– To list od Calluma Chattertona. – Sophia Langley podniosła wzrok znad kartki papieru i spojrzała na matkę, która zamarła z maślanym tostem w dłoni. – Zamierza odwiedzić nas dzisiejszego popołudnia.
– A zatem wrócił. – Pani Langley zmarszczyła brwi. – Wydaje mi się, że nie było go w kraju od marca.
– Na to wygląda. – Sophia nie miała pojęcia, dlaczego niedoszły szwagier postanowił zjawić się z wizytą teraz, pół roku po pogrzebie jej narzeczonego. – Odnoszę wrażenie, że lord Flamborough bardzo niewiele o nim mówi.
Will Chatterton, hrabia Flamborough, starszy brat bliźniaków, był bliskim sąsiadem Langleyów. Wielokrotnie dowiódł swojej przyjaźni, on także przyniósł wieści o śmierci Daniela. Jej narzeczony zginął w katastrofie statku, którym bracia bliźniacy płynęli do Anglii po zakończeniu dziesięcioletniej wyprawy do Indii w służbie Kompanii Wschodnioindyjskiej. Will nie był nic winien ani Sophii, ani jej bliskim, gdyż definitywnie straciła statut przyszłego członka jego rodziny.
Sophia spojrzała na dłoń bez pierścionka zaręczynowego i na obcisły rękaw porannej sukni w głębokim odcieniu fioletu. Nosiła się na czarno przez trzy miesiące, po czym zdecydowała się na półżałobną odzież. Nadal czuła się jak okropna hipokrytka za każdym razem, gdy ktoś z przyjaciół lub sąsiadów spoglądał wymownie na jej przyodziewek i wzdychał ze współczuciem.
Po pogrzebie, w chwili odczytania testamentu, stało się jasne, że Daniel w żaden sposób nie uwzględnił w nim swojej narzeczonej i nie zadbał o jej utrzymanie. Callum, który swego czasu dużo i chłodno mówił o zaręczynach brata bliźniaka, oraz hrabia, który zdaniem Sophii również nie aprobował tego związku, sprawiali wrażenie całkowicie nieświadomych powagi sytuacji rodziny Langleyów.
Callum, niewątpliwie porażony cierpieniem po utracie brata, próbował wyjaśnić Sophii, że to zaniedbanie wynikało wyłącznie z niefrasobliwości Daniela i jego niechęci do stawienia czoła tak nieprzyjemnym sprawom jak własna śmiertelność. Podobno wcale nie chodziło o brak miłości i obojętność wobec narzeczonej.
Serce podpowiadało Sophii co innego. Poniewczasie zorientowała się, że Dan przestał ją kochać i vice versa. Rzecz jasna, nie mogła tego powiedzieć żadnemu z jego cierpiących braci. Skoro jednak ani ona nie kochała Daniela, ani on jej, nie miała moralnego prawa być jego narzeczoną. Gdyby była ze sobą szczera i zerwała zaręczyny wcześniej, zapewne już dawno temu znalazłaby sobie męża, jej bliscy odzyskaliby bezpieczeństwo finansowe, a ona sama cieszyłaby się urokami rodzinnego życia w otoczeniu wianuszka dzieci.
Callum lub hrabia być może przeznaczyliby dla niej jakąś sumę, gdyby o to poprosiła, lecz nie uczyniła tego z dumy i z przekonania, że musi ponieść konsekwencje młodzieńczej lekkomyślności. Nie byłoby problemu, gdyby w ogóle nie przyjęła nieprzemyślanych oświadczyn.
Will regularnie przychodził w odwiedziny i zawsze proponował pomoc. Raz był gotów przysłać swojego ogrodnika, innym razem wypożyczyć powóz, gdy wybierały się do St. Alban’s. Ponieważ Sophia uprzejmie, lecz konsekwentnie odtrącała jego pomocną dłoń, w końcu przestał się pojawiać. Sophia starała się zamaskować ubóstwo, jak mogła, i na razie szło jej to całkiem nieźle. Sterta niezapłaconych rachunków na biurku rosła jednak nieubłaganie, a uprzejme z początku prośby o zapłatę stawały się coraz bardziej obcesowe. Sophia wiedziała, że już wkrótce przyjdzie jej podjąć trudne i bolesne decyzje.
