– Uwielbiam, kiedy ludzie biorą ślub po raz trzeci – powiedział radośnie William, gdy staliśmy przy basenie w country clubie, patrząc, jak goście zajmują miejsca. – Nikt się nie denerwuje, wszyscy są tacy rozluźnieni. Może powinniśmy się w tym wyspecjalizować, zagospodarować niszę na rynku?
– Za mała – odparła matka, zawsze realistka. – Poza tym brakowałoby ci nerwicy panien młodych. Zmarnowałbyś talent.
– Masz rację – zgodził się William, podążając wzrokiem za starszym mężczyzną w przyciasnym garniturze, który zamierzał usiąść z przodu, w jednym z rzędów przeznaczonych dla rodziny.
William należał do najbardziej spostrzegawczych osób, jakie znałam, miał zmysły wyostrzone niczym zawsze gotowy do skoku kot. Kiedy żona chwyciła starszego pana za łokieć i pociągnęła go do dalszych rzędów, złapałam się na tym, że wstrzymałam oddech.
– A skoro mowa o pannach młodych, rozmawiałem z Bee i potwierdziła spotkanie na temat wstępnych ustaleń w poniedziałek rano.
Matka westchnęła.
– Wiesz, że nie znoszę pośpiechu.
– Ślub jest w sierpniu, teraz mamy kwiecień.
– Koniec kwietnia – poprawiła go matka. – Co nie byłoby problemem, gdyby chodziło o trzeci ślub, ale tak nie jest. To lepsze towarzystwo, więc impreza będzie wymagała lepszej organizacji. A to oznacza, że powinniśmy zacząć ją planować rok temu.
– Zapominasz, że oznacza też lepsze pieniądze – zauważył William.
– Pieniądze to nie wszystko. – Przez ułamek sekundy czekałam na dobrze znany ciąg dalszy. Który nastąpił: – Zdrowie psychiczne jest bezcenne.
– Ale gdyby miało cenę, oni by ją zapłacili.
Milczeli, kiedy następny gość podszedł do pierwszych rzędów. Po chwili William wyciągnął kartoniki z napisem REZERWACJA (wypisanym jego niemal kaligraficznym charakterem pisma, oficjalną czcionką firmy Ślub z Natalie Barrett), i postawił na siedzeniach. Zwykle starał się tego nie robić, bo wolał unikać wszystkiego, co mogłoby wprowadzać dodatkowe zamieszanie, nawet jeśli miały to być eleganckie karty. Nigdy jednak nie należy lekceważyć „czynnika idiotyzmu”. Kolejna złota myśl mojej matki.
– Dwadzieścia minut – powiedziała, obracając rękę, żeby spojrzeć na zegarek. – Postaw jeszcze kilka, żebyśmy nie musieli tu stać i pilnować. Louna, pozycja TRP?
Kiwnęłam głową i wyciągnęłam telefon, żeby jeszcze raz sprawdzić, czy na pewno jest wyciszony. Często zajmowałam miejsce w Tylnym Rzędzie po Prawej, szczególnie na imprezach takich jak ta, obejmujących „czynnik chodzenia”. To była pewna odmiana naszego trójpodziału obowiązków: mama wypuszczała kolejne pary z orszaku ślubnego, ja miałam na oku przemieszczających się gości, a William zajmował miejsce gdzieś z przodu. W ten sposób w każdej chwili mógł wkroczyć, jeśli ktoś zemdlał, upuszczono obrączki (lub ich zapomniano) albo jeśli podczas ceremonii w dzieci wstąpił diabeł (co zdarzało się całkiem często, choć tylko w jednym przypadku wszystkie te plagi wystąpiły naraz, w trakcie ślubu, który później nazywaliśmy po prostu Katastrofą).
Rozdzieliliśmy się i każde z nas zajęło swoją pozycję. Tę imprezę, ślub Eve Little, przygotowywaliśmy przez ostatnich dziewięć miesięcy i William miał rację, to była łatwizna. Panna młoda miała po pięćdziesiątce, pan młody po siedemdziesiątce, a poza tym oboje należeli do ludzi zamożnych i nie zgłaszali żadnych szczególnych życzeń poza tym, żeby ceremonia odbyła się w Lakeview Country Clubie, bo właśnie tu, na korcie, się poznali. Country club zapewniał jedzenie, zatrudniono didżeja, którego lubiliśmy, i cała impreza miała się skończyć punktualnie o dziesiątej.
