Narzeczona na weekend - Kate Hewitt
Luca Moretti potrzebował żony. Nie prawdziwej, rzecz jasna. Nie czuł potrzeby zmiany stanu cywilnego. Potrzebował żony na weekend. Wiarygodnej, posłusznej i dyskretnej.
– Panie Moretti? – Jego asystentka Hannah Stewart zapukała, zanim otworzyła drzwi i wkroczyła do znajdującego się na najwyższym piętrze gabinetu z wysokimi oknami wychodzącymi na mokrą od deszczu Lombard Street w londyńskim City. – Przyniosłam dokumenty do podpisania.
Luca, wyrwany z zamyślenia, przyjrzał się kobiecie niosącej plik papierów. Miała schludnie opadające na ramiona włosy koloru blond i łagodny wyraz twarzy. Ubrana była w czarną ołówkową spódnicę, prostą bluzkę z białego jedwabiu i pantofle na niskim obcasie. Nigdy wcześniej nie zawracał sobie głowy jej wyglądem. Kojarzył jednak, że potrafiła szybko pisać na komputerze i była dyskretna, gdy zdarzyło jej się odbierać prywatne telefony do niego.
Teraz skupił się jednak na jasnych włosach i nakrapianej nielicznymi piegami twarzy, która choć ładna, niczym szczególnym się nie wyróżniała. Co się zaś tyczyło figury… Spuścił oczy, taksując asystentkę od stóp do głów. Cóż, nie były to może nazbyt bujne kształty, ale szczupła talia panny Stewart i długie, zgrabne nogi zdały egzamin.
A może by tak…
Asystentka położyła przed nim dokumenty i cofnęła się, ale nie na tyle szybko, by nie zdążył wyczuć kwiatowej nuty perfum. Sięgnął po pióro.
– Czy będę jeszcze potrzebna? – zapytała, widząc, jak kreśli podpis na ostatnim z arkuszy.
– Na razie nie. – Zabrała papiery. Spódnica cicho szeleściła, oblepiając jej uda, gdy zmierzała w stronę drzwi. – Zaczekaj chwilę.
Posłuszna, jak zawsze, odwróciła się. Jasne brwi uniosły się w oczekiwaniu.
Była dobrą asystentką. Jednak pod wizerunkiem osoby, która spełniłaby każde życzenie swojego szefa, dawało się wyczuć spore pokłady ambicji i silną wolę. Obie te cechy mogą mu się przydać w weekend, o ile panna Stewart zechce wziąć udział w jego małej mistyfikacji. A tego był prawie pewien.
– Tak, panie Moretti?
Luca nerwowo bębnił palcami po blacie biurka. Nie lubił kłamać. Jednak ten weekend był dla niego wszystkim, a Hannah Stewart miała zostać trybikiem w maszynerii jego życia. Bardzo istotnym trybikiem.
– Mam ważne spotkanie w ten weekend.
– Pamiętam – potwierdziła. – Pański bilet jest w paszporcie. Kierowca zabierze pana z apartamentu jutro o dziewiątej. Ma pan zarezerwowany lot z Heathrow na Santa Nicola punktualnie o dwunastej.
– Właśnie. – Nie znał szczegółów, ale zgodnie z oczekiwaniami Hannah mu je przypomniała. – Wygląda na to, że jednak będę potrzebował pomocy.
Na twarzy asystentki nadal malował się niezmącony spokój.
– Pomocy w sprawach organizacyjnych?
Zawahał się. Nie miał czasu wyjaśniać jej teraz swoich intencji. Nie wiadomo zresztą, czy by nie odmówiła.
– Tak, właśnie takiej.
Przez moment wydawało mu się, że dostrzegł zakłopotanie, które Hannah zdążyła szybko ukryć za maską profesjonalistki.
– O jaką pomoc chodzi?
Potrzebuję żony. Tylko na jakiś czas.
– Chcę, żebyś pojechała ze mną na Santa Nicola w ten weekend.
Wiedział, że w kontrakcie Hannah miała zapisane nadgodziny i dodatkowe zadania. W przeszłości często zostawała w pracy wieczorami.
Uśmiechnął się uprzejmie.
– Mam nadzieję, że to nie problem?
Później wytłumaczy jej, na czym polega nowe, dodatkowe zadanie.
Hannah zawahała się przez krótką chwilę, a potem pokręciła głową.
– Żaden, panie Moretti.

Hannah czuła zamęt w głowie. Pracowała w Moretti Enterprises trzy lata i szef nigdy nie zabierał jej w podróże służbowe. Czasami tylko musiała pracować po godzinach.
Teraz miała z nim spędzić cały weekend na wyspie, gdzieś na Morzu Śródziemnym. To było chyba najbardziej ekscytujące ze wszystkiego.
– Czy mam zarezerwować dodatkowy bilet? – spytała, usiłując nadać głosowi kompetentny ton.
– Tak.
– Mam nadzieję, że zostały jeszcze miejsca w klasie ekonomicznej.
– Dlaczego miałabyś lecieć ekonomiczną? – Zdziwienie w jego głosie graniczyło z irytacją.
