty, przyjaciela, ulubionego nauczyciela, dziadka czy jakiejkolwiek osoby bliższej naszemu sercu. Jest to bardzo ciężkie i w przeżyciu żałoby najczęściej pomóc może jedynie osoba, która sama przez nią przeszła, ponieważ najlepiej wie co się dzieje i doskonale cię rozumie. Dla siebie takimi osobami są Damon i Mel. Przypadkowe spotkanie, a później szkolne obowiązki sprawiły, że ta dwójka postanawia siebie poznać nieco lepiej, głównie za sprawą najlepszego przyjaciela Melanie - Tristana. Jest to chłopak, który skrywa jeszcze więcej niż mówi, a o sobie może mówić i mówić. Jest także osobą, której każdy potrzebuje w swoim życiu, lepszego przyjaciela pozostaje tylko ze świecą szukać.

Już z opisu książka skojarzyła mi się z "Listami do utraconej". Niestety nie poruszyła mną aż tak, jednak będę ją miło wspominać, ponieważ autorka zna sie na rzeczy i wie o czym pisze. Jak wspomniała na końcu książki sama przeżyła śmierć bliskiej osoby, więc jest zaznajomiona z tematem i etapami żałoby. Fabuła okazała się dopracowana, bardzo spodobało mi się przeplatanie rozdziałów z perspektyw Mel i Damona. Pozwoliło to na lepsze rozpoznanie ich psychik i motywów, ale także poznanie Tristana, który pokazywał się z różnych stron.

Książka ze względu na tematykę nie była przyjemna, jednak czytało się ją szybko. Wielki plus leci za fabułę, ponieważ o umieraniu czy samobójstwach mówi i pisze się wiele, ale zdecydowanie zbyt mało jest książek o tym ja czują się osoby po stracie bliskich, o żałobie i obwinianiu się, ponieważ można było przewidzieć, że bliska osoba nie radzi sobie z otaczającą ją rzeczywistością. Nie jest to poradnik, jednak mimo tego warto poznać, szczególnie jeśli jest się w takim momencie życia. Nie podzielam zdania, że po stracie nie powinno się czytać o śmierci - wydaje mi się, że jest to jeden z niewielu sposobów, by uwolnić się od. poczucia winy, smutku i bezradności.
Zdecydowanie polecam jej przeczytanie, ponieważ mimo niewielu stron potrafi pomóc w ułożeniu sobie w głowie kilku spraw związanych nie tylko ze stratą.

Napisz recenzję

Napisz recenzję