Las Vegas, Nevada

Kiri wyszła na patio willi wynajętej przez znajomych w luksusowej dzielnicy Las Vegas. Wewnątrz zrobiło się zbyt duszno. Za dużo alkoholu i niewybrednych wygłupów, nie wspominając o obleśnym torcie, który jej babcię przyprawiłby o rumieniec wstydu. Kurczę, sama się zaczerwieniła na widok tortu w kształcie genitaliów.
Usłyszała pisk koleżanek, gdy przyszła panna młoda otworzyła kolejny prezent.
- Jesteście lekarkami, już to widziałyście! – krzyknęła przez okno.
Usiadła na leżaku nad basenem. Sandy, przyszła panna młoda, wytknęła jej, że psuje jej panieński wieczór. Możliwe, ale była skoncentrowana na czekającym ją egzaminie na zakończenie rezydentury. Tak, przemawiała przez nią zawiść. Sandy ma wszystko. Wychodzi za mąż, ma zapewnioną pracę i wraz z Tonym planuje jak najszybciej założyć rodzinę. Wszystko, o czym Kiri marzyła od dawna.
Problem w tym, że nie mogła znaleźć właściwego faceta. Kiedyś wydawało się jej, że go znalazła, ale dla niego okazała się nieodpowiednia. Żeby o tym zapomnieć, oddała się pracy. Jeśli nie może założyć rodziny, poświęci się medycynie.
- Kiri, jesteś moją druhną. Chcesz czy nie chcesz, musisz przyjechać do Vegas.
- Sandy, profesor Vaughan jest bardzo wymagający. Pozwala pracować z sobą tylko tym, którzy dobrze rokują. Muszę się uczyć. Bawcie się beze mnie.
- O nie! Ty też musisz się rozerwać. Spławiłaś ostatnio trzech facetów, bo musiałaś się uczyć. Od czasu do czasu należy ci się jakaś rozrywka.
Przyleciała do Las Vegas z podręcznikami. Sięgnęła teraz po notatnik, włączyła latarkę w smartfonie i zaczęła wkuwać. Niewykonalne z powodu głośnej muzyki.
Zatkała uszy palcami i czytała, aż okulary zaczęły zsuwać się jej z nosa. Cholera, to nie są warunki do nauki!
Koleżanki miały za sobą wszystkie egzaminy, już w praktyce szlifowały umiejętności. Egzamin z chirurgii dziecięcej wyznaczono w nadchodzącym tygodniu. Powinna siedzieć w Nowym Jorku i się uczyć. Jasne, jako druhna ma pewne obowiązki. Czuła się okropnie. Na szczęście wyręczyła ją siostra Sandy. Na przykład zajęła się organizacją weekendu.
Dlaczego Sandy wyznaczyła termin ślubu tak blisko egzaminów?
Tony był już cenionym chirurgiem gdzieś na Florydzie. Spędzał ten weekend, grając w golfa. Na Florydzie zapewne jest cieplej niż tutaj. Drżąc z zimna, zamknęła notatki.
- Myślałam, że w Vegas jest gorąco – mruknęła, popijając schłodzone bellini, choć było jej zimno.
- Jesteśmy na pustyni. W nocy robi się bardzo zimno.
Odwróciła się zaskoczona i otworzyła szeroko oczy na widok muskularnego Latynosa, który stał w drzwiach na patio. Przeszył ją dreszczyk. Zapowiada się na coś rozkosznie grzesznego.
- Słucham? – wyjąkała, podsuwając wyżej okulary, zła, że zapomniała soczewek kontaktowych.
- Jesteśmy na pustyni. Za dnia panuje tu upał, a w nocy robi się muy frio.
- My się znamy?
Uśmiechnął się leniwie.
- Przysłały mnie twoje koleżanki, żebym poprawił ci nastrój. Powiedziały, że musisz się zrelaksować.
O kurczę. Spojrzawszy przez ramię, zobaczyła jeszcze kilku ciemnoskórych bożyszczy tańczących z jej koleżankami. Aha, to właśnie miała na myśli Sandy, mówiąc o „rozrywce”. Tancerzy egzotycznych.
Najwyraźniej to najlepsze, co Las Vegas ma do zaoferowania.