– To duży wydatek, nie powinnam…
– Zapomnij o wydatkach. – Machnął ręką. – Musisz siedzieć koło mnie, będę pracował w czasie lotu.
– Dobrze – powiedziała posłusznie i przyciskając dokumenty do piersi, zastanawiała się, jak przygotować się do takiego wyjazdu. Musi zadzwonić do matki i uprzedzić ją, że wyjeżdża.
Obserwowała go ukradkiem, czekając na dalsze dyspozycje. Siedział lekko rozparty w fotelu, ciemne jak noc włosy były lekko zmierzwione. Proste brwi ściągnięte ku sobie. Palce prawej dłoni nadal nerwowo uderzały o blat hebanowego biurka.
Był przystojnym mężczyzną. Fascynującym, charyzmatycznym, pełnym energii. Miała okazję przyglądać mu się od trzech lat i w tym czasie opanowała do perfekcji rolę asystentki przystojnego szefa. Była tak efektywna, jak to tylko możliwe, i tak niewidzialna, jak to było konieczne. Lubiła swoją pracę. Na swój sposób lubiła także swojego szefa. Zawsze podziwiała jego determinację i dążenie do sukcesu.
– Dobrze, panie Moretti – powiedziała teraz. – Zajmę się wszystkim.
Dał jej znak, że może wyjść.
Z uczuciem ogromnej ulgi zamknęła drzwi od gabinetu i usiadła przy swoim biurku. Ona i Luca byli jedynymi osobami pracującymi na ostatnim piętrze biurowca i Hannah doceniła panującą wokół ciszę, która pozwoliła jej zebrać myśli.
Najpierw zadzwoniła do linii lotniczych i zabukowała dodatkowy bilet w pierwszej klasie. Wciąż miała wyrzuty sumienia, że tyle to kosztuje, choć wiedziała, że Lucę Morettiego stać było nawet na wynajęcie prywatnego odrzutowca. W końcu był prezesem imperium inwestującego w nieruchomości.
Potem napisała krótki mejl do matki. Zadzwoniłaby, ale Luca Moretti nie tolerował prywatnych rozmów w godzinach pracy. Zdążyła nacisnąć „Wyślij”, gdy w drzwiach pojawił się szef. Odsunął mankiet marynarki i spojrzał na zegarek.
– Będziesz potrzebowała odpowiednich ubrań na ten weekend.
Hannah skinęła posłusznie głową.
– Oczywiście, panie Moretti.
– Nie takich jak te – dodał z dezaprobatą i Hannah natychmiast spuściła oczy, oceniając naprędce stan białej bluzki i typowo biurowej spódnicy.
– Nie wiem, czy dobrze rozumiem…
– Będzie tam kilka spotkań. Raczej towarzyskich niż biznesowych. Potrzebujesz sukni wieczorowych i tym podobnych rzeczy.
Sukni wieczorowych? Nawet nie miała czegoś takiego w swojej szafie.
– Jako pana asystentka… – zaczęła, ale Luca Moretti znowu machnął ręką.
– Jako moja asystentka musisz być odpowiednio ubrana. Nie wybieramy się na posiedzenie zarządu.
– Jakiego rodzaju spotkania to będą? – zapytała w popłochu.
– Pomyśl o tym jak o eleganckim przyjęciu, podczas którego, miejmy nadzieję, zdołamy ubić dobry interes.
To było jeszcze bardziej intrygujące.
– Obawiam się, że nie mam sukni wieczorowej. – Hanna podjęła kolejną próbę wytłumaczenia się, ale Luca tylko wzruszył ramionami.
– To się da szybko naprawić. – Wyjął smartfon z kieszeni i wybrał numer. Po chwili rozpoczął rozmowę. Mówił bardzo szybko i po włosku. Od czasu do czasu udało jej się wyłapać znajome słowo, ale nie wiedziała, ani o czym, ani z kim Luca rozmawia.
Po paru chwilach rozłączył się.
– Załatwione. Dziś po pracy odwiedzimy butik Diavola.
– Diavola?
– Nie słyszałaś o nim?
Oczywiście, że słyszała. Był to szalenie drogi sklep w ekskluzywnej dzielnicy Mayfair. Raz czy dwa razy mijała go, zerkając z zaciekawieniem na eleganckie witryny.
– Obawiam się, że to nie na moją kieszeń – powiedziała.
– Wliczymy to w koszty – odparł. ‒ Nie mogę oczekiwać, że kupisz ubrania, które założysz prawdopodobnie tylko raz, i to do pracy.
– Dziękuję – odpowiedziała, czując się coraz bardziej nieswojo. Miała wrażenie, że Luca Moretii egzaminuje ją, a ona nie jest w stanie sprostać jego oczekiwaniom.
– Wychodzimy za godzinę – powiedział na zakończenie i zniknął w swoim gabinecie, pozostawiając ją z jej myślami. Kolejną godzinę spędziła, dokańczając w pośpiechu wszystko, co miała na dziś do zrobienia. Dodatkowo musiała się upewnić, że na każdym etapie wyjazdu znajdzie się miejsce dla dodatkowej osoby.
Wiedziała, że Luca miał zatrzymać się u swojego klienta, właściciela ośrodków wypoczynkowych, Andrew Tysona.
