Najatrakcyjniejszy na Manhattanie - Abby Green
Serce Rose O’Malley waliło jak oszalałe. Miała spocone dłonie i kręciło jej się w głowie. Wyglądało na to, że za chwilę rozsypie się fizycznie i emocjonalnie w toalecie najbardziej ekskluzywnego hotelu na Manhattanie. Otaczający ją przepych tylko pogarszał jej samopoczucie. Nie powinno jej tu nawet być, nie należała do tego świata ‒ jako przedstawicielka drugiego pokolenia irlandzkiej emigracji osiadłej w Queens czuła się jak intruz ukrywający się w kabinie toalety w obawie przed zdemaskowaniem. W lustrze przymocowanym do drzwi zauważyła, że jej wymyślnie upięte rdzawozłote włosy odsłaniały zaskakująco smukłą szyję, o której posiadanie nawet się nie podejrzewała. Bogato zdobiona maska karnawałowa ukrywała większość jej twarzy, oprócz rozpalonych przerażonych oczu i pomalowanych na jaskrawoczerwono ust. Na szczęście siedząc na zamkniętej klapie toalety, nie widziała swojego ciała okrytego jedynie długą, ale bezwstydnie przezroczystą, połyskującą czarną sukienką. Właśnie miała wziąć się w garść i wstać, kiedy usłyszała, jak otwierają się drzwi i do toalety wchodzą jakieś kobiety. Rose opuściła bezradnie ręce. Nie czuła się na siłach stawić czoło innym gościom. Na szczęście znajdowała się w ostatniej kabinie, mogła niezauważona poczekać, aż kobiety sobie pójdą.
‒ O mój Boże! ‒ pisnął wyraźnie zaaferowany damski głos. ‒ Widziałaś go? Jest zabójczo przystojny! Wyobraź sobie, jakie śliczne byłyby nasze dzieci!
‒ Daj spokój, przecież wiesz, że on nigdy nie zdecyduje się na założenie rodziny, za wszelką cenę chce udaremnić rodzicom przekazanie majątku jego potencjalnemu potomstwu. Przecież nawet zmienił nazwisko, nie chce mieć nic wspólnego z Lyndon-Holtami. ‒ Druga kobieta zgasiła entuzjazm koleżanki.
‒ Przecież to jest fortuna! I jedno z najstarszych nazwisk w Ameryce!
Rose poczuła, że ściska jej się żołądek. Wiedziała dokładnie o kim mówią ‒ o Zacu Valentim! Więc jednak pojawił się na przyjęciu… Znów zrobiło jej się słabo.
‒ Wszyscy myśleli, że przeszedł załamanie nerwowe, kiedy porzucił Addison Carmaichael przed ołtarzem, ale on odrodził się jak Feniks z popiołów. ‒ Kobiety odsunęły się chyba, bo Rose musiała przyłożyć ucho do drzwi.
‒ Mówią, że to najbardziej pożądany kawaler w Stanach.
‒ Szkoda, że zawsze nachmurzony, z takim wyrazem twarzy, że strach do niego podejść.
‒ Wiem, niestety tacy zawsze są najbardziej pociągający.
Przez chwilę słychać było jedynie psikanie perfum i stukot kosmetyków odkładanych na blat.
‒ Nie dziwię mu się, przecież nawet gdyby nie był tak zabójczo przystojny, sam jego majątek wystarczyłby, żeby każda kobieta chciała złapać go na ciążę. Dziecko odziedziczy fortunę Lyndon-Holtów, ja z pewnością bym nie pogardziła takim bonusem za sprowadzenie na świat dziedzica.
Ledwie wybrzmiały ostatnie słowa podekscytowanej kobiety, gdy Rose straciła równowagę i uderzyła z całej siły o drzwi kabiny. Spłoszone hałasem kobiety zebrały pospiesznie kosmetyki i wybiegły z łazienki. Rose usiadła na klapie toalety i potarła obolałe ramię. W zasadzie z podsłuchanej rozmowy nie dowiedziała się niczego nowego. Wszyscy znali historię buntu Zaca przeciwko rodzicom, choć nikt nie znał jego prawdziwej przyczyny. Spekulacjom nie było końca, zwłaszcza po tym, jak nie pojawił się na pogrzebie ojca rok temu. Po tym wybryku gazety ogłosiły, powołując się na źródła zbliżone do rodziny, że matka postanowiła wydziedziczyć syna na korzyść jego potencjalnego potomstwa, pod warunkiem, że wnuk lub wnuczka będą nosić nazwisko Lyndon-Holt. Cóż, matka Zaca postanowiła nie zostawiać spraw losowi, dlatego teraz Rose siedziała w toalecie wieżowca na Manhattanie w przezroczystej sukience i z rosnącą paniką zastanawiała się, jak zdoła wypełnić swe zobowiązanie i uwieść zbuntowanego dziedzica. Nie mogła uwierzyć, że zgodziła się na ten układ. Pod wpływem strachu i bezradności zawarła pakt z diabłem. Nadal pamiętała każde słowo ze swojej rozmowy z pracodawczynią, starszą kobietą o zimnych jak lód błękitnych oczach. Pani Lyndon-Holt machnęła jej kontraktem przed oczami i oświadczyła:
‒ Podpisałyśmy umowę, Rose, więc jeśli uda ci się zajść w ciążę z Zacharym, natychmiast opłacę operację twojego ojca. Ale jeśli nie wywiążesz się z umowy lub zdradzisz komukolwiek jej treść, odpowiesz za to w sądzie. A gdyby przyszło ci do głowy urodzić to dziecko, ale nie nadać mu nazwiska Lyndon-Holt, zniszczę cię. Nie łudź się, że zwykła pokojówka mogłaby wygrać ze mną w sądzie. Chyba zdajesz sobie sprawę, z kim masz do czynienia? I nie zapominaj o klauzuli poufności ‒ ostrzegła, przeszywając Rose groźnym spojrzeniem.
