Matteo Di Sione znał aż za dobrze swoje wady. Nie chciał, żeby mu je wytykano. Po raz kolejny.
Wezwany przez swojego dziadka Giovanniego, z przerażeniem jechał do posiadłości rodziny Di Sione – wspaniałej, rozległej rezydencji położonej na Gold Coast na Long Island.
Po śmierci rodziców Mattea Giovanni zaopiekował się siódemką sierot, pozostawionych przez jego syna Benita i jego żonę Annę. Dla Mattea, wtedy pięcioletniego, to miejsce stało się domem. Teraz posiadał luksusowy apartament na najwyższym piętrze na Manhattanie z widokiem na miasto, które nigdy nie spało. Jednak jego dom był tutaj, na dobre i na złe, to tu jego poraniona, rozproszona rodzina spotykała się i wracała. Teraz, jak Matteo przypuszczał, wezwano go, by usłyszał kazanie. Jeszcze jedno.
Ostatni weekend spędził szczególnie burzliwie, nawet jak na swoje standardy. Prasa miała go na celowniku. Tylko czekali, żeby jakiś Di Sione sięgnął dna, więc z radością napisali o jego milionowej przegranej w Vegas w sobotni wieczór. O tym, że odegrał się w dwójnasób, zanim nastał świt, już nie wspomnieli. Pewna szanowana gazeta opublikowała na jego temat bardzo zjadliwy artykuł. Najbardziej przeraził go nagłówek „Historia się powtarza!”.
Było tam jego zdjęcie, na którym wychodzi z kasyna nieogolony, z włosami opadającymi na oczy. Wyraźnie w nie najlepszym stanie. Z wiszącą u ramienia blondynką.
Obok widniało inne zdjęcie, zrobione trzydzieści lat wcześniej, w roku, w którym Matteo przyszedł na świat. Fotografia przedstawiała Benita Di Sione wychodzącego z kasyna, nieogolonego, z takimi samymi prostymi, ciemnymi włosami opadającymi na takie same ciemnoniebieskie oczy i najwyraźniej w nie najlepszym stanie. Na jego ramieniu wisiała blond piękność i nie była to matka Mattea.
Wątpił zresztą, by ojciec mógł pamiętać, kim była ta kobieta, chociaż Matteo zawsze znał imiona swoich kochanek. Ta z sobotniej nocy miała na imię Lacey i była piękna.
Uwielbiał kobiety. Chude, dobrze zbudowane i te wszystkie plasujące się gdzieś pomiędzy. Zawsze bardzo jasno dawał im do zrozumienia, że chodzi mu wyłącznie o dobrą zabawę i nigdy nie był z żadną na tyle długo, żeby zdradzać.
W artykule wyliczano podobieństwa pomiędzy ojcem i najmłodszym synem – skłonność do ryzyka i dekadencki, rozwiązły styl życia. Ostrzegano, że Matteo zmierza ku temu samemu końcowi, który spotkał ojca – śmierci w samochodzie owiniętym wokół latarni z zabitą żoną u boku.
Nie, Mattea nie cieszyła myśl o rozmowie z dziadkiem. Giovanni wszak sam często mawiał dokładnie to samo.
Matteo wjechał na teren ogromnej posiadłości i patrzył przed siebie, nie rozglądając się po luksusowym otoczeniu. Wiązało się z nim niewiele szczęśliwych wspomnień. Mimo wszystko to był jego dom. Zaparkował i idąc w stronę rezydencji, zastanawiał się, jak zostanie powitany. Najpierw grzecznie zapukał, a potem otworzył drzwi własnym kluczem.
– To ja, Matteo – zawołał, wchodząc do środka, i uśmiechnął się na widok gospodyni Almy.
– Pan Matteo! – Alma najwyraźniej nie dosłyszała pukania, bo lekko podskoczyła.
– Gdzie on jest? – spytał ją.
– W swoim gabinecie. Mam go zawiadomić, że pan przyszedł?
– Nie, pójdę tam od razu – przewrócił oczami. – Oczekuje mnie.
Alma uśmiechnęła się współczująco. Musiała widzieć dzisiejszą gazetę.
– Jak on się miewa? – spytał Matteo.