Właśnie pisała wiadomość do asystentki Andrew Tysona, gdy Luca wyszedł ze swojego gabinetu. Nakładając marynarkę, obrzucił ją pytającym spojrzeniem.
– Nie wychodzimy?
– Przepraszam, właśnie piszę do asystentki pana Tysona.
– W jakim celu? ‒ Zmarszczył czoło.
– Muszę zapytać, czy będą mieli dla mnie dodatkowy pokój.
– To nie będzie konieczne – powiedział szybko, po czym pochylił się nad biurkiem i zamknął pokrywę laptopa.
– Jeśli do niej nie napiszę…
– To bez znaczenia, wszystko jest załatwione.
– Naprawdę?
– Tak, a na przyszłość, zostaw takie sprawy mnie.
Omal nie otworzyła ust ze zdziwienia.
– Ale przecież to ja powinnam…
– To delikatna sprawa. Wyjaśnię ci wszystko później. Chodźmy już. Mam jeszcze inne plany na wieczór, poza zakupami.
Lekceważący ton sprawił, że zapiekły ją policzki. Szef bywał co prawda niecierpliwy, ale zawsze zachowywał się uprzejmie. Czy to jej wina, że nie miała sukienek na przyjęcia? Bez słowa podniosła się z fotela i otworzyła torbę, by zapakować do niej laptop.
– Zostaw to, idziemy.
– Mam zostawić laptop? – Jej zdumienie nie miało granic. – Ale jak będę pracować w samolocie?
– Laptop nie będzie ci potrzebny.
Zaniepokoiła się. Było coś dziwacznego w tym wyjeździe.
– Panie Moretti, niezupełnie rozumiem…
– Co tu jest do rozumienia? Masz mi towarzyszyć podczas wyjazdu. Proszę tylko o nieco wyczucia i dyskrecji, ponieważ sytuacja jest delikatna. Czy to przekracza twoje możliwości?
Jej twarz zapłonęła żywą czerwienią.
– Nie, skąd! – zapewniła.
Skierował się do drzwi, które otworzył szeroko.
– A zatem chodźmy!
Bez słowa zdjęła z wieszaka płaszcz i wyszła. Za sobą słyszała jego kroki. W windzie Hannah ukradkiem obserwowała twarz szefa. Kanciastą, mocną szczękę ocienioną zarostem, prosty nos, wysoko umieszczone kości policzkowe i długie jak na mężczyznę rzęsy.
Zdawała sobie sprawę z tego, że Luca Moretti był obiektem marzeń wielu kobiet. Przyciągała je jego charyzma i pewna niedostępność, która sprawiała, że chciały o niego walczyć. Być może nawet wyobrażały sobie, że uda im się go okiełznać, ale Hannah, znając go trochę lepiej, wiedziała, że to niemożliwe.
Nieraz musiała zawracać spod jego drzwi zapłakane wielbicielki, tłumacząc, że szefa nie ma i nie będzie. Luca nigdy nie dziękował jej za tego rodzaju przysługi. Kobiety, które praktycznie rzucały mu się do stóp, zwykł traktować jak powietrze. Przynajmniej w pracy. Nie miała żadnej wiedzy o tym, w jaki sposób traktował je w sypialni. Przypuszczała, że był dobrym kochankiem, inaczej nie miałby takiego wzięcia.
Zaczerwieniła się na samą myśl o tym, choć wciąż była zła z powodu jego dzisiejszej opryskliwości.
Na szczęście drzwi się otworzyły i Hannah z ulgą opuściła klaustrofobiczną przestrzeń. Recepcjonistka pożegnała ich z uśmiechem i wreszcie znaleźli się na zewnątrz. Chodniki wciąż były mokre. Wilgotne powietrze momentalnie schłodziło jej zarumienioną twarz. Ledwie zamknęły się za nimi szklane drzwi, przy krawężniku stanęła limuzyna. Wyskoczył z niej kierowca.
– Proszę – zaprosił ją Luca i Hannah wślizgnęła się do środka. Jej nozdrza wypełnił zapach skórzanych obić i nie mogła się powstrzymać, by nie pogłaskać dłonią luksusowej, matowej powierzchni kanapy.
– Jeszcze nigdy nie jechałam tak eleganckim samochodem – powiedziała, co wyraźnie zdumiało Lucę.
– Naprawdę?
Była przecież tylko asystentką. Przyzwyczaiła się do obserwowania luksusu z pewnego dystansu. Rozmawiała z kierowcami limuzyn, zamawiała najdroższego szampana, słyszała potem, jak strzelają korki w sali konferencyjnej. Bukowała bilety w pierwszej klasie, pokoje w luksusowych hotelach i przekazywała instrukcje dotyczące pobytu pana Morettiego. Żadnych lilii w kompozycjach kwiatowych i koniecznie najwyższej jakości pościel.
Miała zatem pojęcie o luksusie, jakim otaczał się jej szef. Po prostu nigdy nie miała okazji znaleźć się w jego świecie.
– Nigdy też nie leciałam pierwszą klasą – dodała cierpko. – Ani nie piłam prawdziwego szampana.