‒ Dlaczego wydaje się pani, że on w ogóle zwróci na mnie uwagę? ‒ wykrztusiła Rose, kuląc się.
Starsza kobieta otaksowała ją pogardliwie wzrokiem.
‒ Mężczyzna tak cyniczny i zblazowany jak Zachary na pewno zauważy ślicznotkę o niewinnej twarzyczce. Musisz tylko wystarczająco długo podtrzymać jego zainteresowanie.
Rose spojrzała w lustro. Nie wyglądała ani ślicznie, ani niewinnie. Czuła się zbrukana, jej rozpaloną twarz przecinała linia krzykliwej szminki. W przypływie rozpaczy starła jaskrawą czerwień pomadki z warg kawałkiem papieru. Nie powinnam była podpisywać tej upiornej umowy, nie dam rady, pomyślała z rozpaczą.
Wstała gwałtownie, żeby wyjść z hotelu, odnaleźć panią Lyndon-Holt i oświadczyć jej, że musi sobie poszukać innej przynęty na swego syna. Ale natychmiast stanęła jej przed oczami zbolała, poszarzała od cierpienia twarz ojca. Rose usiadła znowu ciężko. Miał zaledwie pięćdziesiąt dwa lata, był za młody żeby umierać. Niestety przy podstawowym ubezpieczeniu zdrowotnym, na jakie mogli sobie pozwolić, skomplikowana, ratująca życie operacja serca pozostawała poza ich zasięgiem. Czego nie omieszkała wykorzystać pani Lyndon-Holt, która po śmierci męża natychmiast i bez sentymentów zwolniła Seamusa O’Malleya, jego wieloletniego kierowcę, ale zatrzymała jego córkę, sprawną i młodą pokojówkę. W tamtym czasie Rose była jej wdzięczna choć za to. Niestety wkrótce po zwolnieniu z pracy jej ojciec zaczął podupadać na zdrowiu. Diagnoza okazała się bezlitosna ‒ bez operacji w niedługim czasie jego serce przestanie funkcjonować. Rose walczyła z własnym sumieniem, jednak życie ojca, jedynej bliskiej osoby, jaka jej pozostała, było zbyt cenne, by mogła pozwolić sobie na luksus rozterek moralnych. Musiała zrobić wszystko, by ocalić ojca. Postanowiła spróbować znaleźć Zaca Valentiego, ale jeśli jej się nie uda lub jeśli nie zdoła zwrócić na siebie jego uwagi, wyjdzie, obiecała sobie.

Zac Valenti, oparty o filar w rogu ogromnej sali balowej, rozejrzał się wokół. Bogato zdobione wnętrze lśniło blaskiem bezcennych klejnotów zdobiącymi wychudzone ciała kobiet ostentacyjnie obwieszczających światu swój status społeczny. Zastanawiał się, czy gdzieś wśród starannie wyselekcjonowanych gości nie krąży Addison Carmichael, złotowłosa, niebieskooka dziedziczka, którą porzucił spektakularnie przed ołtarzem. Miał wtedy wyrzuty sumienia, ale nie minęło pół roku, a Addison wyszła za mąż za senatora stanu Nowy Jork i wydawała się nie mieć żalu do swego niedoszłego małżonka. Nie kochali się, co oszczędziło jej zapewne bólu. Ich związek stanowił część większej szarady reżyserowanej przez jego rodziców. Dziadków, poprawił się w myślach i przeklął pod nosem. Przez tyle lat uważał ich za swoich rodziców, że kiedy odkrył prawdę, cały jego świat legł w gruzach. Lecz kiedy szok minął, zrozumiał, dlaczego we własnym domu zawsze czuł się jak niechciany gość. Oczywiście najwyższą cenę zapłacili jego prawdziwi rodzice. Postanowił uczcić ich pamięć, przybierając nazwisko ludzi, którzy dali mu życie. Tego dnia zrzucił jarzmo narzucone mu przez Lyndon-Holtów. Był zdeterminowany, by zdobyć szacunek dla nazwiska Valenti, rozsławić je ciężką pracą i sukcesami odnoszonymi bez protekcji znanej rodziny. Był to winien swemu ojcu, włoskiemu imigrantowi, który miał czelność zakochać się w dziedziczce Lyndon-Holtów i zbezcześcić jej niewinność… Udało mu się ‒ zbudował imperium w branży hotelarsko-rozrywkowej, co oczywiście, doprowadziło jego babkę do szału. Powinien się cieszyć, ale odkąd odkrył podłe kłamstwo ukrywane przez jego dziadków, nic nie sprawiało mu radości, jakby nic w jego życiu nie było prawdziwe. Ta myśl rozzłościła go. Przecież był człowiekiem z krwi i kości! Ludzie mogli sobie plotkować, rzucać mu ukradkowe spojrzenia, ale on wiedział, że przypominał im o ich własnej hipokryzji, ich własnym uczestnictwie w farsie, z której postanowił się wypisać.