– Może postanowił zachować się przyzwoicie i przekaże ci część spadku po Danielu – zasugerowała pani Langley i wyraźnie się rozpromieniła.
– Nawet gdyby chciał tak postąpić, w co wątpię, i tak nie może tego zrobić, gdyż prawo mu tego zabrania – odparła Sophia. – Posiadłość, którą odziedziczył po Danielu, jest objęta regułą majoratu – jednym słowem, jest niepodzielna. Nie można jej rozparcelować. A poza tym Callum ma na względzie własną karierę i przyszłość. Bez wątpienia wkrótce się ożeni, zwłaszcza jeśli nie planuje powrotu do Indii.
– No tak… – westchnęła pani Langley. – Mniejsza z tym. Nasz Mark wkrótce skończy studia, otrzyma święcenia i własną parafię i wszystko się ułoży.
Sophia wolała nie mówić, że Mark nie ma szansy na wysokie uposażenie, więc na pewno nie zdoła utrzymać siebie, matki, siostry i jeszcze spłacić ich długów. Bogate parafie przejmowali ci duchowni, którzy mogli liczyć na wpływowych protektorów.
Pokręciła głową i ponownie skupiła się na liście.
Callum miał wyrazisty charakter pisma, nie owijał w bawełnę i niczego nie tłumaczył. Dopiero teraz Sophia zauważyła, że zwracał się bezpośrednio do niej, nie do jej matki. Obwieszczał, że zjawi się tego popołudnia, i miał nadzieję, że Sophia znajdzie czas, by go przyjąć.
Zgarnęła resztę korespondencji, aby matka się nie zorientowała, że większość listów to rachunki. Sophia nie mogła zrozumieć, skąd tyle się ich wzięło, skoro całymi dniami tylko łatała dziury w domowym budżecie i szukała oszczędności.
– Zajmę się tym niezwłocznie – zapowiedziała pogodnym tonem. – Jestem bardzo ciekawa ponownego spotkania z Callumem Chattertonem.
Jej biurko stało w kącie sypialni, do której jak zwykle weszła z ulgą, w poszukiwaniu spokoju i wytchnienia. Wiedziała, że prędzej czy później będzie zmuszona wyjaśnić matce, jak poważna jest sytuacja, ale ten moment jeszcze nie nadszedł. Za miesiąc zamierzała napisać do jednej z londyńskich agencji z prośbą o pomoc w znalezieniu zatrudnienia.
Pokój był skromny i jasny, pełen białych i bladożółtych muślinów. Sophii przyszło do głowy, że tak wygląda pokój młodej dziewczyny, a przecież nie była już młoda. Liczyła sobie dwadzieścia sześć lat i nie miała przed sobą perspektyw. Utkwiła na głębokiej prowincji, gdzie w promieniu wielu kilometrów nie było ani jednego odpowiedniego kawalera do wzięcia.
Cóż, we właściwym momencie nie stawiła czoła faktowi, że się odkochała. Powinna była napisać do Daniela, wyjaśnić mu sytuację, a wówczas rozstaliby się w życzliwej atmosferze, bez skandalu. Ludzie nie posiadali się ze zdumienia, że ojciec Sophii w ogóle przyzwolił na zaręczyny tak młodziutkiej córki.
Ona sama biernie tkwiła w tym niedojrzałym związku, uznawszy go za ostateczny i nieodwołalny, za to pod każdym innym względem ogromnie się zmieniła przez tych dziewięć lat. Dorosła, stała się niezależna i pewna siebie. Nauczyła się nie tylko cierpliwości, ale i prowadzenia domu oraz… rysowania.