– W takim razie będziesz miała okazję tego wszystkiego spróbować – stwierdził sucho i odwrócił się w stronę szyby. Na jego twarzy odbijały się refleksy świateł samochodowych. – Wybacz – powiedział po chwili i zwrócił się do niej. – Wiem, że zachowuję się trochę… obcesowo.
Spojrzała na niego zaskoczona.
– Odrobinę – przyznała.
Uśmiechnął się przepraszająco.
– Ten weekend jest dla mnie niezmiernie ważny.
Powtórzył to, co już wiedziała. Zdążyła się zorientować, że Luca miał zamiar przejąć kolejną sieć hoteli, ale na pewno nie była to żadna wielka transakcja. Dlaczego więc tak mu na niej zależało?
Limuzyna zatrzymała się przed salonem Diavola. Wewnątrz było jasno, mimo że o tej porze większość sklepów kończyła już pracę. Hannah poczuła niepokój. Jak właściwie miała się zachować? Wybrać suknię czy pozwolić, by Moretti dokonał wyboru? Nie miała ochoty paradować przed nim w kolejnych strojach, aż w końcu któryś zaakceptuje.
Może wszystko pójdzie szybko? Taką miała nadzieję, obserwując jego podenerwowanie. Wyglądał, jakby chciał to mieć już za sobą. Pocieszona tą myślą wysiadła z samochodu.
Luca pospieszył za nią i ujął ją pod ramię. Zdziwiło ją to jeszcze bardziej, bo szef nigdy jej nie dotykał, jeśli nie liczyć sporadycznego uścisku dłoni na powitanie. Pomimo wielu kobiet, jakie się wokół niego kręciły, miała wrażenie, że jest samotnikiem. Lubiła ludzi skoncentrowanych na pracy, więc zupełnie jej to nie przeszkadzało.
Wprowadził ją do butiku i przystanęli, czekając na ekspedientkę, która szła w ich kierunku z uprzejmym uśmiechem. Dłoń Luki przesunęła się na plecy i spoczęła tuż powyżej jej pośladków. Gdyby Hannah potrafiła jasno myśleć w tej chwili, mogłaby precyzyjnie określić pozycję każdego z palców, których ciepło czuła nawet przez materiał bluzki.
– Chciałbym kupić kompletną garderobę na weekend dla mojej towarzyszki – powiedział do kobiety, która trzepotała zbyt mocno wytuszowanymi rzęsami. – Suknie wieczorowe, coś na dzień, kostium kąpielowy, bieliznę nocną i dzienną… Mam nadzieję, że nie zajmie to dłużej niż godzinę.
– Oczywiście, panie Moretti, zaraz się tym zajmiemy.
Bieliznę? Hannah poczuła się w obowiązku zaprotestować.
– Panie Moretti, ja naprawdę nie potrzebuję aż tylu rzeczy – powiedziała przyciszonym tonem.
Jego dłoń zsunęła się niżej, obejmując jej biodro.
– Możesz mi mówić po imieniu – powiedział. – Pracujesz już u mnie… trzy lata? Najwyższa pora przejść na ty. Co o tym sądzisz?
Poczuła na szyi ciepły oddech i zwróciła ku niemu twarz. Jego policzek znajdował się tak blisko, że mogła go musnąć ustami.
– Dobrze – odparła, nie mogąc zdobyć się na użycie jego imienia.
Ekspedientka, która ich powitała, podeszła do wieszaków i zaczęła wybierać ubrania. Druga poprosiła, by usiedli na kremowej sofie. Trzecia przyniosła szampana w smukłych kieliszkach i maleńkie krakersy z kawiorem.
Luca rozsiadł się wygodnie, najwyraźniej przyzwyczajony do tego rodzaju obsługi.
– Panią poproszę ze mną – powiedziała ekspedientka i Hannah na chwiejnych nogach ruszyła za nią do przebieralni, która była większa niż piętro niedużego domku, w którym mieszkała.
– Może zaczniemy od tego? – zasugerowała, pokazując na wieszaku suknię wieczorową z błękitnego szyfonu. Hannah nie mogła oderwać oczu od tkaniny połyskującej w świetle żyrandoli. Pierwszy raz w życiu widziała z bliska równie piękną i na pewno nieziemsko drogą suknię.
– Dobrze – powiedziała i powoli, jak w transie, zaczęła odpinać guziki bluzki.

Popijając szampana, Luca czekał, aż Hannah wróci z przebieralni. Próbował się zrelaksować. Jutrzejszy wyjazd wyjątkowo go stresował, a inteligentna asystentka już to zdążyła zauważyć. Nie mógł jednak zaspokoić jej ciekawości, dopóki nie wylądują na wyspie. Gdyby odmówiła teraz, znalazłby się w sytuacji bez wyjścia. Nie mógł ryzykować.
Zamyślony spoglądał za okno, na zalane deszczem ulice Mayfair. Za niecałe dwadzieścia cztery godziny będzie na wyspie i spotka się z Andrew Tysonem. Był ciekaw, czy mężczyzna go rozpozna. Minęło tyle czasu. Czy w jego zimnych oczach pojawi się błysk świadomości? Gdyby tak się stało, plan Luki ległby w gruzach.