Kiri oblała się rumieńcem, gdy Latynos wziął ją za rękę, wprowadził do pokoju i posadził na kanapie.
- Usiądź, mi tesoro – szepnął, a Kiri zapomniała, że zawsze czuje się niezręcznie w obecności mężczyzn. – Pozwól, że się tobą zaopiekuję.
Hm...
Z kolumn buchnął przebój, który w nastoletnich czasach przyprawiał dziewczynki o nerwowy chichot, a którego nigdy nie puszczano na szkolnych potańcówkach.
Sandy i jej koleżanki aż zapiszczały, gdy tancerze zainicjowali przepojony erotyką taniec.
Spoglądając na nieznajomego Latynosa, zrozumiała, dlaczego dyrektor szkoły zakazał odtwarzania tego hitu i dlaczego nie podobał się jej rodzicom. Siedziała na kanapie, dziewczyny piszczały, a nieznajomy tańczył, uśmiechając się i nie spuszczając z niej wzroku, jakby wiedział, że bardzo ją podnieca. Gdy zrzucił koszulę, obnażając wytatuowany tors, dotarło do niej, czego jej brakowało, dlaczego ciągle jest spięta. Kiedy po raz ostatni była z mężczyzną? Dawno temu.
Poczuła, że jej noga drga. Zawsze tak było, odkąd stała się pulchną prymuską, na którą nikt nie zwracał uwagi. Tancerz podszedł bliżej, by dłonią uspokoić jej kolano. Jej ciało zareagowało natychmiast. Co więcej, był skupiony tylko na niej. Płacą mu za to.
Zmysłowym krokiem podszedł blisko, pchnął ją na poduszki i położył jej ręce na swoich rozkołysanych biodrach. Patrzyła jak zahipnotyzowana. Wiedziała, że to tylko rozrywka, ale nie mogła oderwać od niego wzroku. Gdy muzyka ucichła, odwrócił się tyłem, a ona siedziała dalej jak zauroczona. Lód w koktajlu już dawno się rozpuścił, bo tak kurczowo ściskała pucharek. Odstawił go na stolik.
Nie mogła sobie przypomnieć, kiedy jakiś mężczyzna tak ją zauroczył. Ani kiedy po raz ostatni spała z mężczyzną. Tak, w trakcie rezydentury, z Chadem, ale to już historia. Teraz widziała jedynie tego Latynosa. Myślała wyłącznie o tym, jak go zdobyć.
Przez kilka ostatnich lat koncentrowała się na chirurgii dziecięcej. Do tego stopnia, że zapomniała, jak bardzo jej brakuje bliskości drugiej osoby.
Jej dotyku. Pocałunków. I nie tylko.
Musi stąd wyjść.
Tancerze otaczali teraz Sandy, więc wymknęła się z willi. Pospiesznie, by nie popełnić jakiegoś głupstwa.

- Alejandro, nie sądzisz, że to był dobry występ?
- Słucham? – Nie bardzo zwracał uwagę na kolegów, gdy zasiedli we foyer hotelu po występie na wieczorze panieńskim. Jego myśli zaprzątała piękność, dla której zatańczył na początku. Ta, która tak nagle zniknęła. Ta sama, która teraz z kieliszkiem wina siedziała przy barze. Nie mógł oderwać od niej wzroku.
- Ej, Alejandro, obudź się! – Fernando machnął mu ręką przed twarzą.
- Co mówiłeś?
- Zapytałem, czy też uważasz, że mieliśmy udany występ. Dziwiłem się, kiedy Ricky postanowił przewieźć nas z Miami do Las Vegas, ale teraz, jak dostaliśmy kasę za ten wieczór, a do tego pobyt w takim wypasionym hotelu, już nigdy nie będę kwestionował jego decyzji.
- Uhm. – Alejandro wstał. – Chyba nie mam ochoty iść do miasta. Zostanę tutaj.
- Jesteś pewien? – zapytał jeden z tancerzy.
- Taa... Jestem zmęczony.
Prawdę mówiąc, nie chciał wydawać honorarium na hazard i alkohol. To, co dziś zarobił, wystarczy do pokrycia ostatniej raty pożyczki na studia, co oznacza definitywne zerwanie z tańcem egzotycznym. Oraz uwolnienie się od Ricky’ego.