Tylko jedna chmurka rysowała się na tym pogodnym niebie: Beatrice, córka panny młodej. Kiedy kilka tygodni temu się zaręczyła, postanowiła, że też weźmie ślub z Natalie Barrett. Niestety, sprawę komplikował fakt, że miała wyjść za mąż w połowie sierpnia, bo pod koniec lata przeprowadzała się na drugi koniec kraju, gdzie jej wybranek rozpoczynał pracę jako lekarz rezydent. Dlatego wszystko trzeba było zorganizować najszybciej, jak się dało. W normalnych okolicznościach – ze względu na listę oczekujących i obsesję mojej matki na punkcie organizacji – nawet przez myśl by nam nie przeszło, by zgodzić się na coś, co aż tak przypominało ślub urządzany w ostatniej chwili. Ale ponieważ impreza Eve Little okazała się prosta i para młoda wydała na nią mnóstwo pieniędzy, William w końcu skapitulował. Co, prawdę mówiąc, oznaczało, że sprawa była już w czterdziestu procentach wygrana.
Pomaszerowałam na tyły, do ostatniego rzędu krzeseł, które kilka godzin wcześniej pomagałam ustawić, i zajęłam miejsce przy przejściu. Jak zwykle siedziało tam kilka osób zbitych w kupkę – ku irytacji Williama, który lubił, żeby goście byli rozmieszczeni równomiernie. „Co oni sobie myślą? Przecież nikt ich nie będzie specjalnie zapraszał”, zżymał się na ten widok. Zdarzało mi się nawet widzieć, jak w wyjątkowych sytuacjach wykorzystywał swoją pozycję, by przesadzić weselników, choć tylko wtedy, kiedy był szczególnie wkurzony.
Mnie to aż tak nie przeszkadzało, dlatego tylko skinęłam głową parze siedzącej kilka krzeseł dalej, i wyciągnęłam telefon, żeby sprawdzić, która godzina. Do ceremonii zostało jeszcze piętnaście minut, gdy nadszedł pierwszy esemes od mamy.
Pływacy idą na basen.
W mgnieniu oka zza ozdobionego światełkami bukszpanu wyłonił się William. Gładko przechwycił kobietę z dzieckiem, oboje w kostiumach kąpielowych, i skierował za znak obwieszczający: ZAKAZ WSTĘPU. TEREN WYŁĄCZONY Z UŻYTKOWANIA NA CZAS UROCZYSTOŚCI.
Dźwięki organów rozległy się tak nagle, że nie tyko ja podskoczyłam na krześle. Zanim mama zdążyła wystukać nieuniknione: Co jest???, wstałam i pośpieszyłam na tył patia przy basenie, gdzie Monty, didżej, na mój widok uniósł ręce w geście przeprosin. Wszystko pod kontrolą.
Dwanaście minut. Odwróciłam się i spojrzałam w stronę wejścia na patio, gdzie moja mama pochylała się właśnie nad świńskim blondynkiem, który miał nieść obrączki. Podczas ślubu mogło się posypać absolutnie wszystko, mama jednak szczególnie nie lubiła „czynnika chaosu” związanego z dziećmi i psami, dlatego w obu wypadkach podejmowała stosowne działania prewencyjne. Jeśli chodzi o psy, w torebce strunowej ukrytej w rękawie miała spory zapas porcjowanych kiełbasek. Jeśli zaś chodzi o dzieci, zwykle sprawdzała się łapówka w postaci słodyczy plus surowy ton głosu, choć z tym ostatnim nie należało przesadzać. Emocji było dość bez łkających malców na początku ceremonii.
Gdy wróciłam na miejsce, do rozpoczęcia zostało siedem minut. Patrzyłam, jak William lustruje zebranych, kiedy ostatni goście zajmowali krzesła. Za każdym razem, kiedy jego wzrok napotykał puste miejsca między czwartym a ostatnim rzędem, krzywił się, choć byłam pewna, że tylko on widzi w tym problem.