– Chce sam z panem porozmawiać – odparła krótko i Matteo zachmurzył się, słysząc tę niejasną odpowiedź. Przeszedł długi korytarz i stanął przed ciężkimi mahoniowymi drzwiami do gabinetu dziadka. Wziął uspokajający wdech i zapukał. Usłyszał głos dziadka zapraszający go do środka.
– Hej – powiedział, otwierając drzwi. Spojrzał nie na dziadka, ale na złożoną na jego biurku gazetę i zanim zdążył zamknąć za sobą drzwi, zmienił ton. – Już to widziałem i nie chcę słuchać kazania.
– A dokąd zaprowadziło mnie mówienie ci kazań, Matteo? – odparł Giovanni.
Matteo podniósł wzrok w stronę, skąd dochodził zmęczony głos dziadka, i serce mu zamarło. Giovanni był nie tylko blady, ale i strasznie mizerny. Włosy miał białe jak śnieg, a zwykle żywe niebieskie oczy wyblakły i nagle Matteo zmienił zdanie. Teraz już chciał usłyszeć kazanie! Chciał, żeby dziadek zmieszał go z przysłowiowym błotem, mówiąc mu, że ma dorosnąć, ustatkować się i skończyć z hedonizmem. Miał jednak straszne przeczucie, że usłyszy zaraz coś innego.
– Poprosiłem cię tutaj, żeby ci powiedzieć… – Matteo nie chciał tego słuchać. Podniósł z biurka gazetę i rozłożył ją.
– Porównując nas ze sobą, zapomnieli o jednej istotniej sprawie. On miał zobowiązania.
– Ty też je masz, Matteo. Wobec siebie samego. Pakujesz się w kłopoty. Towarzystwo, w jakim się obracasz, ryzyko, jakie podejmujesz…
– Ryzykuję na własne konto – przerwał mu Matteo. – Mój ojciec był żonaty i miał siedmioro dzieci. A przynamniej do tylu się przyznawał!
– Matteo! – Ta rozmowa przybrała inny przebieg, niż Giovanni planował. – Siadaj.
– Nie! Porównując mnie z nim, umyślnie pominęli fakt, że nie mam żony ani dzieci. Ja nigdy nie naraziłbym nikogo na piekło, jakie on stworzył. – Dawno temu podjął decyzję. Był kawalerem i miał nim pozostać.
Giovanni patrzył na wnuka i bał się o niego. Uwielbiający zabawę Matteo nie tylko zachowywał się jak ojciec, ale też wyglądał tak samo. Mieli z ojcem takie same ciemnoniebieskie oczy, proste nosy i nawet włosy identycznie opadały im na twarz.
Z powodów znanych tylko sobie Giovanni nigdy nie był z synem zżyty. Nikomu ich nie zdradził i sekret ten zamierzał zabrać ze sobą do grobu. Po śmierci Benita i Anny pięcioletni Matteo, wierna kopia swego ojca, za bardzo przypominał Giovanniemu syna. Dlatego Giovanni trzymał się od wnuka z daleka.
W pewnym momencie wychowanie Mattea wymknęło się spod kontroli. Chłopak prowadził szalone życie i powielał błędy swojego ojca. Kiedy rzucił studia po zaledwie roku, miała miejsce straszna awantura. Matteo oświadczył wtedy, że nie potrzebuje się uczyć biznesu, bo umiejętność gry na giełdzie miał w swoim DNA. Zamiast słuchać wykładów, chciał założyć własny fundusz inwestycyjny. Giovanni powiedział mu na to, że jest taki sam jak ojciec i może tak samo źle skończyć. Matteo nie chciał tego słuchać, na poskramianie go było już za późno. Giovanni krzyczał na młodego człowieka, a Matteo nie pozostawał dłużny.
– Nigdy nawet nie spróbowałeś o mnie walczyć. – Ten jedyny raz przyznał się komuś do bólu, jaki w sobie nosił. – Zostawiłeś mnie samemu sobie. Więc nie udawaj teraz, że ci na mnie zależy.
Tak, padły szorstkie słowa i ich relacje po dziś nosiły w sobie tamte blizny.
– Usiądź, Matteo. – Pełen niepokoju Matteo zamiast siadać, podszedł do okna. Wyjrzał przez nie na posiadłość będącą kiedyś placem jego zabaw. Babcia Mattea zmarła jeszcze przed jego narodzeniem, więc młodszymi siostrami opiekowała się starsza siostra, Allegra, a starsi bracia poszli do szkół z internatem. Matteo pozostawiony był sam sobie.
