Przygoda na jedną noc - Charlene Sands
Brooks Newport obrócił się na stołku barowym w motelu C’mon Inn, by śledzić zwinne ruchy kruczoczarnej latynoskiej piękności, która z błyskiem w oku pochyliła się właśnie nad stołem bilardowym. Wszyscy mężczyźni w tym barze nie spuszczali z niej wzroku, spod szerokich rond kowbojskich kapeluszy wpatrując się w nią jak w obraz. W obcisłych błękitnych dżinsach i bluzce w czerwoną kratkę, której dekolt odsłaniał jej gładką skórę w oliwkowym odcieniu, wyglądała tak ponętnie, że Brooks poczuł nagłą suchość w gardle i musiał pociągnąć duży łyk piwa.
– Piątka, łuza w rogu – oznajmiła zmysłowym głosem, w którym zarazem słychać było pewność siebie.
Następnie złożyła się do strzału i końcówką swego kija wbiła piątą bilę do celu. Gdy chwilę później wyprostowała się, jej pełny biust chciał niemal wyfrunąć spod bluzki. Była niewysoka, miała niewiele ponad metr sześćdziesiąt wzrostu, i na widok jej pięknej filigranowej figury Brooks otarł z czoła kropelki potu.
Przecież do Teksasu nie przyjechał po to, żeby się uganiać za kobietami. Wyprawił się tutaj z Chicago z innego powodu: pierwszy raz w życiu miał spotkać swego biologicznego ojca.
Brooks Newport, który miał brata bliźniaka o imieniu Graham, próbował od lat odnaleźć ich ojca. Jego podejrzenia, że są biologicznymi dziećmi Suttona Winchestera, chicagowskiego milionera i zarazem groźnego dla nich rywala w interesach, którego Brooks zwalczał bezwzględnie, okazały się niesłuszne.
I chwała Bogu. Ale Sutton znał tajemnicę ich pochodzenia i niedawno, w obliczu zbliżającej się śmierci, być może wiedziony wyrzutami sumienia, zdradził Newportom informację, która pozwoliła ustalić nazwisko i miejsce zamieszkania ich ojca.
Tym człowiekiem był Beau Preston, hodowca koni i właściciel rancza Look Away, znajdującego się pod miasteczkiem Cool Springs.
Gdyby nie ostry atak tremy przed tym wieńczącym długie trudy spotkaniem z ojcem, Brooks nie siedziałby w motelowym barze, lecz byłby już u niego.
Tymczasem jednak nie dało się ukryć, że po przyjeździe do nieco sennego Cool Springs wszechmocny, zwykle nieustraszony szef Newport Corporation poczuł strach i postanowił wizytę w Look Away odłożyć do jutra, by najpierw uspokoić skołatane nerwy.
Skuszony gościnnym napisem i świątecznymi lampkami nad wejściem do motelu C’mon Inn uznał, że w jego podwojach pokrzepi się drinkiem, a potem przenocuje.
I teraz nie mógł oderwać oczu od ślicznotki przy stole bilardowym. Obserwował jej zgrabną postać, kiedy poruszała się zwinnie jak kot i jednocześnie niczym wojownik operowała kijem. Popijając piwo, Brooks niemal rozbierał ją rozmarzonym wzrokiem.
Gdy pochylona mierzyła się do strzału, jej długie czarne włosy muskały zielone sukno. Po czym znowu zgrabnie wbiła bilę do łuzy.
– Ruby, ty żadnemu facetowi nie chcesz dać szansy – poskarżył się grający z nią starszy pan, unosząc głowę i masując sobie bokobrody.
– Znasz mnie, Stan – odparła, krztusząc się ze śmiechu. – To moja zasada życiowa.
– Ale mogłabyś czasem nie trafić. Ciekawiej by się grało.
Czyli ma na imię Ruby. Pasuje do niej, pomyślał Brooks, walcząc z coraz silniejszym pożądaniem.
– Przykro mi, Stan, poległeś z kretesem – powiedziała po skończonej partii i z uśmiechem poklepała go po ramieniu.
– Trudno – odparł. – Ale przeżyję moją klęskę pod warunkiem, że jak zwykle dasz mi całusa.
– Zgoda, choć te twoje bokobrody strasznie mnie drapią – odparła, po czym wspięła się na palce, by go pocałować w policzek. – A teraz mi przyrzeknij, że grzecznie wrócisz do Betsy i uściskasz ode mnie twojego słodkiego wnuczka.
– Okej, ale ty też bądź grzeczna, Ruby. Dobrze?
– Spróbuję – powiedziała, odstawiając kij na stojak.
Gdy odgarnęła z czoła gęste, sięgające ramion jedwabiste włosy i na moment spotkali się wzrokiem, Brooks miał wrażenie, że świat stanął w miejscu. Jeśli Cool Springs w dalszym ciągu będzie go witać w ten sposób, bez wątpienia polubi to miasteczko.