Punktualnie o szóstej powinny się rozlec pierwsze takty muzyki. Zamiast tego znów zawibrowała moja komórka. Przeczytałam wiadomość dwa razy i mimo to nic nie zrozumiałam.
Nb spm poprowadzi pm.
William też dostał wiadomość. Spojrzał na mnie, unosząc brwi.
Co takiego? – wystukałam.
Mężczyzna siedzący dwa krzesła dalej zerknął na zegarek.
Chodź tu szybko – brzmiała odpowiedź. Nie doczytując jej do końca, zerwałam się z krzesła i pośpiesznie ruszyłam w stronę patia.
Tylko nie biegnij, napominałam się w duchu, próbując poruszać się jak najprędzej i nie sprawiać przy tym wrażenia spanikowanej. Gdy dotarłam do holu, orszak ślubny stał już w szeregu, z chłopcem niosącym obrączki – który wyglądał, jakby się miał zaraz rozpłakać – na przedzie. Za blondynkiem i ustawionymi w parach drużbami dostrzegłam Eve Little – w jasnożółtej sukni z tulipanowymi rękawami cała aż promieniała; ja też uwielbiałam, kiedy ludzie biorą ślub po raz trzeci! – jej córkę Bee i moją matkę. Mówiły wszystkie naraz.
– …dokładną kolejność, żeby dobrze się wywiązać ze swojego zadania – usłyszałam głos mamy. – Zmiany wprowadzane w ostatniej chwili bardzo nam to utrudniają, jeśli wręcz nie uniemożliwiają.
– Rozumiem – odparła Eve, podczas gdy Bee, z telefonem przy uchu, rozglądała się po holu. – Ale przed chwilą tu był!
– Cały on – stwierdziła Bee, zwracając się do mnie, jakbym wiedziała, o kim mowa. – Może trzeba sprawdzić na dworze?
Spojrzałam na mamę.
– Słyszałaś? Idź go poszukać na dworze! – powiedziała.
– Ale kogo? – spytałam. – Wszyscy tu są.
Wiedziałam, bo do moich obowiązków należało przygotowanie ściągawki. W wieczór przed ceremonią spisywałam na kartce listę osób wchodzących w skład orszaku ślubnego i członków rodziny, dane kontaktowe naszych kontrahentów (katering, didżej, kwiaciarnia), a także ostateczny harmonogram ceremonii – od chwili przybycia gości do momentu naszego odjazdu. Teraz, zaledwie kilka minut po godzinie zero, cały ten misterny plan runął.
– Ambrose’a – odparła Eve.
Słysząc to, moja matka zrobiła minę, jakby próbowała (albo wręcz przeciwnie) ukryć rozdrażnienie.
– Kogo?
– Mojego brata – powiedziała Bee, przekładając bukiet białych róż i lilii do drugiej ręki. Córka Eve Little, zachwycająca blondynka o kremowej cerze i niebieskich oczach, była tak śliczna, że gdyby nie jej sympatyczny charakter, budziłaby irytację. – Miało go nie być, ale się pojawił. Wysoki, jasne włosy, takie jak moje, najpewniej gada z jakąś dziewczyną. Trzaśnij go, jeśli będziesz musiała.
A więc „spm” oznaczało: syn panny młodej. Niezły dupek, skoro w pojedynkę udało mu się zastopować całą uroczystość.
– Zajmę się tym! – zawołałam do mamy, kierując się w stronę wyjścia.
Zanim jednak pchnęłam drzwi, odwróciłam się i zobaczyłam Williama idącego głównym przejściem z telefonem przy uchu. Skoro rozmawiał z mamą przez komórkę, sytuacja była gorsza, niż przypuszczałam.
Szybko zlustrowałam parking. Obok audi z kijami wystającymi z bagażnika stało dwóch golfistów pogrążonych w rozmowie. Facet w bieli, wyglądający na kucharza, ustawiał skrzynki z warzywami przy kuchennych drzwiach. Poza nimi nikogo nie było widać. Tak w każdym razie myślałam, dopóki nie usłyszałam melodyjnych dźwięków, które w każdym wszechświecie mogły oznaczać tylko jedno: śmiech ładnej dziewczyny.