Potrząsnął głową, by odgonić gorzkie myśli. Kątem oka dostrzegł smukłą kobiecą sylwetkę. Nie wiedział właściwie, dlaczego zatrzymał na niej wzrok ‒ widział już przecież równie zgrabne ciała ubrane w o wiele bardziej przezroczyste sukienki. Może to niezwykły, perłowy odcień bladej skóry, może niecodzienny kolor jasnych włosów z rudą poświatą? Nie wiedział, ale nie mógł od niej oderwać wzroku. Korciło go, by pociągnąć za koniec czarnej wstążki mocującej maskę na jej głowie i zobaczyć twarz. Kobieta odwróciła się bokiem, a wtedy Zac poczuł, jak całe jego ciało tężeje w nagłym podnieceniu. Niewielkie, ale jędrne piersi rysowały się kusząco pod obcisłą sukienką. Ewidentnie nie miała na sobie stanika.
Zac wstrzymał oddech, niczym napędzany hormonami nastolatek, który pierwszy raz w życiu widzi kobiece piersi. Twarz nieznajomej zakrywała maska, widać było jedynie pełne usta i miękko zarysowaną brodę. Cała jej sylwetka, każda jej linia wydawała mu się wyjątkowo delikatna i bardzo kobieca. Dopiero po chwili zauważył, że wyglądała na zdenerwowaną, rozglądała się niespokojnie. W pewnym momencie ruszyła pospiesznie w stronę wyjścia. Nie zaszła daleko, bo na jej drodze stanęła spora grupa mężczyzn. Rozejrzała się niepewnie, wyciągając długą, smukłą szyję, szukając innej drogi do wyjścia. W tłumie zblazowanych, pewnych siebie gości, rozpychających się łokciami i prących do przodu, nie zważając na przeszkody, wyglądała jak przybysz z innej planety. Nagle Zac poczuł, że krew zaczyna szybciej krążyć w jego żyłach.

Rose ogarnęła ulga pomieszana z przerażeniem. W tłumie gości nie udało jej się dostrzec Zaca Valentiego. Teraz marzyła jedynie o tym, by wydostać się z tej dusznej sali pełnej ludzi wystrojonych niczym pawie. Przypomniała sobie własną sukienkę i poczuła się nieswojo ‒ wyglądała jak luksusowa dama do towarzystwa. Zatrudniona przez panią Lyndon-Holt stylistka nie zostawiła speszonej Rose wyboru. Upokorzenie ponownie złapało ją za gardło. Wzięła głęboki oddech i zacisnąwszy dłonie w pięści, zmierzyła stojących na jej drodze mężczyzn zdeterminowanym spojrzeniem.
‒ Mam nadzieję, że nie zamierzasz znokautować mera Nowego Jorku. Jestem pewien, że cię przepuści, jeśli go grzecznie poprosisz ‒ oznajmił głęboki, męski głos wprost do jej ucha.
Odwróciła się przestraszona i stanęła na wprost szerokiego torsu. Zadarła wysoko głowę i zamarła. Prosta czarna maska karnawałowa w najmniejszym stopniu nie ukrywała tożsamości rosłego mężczyzny. Stał przed nią Zac Valenti, w całej okazałości. Przeszywał ją przenikliwym spojrzeniem niebieskich oczu. Żadne zdjęcie w plotkarskiej prasie nie mogło jej przygotować na wrażenie, jakie robił na żywo. Wysoki na prawie dwa metry, o atletycznej sylwetce, z czupryną gęstych, brązowych włosów i ciemną karnacją wyglądał dokładnie tak, jak wyobrażała sobie Jaya Gatsby’ego z Wielkiego Gatsby’ego, swojej ulubionej książki ‒ niezniszczalny arystokrata o urodzie złotego chłopca. Jego zmysłowe usta hipnotyzowały ją. Rose poczuła, jak jej ciało rozgrzewa nieznane, niepokojące pulsowanie.
Zac Valenti przechylił lekko głowę do boku, w jego oczach połyskiwały psotne chochliki.
‒ Chyba potrafisz mówić?
Rose udało się uaktywnić sparaliżowane komórki mózgowe na tyle, żeby pokiwać głową.
‒ Tak ‒ wykrztusiła w końcu.
‒ Co za ulga. ‒ Wyciągnął do niej dłoń i przedstawił się. ‒ Zac Valenti, miło mi.
Jego uśmiech oślepił Rose. Świetnie wiem, kim jesteś, chciała powiedzieć, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język.
‒ Rose.
Miał wielką, ciepłą dłoń, silną i nieco chropowatą. Nie przypominała miękkiej ręki wydelikaconego mieszczucha. Rose poczuła ogień pomiędzy udami.
‒ Po prostu Rose?
Już miała dodać nazwisko, ale panika ścisnęła ją za gardło. Jej ojciec pracował dla rodziny Lyndon-Holt przez wiele lat, Zac mógł rozpoznać jego nazwisko.
‒ Murphy, Rose Murphy. ‒ Pospiesznie podała nazwisko panieńskie matki.
‒ Z takim nazwiskiem i kolorem włosów musisz pochodzić z Irlandii.
‒ Moi rodzice wyemigrowali do Stanów, zanim się urodziłam. ‒ Zabrała pospiesznie dłoń, którą Zac nadal lekko ściskał. Dopiero teraz w pełni zdała sobie sprawę, że nie da rady wykonać zadania, do którego się zobowiązała. Zac Valenti należał do innego świata, był poza jej zasięgiem. Cofnęła się o krok.