Dopił piwo, położył pieniądze na kontuarze i skinął głową do barmana, dając mu znak, że wychodzi.
– Hej, laleczko! – zawołał jakiś mocno zawiany facet, który nagle wytoczył się z kąta, w którym siedziała grupka mężczyzn, i stanął Ruby na drodze. – A numerek ze mną?
– Dzięki, skończyłam na dziś – powiedziała, mierząc go wzrokiem od stóp do głów.
– No co ty. Najpierw dotknij mojego kija i zobacz, jaki jest twardy. Jak skończymy zabawę, będziesz błagać o jeszcze.
– Spadaj, palancie – warknęła, strząsając jego dłoń z przedramienia, ale chwycił ją drugą ręką za łokieć. – Trzymaj łapy przy sobie – powiedziała ostrzegawczo.
Brooks rozejrzał się dokoła. Wszyscy gapili się na tę scenę z głupkowatymi uśmieszkami, ale nikt się nie ruszył. Jednak w tym miasteczku są sami kretyni, pomyślał, zaciskając pięści i robiąc krok w stronę Ruby. Przecież na coś takiego nie można biernie patrzeć.
– Zabieraj łapy – zdążył powiedzieć, gdy w tym samym momencie Ruby zdzieliła agresywnego faceta pięścią w brzuch, a ten, zgięty wpół, obrzucił ją przekleństwami.
Po sekundzie dołożyła mu w szczękę i facet wylądował na podłodze.
– Nikt nie podskoczy naszej Ruby – ktoś mruknął z podziwem.
Tego jednak nie wiedział ani ten startujący do niej zalotnik, ani Brooks, który chciał pospieszyć jej na pomoc. Stanęła z nim oko w oko, obojętnie minąwszy leżącego.
– Dzięki – rzekła półgłosem, z trudem łapiąc oddech.
– Nie ma za co – odparł. – Nawet nie zdążyłem mu przywalić.
– Może, rycerzu, zdążysz następnym razem –zażartowała z lekkim uśmiechem.
– Często spotykają cię takie przygody?
– Dość często, ale nigdy z facetami, którzy mnie znają.
– Wcale się temu nie dziwię – stwierdził, z podziwem kiwając głową.
Gdy w tym momencie barman włączył muzykę i z głośników popłynął skoczny kawałek country, poczuł, że jeszcze nie pora iść spać. Zafascynowała go bez reszty ta piękna, dzielna i dowcipna dziewczyna. Takiego podniecenia nie przeżywał od bardzo dawna.
– Zatańczysz? – spytał.
Popatrzyła na niego z niewinną miną, na którą pewnie dałby się nabrać, gdyby nie to, że widział ją w akcji.
– Chętnie, rycerzu.
– Nazywam się Brooks.
– A ja Ruby.
Gdy prowadził ją na parkiet, wydała mu się krucha i bezbronna. I to podnieciło go jeszcze bardziej.
– Myślałem, że trzeba ci przyjść z odsieczą, ale ty chyba jesteś mistrzynią karate.
– Może i nie uprawiam sportów walki, ale dorastałam wśród mężczyzn, więc wcześnie nauczyłam się dawać sobie radę. Ale ty, rycerzu, chyba nie nawykłeś do oglądania takich scenek?
– Tam, skąd pochodzę, nie patrzymy biernie, kiedy ktoś napastuje damę.
– Ach, rozumiem.
– W tym barze chyba tylko ja nie wiedziałem, że nie potrzebujesz pomocy.
– Tak czy siak, to było bardzo miłe z twojej strony, że postanowiłeś ruszyć mi na ratunek – powiedziała ze słodkim uśmiechem, zerkając na niego oczami w kolorze ciemnego piwa.
Czy ona flirtuje? Bo jeśli tak, to nic go nie powstrzyma przed podjęciem tej gry.
– Obserwowałem cię, podobnie jak wszyscy w tym barze.
– Lubię bilard. Gram nie najgorzej i świetnie się przy tym relaksuję.
– Ja też tutaj wpadłem, żeby ochłonąć.
– Chcesz zdobyć u mnie punkty, nie przyznając się do tego, co cię kręci?
– Czyli?
– Czyli do tego, że znasz lepsze sposoby, żeby zapanować nad nerwami.
– Ruby, wiesz przecież, że twoje odzywki każdego rozgrzeją do czerwoności.
– Faceci raczej za nimi nie przepadają. Ale widzę, że ty chyba połknąłeś przynętę.
– Więc najwyraźniej należę do wyjątków – odparł, przyciągając ją do siebie mocniej. – Czyli już mam u ciebie jeden punkt. Co mam zrobić, żeby zdobyć następne?
– Sam musisz na to wpaść, rycerzu – szepnęła, patrząc na jego usta.