Dochodziły zza samochodu dostawczego stojącego kilka miejsc dalej. Po chwili dołączył do nich wyraźnie męski rechot. Ruszyłam w tamtą stronę, zastanawiając się, dlaczego nie wybrałam pracy w kawiarni, księgarni albo jakimś innym miłym miejscu, gdzie nie musiałabym zajmować się zaganianiem opornych owieczek do zagrody. Okrążyłam vana i odchrząknęłam.
Gdy po raz pierwszy zobaczyłam Ambrose’a Little, przemknęły mi przez głowę dwie myśli, całkowicie odmienne, które zdecydowały o moim późniejszym stosunku do niego. Choć oczywiście wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. Zarejestrowałam tylko, że jest niewiarygodnie przystojny, ale sam jego widok – z daleka i z profilu – niewytłumaczalnie mnie irytuje.
Jeśli chodzi o wygląd, Bee miała rację – mieli ten sam koloryt i podobne rysy twarzy. Ale Ambrose, w smokingu i białej koszuli, był wysoki, niemal tyczkowaty, miał długie ręce i nogi, wyraźnie zarysowane kości policzkowe i długą blond grzywkę potarganą tak, że musiał poświęcić jej sporo czasu. Przypominał odwrócony do góry nogami wykrzyknik na początku hiszpańskiego zdania, sama jego obecność zapowiadała komplikacje.
Jeśli zaś chodzi o czynnik irytacji, trudniej go było określić. Może po prostu Ambrose był zbyt przystojny – przypominał ożywioną lalkę surfera z rzeźbionymi rysami i płaską klatką piersiową, którą bawiłam się w dzieciństwie. Tak czy owak nigdy wcześniej nie zdarzyła mi się podobnie instynktowna niechęć na czyjś widok. Kiepsko się z tym czułam, jakbym była strasznie powierzchowna w sposób, który mi się nie podobał.
W tej chwili jednak Ambrose był zbyt zajęty, żeby mnie zauważyć – pochylał się nad indiańską dziewczyną o krągłych kształtach, w szortach koloru khaki i koszulce polo z emblematem country clubu. Ona z kolei opierała się o toyotę, wymachując pękiem kluczyków. Wyglądali, jakby byli ze sobą spleceni, mimo że wcale się nie dotykali, i choć ostrzegawczo chrząknęłam, żadne z nich mnie nie zauważyło.
– Ambrose – powiedziałam surowo. Tym razem obejrzał się, przerzucając kręconą blond grzywkę na drugą stronę. Na samym środku czoła pozostał lok tak idealny i dziewiczy, że trudno się było powstrzymać, żeby go nie dotknąć. Ta myśl zirytowała mnie jeszcze bardziej. – Ślub się zaczyna. Jesteś potrzebny na miejscu.
Uśmiechnął się leniwie, w sposób charakterystyczny dla bogatych chłopaków, błyskając zębami i pewnością siebie.
– Hej, witaj. Kim jesteś?
Dziewczyna zmarszczyła brwi, najwyraźniej niezadowolona z rozwoju sytuacji.
– Pracuję dla Natalie Barrett, organizatorki ślubów – powiedziałam. – Musisz iść ze mną. I to już.
Roześmiał się i zasalutował, muskając lok pośrodku czoła.
– Tak jest, pani kapitan! Jeszcze tylko sekundka. – Mówiąc to, odwrócił się do swojej przyjaciółki, która odzyskawszy jego zainteresowanie, znów uniosła w górę głowę.
Niektórzy ludzie w trudnych chwilach pytają: co w takiej sytuacji zrobiłby Jezus? Jeśli o mnie chodzi, to przynajmniej w odniesieniu do pracy istniał tylko jeden wzór godny naśladowania – wiedziałam, że na moim miejscu mama zrobiłaby wszystko, żeby uroczystość odbyła się zgodnie z planem. W przyszłe lato, obiecałam sobie, zatrudnię się w księgarni albo kawiarni. Teraz podeszłam do Ambrose’a, złapałam go za nadgarstek i ruszyłam w stronę wejścia, ciągnąc go za sobą.