– I jak tam? – zawołał w stronę przymierzalni. Hannah była tam już od ponad dziesięciu minut. – Przymierzyłaś coś?
– Tak, ale ta jest trochę…
Jego spojrzenie powędrowało w stronę ciężkiej pluszowej kotary, która zasłaniała mu widok.
– Pokaż się.
– Nie, nie, przymierzę inną.
– Hannah – powiedział stanowczym tonem, usiłując poskromić niecierpliwość. – Chcę zobaczyć suknię.
Dziwna kobieta, pomyślał. Tak czy siak, musiał się upewnić, że pasuje do roli, którą dla niej wymyślił.
– Już się przebieram – zawołała.
W porywie emocji wstał z sofy, w paru krokach pokonał odległość dzielącą go od przebieralni i zamaszystym ruchem odsłonił kotarę.
Ciszę przerwało głośne westchnienie. Nie był pewny, czy to Hannah, zszokowana jego wtargnięciem, czy on sam, zdumiony nagłym przypływem pożądania na widok półnagiej asystentki.
Stała do niego tyłem. Nagie plecy przesłaniały jedynie włosy zebrane w koński ogon. Suknię zsuniętą do połowy bioder przytrzymywała z przodu. Jej twarz, którą widział z profilu wyrażała przestrach.
– Panie Moretti – wydusiła z siebie i czerwony rumieniec zalał jej szyję.
– Luca – przypomniał jej i posłał ostrzegawcze spojrzenie ekspedientce, która chciała interweniować.


Spójrz na mnie - Annie West
Raffael Petri wsunął kartę kredytową do kieszeni, wstał od stolika i krótkim skinieniem głowy podziękował kelnerowi. Został obsłużony wyjątkowo sprawnie i bez zbędnego nadskakiwania, więc podziękowanie oraz napiwek słusznie się należały.
Raffael wciąż jeszcze pamiętał, jak czuje się człowiek całkowicie zdany na dobrą wolę cudzoziemców.
Przystanął, mrużąc oczy w słońcu. Lśniące morskie fale kołysały białymi jak śnieg jachtami, powietrze rześko pachniało solą i Raffael odetchnął głęboko, wreszcie wolny od ciężkiego aromatu perfum, który roztaczały wokół siebie siedzące przy sąsiednim stoliku kobiety.
Ruszył wzdłuż nabrzeża, mijając olbrzymie jachty i najnowocześniejsze ślizgacze i motorówki. Marina Marmaris zawsze kojarzyła mu się z ostentacyjną wystawą dowodów ludzkiego bogactwa. Była idealnym miejscem do zainwestowania sporych pieniędzy, oczywiście zakładając, że wstępne rozeznanie, wykonane przez zatrudnionych przez Raffaela ekspertów, było trafne. Wszystko wskazywało na to, że wyprawa do Turcji przyniesie korzyści.
Głośny wybuch śmiechu sprawił, że stanął jak wryty. Doskonale znał ten niski, nieco zachrypnięty głos. Mimo woli zacisnął dłonie w pięści i utkwił wzrok w ogromnym, wielopoziomowym liniowcu. Słońce oświetliło kasztanowe włosy mężczyzny, który wychylał się z najwyższego pokładu, unosząc w górę kieliszek do szampana.
‒ Chodźcie! – zawołał w kierunku dwóch kobiet na promenadzie u stóp statku. – Mam tu dobrze schłodzone bąbelki!
Ten zachrypnięty głos i swobodny ton nadal wracały do Raffaela w nocnych koszmarach, chociaż na żywo słyszał go dwadzieścia dwa lata temu, jako dwunastoletni chłopak.
Już dawno porzucił nadzieję, że kiedykolwiek odnajdzie tego mężczyznę. Nie znał jego nazwiska, zresztą oślizgły pomiot szatana zniknął z Genui szybciej niż uciekający z wraku szczur. Nikt nie chciał słuchać chudego dwunastolatka, który z uporem powtarzał, że za śmierć Gabrieli winę ponosi cudzoziemiec o włosach barwy dojrzałych kasztanów.
Fala gwałtownych emocji całkowicie go zaskoczyła.
Całe życie doskonalił sztukę obojętności, odcięcia się od wszelkich uczuć, lecz teraz… Z trudem opanował płomienny gniew, podniósł głowę i skupił się na zapamiętaniu szczegółów. Rysy twarzy tamtego rozlały się, naruszone upływem lat i słabością do alkoholu. Raffael zanotował nazwę liniowca oraz fakt, że stewardzi w białych szortach i koszulkach płynnie mówili po angielsku. Jeden z nich wyszedł na pomost, aby pomóc dwóm kobietom wejść na pokład.
Raczej dziewczynom niż kobietom, pomyślał Raffael. Obie były jasnowłose i z pewnością nie przekroczyły dwudziestki, chociaż jedna nosiła mocno postarzający makijaż.
Raffael był prawdziwym specem w dziedzinie makijażu oraz kobiecej urody.
Cóż, gust Anglika najwyraźniej wcale się nie zmienił – nadal lubił młode blondynki.