Gdy ją pocałował, poczuła miły dreszcz. Pragnęła tego od chwili, kiedy go zobaczyła. Nie miała zwyczaju flirtować z mężczyznami, próbować zawrócić im w głowie. Ale Brooks miał w sobie coś, co ją pociągało. Jego dobre maniery, to, że umiał rozmawiać z kobietą.
Mimo że widziała go pierwszy raz w życiu, czuła się przy nim bezpiecznie, jakby go znała od dawna. Do tego jeszcze z tymi jego blond włosami, gęstymi, falistymi, sięgającymi kołnierzyka koszuli za miliony dolarów, był naprawdę miły dla oka. Chociaż miał dwudniowy zarost i kowbojskie buty, na pierwszy rzut oka dostrzegła, że to facet z dużego miasta.
Kiedy go wypatrzyła przy barze, od razu wiedziała, że nie jest stąd, z tej małej, zakurzonej i odludnej mieściny. Do Cool Springs nieczęsto ściągali przybysze z wielkiego świata, on zaś najwyraźniej do niego należał. A to, że prężąc muskuły i zaciskając pięści, ruszył jej na odsiecz, było najbardziej ujmującym gestem, na jaki mężczyzna zdobył się dla niej od dawna.
Przed oczyma stanął jej Trace, ale natychmiast odpędziła od siebie jego obraz. Nie zamierzała zaprzątać sobie głowy tym, że z nim zerwała.
Od pół roku nie dawał znaku życia, dość czasu zmarnowała, czekając na niego.
Mocniej objęła Brooksa za szyję, czując bijące od niego ciepło i miły zapach drogiej wody po goleniu. On zareagował, zwalniając w tańcu i jeszcze mocniej przyciągając ją do siebie.
Jej życie toczyło się ostatnio utartymi koleinami i teraz nadszedł czas, by to zmienić.
Gdy jego usta znów odszukały jej wargi, poczuła przypływ pożądania. Dobrze jej było w jego objęciach i przestało ją obchodzić, że nigdy dotąd nie pozwalała się całować w tańcu ledwie poznanemu facetowi.
Teraz godziła się na to, choć patrzyło na nich pół miasteczka.
Muskała policzkiem końcówki jego włosów.
On powędrował dłońmi do jej talii.
Przywarła do niego. Westchnął i namiętnie ją pocałował. Wpatrzona w jego niebieskie oczy, niemal nie zauważyła, że ucichła muzyka.
Gdy uśmiechnął się, zadrżała, czując, że on także nie panuje nad drżeniem.
– I co teraz? – szepnął. – Masz ochotę na następny taniec?
– Wolę wyjść na świeże powietrze – powiedziała, potrząsając głową.
Wyprowadził ją za rękę z baru. Było chłodno, grudniowe chmury przesłoniły prawie całą tarczę księżyca. Ona jednak nie czuła zimna, przy nim było jej niemal gorąco.
Doszli do ławki w ogrodzie na zapleczu motelu.
– Usiądziesz? – zapytał i nie czekając na odpowiedź, usiadł, przyciągając ją do siebie.
W spontanicznym odruchu wybrała miejsce na jego kolanach i zarzuciła mu ręce na szyję.
– Jesteś piękna, Ruby – szepnął, pieszcząc jej szyję. – Pewnie słyszysz to od rana do nocy – dodał, po czym zaczął ją namiętnie całować, a ona przywarła do niego, czując, jak jego pożądanie rośnie.
– Niezupełnie, zwykle nie pozwalam facetom na komplementy.
Wolała trzymać ich na dystans. Od miesięcy łudziła się nadzieją, że Trace do niej wróci. Teraz jednak odnajdywała rozkosz w ramionach innego mężczyzny. Nie znała go, nic o nim nie wiedziała, ale instynkt jej mówił, że jest to przyzwoity człowiek.
– Mnie nie zniechęciłaś – szepnął, pieszcząc jej usta językiem.
– I może dlatego jestem tu z tobą – powiedziała, z trudem łapiąc powietrze.
Chciała jego pieszczot, chciała, by jego dłonie dotknęły jej stwardniałych piersi. W końcu jego palce zawędrowały pod jej bluzkę, po czym wydał zduszony jęk zachwytu. Gdy drugą ręką odpiął pasek jej dżinsów i wsunął ją głęboko, sięgając wnętrza ud, myślała, że oszaleje z rozkoszy.
Nagle jednak dobiegł ich śmiech mężczyzn wytaczających się z baru. Kiedy po chwili ich oddalające się głosy ucichły, Brooks szepnął:
– Ruby, wynająłem tu pokój.
– Więc mnie tam zaprowadź – powiedziała, zagryzając dolną wargę.

Do szaleństwa pragnął tej dziewczyny. Tak, od miesięcy nie miał kobiety, ale ona była spełnieniem jego najgorętszych fantazji. Kogoś tak namiętnego jak Ruby nie spotkał w życiu, czuł, że przy niej zdoła zapomnieć o lękach, choć ujrzał ją ledwie przed godziną.