Bracia nie mieli pojęcia o jego „artystycznej” działalności. Chcieli go wesprzeć finansowo, by pomóc w spłacaniu studiów, ale uparł się, że zrobi to sam. Nie muszą wiedzieć, że tańczył w klubie samby, gdzie pewnego razu odkrył go Ricky i włączył do zespołu.
Za tydzień rozpocznie rezydenturę na oddziale transplantologii dziecięcej w szpitalu Buena Vista w Miami i już nie będzie musiał tańczyć. Był to jego ostatni taniec, ale nie dawało mu spokoju, że po raz pierwszy w karierze klientka go zignorowała.
Gdy koledzy opuścili bar, zdobył się na odwagę, by do niej podejść. Był zły, gdy odesłano go do niej na patio, ale gdy ją zobaczył, zaskoczyła go jej uroda. Miała bujne kształty, ale właśnie to mu się podobało u kobiety. Czarne włosy lśniły w blasku księżyca, a spojrzenie jej ciemnych oczu niemal go powaliło.
Widział wiele pięknych kobiet, ale ta wydała mu się najpiękniejsza. Zapragnął jej dotykać, poznać smak jej ust. Podchodząc do niej, dużo ryzykował, ponieważ było to wbrew jego zasadom, ale musiał się dowiedzieć, dlaczego się jej nie spodobał.
Alejandro, odpuść.
- Woda mineralna z cytryną – rzucił barmanowi, z bijącym sercem siadając na sąsiednim stołku.
Co jest w niej takiego nadzwyczajnego?
Spojrzała na niego wyraźnie zszokowana. Lekki rumieniec wskazywał, że go rozpoznała.
- Uciekłaś – powiedział ze wzrokiem wbitym w rząd butelek za barem.
- Słucham?
- Uciekłaś z przyjęcia koleżanki.
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz. – Bawiła się nóżką kieliszka.
- Wiesz doskonale, mi tesoro – rzekł półgłosem.
Upił łyk wody, spoglądając na nią. Była zmieszana.
- No cóż, najwyraźniej się pomyliłem. Życzę dobrej nocy. – Miał zamiar odejść.
- Dlaczego to takie ważne?
Rzucił jej pytające spojrzenie.
- Że wyszłam. Myślę, że nie ja pierwsza... Podejrzewam, że kobiety nieraz wychodzą w trakcie waszych występów.
- Ale nie w trakcie moich występów – obruszył się.
- Jesteś zadufany w sobie.
- Bo jestem dobry. – Puścił do niej oko, a ona lekko się uśmiechnęła. O, nadwątliłem jej system obronny, pomyślał z zadowoleniem. Gdy tańczył dla niej, zorientował się, że nie chce się otworzyć. Dlaczego?
- Zawsze widzisz, kto wchodzi albo wychodzi z klubu?
- Tego nie powiedziałem.
- Jak to?! Powiedziałeś, że nie wtedy, kiedy ty tańczysz. Zaprzeczysz?
- Nie, nie zaprzeczę, ale nie tańczę w nocnych klubach, tych ze striptizem. Kiedyś tańczyłem w klubach samby, ale w ubraniu, a teraz świadczę usługi na prywatnych przyjęciach. Bo jestem bardzo dobry. Kobiety chętnie za mnie płacą agentowi.
Przewróciła oczami.
- Nikt nie jest aż tak dobry.
- Ja jestem. I jestem dumny z tego, co robię. Nie jesteś dumna z tego, co robisz?
- Ależ jestem. Nie chwaląc się, należę do najlepszych.
To go zaintrygowało. W czym jest taka dobra?
- Naprawdę?
- Tak. Wyszłam wcześnie z przyjęcia, bo praca jest dla mnie najważniejsza. Musiałam przemyśleć pewne sprawy.
- To kiedy jesteś na luzie?
- Na luzie? O czym ty mówisz?! – Uśmiechnęła się.
Nie mógł się nie roześmiać. Starsi bracia często mu dokuczali, mówiąc, że za ciężko pracuje, że nie potrafi się zrelaksować. Ale czuł, że nie wolno mu się wyluzować, bo musi coś w życiu osiągnąć.