‒ Dokąd idziesz?
‒ Muszę… muszę… ‒ jąkała się.
‒ Nie zatańczysz nawet?
Wyciągnął do niej rękę. Rose starała się zdławić panikę.
‒ Nie potrafię tańczyć.
‒ Nie wierzę. Jak to możliwe?
Możliwe, pomyślała gorzko, jeśli zamiast na lekcje tańca i rozrywki musisz wydawać pieniądze na lekarstwa. Nagły przypływ złości na niesprawiedliwość losu dodał jej energii do działania.
‒ Możliwe ‒ odpowiedziała ostro. ‒ Muszę już iść. ‒ Odwróciła się, żeby odejść, ale silna dłoń złapała ją za ramię i zatrzymała.
Rose zrobiło się nieswojo. Zachowała się obcesowo, a przecież Zac nie miał pojęcia o obrzydliwej intrydze, w którą uwikłała ich jego matka. Odwróciła się, zadarła głowę i spojrzała w błękitne oczy. Dostrzegła w nich troskę.
‒ Nie chciałem cię urazić.
‒ Nic się nie stało ‒ mruknęła. ‒ To ja cię przepraszam.
Zac uśmiechnął się rozbrajająco.
‒ Czyżbyśmy właśnie odbyli pierwszą kłótnię?
Rose poczuła, jak przeszywa ją rozkoszny, zdradziecki prąd.
‒ Niezły jesteś ‒ mruknęła sucho, choć w rzeczywistości zaskoczył ją.
Spodziewała się po nim raczej arogancji, a nie czarującego flirtu. Nie przewidziała, że go polubi. Z drugiej strony, pomyślała z niespotykanym u niej cynizmem, gdyby pojawiła się na przyjęciu jako jedna z kelnerek w czarno-białym mundurku, nie zaszczyciłby jej nawet jednym spojrzeniem. Nie była aż tak naiwna, by nie zauważyć znudzenia czającego się pod gładką powierzchownością złotego chłopca. Jego matka miała rację ‒ trudno nie być zblazowanym, gdy wszystkiego ma się aż nadto. Zac, nieświadom targających Rose emocji, uśmiechnął się.
‒ Staram się. ‒ Położył dłonie na jej ramionach i przesunął je powoli, bardzo powoli w dół.
Na skórze Rose natychmiast pojawiła się gęsia skórka, a jej oddech przyspieszył. Kiedy ich dłonie się spotkały, poprowadził ją na parkiet, gdzie kilka par tańczyło do zmysłowej jazzowej melodii. Rose próbowała się wyswobodzić, choć zwrócone w ich stronę spojrzenia peszyły ją.
‒ Ja naprawdę nigdy…
Zaufaj mi ‒ przerwał jej.
Jego gorące spojrzenie odebrało jej mowę. Objął ją jedną ręką w talii, ciepłą dłoń przyłożył do pleców i mocno przytulił do siebie. Już przy pierwszym kontakcie z jego umięśnionym ciałem Rose straciła umiejętność racjonalnego myślenia. Zapomniała na chwilę, dlaczego się tu znalazła i po co, a nawet kim była. Liczyła się tylko zniewalająca bliskość tego niezwykłego mężczyzny. Palcami delikatnie masował jej plecy, sprawiając, że ciało Rose przeszywał rozkoszny prąd. Nie czuła parkietu pod stopami, miała wrażenie, że unosi się w powietrzu. Czuła, że jej sutki stwardniały przyciśnięte do szerokiego torsu Zaca. Nigdy wcześniej nie była aż tak świadoma własnej kobiecości. Zarumieniła się i opuściła głowę. Wsunął dłoń pod jej brodę i uniósł ją do góry, tak że musiała spojrzeć mu w oczy. Pomimo maski, nie mogła nie zauważyć jego zdumienia.
‒ Nie mogę uwierzyć, że istniejesz naprawdę ‒ przyznał.
‒ Panie Valenti, muszę już…
Przycisnął ją mocniej do siebie i mruknął jej do ucha:
‒ Zac, pan Valenti brzmi, jakbym był starcem.
Spojrzała na niego, zdecydowanie nie wyglądał na starca. Był młody, pełen życia i energii.
‒ Zauważyłaś, że na całym balu tylko ty nie masz na sobie żadnej biżuterii?
W panice zdołała wymyślić jedynie idiotyczną wymówkę.
‒ Cały czas bałabym się, że coś zgubię.
Zac pokręcił głową, nie kryjąc zdumienia.
‒ Nie ubezpieczyłaś swojej biżuterii?
Rose przeklęła w myślach. Oczywiście! Bogate kobiety ubezpieczały swe klejnoty! Ale skąd miała to wiedzieć, skoro jedynym cennym przedmiotem, jaki posiadała, był pierścionek zaręczynowy matki o wartości raczej sentymentalnej niż faktycznej. Tonem, który miała nadzieję brzmiał nonszalancko, oświadczyła:
‒ Mniej znaczy więcej, to najnowszy trend.
Zac pogładził dłonią przezroczystą, cieniutką tkaninę jej sukienki.
‒ Zgadzam się z tobą w stu procentach ‒ mruknął, patrząc jej głęboko w oczy.
Uciekaj! ‒ podpowiadał jej zdrowy rozsądek ‒ uciekaj jak najszybciej! Ale czy naprawdę miała wybór? Nie, jeśli chciała ocalić życie ukochanego ojca. Nie miała w zwyczaju kłamać, a jednak brała właśnie czynny udział w podstępnym, podłym planie.