Sophia popatrzyła na otwarty szkicownik. Parę dni wcześniej narysowała autoportret, dzięki czemu udało się jej krytycznie spojrzeć na swoje odbicie. Teraz mogła z całą pewnością powiedzieć, że nie grozi jej popadnięcie w próżność ani samozachwyt.
Była bowiem nieco zbyt wysoka, odrobinę za chuda i brakowało jej sporo do wypełnienia dekoltu sukni. Nos miała za długi, usta zbyt szerokie, ale nie po raz pierwszy doszła do wniosku, że jej oczy są całkiem znośne. Z niewiadomych powodów ich błękit stał się bardziej intensywny – może dlatego, że jej rzęsy pociemniały, a włosy zrobiły się niemal kruczoczarne, choć dawniej były ciemnobrązowe.
Przewróciła kartkę i jej wzrok spoczął na studium popiersia mężczyzny. Gdy otrzymała list z informacją o rychłym powrocie Daniela, ponownie przyjrzała się jego miniaturowemu portretowi, który namalowała, nim Dan odpłynął do Indii. Wiedziała, że jest niewiele warte i wymaga korekty, więc sięgnęła wtedy po ołówki i zabrała się do rysowania podobizny dwudziestosiedmiolatka, na którego mógł wyrosnąć tamten chłopiec. Wówczas ostatecznie pogodziła się ze świadomością, że go nie kocha. Czekała na Daniela tylko dlatego, że miał ją wziąć za żonę i zapewnić jej odpowiednio wysoką pozycję społeczną. Nie wątpiła, że jego pochodzenie, majątek i wysokie stanowisko w Kompanii Wschodnioindyjskiej z powodzeniem uciszą wszystkich wierzycieli.
Wielkim wstrząsem okazał się dla niej widok Calluma, gdy spotkali się kilka razy, nim w marcu opuścił Flamborough Hall. Co oczywiste, dojrzał pod każdym względem. Z patykowatego młodzieńca przeobraził się w zahartowanego i sprawnego mężczyznę. W jego inteligentnych, orzechowych oczach, wówczas pociemniałych z bólu, dostrzegła lata doświadczenia, a na obliczu nieufność. Tylko gęste ciemnobrązowe włosy pozostały takie same i wciąż opadały mu na brwi, tak jak Danielowi.
Doskonale pamiętała, jak patrzyła na portret nieobecnego narzeczonego i zrozumiała bolesną prawdę.
– Już cię nie kocham – szepnęła wtedy. – Co zrobię, kiedy wrócisz i nie będę chciała za ciebie wyjść?
Ta przykra myśl sprawiła, że Sophia nabrała ochoty na samodzielne zarobkowanie. Mogła przecież utrzymywać się z rysowania. Jej serce nie biło już szybciej z miłości do mężczyzny, lecz z uwielbienia dla sztuki. Chciała tworzyć, przelewać swoje wizje na papier. Głęboko wierzyła, że uda się jej skontaktować z wydawcami książek, dajmy na to ze słynnym Johnem Murrayem lub panem Ackermannem, i przekonać ich do zainwestowania w nieznaną artystkę.
Schodząc na ziemię, przypominała sobie, że samodzielne życie to w jej wypadku mrzonka. Damy nie zarabiały jako artystki. Gdyby się na to zdecydowała, ludzie potraktowaliby ją niemal jak aktorkę, a to oznaczałoby skandal, utratę dobrego imienia i wykluczenie towarzyskie.
Dama nie mogła też porzucić dżentelmena, gdyż byłby to wstrząsający przejaw niewdzięczności, zwłaszcza po tak długim czasie od zaręczyn. Nikt nie uważał, że małżeństwo koniecznie musi się opierać na miłości, więc Sophia nie mogła się zasłaniać wygaśnięciem uczuć. Posłusznej i przyzwoitej córce nie wolno też było odrzucać związku, który zabezpieczyłby byt jej rodziny, do tego zdrowy rozsądek podpowiadał jej, że dwudziestosześcioletnia stara panna straciła już szansę wyboru i musi się pogodzić z losem. Bez względu na to, jakim człowiekiem stał się Daniel, czy wyrósł na świętego, czy na grzesznika, musiała za niego wyjść i spełnić swój obowiązek. Dopiero tragedia zwolniła ją z danego słowa. Cóż jednak z tego, że społeczeństwo nie obwiniało Sophii, skoro powróciła do punktu wyjścia i nie wiedziała, co zrobić z życiem.