Raffael z wysiłkiem przełknął ślinę. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że jest to ten sam mężczyzna i dałby naprawdę wiele, by wymierzyć winnemu sprawiedliwość pięściami, ale nie był już impulsywnym, zrozpaczonym dzieciakiem.
Teraz był w stanie zrobić coś więcej niż tylko zbić tamtego na krwawą miazgę.
‒ Ciao, bella. – Ruszył do przodu, układając wargi w półuśmiech, świetnie znany dziennikarzom na całym świecie i uwielbiany przez kobiety.
I nawet na sekundę nie podniósł wzroku na przewieszonego przez reling mężczyznę w średnim wieku.
‒ Lucy… ‒ Wyższa z dziewcząt trąciła towarzyszkę łokciem. – Szybko, odwróć się! On wygląda jak… Nie, to niemożliwe…
Dwie pary oczu rozszerzyły się ze zdziwienia. Pierwsza dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, przez twarz drugiej przemknął wyraz niedowierzania.
Raffael potrafił radzić sobie z oszołomionymi wielbicielkami, jednak tym razem nie skinął głową i nie wyminął dziewcząt. Wręcz przeciwnie, zwiększył siłę rażenia swojego uśmiechu, któremu żadna nie była w stanie się oprzeć.
Wyższa postąpiła dwa kroki do przodu, ciągnąc za sobą tę drugą. Było oczywiste, że obie zupełnie zapomniały o jachcie i jego właścicielu, bo nawet nie mrugnęły, gdy tamten zaczął wykrzykiwać polecenia, by natychmiast wracały na pokład.
‒ Wygląda pan jak Raffael Petri – wykrztusiła wyższa blondynka głosem zdecydowanie za młodym dla mężczyzny na pokładzie, no i dla Raffaela także.
Różnica polegała na tym, że przy Raffaelu nic jej nie groziło.
‒ Ale pewnie ciągle pan to słyszy – dodała prawie szeptem.
‒ Jestem Raffael Petri.
Obie głośno wciągnęły powietrze. Niższa wyglądała tak, jakby miała zaraz zemdleć.
‒ Dobrze się czujesz? – spytał.
Bez słowa kiwnęła głową. Jej koleżanka pośpiesznie wyciągnęła z kieszeni komórkę.
‒ Mogę?
‒ Absolutnie nie. – W necie krążyły setki amatorskich zdjęć Raffaela. – Zamierzałem właśnie wstąpić gdzieś na kawę, macie ochotę do mnie dołączyć?
Gdy skręcili w jedną z bocznych uliczek, dziewczyny były tak zajęte gadaniem, że tylko Raffa słyszał pełne oburzenia okrzyki Anglika na jachcie, brutalnie pozbawionego popołudniowej rozrywki.
Raffa pomyślał, że wkrótce pozbawi go wszystkiego, co miało dla niego jakiekolwiek znaczenie.
Wiedział, że tym razem Anglik mu nie umknie.
I wreszcie mógł uśmiechnąć się z całkowitą szczerością.

*

‒ Przestań sobie ze mnie żartować, Pete. – Lily odchyliła się do tyłu na krześle i mocniej chwyciła słuchawkę. – Mam za sobą długi dzień. Wiem, że w Nowym Jorku jest dopiero wczesny ranek, ale tu, w Australii, wszyscy właśnie idą spać.
Spojrzała w okno i zobaczyła w szybie wierne odbicie swojego gabinetu. Jej dom znajdował się daleko od centrum miasta i na zewnątrz roztaczała skrzydła gęsta ciemność.
Lily potarła obolały kark. Ukończenie projektu na czas oraz w zgodzie z jej własnymi wysokimi wymaganiami okazało się naprawdę trudne.
‒ To nie żarty. – W głosie Petera, niezmiennie naznaczonym kanadyjskim akcentem, brzmiało podniecenie. – Szef życzy sobie, żebyś jak najszybciej tu przyjechała, a on nigdy nie żartuje. Przenigdy.
Lily wyprostowała się.
‒ Mówisz poważnie?
‒ Oczywiście. I nie zapominaj, że szef zawsze dostaje to, na czym mu zależy.
‒ Tyle że Raffael Petri nie jest moim szefem – oświadczyła Lily.
Już sam dźwięk tego imienia i nazwiska sprawił, że poczuła się trochę dziwnie. Była przecież zwyczajną Lily Nolan, mieszkającą na powoli popadającej w ruinę farmie, godzinę drogi na południe od Sydney, więc co mogła mieć wspólnego z Raffaelem Petrim.
‒ Przecież on nawet nie wie, że istnieję – dodała.
Petri zamieszkiwał na odległej planecie, o której przeciętni śmiertelnicy mogli tylko snuć marzenia albo czytać w plotkarskich magazynach.
Pośpiesznie opuściła rękę, którą przed sekundą podniosła do policzka. Nienawidziła tego starego, nerwowego gestu.
‒ Jasne, że wie. Jak ci się wydaje, dlaczego dostajesz tyle zleceń od nas? Szef był pod wrażeniem twojego raportu o Tahiti i od tamtej pory za każdym razem podkreśla, że właśnie ty masz przygotować następny.