– Czy pamiętasz, jak odwiedzaliście mnie, kiedy twoi rodzice jeszcze żyli? – spytał Giovanni.
– Nie myślę o tamtych czasach. – Bardzo się starał nie patrzeć wstecz.
– Byłeś wtedy mały, może nie pamiętasz… – Och, Matteo pamiętał aż za dobrze swoje życie z tamtych czasów, wybuchające nieustannie awantury i cały chaos ich egzystencji. Oczywiście, nie rozumiał wtedy, że jednym z powodów takiego stanu rzeczy były narkotyki. Wiedział tylko, że jego rodzina żyła na krawędzi. Na ostrzu luksusowego noża.
– Matteo – głos Giovanniego wdarł się w jego ponure myśli. – Pamiętasz, jak opowiadałem wam historię o utraconych kochankach?
– Nie. – Matteo nie chciał prowadzić tej rozmowy. Spoglądał przez okno na znajome drzewo, tak wysokie, że żołądek skurczył mu się na wspomnienie tego, jak się na nie wspinał i spadł. Jakaś gałąź osłabiła impet uderzenia, inaczej pewnie by się zabił. Nikt tego nie widział i nikt się o tym nie dowiedział. Alma zbeształa go tylko za plamy z trawy na ubraniu, pytając, skąd się wzięły. „Potknąłem się nad brzegiem jeziora” odpowiedział. Żebra i głowę miał obolałe, a serce nadal mu waliło, ale nie dał nic po sobie poznać. Łatwiej mu było skłamać.
Sen o spadaniu do dziś budził Mattea w nocy, ale stojąc tam w oknie przywołał jeszcze inne, bardziej mroczne wspomnienie, które nadal przyprawiało go o zimny pot. Jak błagał nocą ojca, żeby się zatrzymał, zwolnił i zabrał go do domu. Od tamtego czasu Matteo nigdy nie pokazywał przed nikim strachu.
– Na pewno pamiętasz utracone kochanki… – nalegał Giovanni.
Matteo potrząsnął głową.
– Więc ci przypomnę. Nie pytaj, jak je zdobyłem, bo starszy pan musi mieć swoje sekrety… – Giovanni zaczął swoją opowieść. – Kiedy przybyłem do Ameryki, byłem w posiadaniu błyskotek, moich utraconych kochanek. Znaczyły dla mnie więcej, niż możesz to sobie wyobrazić, ale żeby przetrwać, musiałem je sprzedać. Moje utracone kochanki, miłość mego życia, którym zawdzięczamy wszystko. – Umilkł i spojrzał na wnuka. – Na pewno pamiętasz.
– Nie. – Matteo zaczynał się denerwować. – Mówiłem, że nie pamiętam. – Nie znosił zagłębiania się w przeszłość. – Masz ochotę na przejażdżkę? Pojedziemy do twojego klubu…
– Matteo – Giovanni musiał uporządkować pewne sprawy, dopóki był jeszcze mógł to zrobić. – Muszę ci coś powiedzieć.
– Chodź, przejedźmy się. – Matteo nie chciał tu zostać ani słuchać tego, co dziadek miał mu powiedzieć.
– Ja umieram, Matteo.
– Wszyscy umieramy – Matteo próbował potraktować lekko tę druzgocącą wiadomość, chociaż serce ciążyło mu w piersi. Nie chciał prowadzić tej rozmowy. Nie mógł znieść myśli, że dziadek umrze i rodzina zbierze się na kolejnym pogrzebie. Obrazy trumien jego rodziców i dzieci idących za nimi nadal ukazywały się okazjonalnie w prasie i na zawsze pozostały w jego pamięci. Nie chciał, żeby dziadek umierał.
– Mam nawrót białaczki – powiedział Giovanni.
– A co z leczeniem, które odbyłeś? – Siedemnaście lat temu omal go nie stracili. Potrzebny był dawca szpiku i wszystkie wnuki poddano badaniom, ale u żadnego nie stwierdzono wymaganej zgodności tkankowej. Dopiero najstarszy chłopiec, Alessandro, wyznał, że wiedział o istnieniu jeszcze jednego syna ojca. Odnaleźli Nate’a i on miał potrzebne antygeny. – Czy Nate nie może jeszcze raz…?