Medialny romans - Dani Collins
Gwyn Ellis na moment przeniosła wzrok z ekranu komputera na Nadine Billaud, dyrektor ds. PR w Donatelli International.
– To ty, si? – zapytała Nadine.
Gwyn nie mogła wydobyć głosu. Jej serce mocno biło w piersi od chwili, gdy rozpoznała się na zdjęciu. Zimny pot zrosił jej czoło. Z trudem mogła oddychać.
To była ona, całkiem naga. Jaskraworóżowe figi ledwie zakrywały jej pośladki widoczne na zdjęciu, a piersi sterczały dumnie. Wyglądała tak, jakby cały dzień uprawiała seks. Jej skóra miała złotawy odcień i lśniła delikatnie, z pewnością dzięki olejkowi.
Nagle Gwyn zrozumiała, że ktoś musiał uwiecznić ją w takiej pozie podczas masażu w spa. Wybrała się tam po wyjątkowo nerwowym okresie, żeby pozbyć się nieznośnego napięcia i sztywności w karku. Po zabiegu leżała przez moment całkiem odprężona i przekonana, że nikt nie zakłóca jej prywatności. Ale na zdjęciu nie było widać stołu do masażu, więc każdy, kto je oglądał, mógł puścić wodze fantazji. Co gorsza, było ich więcej.
– Nie mylę się? – ponagliła ją Nadine.
– Tak – wydusiła Gwyn przez zaciśnięte gardło. – To ja. – Zerknęła na swojego przełożonego, signora Fabrizia, mężczyznę w średnim wieku, który siedział obok niej z wyniosłą miną. – Dlaczego nie możemy załatwić tego na osobności? – zwróciła się jeszcze do Nadine.
– Zdjęcia są dostępne w internecie. Każdy może je obejrzeć. Zresztą to ja je odkryłem i przedstawiłem problem Nadine – odezwał się Fabrizio.
Łzy napłynęły Gwyn do oczu, a zawartość żołądka podeszła jej do gardła.
– Musiałaś wiedzieć, że może dojść do takiej sytuacji, kiedy postanowiłaś wysłać je panu Jensenowi – stwierdziła Nadine, wysoko zadzierając głowę.
– Ale ja nawet nie zrobiłam tych zdjęć – powiedziała na tyle stanowczo, na ile pozwalały jej emocje. – I tym bardziej nie wysłałam ich do klienta. Jak mogłabym zrobić coś takiego? To takie... O mój Boże. – Zerwała się na równe nogi, gdy tylko usłyszała, że ktoś otwiera drzwi znajdujące się za jej plecami.
– Signor Donatelli – powiedziała Nadine, wstając zza biurka. – Dziękuję za przybycie.
Gwyn straciła resztki opanowania. Skoro wezwali na to spotkanie właściciela banku, musiała liczyć się z tym, że straci pracę. Sekundę później Fabrizio potwierdził jej najgorsze przypuszczenia.
– Właśnie zamierzałem ją zwolnić – zapewnił starszy mężczyzna, podbiegając do swojego szefa. – Za kilka minut jej tu nie będzie.
Dla Gwyn czas się zatrzymał. Kiedy została zaproszona na to spotkanie, w swej naiwności sądziła, że czeka ją rozmowa na temat ewentualnego sprzeniewierzenia funduszy jednego z jej klientów. Nawet przez myśl jej nie przeszło, że czeka ją publiczne upokorzenie. Tym bardziej nie mogła uwierzyć, jak niesprawiedliwie potraktował ją los.
Podobnie czuła się tylko raz w życiu: kiedy lekarz przedstawił jej diagnozę na temat stanu zdrowia jej matki. I teraz, tak samo jak wtedy, nie potrafiła odnaleźć się w sytuacji. Musiała jednak stawić jej czoło. Nie miała innego wyboru.
Bardzo wolno odwróciła się w stronę mężczyzny, który właśnie wszedł do pokoju. I nie był to Paolo Donatelli, prezes Donatelli International, ale jego kuzyn Vittorio Donatelli. Ubrany w doskonale skrojony garnitur wyglądał zniewalająco jak zawsze. Nawet nie spojrzał na Gwyn, co nie było przyjemne, i od razu zwrócił się do pozostałej dwójki.
– Nadine. Oscarze – powitał ich zdawkowo, zanim wreszcie zwrócił się do Gwyn: – Panno Ellis. – Zapewne znał jej nazwisko z raportu, który przesłała mu Nadine. Jego gniewne spojrzenie zdradzało, że musiał widzieć kompromitujące zdjęcia.
Pod Gwyn ugięły się kolana. Wcześniej widziała go tylko jeden raz, kiedy energicznym krokiem przemierzał korytarze biurowca w Charleston. Poza tym wielokrotnie widywała jego przystojną twarz w gazetach i na portalach informacyjnych.
W niczym nie przypominał Włocha z jej fantazji, ciepłego, otwartego i szarmanckiego. Co więcej, zdziwił ją ogromnie, kiedy nie okazał jej ani odrobiny zainteresowania. Zwykle mężczyźni nie przechodzili obok niej obojętnie. Przypuszczała, że tak działało na nich jej kobiece ciało. Ona nigdy w żaden sposób ich nie zachęcała. Z natury była nieśmiała, a do tego nie uważała się za szczególnie interesującą ani atrakcyjną kobietę.
– Żądam prawnika – wydusiła.