Mimo że goniła od siebie adoratorów, jemu najwyraźniej dała przyzwolenie. Kiedy bocznymi schodami niósł ją na górę, prawie nie czuł jej ciężaru. Błyskawicznie przekręcił klucz i biodrem otworzył drzwi do pokoju, a ona wciąż obejmowała go za szyję.
Nie była podrywaczką łowiącą facetów w barze. Nie wydawała się łatwą zdobyczą, kobietą idącą z pierwszym lepszym. Widział to w jej oczach, widział też respekt, jakim cieszyła się u mężczyzn na dole. Z jakichś powodów wybrała właśnie jego, ale nie chciał wykorzystywać sytuacji. Musiał się upewnić, że go pragnie.
– Witaj w moich progach – szepnął, muskając wargami jej usta.
Jego pokój nie świecił luksusami, nie było tu telewizora z płaskim ekranem ani barku z trunkami, wielkiego łoża czy innych rzeczy, do których przywykł, ale ten staromodny motel przynajmniej okazał się schludny.
– Nigdy nie widziałam tutaj żadnego pokoju – powiedziała, podchodząc do okna i patrząc w ciemność.
– Domyślam się.
– Ale uważasz, że mnie podbiłeś, rycerzu?
– Ruby, ja rozumiem, że nie robisz takich numerów. Czemu wybrałaś akurat mnie?
– Może dlatego, że mi się podobasz. Może dlatego, że chciałeś mi przyjść na ratunek.
– Poradziłaś sobie bez mojej pomocy.
– Jednak nie wystraszyłeś się tego typka. Ale to zostawmy. Po prostu chcę być dzisiaj z tobą. Czy możemy już tego nie roztrząsać?
– Wparowaliśmy tu trochę po wariacku. Nigdy się nie zdobyłem na taki podryw.
– Czyli mówisz, że straciłeś kontrolę nad sobą i postanowiłeś zwolnić tempo?
– Ja chcę tylko powiedzieć, że zasługujesz na większe zabiegi z mojej strony.
– Tak uważasz? – powiedziała, stając tuż przy nim. – Właśnie takie rzeczy chce usłyszeć dziewczyna. Rozumiesz?
Zapach jej włosów potęgował jego pożądanie. Gdy z przekonaniem spojrzała mu w oczy, zrozumiał, że jego skrupuły są niepotrzebne. Jej szybkie tempo odpowiada, dokonała wyboru.
– Masz ochotę na drinka? – powiedział, zerkając na stojącą przy łóżku butelkę whisky.
Przywiózł ją z Chicago, sądząc, że będzie potrzebował pokrzepienia przed spotkaniem z ojcem. Ale w najśmielszych marzeniach nie przypuszczał, że ten trunek zaproponuje kobiecie.
– Nie odmówię. Za co wzniesiemy toast?
– Może za niespodziewane spotkanie? – spytał, sięgając po szklanki.
– Cieszę się, że nie powiedziałeś „za nowy początek” – odparła z uśmiechem.
Nie, tego by nie mógł powiedzieć. Nie szukał przecież miłości ani związku z dziewczyną. A panna Ruby, bo nawet nie znał jej nazwiska, najwyraźniej też tego nie oczekiwała. Dała mu przecież do zrozumienia, że dla niej to będzie przelotna przygoda.
Prawdopodobnie ktoś ją zranił, ale Brooks wolał tego nie roztrząsać. Sam też nie był gotów do zwierzeń, a dzisiejsza noc nie powinna mieć związku ani z ich przeszłością, ani z przyszłością.
– A więc za urocze niespodziewane spotkanie. – Wzniósł toast.
– Dobra jest ta whisky – uznała, pociągnąwszy łyk.
– Widzę, że jesteś znawczynią.
– Po prostu umiem docenić bukiet i smak whisky – odparła, siadając na łóżku. – Nie obawiasz się, że się rozmyślę i sobie pójdę?
– Szczerze mówiąc, raczej nie. Ale jeśli tak postanowisz, nie będę miał do ciebie żalu. Skoro mamy się kochać, muszę mieć pewność, że ty też jesteś na to absolutnie zdecydowana.
– Chcę z tobą spędzić noc – szepnęła. – Jedną noc.
Wyczuł, że ona tego pragnie równie mocno jak on.
– Wobec tego tak się umawiamy – powiedział, biorąc z jej ręki szklankę, którą odstawił na nocny stolik. – Jedna noc – dodał, ujmując ją pod brodę i patrząc jej w oczy.
– Tak. Jedna wspólna noc.
Pociągnął ją za rękę, by wstała, i widząc przyzwolenie w jej wzroku, delikatnie pocałował ją w usta.
Ich przygoda dopiero się zaczyna.


Smak grzechu - Yvonne Lindsay
– Hej, czy to nie ty?