Lily zamrugała. Nawet nie przyszło jej do głowy, że signor Petri osobiście czyta jej raporty. Wydawało jej się, że do takich przyziemnych zadań ma innych, a sam w tym czasie zabawia się w światowych stolicach i kurortach.
‒ To fantastycznie, jestem naprawdę zachwycona.
Mimo ostatnich sukcesów kredyt wzięty na zakup domu i rozbudowę biznesu ciągle spędzał jej sen z oczu. Przez długie lata nie miała swojego miejsca na ziemi i potrzeba zdobycia czegoś własnego okazała się silniejsza od zdrowego rozsądku, nawet jeżeli taki krok oznaczał przeprowadzkę na drugą stronę świata i rozstanie z niespokojną o jej los rodziną. Lily czuła, że musi sama dokonać zwrotu w swoim życiu, i to pragnienie liczyło się dla niej ponad wszystko.
Westchnęła głęboko. Skoro signor Petri osobiście pochwalił jej pracę…
‒ Doskonale – powiedział Pete. – Kontrakt znajdziesz w skrzynce mejlowej. Bardzo się cieszę, że wreszcie na własne oczy zobaczę osobę, z którą dotąd rozmawiałem wyłącznie przez telefon.
‒ Zaraz, zaraz, chwileczkę. – Dziewczyna zerwała się zza biurka. – Chodziło mi o to, że jest mi miło, że moja praca znajduje uznanie, to wszystko!
Zawsze pracowała jak szatan i miała świadomość, że świadczy usługi doskonałej jakości, lecz naturalnie potwierdzenie tego, i to z ust najbardziej wpływowego klienta, dodało jej pewności siebie, tak potrzebnej właśnie teraz, gdy miała na karku ten nieszczęsny kredyt.
‒ Nie chcesz przyjąć propozycji pracy tutaj, naprawdę? – Przyciszony głos Petego zabrzmiał tak, jakby Lily przekreśliła jedyną szansę ludzkości na odkrycie cudownego leku na raka.
‒ Właśnie.
Myśl o życiu w wielkim mieście, wśród milionów ludzi, sprawiła, że po plecach Lily przebiegł zimny dreszcz. Zazwyczaj unikała nawet wypraw do najbliższego miasteczka po zakupy, zamawiając potrzebne produkty przez internet, z dostawą do domu. Praca w Nowym Jorku i konieczność codziennego kontaktu z zaciekawionymi spojrzeniami ludzi byłyby niczym zły sen. Świadomość wartości własnej pracy to jedno, lecz bezustanny kontakt z innymi to już zupełnie co innego.
‒ Wpuszczasz mnie w maliny, prawda? – odezwał się Pete po chwili milczenia. – Kto nie chciałby pracować dla Raffaela Petriego?
Lily przeczesała palcami długie włosy, odgarniając je z twarzy.
‒ I tak już dla niego pracuję, ale sama sobie jestem szefem – oświadczyła. – Dlaczego miałabym z tego rezygnować?
Niezależność i możliwość kontroli nad własnym życiem były dla niej najważniejsze, może dlatego, że jedno całkowicie bezsensowne wydarzenie pozbawiło ją prawie wszystkiego.
Cisza, która zapadła w słuchawce, uświadomiła jej wyraźnie, jak dziwne musiało się wydać Pete’owi jej podejście to tej kwestii.
‒ Policzmy plusy – rzekł w końcu. – Wpisujesz firmę Petriego do swojego CV i masz wejście do każdej innej, ponieważ wszyscy wiedzą, że on zatrudnia tylko najlepszych. Następnie wynagrodzenie – przeczytaj uważnie kontrakt, zanim go odrzucisz, moja droga, bo taka szansa nie zdarza się codziennie.
Pete prawie ją przekonał, ale przecież sama wiedziała najlepiej, co dla niej dobre.
‒ Dzięki – westchnęła. – Naprawdę doceniam twoje starania, słowo, ale to niemożliwe.
Przez głowę przemknęła jej myśl, że gdyby jej życie było inne, zrobiłaby wszystko, by skorzystać z tej szansy. Gdyby jej życie potoczyło się inaczej, gdyby ona sama była inna.
Niestety, nie mogła zmienić przeszłości. I właśnie dlatego wszystko, czego chciała, wszystko, czego potrzebowała, znajdowało się w zasięgu jej ręki. Musiała tylko zdecydowanie dążyć do osiągnięcia najważniejszych celów – sukcesu, bezpieczeństwa, samowystarczalności.
‒ Lily, nie miałaś nawet czasu, żeby się zastanowić. Przemyśl jeszcze tę sprawę.
‒ Już to przemyślałam – odparła. – Odpowiedź wciąż brzmi „nie”. Jestem tutaj szczęśliwa.

W pierwszej chwili wydawało jej się, że ten monotonny dźwięk to poranny chór witających dzień ptaków, lecz kiedy ani na moment nie przycichał ani nie zmieniał barwy, z jękiem otworzyła oczy.
Była jeszcze noc.
Z mocno bijącym sercem sięgnęła po słuchawkę, przerażona, że coś się stało. Nikt nie dzwonił przecież o takiej porze, jeśli nie było to absolutnie konieczne.