– A niby po co? – zdziwił się Vittorio, unosząc brwi.
– To bezprawne zwolnienie. Traktujecie mnie jak kryminalistkę, podczas gdy ja nie mam nic wspólnego z tymi zdjęciami. Ktoś zrobił je bez mojej zgody podczas mojego pobytu w spa. I nie wysłałam ich z mojego konta do Kevina Jensena. Poza tym to jego żona poleciła mi tamto spa! Czy to nie dziwne?!
Vito zerknął na laptop, wspominając niezwykle podniecające zdjęcia, które mogły stanowić zawartość korespondencji kochanków. Przyglądał im się przez długie minuty i ostatecznie z trudem oderwał od nich wzrok. Najwyraźniej jednak Nadine uznała, że trzeba mu o nich przypomnieć, ponieważ podetknęła mu pod nos ekran z jedną z kontrowersyjnych fotografii.
– Czy możesz przestać je wszystkim pokazywać, ty wariatko?! – warknęła Gwyn.
– Może spróbujmy zachowywać się profesjonalnie – odcięła się Nadine.
– Ciekawe, jak ty byś się zachowała, gdybyś się znalazła na moim miejscu – wybuchła Gwyn.
Gwyn Ellis w niczym nie przypominała femme fatale, którą spodziewał się spotkać. Nie mógł jej jednak odmówić uroku, a jej kobieca figura dosłownie zapierała dech. Pełne piersi prezentowały się imponująco nawet pod elegancką marynarką, a krągłe biodra aż się prosiły, by oprzeć na nich dłonie. Oczami wyobraźni ujrzał pod sobą jej nagie ciało i krew zawrzała mu w żyłach.
Rzadko dopuszczał do głosu pożądanie i tym bardziej nie zamierzał robić tego teraz, w tym wyjątkowo niestosownym momencie. Odpędził więc kuszące wizje i skupił się na tym, co ważne.
– Ja nigdy nie przespałabym się z żonatym mężczyzną – rzuciła Nadine z wyższością. – Nie znalazłabym się więc na twoim miejscu.
– Kto twierdzi, że przespałam się z Kevinem Jensenem? – zirytowała się Gwyn. – Kto? Chcę poznać nazwisko tej osoby.
Nie kryła oburzenia i w najmniejszym stopniu nie zachowywała się jak kobieta, której romans mógł lada moment wyjść na jaw. Ledwie panowała nad emocjami. Właściwie wyglądała tak, jakby znajdowała się na granicy histerii.
– Jego żona powiedziała, że poszłaś z nim do łóżka. Albo zamierzałaś to zrobić – wtrącił się Oscar Fabrizio. – Przynajmniej takie wyciągnęła wnioski, kiedy znalazła te zdjęcia w jego telefonie. Poza tym umawiałaś się z nim na lunche i kolacje.
Vita zaciekawił ten atak. Kilka tygodni wcześniej podzielił się z Paolem swoimi podejrzeniami dotyczącymi Fabrizia. Uznali wtedy, że także nowa dziewczyna, która niedawno przyjechała z Charleston, mogła maczać palce w jego machlojkach.
– Kevin chciał się spotykać poza biurem – wyjaśniła pospiesznie Gwyn. – Skoro to klient banku, nie miałam innego wyjścia, jak umawiać się z nim we wskazanych przez niego miejscach.
Vito musiał przyjąć takie wyjaśnienie. Wyjątkowość obsługi klientów Donatelli International polegała na elastyczności. Jeśli tak ważny klient jak Jensen wolał spotykać się z pracownikami banku w domowym zaciszu, oni mieli mu to umożliwić.
– Nie zrobiłaś tych zdjęć? – zapytał z naciskiem.
– Nie!
– Więc nie ma ich w tym telefonie? – Skinął głową na aparat, który ściskała w dłoni.
Gwyn zupełnie zapomniała o komórce, którą odruchowo zabrała z biurka po drodze na to spotkanie.
– Nie ma – odparła z przekonaniem.
– Mogę to sprawdzić? – Wyciągnął rękę.
Chociaż jego prośba wydawała się rozsądna, Gwyn nie mogła na nią przystać. W telefonie miała bowiem coś, czego pod żadnym pozorem nie mogła mu pokazać – coś, co znacznie pogorszyłoby tę już i tak krępującą sytuację. Wiedziała, że panika i wyrzuty sumienia znaczyły jej twarz, ale nic nie mogła na to poradzić.
– To moja własność – wydukała, próbując wytrzymać świdrujące spojrzenie tego niezwykle przystojnego mężczyzny. – Korzystam z niego do załatwiania spraw firmowych, oczywiście za zgodą przełożonych, ale należy do mnie.
– Zamierzasz oczyścić się z podejrzeń czy nie?
Nie potrafiła ukryć kłębiących się w niej emocji.
– Wystarczająco zakłócono już moją prywatność. – Na wspomnienie swoich nagich zdjęć krążących aktualnie po całym internecie kolejny raz zapragnęła zapaść się pod ziemię. Całe życie starała się ze wszystkich sił, żeby nie skończyć jak jej matka. Na każdym kroku próbowała być niezależna, samowystarczalna i w stu procentach kontrolować swoją przyszłość.
– To chyba wystarczy nam za odpowiedź – rzucił bezlitośnie Fabrizio.