– Co ty wyprawiasz?! – zawołała dziewczyna, mrużąc oczy. – Nie możesz tak po prostu...
Ależ mogłam. A ponieważ spodziewałam się oporu, chwyciłam Ambrose’a mocno. Stracił równowagę, potknął się i młócąc rękami w poszukiwaniu czegoś, czego mógłby się uchwyć, natrafił na moją lewą pierś. Nie dość więc, że musiałam go za sobą ciągnąć, to jeszcze teraz zostałam obmacana, a wszystko to na oczach golfistów. Cudownie.
– Normalnie lubię przebojowe dziewczyny – powiedział Ambrose, odzyskując równowagę, gdy tymczasem ja strząsnęłam z siebie jego rękę – ale ty naprawdę ostro zabierasz się do roboty.
Zignorowałam tę uwagę, bojąc się, co mogłabym odpowiedzieć. Dotarliśmy już niemal do wejścia – po przekroczeniu progu budynku Ambrose stanie się problemem mojej matki, a ja będę mogła wrócić na swoje miejsce.
– Mam wrażenie, że nie zostaliśmy sobie odpowiednio przedstawieni – ciągnął, kiedy wolną ręką złapałam za klamkę i szarpnięciem otworzyłam szklane drzwi. – Jestem Ambrose, a ty?
– Nareszcie – wysyczała matka, gdy tylko przekroczyliśmy próg.
Spojrzałam na zegar: szósta piętnaście. Mama ogromnie chlubiła się swoją punktualnością, dlatego każda minuta opóźnienia powodowała u niej wzrost irytacji. Ambrose o tym nie wiedział, ale gdyby guzdrał się jeszcze bardziej, nie tylko jego nadgarstek mógłby na tym ucierpieć. Na jego czarujący, pewny siebie uśmiech matka odpowiedziała spojrzeniem tak lodowatym, że prawie zrobiło mi się go żal. Prawie.
– Tędy – warknęła, gdy wypuściłam jego rękę i odsunęłam się z ulgą. Ruszył za nią bez słowa i bez ociągania. Nawet on szybko się zorientował, kto tutaj dowodzi.
Moja komórka zawibrowała. William. Jak sytuacja?
Opanowana, odpisałam. Wracam na miejsce.
Minęłam Ambrose’a, mamę i resztę orszaku ślubnego, który czekał już tak długo, że wyraźnie dawało się wyczuć nerwowość. Gdy przechodziłam obok druhen, czyjaś dłoń dotknęła mojego ramienia. Odwróciłam się i zobaczyłam Bee, która uśmiechała się z wdzięcznością.
– Dzięki, że przywlokłaś mojego przygłupiego brata.
Pokiwałam głową, jasno dając do zrozumienia, że nie zamierzam się z nią sprzeczać.
– Nie ma sprawy.
W tylnym rzędzie wyraźnie było słychać szmer głosów spekulujących na temat przyczyny opóźnienia. Niewprawnemu uchu wszystkie pomruki oczekiwania mogły się wydawać takie same, dla mnie jednak różnica była czytelna, podobnie zresztą jak dla Williama, który twierdził, że kiepski początek potrafi położyć całą imprezę. Dlatego nie zdziwiło mnie wcale, kiedy spostrzegłam go za filarem z ustami zaciśniętymi w wąską kreskę – na nic bardziej zbliżonego do skrzywienia nie pozwalał sobie w czasie pracy.
Wreszcie o 18.23 rozległy się pierwsze takty marsza weselnego. Obróciłam się i spojrzałam przez ramię na chłopca niosącego obrączki i dziewczynkę rozrzucającą kwiatki, którzy mozoląc się, szli przodem. Gdy William skierował ich na miejsce, przejściem między rzędami gości ruszył orszak drużbów – szli para za parą niczym zwierzęta zmierzające do arki. Mijając mnie, Bee znów się uśmiechnęła, a ja pomyślałam, że pewnie przywykła przepraszać za brata. W przeciwieństwie do niej, kiedy Ambrose z Eve pojawili się jako następni, wywołując wśród zebranych mnóstwo ochów i achów – ona w swej żółtej sukni, on taki przystojny w smokingu – Ambrose nawet na mnie nie spojrzał.