- Może masz rację. Dla niektórych nie ma taryfy ulgowej. Ale nie można mówić o perfekcji, jeżeli obydwie strony nie są usatysfakcjonowane, a wydaje mi się, że mój występ ci się nie podobał.
- Przepraszam, że wyszłam.
- Więc pozwól, że ci pokażę, co straciłaś.
Stary, co ty wyprawiasz?!
- Słucham? – wykrztusiła. – Ja nie... Nawet nie wiem, jak ci na imię. Nie zadaję się z nieznajomymi.
- Alejandro – przedstawił się, podając jej wizytówkę. –Mam pozwolenie na pracę i jestem ubezpieczony. Taniec to moja praca. Nie jestem żigolakiem i nie stanie się nic nieodpowiedniego.
- Dlaczego mam iść z tobą?
- Bo nie mogę sobie pozwolić na to, żeby klientka była niezadowolona. – Podał jej rękę. – Twoja koleżanka sporo zapłaciła za ten występ, więc pozwól mi go dokończyć.
Nigdy nie zaczepiał klientek, ale tym razem to, że wyszła, bardzo go zabolało. Niewykluczone jednak, że teraz sobie na to pozwolił, urzeczony jej niepospolitą urodą.
Czekał na jej odpowiedź z zapartym tchem, spodziewając się, że odmówi.
Dopiła wino.
- Może postradałam zmysły, ale jesteśmy w Vegas, a co wydarzy się w Vegas, w Vegas zostaje. Mam rację?
Poczuł pulsowanie w skroniach.
- Zdecydowanie.

Pięć lat później, wiosna w Miami

- Chyba zdajesz sobie sprawę, że wyszłaś za naszego brata brzydala? – Alejandro przekomarzał się ze swoją nową szwagierką Saoirse Murphy.
Saoirse, która niedawno poślubiła Santiaga, wzniosła wzrok do nieba, atakowana przyjaźnie przez Alejandra oraz bliźniaków Rafe’a i Dantego. Wszyscy byli „brzydalami”, ale Santiemu obrywało się najbardziej, ponieważ jako pierwszy z braci Valentino zdecydował się związać się z kimś węzłem małżeńskim.
- To przez was – bronił się Santi, wskazując na bliźniaków. – Jesteście starsi ode mnie i to wy powinniście ożenić się jako pierwsi.
Alejandro usunął się z linii ognia, pamiętając, że bliźniacy nie lubili, gdy nazywano ich starszyzną, ale Santi to olewał i za ich plecami tak o nich mówił.
Dante i Rafe byli dla niego jak ojcowie. Podobnie jak Santi, dopóki nie zaciągnął się do komandosów. Wszystko z powodu napadu na sklep. Mało brakowało, a sam w wieku dziesięciu lat by zginął trafiony kulą w klatkę piersiową, gdyby nie serce ojca. Żył dzięki niemu. Czuł przez to ogromną odpowiedzialność i był z tego dumny. To dlatego należał teraz do najlepszych transplantologów pediatrycznych w szpitalu Buena Vista.
No właśnie...
- Niestety, muszę jechać do szpitala. Dzisiaj poznamy nową szefową chirurgii dziecięcej. Podobno jest culo duro.
- Co to znaczy? – zapytała Saoirse.
- Upierdliwa – wyjaśnił Santi, po czym zwrócił się do Alejandra. – Braciszku, jeszcze jej nie oceniaj. Może wcale nie taka z niej zołza.
Alejandro nie znosił, gdy nazywano go „braciszkiem”. Ale okej, brat musiał jakoś się odgryźć za „brzydala”.
- Przepraszam, że nie mogę zostać dłużej, więc pozwól, że powiem, że les deseamos a ambos toda la felicidad del mundo.
Saoirse ściągnęła brwi.
- Gratulacje, życzę wam...
- Szczęścia – dokończył za nią, całując ją w rękę.
- Suficiente idiota! – zawołał Santi, klepiąc go w tył głowy.
- Aj, nie jestem idiotą. – Alejandro mrugnął do Saoirse, która wybuchnęła śmiechem.
- Hm... Powinniśmy się cieszyć, że po śmierci mami i pappi dalej rozmawiamy po hiszpańsku – mruknął Dante. – Ale czy on musi tak się popisywać?
- Zawsze, staruszku, zawsze – odciął się Alejandro.