Gwyn zaczęła czuć nienawiść do tego mężczyzny, chociaż nie należała do osób, które łatwo ulegają negatywnym emocjom. Na co dzień starała się dogadywać ze wszystkimi. Była pogodna i kierowała się przekonaniem, że życie jest zbyt krótkie, by marnować je na kłótnie i konflikty. Zawsze pierwsza wyciągała rękę. Wątpiła jednak, żeby kiedykolwiek zdołała wybaczyć tym ludziom to, jak ją potraktowali.
Nadine spojrzała na swoją komórkę.
– Prasa już się zebrała. Musimy wygłosić oświadczenie.
Oszołomiona Gwyn okrążyła Fabrizia i podeszła do okna.
Gabinet Nadine znajdował się mniej więcej w połowie wysokości wieżowca, więc kłębiący się w dole ludzie, z aparatami fotograficznymi, kamerami i mikrofonami przypominali mrówki. Zgromadziło się ich tam tak wielu jak z okazji narodzin potomka rodziny królewskiej.
Kevin Jensen był ikoną czasów współczesnych, międzynarodowym superbohaterem, który pojawiał się wszędzie tam, gdzie dochodziło do tragedii, i oferował pomoc potrzebującym. Każdy, kto chociaż czasem używał mózgu, zdawał sobie sprawę, że wykorzystywał trudne sytuacje do zdobywania przychylności coraz większej liczby ludzi. Nie dało się jednak zaprzeczyć, że działał w słusznej sprawie, a przekazywane przez niego datki uratowały życie niejednemu potrzebującemu.
Mimo wszystko ostatnio Gwyn kwestionowała to, na co wydawał pokaźne sumy pieniędzy. Czy właśnie w ten sposób zamierzał to zamaskować? Zwracając uwagę publiki na wyimaginowany romans, który mógł ją kosztować pracę?
Obejmując się mocno, przyjrzała się tłumowi w dole. Nie było sposobu, żeby go wyminąć. Jak zatem miała się dostać do mieszkania, które wynajmowała w Mediolanie? A potem do Ameryki? I co miała robić dalej? Czy po takiej historii kiedykolwiek znajdzie pracę?
Napięcie stawało się nieznośne.
Jakby tego było mało, Nadine zaczęła przygotowywać oświadczenie dla prasy.
– Powiedzmy, że nikt z personelu banku nie miał pojęcia o tej prywatnej relacji i że uwikłana w nią pracownia została zwolniona...
– A nasz klient oświadczył, że nie życzył sobie takich zdjęć – wtrącił Fabrizio.
Gwyn obróciła się na pięcie.
– A wasza pracownica oświadczyła, że padła ofiarą podglądacza, handlarza pornografią i zawistnej żony.
Nadine spojrzała na nią surowo.
– Radzę ci unikać kontaktów z dziennikarzami.
– Na pewno nie będę unikać kontaktów z adwokatem. – To była pusta groźba, skoro skromne oszczędności nie pozwoliłyby jej na opłacenie prawnika. I chociaż z radością przyjęłaby pomoc przyrodniego brata, wiedziała, że nie ma na co liczyć. On musiał dbać o swój wizerunek.
Tymczasem Vittorio Donatelli patrzył na nią z taką wrogością, że miała ochotę schować się w mysiej dziurze.
– Jak długo pracujesz dla firmy? – zapytała Nadine.
– Dwa lata w Charleston, cztery miesiące tutaj – odparła Gwyn, próbując policzyć w myślach, czy limit na karcie kredytowej wystarczy jej na bilet lotniczy do Stanów Zjednoczonych i urządzenie się w Charleston.
– Dwa lata – prychnęła Nadine. – Jak zdobyłaś awans w tak krótkim czasie? – Wymownie zmierzyła Gwyn wzrokiem, sugerując, że młoda kobieta musiała się przespać z właściwymi ludźmi. Najwyraźniej studia zaoczne, nauka języków i liczne nadgodziny nie miały dla niej większego znaczenia.
Fabrizio nie stanął w jej obronie, mimo że to on podpisał dokumenty umożliwiające jej transfer po pierwszych trzech miesiącach pracy.
Twarz Vittoria przypominała maskę. Czy także on podzielał opinię Nadine? Bez względu na to, co myślał, musiał podjąć jakąś decyzję, ponieważ wyciągnął telefon z kieszeni spodni i wybrał czyjś numer.
– Bruno? Tu Vito. Potrzebuję cię w gabinecie Nadine Billaud. Zabierz ze sobą kilku swoich ludzi.
– Nie potrzebuję eskorty – zapewniła go Gwyn, a łzy popłynęły jej po twarzy. – Zamierzam ulotnić się stąd szybko i bez zbędnego zamieszania. Nie mogę się doczekać, aż opuszczę to miejsce.
– Zostaniesz tutaj, dopóki nie pozwolę ci wyjść – poinformował ją głosem nieznoszącym sprzeciwu, po czym zwrócił się do Nadine: – Poinformuj prasę, że zdjęcia należą do jednej z naszych pracownic. Resztę pytań pozostaw bez komentarza. Każ dziennikarzom się rozejść. Poproś o pomoc ochroniarzy. Podobne oświadczenie wystosuj do personelu. Dodaj ostrzeżenie, że jeśli ktokolwiek zamieni choćby słowo z prasą, zostanie zwolniony. Oscarze, potrzebuję kompletnego raportu na temat tego, w jaki sposób trafiły do ciebie te zdjęcia.
– Signor Jensen skontaktował się ze mną dzisiaj rano...