Mila odgarnęła z twarzy niesforne pasmo długich czarnych włosów i zniecierpliwiona podniosła wzrok znad notatek.
– Ja? Gdzie? – zapytała przyjaciółkę.
– W telewizji. Spójrz!
Mila skierowała wzrok na płaski ekran, na którym wyświetlano tak interesujące jej koleżankę newsy z życia wyższych sfer, i poczuła ucisk w żołądku.
A więc teraz cały świat ujrzał te paskudne oficjalne zdjęcia sprzed siedmiu lat: jej zaręczyny z księciem Thierrym z Sylvanii. Nadwaga, aparat na zębach i fryzura, która może świetnie prezentowała się na paryskiej modelce, ale już o wiele gorzej na zakłopotanej osiemnastoletniej księżniczce, która za wszelką cenę chciała uchodzić za bardziej wyrafinowaną i tajemniczą.
A wyszło jak zwykle – wyglądała jak klaun z drugorzędnego cyrku.
Wzruszyła ramionami.
– Ja wiem, że ta osoba jest do ciebie kompletnie niepodobna, ale to ty, tak? Księżniczka Mila Angelina z Erminii? To twoje prawdziwe dane? – pytała Sally, wskazując palcem ekran i przygwożdżając Milę oskarżycielskim wzrokiem.
Nie było sensu zaprzeczać. Ukrywając zawstydzenie, Mila lekko kiwnęła głową. Znów pochyliła się nad notatkami do rozprawy naukowej, której chyba nigdy nie będzie dane jej dokończyć. Jej wysiłek umysłowy i skupienie diabli wzięli. Ciekawa była teraz reakcji koleżanki na tę nowinę.
– I poślubisz księcia? – zawołała Sally.
Mila nie była pewna, czy przyczyną wybuchu była wieść o jej zaręczynach z księciem, czy też fakt, że nigdy nie wyjawiła najlepszej przyjaciółce swojej prawdziwej tożsamości. Westchnęła i odłożyła długopis.
Jako względnie mało znanej księżniczce z niewielkiego europejskiego państewka udawało się jej przez siedem lat spędzonych w Stanach Zjednoczonych uniknąć błysku fleszy, ale chyba właśnie nastał moment stawienia czoła niezbyt wygodnej rzeczywistości.
Z Sally poznały się na roku zerowym w jednej z najbardziej prestiżowych amerykańskich uczelni. Nową przyjaciółkę dziwiło trochę, że Mila – czy raczej Angel, bo tak się przedstawiała – nie umawia się z chłopakami, utrzymuje stały kontakt z dziwną kobietą, która zachowuje się, jakby była jej przyzwoitką, i ciągnie za sobą sznur facetów, którzy wyglądają na obstawę. Zaakceptowała jednak to wszystko jako nieszkodliwe dziwactwa i nie zadawała żadnych pytań. W końcu sama też sroce spod ogona nie wypadła – jej ojciec był potentatem branży informatycznej i właścicielem gigantycznej fortuny.
Rozumiała więc typowe dla życia bogaczy ograniczenia. Obie dziewczyny instynktownie szukały nawzajem swojego towarzystwa.
Nadeszła godzina szczerości. Mila ponownie ciężko westchnęła.
– Zgadza się, jestem Mila Angelina z Erminii, narzeczona tego księcia.
– I jesteś księżniczką?
– Tak, jestem księżniczką.
Mila wstrzymała oddech, czekając na reakcję przyjaciółki. Czy to już koniec ich zażyłości?
– Ale odjazd! – wyrwało się Sally.
Najwyraźniej podniecenie zwyciężyło nad żalem, że koleżanka tak długo zwlekała z tym wyznaniem.
Mila przewróciła oczami i roześmiała się z ulgą. Sally była z natury bezceremonialna i można było się obawiać z jej strony zgoła innej reakcji.
– Zawsze miałam wrażenie, że coś przede mną ukrywasz – dodała Sally, opadając na kanapę obok Mili i zrzucając na podłogę jej papiery. – To teraz mów. Jaki on jest?
– Kto?
Teraz z kolei Sally przewróciła oczami.
– Książę, rzecz jasna. Daj spokój, Angel, mnie możesz powiedzieć. Nikomu się nie wygadam. Chociaż trochę mnie wkurza, że przez… zaraz, zaraz… siedem lat nic mi nie powiedziałaś.
Sally złagodziła te słowa uśmiechem, ale było widać, że jest urażona.
I jak tu teraz Mila ma jej wytłumaczyć, że można przez tyle lat być narzeczoną człowieka, którego praktycznie się nie zna? Miała za sobą jedno oficjalne spotkanie, w trakcie którego była tak onieśmielona, że nie odważyła się nawet nawiązać z facetem kontaktu wzrokowego. A potem nastąpiły sporadyczne, równie oficjalne listy wymieniane za pośrednictwem poczty dyplomatycznej. Trudno w takich warunkach poznać człowieka.