Oddalił się, zanim starsi bracia wdali się w bójkę.
Było gorąco i parno. Zanosiło się na burzę.
Koledzy nazywali nową szefową, doktor Kiri Bhardwaj, Wiedźmą ze Wschodu.
Idąc do miejsca, gdzie zostawił motocykl, minął grupkę chłopców grających w piłkę. Znał ich, bo ich rodzicami byli ludzie, z którymi chodził do szkoły. Pochodzili z Heliconii, niewielkiej karaibskiej wyspy. Sam tam nigdy nie był, bo urodził się po tym, jak ich rodzice stamtąd uciekli.
To nieważne. Najważniejsze, że wszyscy stanowią zżytą rodzinę. Trzymają się razem.
Wyłamał się on jeden. Zamieszkał w South Beach. Z dala od tego miejsca, bo kojarzyło mu się ze śmiercią rodziców, z braćmi, którzy wiele dla niego poświęcili.
Tam też poznał Ricky’ego. Tańczył wtedy z samotnymi kobietami w obskurnym barze.
Nie myśl o tym. To przeszłość. Skup się na teraźniejszości.
Ciężko pracował, by zdobyć pozycję w zespole transplantologów w Buena Vista, i nie dopuści, żeby jakaś nowa szefowa chirurgii dziecięcej go zdominowała.
Normalnie by się nie przejął, ale doktor Bhardwaj zamierza wprowadzić zmiany wiążące się z cięciami. Zwłaszcza zabiegów wykonywanych pro bono, nieodpłatnie. Tak, nadciąga burza.
- Gdzieś ty się podziewał? – zapytał doktor Micha, gdy spotkali się w przebieralni.
- Santi, mój brat, brał ślub – wyjaśnił Alejandro, nie chcąc wdawać się w szczegóły.
- Mazel tov – rzucił z przekąsem doktor Micha. – A tak na marginesie, wiedźma już dosiadła miotły.
- Mm...? – Wolał nie słuchać tego malkontenta, ale na szczęście pracował on na dermatologii i nie wiadomo dlaczego Raul Micha ubzdurał sobie, że są kumplami.
- Już zdążyła obciąć fundusze na mój program. Jestem pewny, że stoi za tym Snyder. Ona przyjaźni się z doktorem Vaughanem, swoim mentorem w Nowym Jorku.
Ha! Doktor Vaughan to światowej sławy chirurg dziecięcy, więc doktor Bhardway chyba wie, co robi. Mimo to przeszył go dreszcz.
- Obcięła ci środki? – Alejandro obwiał się tego najbardziej.
- Tak. Cała moja praca poszła na marne.
- Buena Vista nie należy do biednych. Nie to, co Seaside Hospital. Dlaczego zarząd zaakceptował takie cięcia?
- Buena Vista miał kasę. – Micha wyjrzał za drzwi przebieralni. – O kurczę, idzie! Spadam!
Nim Alejandro zdążył zmienić ubranie, drzwi otworzyły się na oścież. Zamarł na widok jedynej, która mu się wymknęła. Kiri. Jedyna jego przygoda miłosna z czasów, gdy był tancerzem. Pięć lat temu. Czuł wtedy, że powinien jak najszybciej się usunąć, ale się na to nie zdobył.
- Nie myśl o mnie źle – szeptała. – Pierwszy raz poszłam do łóżka z dopiero co poznanym mężczyzną.
- Ja też nie mam tego w zwyczaju. – Pogładził ją po głowie. – Dawno nie widziałem tak pięknej kobiety jak ty.
Zatrzymała się w drzwiach z otwartymi ustami. Rozpoznała go. Fatalnie.
- Co? Ja... – Szukała słów.
Podał jej rękę.
- Domyślam się, że mam do czynienia z doktor Bhardwaj.
Będzie udawał, że jej nie zna. Wierutne kłamstwo. Poznał każdy centymetr jej ciała. Do dziś, pięć lat później, pamiętał jej smak, zapach, jej westchnienia, gdy wargami muskał jej szyję. Niedobrze...

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 7,90 zł 9,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Tajemnica doktora Valentino
Autor Amy Ruttan
Data premiery 05-01-2017
Ilość stron 160
ISBN 9788327634764

Napisz recenzję