– Przeszczep nie wchodzi grę. Lekarze mówią, że możemy mieć nadzieję na remisję, inaczej będzie to kwestia miesięcy. Rzeczywistość jest taka, że w najlepszym razie mam przed sobą rok.
– Dobrze wiesz, jak ja nie znoszę rzeczywistości – powiedział Matteo i starszy pan się uśmiechnął.
Matteo często uciekał od rzeczywistości – do kasyn, klubów, na niebezpieczne eskapady, narażając na ryzyko swoje ciało i fundusz inwestycyjny. Giovanni gorzko żałował, że nie mógł cofnąć tamtych niszczących słów, bo choć tak podobny do ojca, Matteo odznaczał się wrodzoną dobrocią, jakiej brakowało Benitowi. A choć z natury niecierpliwy, pod pewnymi względami był najbardziej cierpliwym człowiekiem, jakiego Giovanni znał.
– Matteo, chcę, żebyś coś dla mnie zrobił, jeśli mam iść do grobu w spokoju.
Matteo wziął głęboki oddech i przygotował się na nieuniknione. Przyszedł czas na kazanie! Zmarszczył brwi, czekając na mające paść słowa.
– Chcę, żebyś przywiózł mi jedną z utraconych kochanek.
Matteo odwrócił się gwałtownie, obawiając się, że dziadek majaczy.
– O czym ty mówisz?
Giovanni otworzył szufladę swojego biurka i wyjął stamtąd fotografię.
– Ten naszyjnik to jedna z moich utraconych kochanek.
Matteo spojrzał na zdjęcie. Przedstawiało szmaragdowy naszyjnik niezwykłej urody.
– To białe złoto? – spytał, a Giovanni potrząsnął głową. – Platyna.
Szmaragdy miały wielkość jajek drozda i były urzekająco piękne.
– Myśleliśmy, że opowiadałeś nam po prostu bajkę.
– A więc jednak pamiętasz!
Matteo uśmiechnął się.
– Pamiętam. – Cicho gwizdnął, przyglądając się naszyjnikowi jeszcze raz. – Byłby wart… Miliony?
– I jeszcze trochę.
– Kto go zaprojektował? Z jakiej firmy jubilerskiej pochodzi?
– Z nieznanej – powiedział szybko Giovanni. Jednak klejnoty tak wyjątkowe musiały mieć swoją historię. Di Sione stworzył imperium żeglugowe, a teraz jego firma miała już zasięg globalny. Jeśli Giovanni sprzedał klejnoty tak wyjątkowe jak ten, Matteo rozumiał już, dlaczego było to możliwe. Ale jak młody chłopak z Sycylii mógł zdobyć coś tak cennego?
Giovanni jednakże nie był zbyt rozmowny.
– Chcę tylko, żebyś go odnalazł. Nie wiem, od czego zacząć. Sprzedałem go mężczyźnie o nazwisku Roche jakieś sześćdziesiąt lat temu.
– W jaki sposób wszedłeś w jego posiadanie?
– Nie pytaj, jak go zdobyłem. Stary człowiek musi mieć swoje sekrety…
Matteo uśmiechnął się. Opowieść dziadka nabierała teraz sensu.
– Matteo, chcę ten naszyjnik. Za wszelką cenę. Czy możesz go odnaleźć i dać mi go?
Matteo żałował, że nie potrafił się przemóc i powiedzieć dziadkowi, jak wiele dla niego znaczy, i że rozumie, jak ciężkie to były dla niego lata. To jednak mógł dla niego zrobić.
– Wiesz, że tak.
Giovanni wstał z fotela, podszedł do wnuka i objął go, żałując, że nie robił tego częściej. Przez chwilę Matteo pozostał w jego objęciach, ale zaraz się odsunął.
– Idziemy – powiedział, chowając zdjęcie do kieszeni marynarki.
– Dokąd?
– Do twojego klubu – powiedział i zabrzęczał kluczykami, ale nagle zmienił zdanie. Dziadek umierał. Nie było mowy, żeby dzisiaj prowadził samochód. Giovanni zadzwonił więc po swego kierowcę.
*
Matteo go nie lubił, ale nie dał tego po sobie poznać. Usiadł w gabinecie Ellisona i zerknął w górę na myśliwskie trofea na ścianach, po czym z powrotem na tego człowieka.
– Czy wyglądam na kogoś, kto potrzebuje pieniędzy? – prychnął Ellison.