– Ja… ja tak naprawdę nie wiem, jaki on jest – odparła Mila, zaczerpnąwszy powietrza. – Wyguglowałam go sobie.
Przyjaciółka zareagowała na to głośnym śmiechem.
– Czy ty siebie słyszysz? To brzmi jak jakaś baśń. Europejska księżniczka od dzieciństwa – no, okej, byłaś już pełnoletnia – zaręczona z księciem, samotnym władcą sąsiedniego kraju. – Sally westchnęła i dramatycznym gestem położyła sobie na piersi rozczapierzoną dłoń. – Jakie to romantyczne. I naprawdę wiesz o nim tyle, co znalazłaś w Google’u?
– A co w tym dziwnego? Pobieramy się w interesie naszych rodzin i naszych państw. Erminia i Sylvania od piętnastu lat stoją w obliczu wojny. Mój ślub z księciem Thierrym ma zakończyć konflikt i pojednać nasze narody. Prosta sprawa.
– A ty nie pragniesz miłości?
– Jasne, że pragnę.
Jej słowa zawisły w powietrzu.
Miłość. Mila od zawsze nie pragnęła niczego innego. Ale raczej jej nie oczekiwała. Od dziecka przysposabiana była do roli czegoś w rodzaju luksusowego produktu, którego będzie można w razie potrzeby użyć dla dobra kraju. W takim planie nie ma miejsca na miłość. Gdy miało dojść do zaręczyn, nikt nie pytał jej o zdanie. Wiedziała, że taka jest jej powinność i zaakceptowała ją. A co niby miała zrobić?
Obawiała się wtedy spotkania z sześć lat od niej starszym księciem, którego uznała za swoje przeciwieństwo. Znakomicie wyedukowany, piekielnie przystojny, niesamowicie pewny siebie. Gdy ich sobie przedstawiono, nie uszło jej uwagi niechętne spojrzenie, jakim dyskretnie ją omiótł. Najwidoczniej nie takiej narzeczonej się spodziewał. Ale nie wolno było mu ani tego okazać, ani odwołać całej imprezy. On też był niewolnikiem politycznej gry interesów, a o ich małżeństwie zadecydowały – dla zgody i pokoju między narodami – parlamenty obu krajów.
– Oczywiście, że pragnę miłości – powtórzyła Mila nieco cichszym głosem.
Poczuła, jak Sally kładzie jej rękę na ramieniu.
– Przepraszam, mogłam sobie darować te żarty.
– W porządku, nie szkodzi. – Mila uścisnęła dłoń przyjaciółki.
– Jak więc udało ci się przyjechać tu na studia? Nie powinniście pobrać się jak najszybciej, żeby zażegnać polityczne niesnaski?
Mili znów przypomniał się wyraz twarzy księcia Thierry’ego, gdy ją ujrzał. Pomyślała wtedy, że musi mnóstwo pracy włożyć w to, by poczuć się mu równą. Przede wszystkim zdobyć wykształcenie. Na szczęście jej brat, król Erminii, Rocco, też chyba dostrzegł to co ona i gdy wieczorem, zalewając się łzami, przedstawiła mu swój plan samodoskonalenia, wyraził na niego zgodę.
– Umowa przewiduje, że mamy się pobrać w moje dwudzieste piąte urodziny.
– Czyli pod koniec tego miesiąca!
– Wiem.
– Ale jeszcze nie napisałaś doktoratu.
Mila pomyślała, czego dotychczas musiała się w życiu wyrzec w związku ze swoją sytuacją.
Rezygnacja z tytułu doktora nauk humanistycznych będzie z pewnością najboleśniejszą z tych wszystkich ofiar. Jej brat nalegał, by zaliczyła choć kilka przedmiotów z dziedziny politologii, ale ona – wiedząc, że konikiem księcia jest ochrona środowiska – poszła raczej w kierunku ekologii. Cóż, nie będzie mogła pochwalić się doktoratem. Trudno. Nie wiedziała, że pisanie go zajmie jej, od urodzenia dyslektyczce, aż tak dużo czasu. Już miała odpowiedzieć przyjaciółce, gdy zauważyła, że ta pochłonięta jest czymś innym.
– Ależ z niego ciacho!
– Wiem, jak on wygląda. Nie zapominaj, że zajrzałam do Google’a – parsknęła Mila.
– Ale zobacz teraz, jest w telewizji. Przyjechał do Nowego Jorku na ten szczyt w sprawie ochrony środowiska, o którym mówił nam profesor Winslow.
Mila podniosła głowę tak gwałtownie, że omal nie doznała urazu kręgosłupa.
– Książę Thierry tu jest? W Stanach?
Tak, tam, na telewizyjnym ekranie, to był on. Nieco starszy, niż go zapamiętała, ale – o ile to w ogóle możliwe – jeszcze bardziej przystojny. Serce ścisnęło jej kilka rodzajów emocji naraz. Strach, oczarowanie, tęsknota.