Z ciężkim westchnieniem rzuciła rachunki na szkicownik i zaczęła nerwowo spacerować z kąta w kąt. W pewnym momencie jej wzrok spoczął na kufrze pełnym poszew i prześcieradeł z wyhaftowanymi literami C oraz maską o kształcie kociego pyszczka, która znajdowała się w rodowym herbie Daniela. Chodziło o grę słów, gdyż francuska nazwa kota brzmiała chat, a ten wyraz znajdował się w nazwisku Chatterton. W kufrze były jeszcze chustki, bielizna, nocne koszule, ściereczki do wycierania piór, a także rękawiczki. Wszystkie te dobra Sophia gromadziła i ozdabiała haftami przez dziewięć lat, starając się zapracować na opinię dobrej i zaradnej żony oraz gospodyni.
Usiadła przy biurku. Nie wolno jej było ignorować trudnej sytuacji, w której się znalazła wraz z rodziną. Mogła zdać się na łaskę i niełaskę lorda Flamborough i poprosić go o pożyczkę, lecz jeszcze nie była gotowa zapomnieć o dumie i szacunku do samej siebie. Gdyby jednak postanowiła zarabiać na życie malowaniem, wszyscy jej krewni i znajomi zareagowaliby oburzeniem. Innymi słowy, znalazła się w sytuacji bez wyjścia.

– Dzień dobry, Callumie. – Sophia rzuciła szkicownik oraz ołówek do koszyka i ruszyła po trawniku do gościa.
Przez ostatnie pół godziny wolała udawać, że zbiera kwiaty niż czekać, aż jedyna służąca w domu – nie licząc kucharki – otworzy gościowi drzwi.
– Dzień dobry, Sophio – odparł Callum.
Zeskoczył z konia i zarzucił wodze na sztachetę w drewnianym płocie, po czym otworzył furtkę i wszedł do ogródka od frontu budynku. Tam zdjął kapelusz i z poważną miną uścisnął podaną dłoń.
– Mam nadzieję, że dobrze się miewasz – dodał.
– Nawet bardzo dobrze, dziękuję. – Uśmiechnęła się pogodnie, jakby w nadziei, że dzięki temu odwróci uwagę gościa od swojej sfatygowanej i spłowiałej ze starości sukni. – Wyglądasz… To znaczy, od naszego ostatniego spotkania…
Stracił opaleniznę przywiezioną z Indii i podróży przez ocean, ale z jego oblicza znikły zmarszczki bólu i żalu po śmierci brata. Miała teraz przed sobą zaskakująco przystojnego mężczyznę. Powinna była się spodziewać tej przemiany, w końcu nie widziała go od pół roku. Mimo to jej tętno gwałtownie przyśpieszyło i nie potrafiła zebrać myśli.
Sophia doszła do wniosku, że Callum bez wątpienia uważa ją za patentowaną głuptaskę, jednak nawet jeśli tak było, w żaden sposób tego nie okazał.
– Przeżyłem sporo trudnych chwil – przyznał. – Ale mam to chyba za sobą. Jestem już w stanie przywoływać przyjemne wspomnienia, a nawet wybiegać myślami w przyszłość.
Sophia zorientowała się, że Callum nadal trzyma ją za rękę; wcale nie miała ochoty jej oswobodzić.
– Cieszę się, że twój ból mija – odparła. – Śmierć rodzonego brata musi być strasznym przeżyciem, lecz odejście bliźniaka z pewnością jest znacznie gorsze.
– Tak, to prawda. Jesteś jedną z niewielu osób, które zwróciły na to uwagę. – Delikatnie przesunął jej dłoń na zgięcie swojego łokcia. – Czy letni domek jeszcze stoi?