Ślub to ciąg niezwykłych chwil, które układają się jedna za drugą niczym korale. Owszem, każda z osobna jest cudowna, ale dopiero razem tworzą prawdziwe dzieło sztuki. Jeśli dobrze wywiązaliśmy się ze swojego zadania, o tym, że na początku coś szwankowało, weselnicy zapominali zaraz po pierwszym tańcu, toastach i krojeniu tortu. Tylko że w przypadku ślubu idealnego – tak samo jak idealnego świata – wszystko powinno iść jak po maśle już od pierwszych chwil. Jeśli zacznie się od czystej nuty, nieważne, jaka dalej popłynie piosenka, po prostu jest większa szansa, że to, co się usłyszy, będzie prawdziwą muzyką dla uszu.


Mimo że zgodnie z planem wesele miało się skończyć punkt dziesiąta, o 21.47 na parkiecie wciąż było tłoczno. Fakt, że miałam rację, ostrzegając Jilly, nie stanowił żadnej pociechy. Dzień okazał się nieoczekiwanie ciepły jak na koniec kwietnia, a połączenie stresu, słońca i zmęczenia dało mi się we znaki. Nie miałam ochoty iść do Bendo ani tym bardziej męczyć się w towarzystwie dwóch chłopaków, których nawet nie znałam. A już z pewnością nie zamierzałam tańczyć. Dlatego kiedy Ambrose Little wyłonił się zza szeregu gości dość nieudolnie wykonujących makarenę, dostrzegł mnie i gestem zaprosił na parkiet, pokręciłam głową.
To była oczywista reakcja, choć nie miała nic wspólnego z Ambrose’em. Złota zasada firmy Ślub z Natalie Barrett brzmiała: znaj swojej miejsce. Nieraz zdarzało się, że nasi klienci, z którymi przecież spotykaliśmy się przez wiele miesięcy, popadali w swego rodzaju uzależnienie. Wielkie wydarzenia życiowe, wiążące się z silnymi emocjami, często prowadzą do tego typu przeniesień. Ale „Nikt nie chce oglądać na swoich zdjęciach ślubnych organizatorów zachowujących się jak goście”, przypominała moja mama pracownikom tymczasowym, których zatrudnialiśmy przy większych imprezach. „Jeśli nie uda się nam pozostać poza kadrem, to znaczy, że daliśmy ciała”.
Dlatego nie byłam zdziwiona, kiedy Ambrose poprosił mnie do tańca. To się zdarzało, zwłaszcza podczas wesel ze szwedzkim stołem. Nie spodziewałam się jednak, że na moje „nie” odpowie, kręcąc głową. Podszedł do mnie i wyciągnął rękę.
– Taniec to zdrowie – zachęcił, otwierając dłoń, gdy muzyka ucichła i didżej puścił nowy kawałek. – Uleczy wszystkie rany.
– Nie, dziękuję – odparłam.
Zaczął szaleńczo poruszać palcami, jakby sądził, że naśladując ukwiała, skłoni mnie do zmiany zdania.
– Dziękuję, ale nie – powiedziałam, zmieniając kolejność trzech dozwolonych w tej sytuacji słów.
– Ambrose! – zawołała z parkietu dziewczyna w krótkiej różowej sukience, ze śladami po paskach sandałków na bosych stopach. – Chodź tutaj! Potrzebujemy cię do congi!
– Słyszysz? – spytał. – Conga! Musisz dołączyć. – A gdy znów pokręciłam głową, westchnął głośno i zgiął się wpół, opierając ręce na kolanach, jakby moja odpowiedź była ciosem, który pozbawił go tchu. Po chwili jednak uniósł głowę, wyciągnął rękę i znów wykonał taniec ukwiału. – Conga. Zdrowie. Chodź.
– Nie, dziękuję – odparłam.
Ludzie zaczęli formować węża, potykając się przy tym, zaśmiewając i czerwieniejąc na twarzy. Jeśli istniał jakiś wzorzec początku i końca imprezy, było nim właśnie to. Ambrose obejrzał się, uśmiechnął szeroko, a następnie odwrócił do mnie.