– Nie tutaj – przerwał mu Vittorio, podchodząc do drzwi. – Chodźmy do twojego gabinetu. A ty zaczekaj tutaj – rzucił do Gwyn przez ramię.
Wkrótce Gwyn została całkiem sama. Przenikliwy ból wił się w jej wnętrznościach niczym wąż, naruszając najważniejsze organy i zaciskając się wokół gardła. Ukryła twarz w dłoniach. Nie mogła znieść myśli, że odtąd cały świat będzie podejrzewał ją o romans z żonatym mężczyzną.
Była dobrym człowiekiem. Nie kłamała, nie kradła i nie sypiała z mężami innych kobiet. Wiodła skromne życie, które w całości poświęcała pracy. Nieustannie się dokształcała i szukała nowych wyzwań w nadziei, że pewnego dnia wespnie się na najwyższe szczeble korporacyjnej drabiny.
Przycisnęła dłonie do pulsujących skroni, dusząc szloch, który lada moment mógł wyrwać się z jej piersi. Nie mogła się załamać, nie w tym miejscu. Musiała się stąd wydostać, chociaż wiedziała, że nie będzie łatwo. Zamierzała zmierzyć się z tym koszmarem na własnych warunkach.
Zagryzając zęby, wstała i podeszła do drzwi, ale gdy tylko trochę je uchyliła, ujrzała barczystego mężczyznę w garniturze, który chwycił mocno za klamkę. Spojrzał na nią obojętnie.
– Attendere qui, per favore – odezwał się uprzejmie, lecz stanowczo. Najwyraźniej nie zamierzał jej wypuścić z gabinetu Nadine.
Zszokowana Gwyn wycofała się w głąb pomieszczenia. Opadła na krzesło, zwiesiła głowę i pociągnęła nosem. I kiedy już myślała, że się załamie, usłyszała dźwięk otwieranych drzwi.

Gwyn Ellis wyglądała tak, jakby jej duszą targały najpotworniejsze demony, a mimo to wyprostowała się, zamrugała energicznie, żeby powstrzymać łzy, po czym spojrzała na niego odważnie.
– Chcę stąd wyjść – oznajmiła dobitnie.
Jej zachrypnięty głos podziałał na niego pobudzająco. Takie lisice wiedziały, jak wykorzystać seksapil w konfrontacji z mężczyzną, dlatego też spodziewał się, że Gwyn będzie próbowała go omotać. Nie był jednak przygotowany na waleczną postawę. Tak czy inaczej, musiał się mieć na baczności. W końcu istniało prawdopodobieństwo, że ta kobieta podjęła próbę oszukania banku i całkowicie legalnej organizacji non-profit, aby wyprowadzić grube miliony euro.
– Najpierw porozmawiamy – odparł, chociaż nadal nie miał pojęcia, dlaczego postanowił przeprowadzić to przesłuchanie osobiście. Zwykle zlecał podobne zadania swoim podwładnym.
– Nie mam wiele do powiedzenia. To koniec – syknęła.
Jej wrogość go zastanowiła. Oscar Fabrizio wygłosił całe mnóstwo okrągłych zdań mających załagodzić sytuację, zanim do rozmowy włączył się Paolo przez zestaw głośnomówiący. Wtedy dotarło do niego, że jest na celowniku. Poprosił o prawnika, a jego czoło zrosił pot, kiedy Vito polecił sprawdzić jego firmowy komputer i telefon. Tajne dochodzenie w tej sprawie toczyło się już od pewnego czasu. Vito podejrzewał, że także Gwyn maczała w niej palce.
– Twierdzisz, że nie miałaś pojęcia o tych zdjęciach – zaczął wolno.
– Bo nie miałam. – Spojrzała mu prosto w oczy, a on dostrzegł jej wzburzenie. Była bardzo roztrzęsiona faktem, że jej roznegliżowane zdjęcia zostały upublicznione. To nie podlegało dyskusji. – Ktoś je zrobił po moim masażu. Sądziłam, że jestem zupełnie sama.
Obrazy, o których wspomniał, na dobre wyryły się w jego pamięci. Nic dziwnego, skoro ta kobieta miała ciało Wenus. Dopuszczał taką możliwość, że fotografie powstały i zostały wykorzystane bez jej wiedzy. Skoro Jensen mógł kraść pieniądze z kont przeznaczonych na działalność dobroczynną, co miałoby go powstrzymać przed wykorzystaniem młodej kobiety do wywołania afery mogącej zatuszować jego machlojki?
– Wyobrażasz mnie sobie nago? – rzuciła wyzywająco, wysoko unosząc głowę.
– Zastanawiam się, czy miałaś romans z Jensenem – wyjaśnił.
– Nie miałam! – Głos się jej załamał, zanim podjęła: – I nawet nie próbowałam go zaczynać. Ledwie znam tego mężczyznę. – Skrzyżowała ręce na piersi. – Poza tym podejrzewam, że sprzeniewierzał środki ze swojej fundacji.
– I masz rację. – Ze spokojem przyjrzał się jej oczom w kolorze czekolady, z których wyzierało zdumienie. Była naprawdę piękna, a on bardzo jej pragnął.
– Wiesz to na pewno? – zapytała z niedowierzaniem w głosie.
Vito zignorował pragnienie, by wziąć ją w ramiona.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 7,90 zł 9,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Najatrakcyjniejszy na Manhattanie, Medialny romans
Autor Abby Green, Dani Collins
Data premiery 05-01-2018
Ilość stron 320
Oprawa Miękka
ISBN 9788327632296

Napisz recenzję