– Nie wiedziałaś, że ma przyjechać?
– Nie. Ale to normalne – odparła Mila, starając się nadać głosowi nonszalancki ton.
– Normalne? Naprawdę tak myślisz? – zawołała Sally piskliwie. – Facet udaje się do odległego kraju, gdzie mieszkasz od lat, i nie może zadzwonić?
– Na pewno przyjechał na krótko i ma ściśle wypełniony grafik. A ja jestem w Bostonie. To jednak jest dalej niż rzut beretem. – Wzruszyła ramionami. – A zresztą nieważne. I tak za cztery tygodnie bierzemy ślub.
Przy ostatnich słowach głos jej się załamał.
Udawała obojętność, ale czy on naprawdę nie mógł jej dać znać, że wybiera się do Ameryki? Musiała się o tym dowiadywać z telewizji?
– Phi, w głowie mi się nie mieści, że nie możecie się spotkać, skoro on tu jest – ciągnęła Sally, dla której najwyraźniej temat się nie zakończył. – Nie chcesz go zobaczyć?
– On na pewno nie ma czasu – broniła się Mila.
Nie chciała się zagłębiać w to zagadnienie. Jej uczucia związane z przyjazdem księcia Thierry’ego do Stanów dla niej samej były zagadką. Wielokrotnie wmawiała sobie, że miłość od pierwszego wejrzenia to wymysł, coś, co może wydarzyć się w romansidłach i telenowelach. Naprawdę jednak w dniu zaręczyn tęsknota za nim dosłownie weszła jej w krew. I do dziś była boleśnie odczuwana przez każdą cząstkę jej organizmu. Czy to miłość?
Mila nie miała pojęcia. W dzieciństwie nie zetknęła się z przykładem takiego uczucia.
– Gdyby był mój, stanęłabym na głowie, żeby się z nim zobaczyć – perorowała Sally. – Nawet gdyby mnie nie uprzedził o przyjeździe.
– Ale jest mój, nie twój – zaśmiała się niezbyt szczerze Mila. – A ja z nikim nie zamierzam się dzielić.
Ta uwaga rozbawiła przyjaciółkę. Mila nie odrywała wzroku od ekranu, starając się bagatelizować fakt, że padały tam także pytania o nią. Nagle zdała sobie sprawę, że skoro Sally tak szybko odkryła jej prawdziwą tożsamość, to nic nie stoi na przeszkodzie, by domyślili się jej także inni, prawda?
Pozostawała jej tylko nadzieja, że nikt nie skojarzy brzydkiego kaczątka ze zdjęć z zaręczyn z kobietą, którą teraz jest i która nie ma nic wspólnego z nieśmiałym, zębatym, pyzatym podlotkiem o grubych udach.
Gdzieś między dziewiętnastymi a dwudziestymi urodzinami przeszła gwałtowną przemianę, coś w rodzaju nieco opóźnionego rozkwitu. Dodatkowe kilogramy gdzieś się zapodziały, sylwetka była nadal pełna smakowitych krągłości, ale już nie puszysta. Włosy urosły, wyprostowały się i nabrały gęstości. Po nieszczęsnej trwałej ondulacji, którą kazała sobie zrobić przed spotkaniem z księciem, pozostało tylko przykre wspomnienie.
Ogólnie przybyło jej gracji i pewności siebie.
Czy teraz spodobałaby się przyszłemu mężowi? Nie chciałaby go odstręczać, zważywszy, jak bardzo ją pociągał.
Sally ma całkowitą rację – książę to niezłe ciacho. Promieniuje niezwykłą wprost charyzmą. W telewizji widać było, jak ludzie nie mogą oderwać od niego oczu, zupełnie jakby miał w sobie jakiś magnes.
Powinna z niecierpliwością oczekiwać zaślubin. Nie tylko dlatego, że książę się jej podobał, ale również z powodu znaczenia, jakie ślub ma dla obydwu państw. Istniejący między jej ojczystą Erminią a Sylvanią względny pokój został naruszony wiele lat temu, gdy matka księcia Thierry’ego została przyłapana na gorącym miłosnym uczynku z ermińskim dyplomatą. Gdy potem para kochanków zginęła w wypadku samochodowym, oba kraje oskarżały się nawzajem o ich śmierć. Wzmożono militarną kontrolę granic, ludność obu krajów była wzburzona. Mila rozumiała, że jej ślub z Thierrym ma położyć kres wieloletnim niesnaskom, ale marzyła o czymś więcej niż fikcyjne małżeństwo z rozsądku.
Czy książę kiedykolwiek ją pokocha? Chyba wolno jej mieć taką nadzieję?
Wzięła do ręki pilota i, chcąc wrócić do pracy nad notatkami, wyciszyła dźwięk w telewizorze. Dla Sally jednak temat najwyraźniej nie został wyczerpany.