– Nie martw się – powiedział. – Wcale nie muszę cię mocno ściskać.
– W ogóle nie będziesz mnie musiał ściskać – odparłam – bo odpowiedź wciąż brzmi: nie.
– Czy ty przypadkiem nie jesteś w pracy?
– Jestem.
– No to powinnaś tańczyć.
– To tak nie działa.
– Dlaczego?
Ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę, było wchodzenie w szczegóły mojej pracy w obliczu niezdarnego i rozchwianego węża, który właśnie nadciągał.
– Nie jestem tu gościem, tylko pracownicą. Pracownice nie tańczą, tylko pracują.
Zastanawiał się nad tym przez chwilę.
– W porządku, w takim razie zapraszam cię na randkę. W ten sposób nie będziesz pracownicą.
– Tak też nie działa – odparłam.
– O rany, ale z ciebie twardzielka!
Pokręcił głową, potrząsając przy tym lokiem, który – nic nie mogłam na to poradzić – wciąż przyciągał mój wzrok. Wąż okrążał właśnie pobliskie krzesło prowadzony przez poczerwieniałego na twarzy mężczyznę z cygarem w zębach.
– Czyli bez względu na to, jak bardzo bym cię prosił i błagał, nie zatańczysz ze mną nawet congi?
– Zgadza się – potwierdziłam.
– Naprawdę? – Skrzywił się. – A niech to. Nie znoszę, kiedy nie mogę dostać tego, czego chcę.
To stwierdzenie było tak nieoczekiwane – a przy tym bezczelne i szczere – że po raz pierwszy nie miałam w zanadrzu żadnej odpowiedzi. Gdy jednak wąż znalazł się za jego plecami, a dziewczyna w różowej sukience wydała głośny okrzyk, łapiąc Ambrose’a za pasek, pożałowałam, że w tej właśnie chwili nie zabrzmiał ostatni takt piosenki, żeby nadać odpowiednią oprawę myśli, która mnie samej przychodziła do głowy częściej, niż chciałam to przyznać.
Nie znoszę, kiedy nie mogę dostać tego, czego chcę.
– Tak jak my wszyscy – powiedziałam cicho, gdy wąż przemknął obok, wijąc się między stołami.
I nagle poczułam, że wszystko wokół jest zbyt kolorowe, pełne życia i śmiechu, i jedyne, co mogę zrobić, to odwrócić się i odejść.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Raz na zawsze
Autor Sarah Dessen
Wydawnictwo HarperCollins
Data premiery 22-11-2017
Ilość stron 336
Oprawa Miękka
ISBN 9788327631770
Tłumaczenie Katarzyna Makaruk
Projekt okładki Emotion Media
Ocena 
01-02-2018

Dobra książka od Dessen!

Książki Sarah Dessen są zawsze lekkie i zazwyczaj przyjemne. Nie wymagają myślenia, nie pozostają w pamięci, nie wywołują kaca i nie roztrzaskują serc czytelników. Są typowymi "czasoumilaczami", których przecież każdy z nas od czasu do czasu potrzebuje.
Tematyka ślubów i gorączkowość przedślubnych przygotowań to dla mnie temat bardzo świeży oraz doskonale zgłębiony, dlatego z nieukrywaną ciekawością i przyjemnością zasiadłam do lektury "Raz na zawsze". Spodobała mi się okładka (a w szczególności kolorystyka), że nie wspomnę o imieniu głównego bohatera, do którego mam nieopisaną słabość.
Okazało się, że jest to historia przewrotna i zabawna, niezbyt zaskakująca i wpływająca na emocje, ale typowo dla Dessen przyjemna. Oczywiście nie mogło zabraknąć tego, co w powieściach tej autorki jest najgorsze, czyli długich, szczegółowych, nużących i usypiających opisów... WSZYSTKIEGO.
Nie mniej jednak jest to jedna z tych dobrych książek Sarah Dessen. Główna bohaterka była naturalna i wzbudzająca sympatię, a przede wszystkim świetnie kontrastowała z rezolutną i flirciarską naturą Ambrose'a. Postać Natalie, matki Louny, idealnie odpowiadała znanemu z amerykańskich filmów wizerunkowi organizatorki ślubów.