– Letni domek? Ależ naturalnie.
Zaskoczona nagłą zmianą tematu Sophia odwróciła się i pod rękę z Callumem ruszyła w głąb ogrodu.
– Dziwne, że o nim napomknąłeś – dodała. – Przed laty zaszywałam się tam z Danielem, by rozmawiać bez końca. Mniemam, że moi rodzice nie mieli pojęcia, gdzie się wtedy ukrywaliśmy. Domek jest taki sam jak przed laty, tylko nieco zaniedbany.
Drzwi do letniego domku nie były zamknięte na klucz, więc je otworzyła i weszła pierwsza do małego, zakurzonego wnętrza.
– Nie jest tak romantycznie jak dawniej… – westchnęła z żalem w głosie. – Zechciej nie zwracać uwagi na pająki i skorki.
– Nadal nie posiadam się ze zdumienia, jak małe są angielskie owady – odparł Callum z uśmiechem. – Czy możemy tu usiąść i pogawędzić?
– Ależ naturalnie. Mam powiedzieć pokojówce, by przyniosła poczęstunek? Chyba powinnam wezwać mamę.
– Dziękuję, poczęstunek nie będzie potrzebny. – Callum postawił przy drzwiach dwa krzesła, strzepnął kurz chustką, odłożył kapelusz, rękawiczki oraz pejcz i zaczekał, aż Sophia usiądzie. – Czy sądzisz, że potrzebujemy przyzwoitki?
– Bynajmniej, przecież znamy się od lat. Można powiedzieć, że jesteś dla mnie jak brat.
Callum uniósł brew.
– Zapewniam cię, droga Sophio, że moje uczucia do ciebie nie są i nigdy nie były w najmniejszym stopniu braterskie – podkreślił.
Podenerwowana Sophia zajęła krzesło z lewej strony. Słowa Calluma ją zaniepokoiły. Nagle wydał się jej stanowczo zbyt męski.
– Czy hrabia dobrze się miewa? – zapytała pośpiesznie.
– Owszem, miewa się świetnie. Jak mniemam, nie odwiedza cię od pewnego czasu.
Sophia wolała unikać życzliwego Willa z obawy, że upokorzy się przed nim i poprosi go o wsparcie. Gdyby zorientował się, jak trudna jest sytuacja Langleyów, honor nakazałby mu spłacić ich długi.
– Okazał nam wiele serca i życzliwości – powiedziała cicho. – Pojechałeś do Londynu…
– Po pogrzebie, zgadza się. Zaproponowano mi wysokie stanowisko w Kompanii, w Domu Wschodnioindyjskim przy Leadenhall Street. Ciężka praca z początku pomagała, potem zrozumiałem, że jest fascynująca.
– Bardzo mnie to cieszy. – Sophia zastanawiała się, co to ma z nią wspólnego, ale cieszyła się, że Callum dochodził do siebie po tragedii. – To dobrze, że twoja wiedza i umiejętności zostały docenione.
– Dziękuję. Mieszkam obecnie w domu przy Half Moon Street, która się mieści w modnej okolicy blisko St. James’s Park.
– Doprawdy?
– A ostatnio uznałem, że w moim nowym życiu brakuje już tylko jednego. – Patrzył na gęstą zieleń, ale widać było, że nie myśli o ogrodnictwie ani nawet o zaniedbanym otoczeniu.
– Tak? – powiedziała z ciekawością.
– Tak. W moim życiu brakuje żony. – Callum Chatterton odwrócił się do Sophii i zatopił w niej uważne spojrzenie
– Żony? – Sophia machinalnie spojrzała mu w oczy.
– Owszem, żony. Zastanawiałem się, czy byłabyś skłonna uczynić mi ten zaszczyt, Sophio, i za mnie wyjść.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 7,90 zł 9,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Niecodzienna propozycja
Autor Louise Allen
Data premiery 12-01-2018
Ilość stron 272
Oprawa Miękka
ISBN 9788327634931

Napisz recenzję