– Powinnaś pojechać do Nowego Jorku i spotkać się z nim. Idź do hotelu i przedstaw mu się – nalegała przyjaciółka.
Mila roześmiała się bez przekonania.
– Nawet gdyby udało mi się wymknąć z Bostonu, nie przedarłabym się przez jego ochronę, uwierz mi. On jest następcą tronu, jedynym dziedzicem. To ważna persona.
– Tak jak ty. Jesteś jego narzeczoną, na miłość boską. Musi znaleźć czas dla ciebie. A jeśli chodzi o Bernadette i twoich mięśniaków – to była aluzja do przyzwoitki i obstawy – zostaw ich mnie. Jakoś ich unieszkodliwię, z twoją oczywiście pomocą.
– Nie mogę. Co będzie, jak o wszystkim dowie się mój brat?
Sally nie wiedziała, że Rocco jest aktualnie panującym królem Erminii, sądziła jedynie, że od śmierci rodziców intensywnie opiekuje się siostrą.
– To co ci zrobi? Zlituj się, kobieto, masz prawie dwadzieścia pięć lat, od siedmiu lat mieszkasz za granicą, zdobyłaś wykształcenie. Przed tobą życie wypełnione nudnymi oficjalnymi ceremoniami, przyjęciami i tym podobnym sztywniactwem. Kiedy masz się zabawić, jak nie teraz, co?
– Przekonałaś mnie – odparła Mila z drwiącym uśmieszkiem. – Co proponujesz?
– Nic prostszego. Profesor Winslow mówił, że może nam załatwić wejściówki na wykład o zrównoważonym rozwoju. Mamy chyba prawo trzymać go za słowo? Szczyt zaczyna się jutro, a wykład, którego mamy „wysłuchać” (cudzysłów został przez Sally zaznaczony odpowiednim gestem wykonanym palcami w powietrzu) odbędzie się pojutrze.
– Nie zdążymy zorganizować sobie spania.
– Moja rodzina ma do stałej dyspozycji apartament w hotelu w pobliżu miejsca, gdzie ma zamieszkać książę. Jutro po południu polecimy do Nowego Jorku odrzutowcem mojego taty. Na pewno mi nie odmówi, zwłaszcza jeśli powiem, że to wyprawa w celach naukowych. Zameldujemy się w hotelu, po czym ty udasz, że się źle poczułaś. Bernie i goryle nie muszą ci chyba towarzyszyć, kiedy leżysz w łóżku z migreną? Weźmiemy perukę blond, żebyś mogła się podawać za mnie. Zamienimy się ubraniami i po kilku godzinach ty wyjdziesz jako ja, a ja położę się w twoim pokoju do łóżka i przykryję kołdrą po czubek głowy. Co ty na to?
– Nie dadzą się nabrać.
– A co nam szkodzi spróbować? Kiedy zamierzasz spotkać się ze swoim księciem? Dopiero na ślubie? Daj spokój, co złego może się wydarzyć?
Dobre pytanie. Mogą zostać przyłapani i co wtedy? Otrzyma serię dodatkowych upomnień o tym, co jest winna swojemu krajowi. Całe jej dorastanie i wychowanie w Erminii polegało na ich wysłuchiwaniu.
W zasadzie nie wiedziała wtedy o życiu nic poza tym, czym jest dla niej kraj, a ona dla kraju. Jednak w ciągu ostatnich spędzonych w Stanach kilku lat Mila zakosztowała czegoś więcej.
Wolności. W wersji mocno okrojonej, ale jednak. Dotychczas nie wiedziała, że coś takiego w ogóle istnieje i że jest aż tak upragnione.
Rozmyślała nad pomysłem Sally, który wydał się jej łatwy w realizacji i nieskomplikowany. Może wypali? Bernadette jest teraz bardzo zajęta przygotowaniami do powrotu Mili do Erminii. Jeśli sprzeciwi się wypadowi do Nowego Jorku, zawsze można pokazać jej mejl od profesora, który pisze, jak wysoki poziom naukowy będzie prezentowany w trakcie wykładów na szczycie. Może przyzwoitka da się przekonać?
– No to jak, Mila? – naciskała Sally.
– Zrobię to.
Trudno było jej uwierzyć, że naprawdę to powiedziała. Ale już zaczęła żyć oczekiwaniem na spotkanie z księciem Thierrym. Musi przynajmniej spróbować.
– Świetnie – odparła Sally, zacierając ręce z miną wytrawnego konspiratora. – Ale będzie zabawa!

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł 7,90 zł 2 dni
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 7,90 zł 9,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Przygoda na jedną noc, Smak grzechu
Autor Charlene Sands, Yvonne Lindsay
Data premiery 05-01-2018
Ilość stron 320
Oprawa Miękka
ISBN 9788327634993

Napisz recenzję