Książka do przeczytania na raz. Nie zapamiętacie jej na długo, ale będziecie się dobrze bawić i momentami naprawdę głośno śmiać. Miłosne dylematy, przewrotne i zabawne sytuacje, gorączka przedślubnych przygotowań. To znajdziecie w "Raz na zawsze". Jeśli lubicie powieści Sarah Dessen, to jak najbardziej polecam.

Ocena 
27-01-2018

Raz na zawsze

Ślub jak z bajki to marzenie, każdej dziewczynki. Książę na białym koniu, ogromna, biała suknia i bajkowa atmosfera. Czy to nie za dużo? Nie dla każdego bo przecież ten dzień ma być najcudowniejszy na świecie, jeden z piękniejszych w życiu. Co jednak w sytuacji, gdy ma się po dziurki tej bajkowej atmosfery i żyje się przekonaniem, że nic dobrego nie spotka nas w życiu?

Bohaterką tej historii jest Louna, 17-letnia uczennica ostatniej klasy liceum. Dziewczyna na pierwszy rzut oka wydaje się być zwykłą nastolatką, ale po bliższym poznaniu okazuje się, że jest charakterna i posiada dość ciekawą i zauważalną osobowość. Louna jest córką cenionej i bardzo popularnej konsultantki ślubnej. Pomaga w firmie i pracuje wraz z matką oraz jej współpracownikiem Williamem, który już od wielu lat jest bliskim przyjacielem rodziny. To dzięki niej nastolatka w niecodzienny sposób weszła w świat dorosłych jakim jest wstępowanie na nową drogę życia. Jednak to co jest spełnieniem marzeń dla każdej dziewczyny, dla Louny jest wręcz agonią, biorąc pod uwagę fakt, że jej prywatna historia życiowa okazała się wielkim niepowodzeniem, chce się odciąć od cukierkowych historii miłosnych, nie utożsamia się z klientami i traktuje swoją pracę jak każdą inną.
Kiedy na jednym z wesel, odczas pracy Louna poznaje przystojnego Ambrose'a nie ma pojęcia, że po tym spotkaniu jej świat przewróci się do góry nogami. Chłopak, którego poznała, bez wątpienia przypomina księcia z bajki, ale beztroski z niego podrywacz i często pakuje się w niezłe kłopoty. Dziewczyna nie ma zamiaru wdawać się z nim w jakiekolwiek kontakty, jednak jej matka sprawia, że jest na niego skazana.

Traumatyczne doświadczenia sprawiają, że nastolatka sceptycznie podchodzi do kontaktów z płcią przeciwną, ale nowa znajomość i jego poczucie humoru coraz bardziej wciągają je w bliższe stosunki. Nadal ma jednak pewne obawy, przecież Ambrose nie należy do chłopaków ustabilizowanych, a ciągle szuka nowych przygód. Jak potoczy się historia tych dwojga? Czy Louna uwierzy w miłość od pierwszego wejrzenia? Czy w końcu przekona się, że i ją może dosięgnąć szczęście?

Sarah Dessen swoją powieścią udowodniła, że nie każda historia miłosna młodych ludzi jest taka sama i zaczyna się od zwykłego "Hej". Śmiało mogę stwierdzić, że jest jedną z lepszych autorek powieści dla młodzieży. Fabuła owej książki nie jest kolejnym słodkim romansidłem, ale prawdziwym i szczerym obrazem miłości młodych ludzi. "Raz na zawsze" jest książką do której chce się wracać, to jedna z tych, którą czyta się wraz z kocem i kakao z ręku. Do dojrzała i wiarygodna historia prawdziwego życia, która motywuje, intryguje i daje szansę na znalezienie własnego szczęścia, choć na samym początku w ogóle się tego nie spodziewamy. Cóż mogę więcej powiedzieć, biegiem do księgarni!

http://mojpowodbyoddychac.blogspot.com/2018/01/raz-na-zawsze-sarah-dessen.html

Napisz recenzję

Napisz recenzję