Matteo wzruszył ramionami, nie okazując zaskoczenia, jakie wzbudziło w nim odrzucenie jego hojnej oferty. Nie zdołał ustalić, kto zaprojektował naszyjnik ani z jakiego domu jubilerskiego pochodzi, dowiedział się jednak, że dwadzieścia lat temu Roche sprzedał go Hugonowi Ellisonowi. Matteo znał przelotnie tego człowieka z uroczystych kwest, na jakie obaj chadzali, i wiedział, że ma on obsesję na punkcie pieniędzy i władzy. Naszyjnik mogła mu zapewnić hojna dotacja na polityczne cele tamtego. Ruszył więc na spotkanie przekonany, że opuści je z tym, czego chciał. Teraz jednak nie był już tego taki pewien.
– To był prezent dla mojej zmarłej żony – powiedział Ellison.
Matteo wystarczająco dużo wiedział na temat tego małżeństwa, by mieć pewność, że Ellison nie wypłakuje nocami oczu w poduszkę z powodu jej śmierci, ale kontynuował tę grę.
– Przepraszam. – Wstał. – To był brak delikatności z mojej strony. – Wyciągnął rękę. – Dziękuję, że się pan ze mną spotkał.
Ellison nie podał mu jednak swojej i Matteo wiedział już, że była to tylko kwestia czasu, kiedy naszyjnik stanie się jego własnością.
– Szkoda jednak trzymać go w zamknięciu – odezwał się Ellison. – Siadaj, synu.
Matteo nie znosił, kiedy ludzie tak się do niego zwracali. To była tylko demonstracja siły i wiedział, że ma nad tamtym przewagę. Naprawdę cię nie lubię, pomyślał i usiadł, gdy Ellison nalewał im obu drinki.
– Jak to się stało, że zainteresował się pan naszyjnikiem? – spytał Ellison.
– Cenię piękno.
Ellison uśmiechnął się przebiegle.
– Ja też.
Oczywiście wiedział, kim jest Matteo. Wszyscy znali rodzinę Di Sione i reputację Mattea w odniesieniu do kobiet. Tak, Matteo cenił sobie piękno.
– Czy nie umawiał się pan z księżniczką…?
– Ja się nie umawiam – przerwał mu Matteo.
Ellison się roześmiał.
– Wspaniale. A więc, jak daleko jest pan gotów się posunąć?
– A ile pan chce? – spytał Matteo.
– Nie ile, tylko jak daleko – poprawił go tamten. – Jak sądzę, lubi pan wyzwania?
– Lubię.
– I jak czytałem, rzeczy niewykonalne nie zniechęcają pana?
– To prawda. – Wręcz go ekscytowały.
– Proszę spojrzeć na to. – Matteo podszedł i stanął przed zdjęciem portretowym Ellisona, jego zmarłej żony Anette i ich dwóch córek. – Zrobiono je podczas gali charytatywnej dwanaście lat temu.
– Pańska żona była piękną kobietą. – I bardzo bogatą, pomyślał Matteo. Zastanawiał się, jak daleko ten człowiek zaszedłby na drodze politycznej kariery bez miliardów żony.
– Anette znała reguły gry – powiedział Ellison. – Mieliśmy wielką awanturę na dzień przed tym, jak zrobiono to zdjęcie. Dowiedziała się wtedy, że sypiam ze swoją asystentką. Ale nikt nie powiedziałby tego, patrząc na to zdjęcie.
– W istocie. – Matteo patrzył na uśmiechniętą Anette stojącą u boku męża. Rewelacje Ellisona nie zaszokowały go, a tylko znużyły. Przyglądał się córkom Ellisona. Obie wyglądały nieskazitelnie. Jedna ubrana była w szarości, druga w beże, i obie nosiły perły. Włosy jednej były schludnie upięte, podczas gdy włosy drugiej… Matteo uśmiechnął się lekko, kiedy przyjrzał się bliżej młodszej córce. Jej ciemne, falujące włosy były w nieładzie, a oczy wyrażały złość. – To jest właśnie Abby – westchnął Ellison.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 7,90 zł 9,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Dziewczyna w czerwonym ferrari
Autor Carol Marinelli
Data premiery 05-01-2018
Ilość stron 160
Oprawa Miękka
ISBN 9788327632197

Napisz recenzję