‒ Halo? – Usiadła na łóżku i wsunęła sobie poduszkę pod plecy.
‒ Panna Lily Nolan? – Głęboki męski głos był mroczny i fascynujący, zupełnie jak espresso.
Lily zapaliła lampkę i spojrzała na zegarek. Dochodziła północ. Nic dziwnego, że była kompletnie nieprzytomna, zasnęła przecież pół godziny temu.
‒ Kto mówi? – spytała.
‒ Raffael Petri.
Raffael Petri! W jej wciąż odurzonych snem uszach jego głos brzmiał jak gorąca pokusa. Ściągnęła brwi i szybko poprawiła rozpinaną koszulę, w której najchętniej sypiała. Żaden męski głos nie robił na niej takiego wrażenia, ale jaki głos brzmiał tak jak ten?
‒ Jest pani tam?
‒ Oczywiście, właśnie się obudziłam.
‒ Mi dispiace.
Nie wydawało jej się, by rzeczywiście było mu przykro, lecz jakie to miało znaczenie. Potrząsnęła głową. Jeżeli dzwonił do niej Raffael Petri, to musiało chodzić o interesy, a ona nie powinna się zastanawiać nad głupstwami, nawet jeśli jej hormony wyczyniały dziwne tańce pod wpływem tego cudownego głosu z obcym akcentem.
‒ Signor Petri… ‒ Odrzuciła włosy do tyłu i usiadła wygodniej. – Co mogę dla pana zrobić?
‒ Podpisać kontrakt i wsiąść do samolotu do Nowego Jorku. Subito.
Natychmiast, tak? Lily w ostatniej chwili powstrzymała się od instynktownej odpowiedzi. Jeżeli gdziekolwiek wybierała się subito, to jedynie z powrotem do krainy snu.
‒ To niemożliwe.
‒ Nonsens, to jedyny rozsądny krok.
Wzięła głęboki oddech, usiłując zachować spokój. Petri nie był jej jedynym klientem, to fakt, ale z pewnością najważniejszym.
‒ Słyszała mnie pani?
‒ Tak.
‒ Świetnie. Kiedy zarezerwuje pani bilet, proszę przesłać wszystkie szczegóły mojemu asystentowi, który zadba, żeby ktoś czekał na panią na lotnisku.
Najpewniej właśnie w taki sposób przemawiali do swoich poddanych włoscy książęta w epoce renesansu – zupełnie jakby każde ich słowo stanowiło prawo. Lily trudno było sobie wyobrazić, jak wielkiej trzeba pewności siebie, aby zawsze wierzyć, że wystarczy rzucić polecenie, by ktoś natychmiast je spełnił.
‒ Dziękuję za informację, ale nie widzę potrzeby, żeby kontaktować się z Petem – odchrząknęła. – Pańska oferta ogromnie mi pochlebia, wolę jednak pracować dla siebie.
‒ Odrzuca pani moją propozycję?
Nienaturalnie łagodna nuta w jego głosie przyprawiła ją o dreszcz. Czy ktokolwiek kiedykolwiek czegokolwiek mu odmówił? Serce biło jej mocno i szybko. Doskonale zdawała sobie sprawę, że znalazła się na niebezpiecznym gruncie.
Ogłoszony przez media najprzystojniejszym mężczyzną świata, złotowłosy Raffael Petri, którego swobodnie elegancki styl ubierania się stał się niedoścignionym wzorem do naśladowania, niewątpliwie nie zetknął się jeszcze z odmową z ust kobiety.
Petri okazał się jednak kimś znacznie więcej niż tylko wybitnie przystojnym facetem. Szybko zakończył karierę modela i wbrew przewidywaniom licznych krytyków dowiódł, że jest świetnym biznesmanem.
Tak czy inaczej, teraz, bogaty i wpływowy, wyraźnie przywykł do tego, że inni natychmiast spełniają jego polecenia.
‒ Bardzo mi pan pochlebia, ale…
‒ Ale co? – wszedł jej w słowo.
‒ Ale niestety nie mogę przyjąć pańskiej propozycji.
Jego milczenie trwało tak długo, że Lily zaczęła się już zastanawiać, czy przypadkiem nie spaliła za sobą wszystkich mostów. Przestraszyła się, ponieważ bardzo potrzebowała zleceń od firmy Raffaela.
‒ Co musiałoby się zmienić, żeby mogła ją pani przyjąć?
Cholernie uparty gość, pomyślała. Dlaczego nie był w stanie po prostu przyjąć odmowy do wiadomości?
‒ Czy mógłby mi pan wyjaśnić, dlaczego tak zależy panu na moich usługach? Poinformowano mnie, że jest pan zadowolony nie tylko z moich badań, ale także z naszej obecnej formy współpracy.
‒ Gdybym nie był zadowolony z pani pracy, na pewno nie proponowałbym pani stałego kontraktu, panno Nolan – rzucił szorstko. – Chcę mieć panią w moim zespole, bo jest pani najlepsza w swojej dziedzinie, to proste.
Mimo woli zarumieniła się z radości.
‒ Bardzo dziękuję za uznanie – powiedziała, poprawiając się na poduszce. – Zapewniam pana, że jakość mojej pracy w żadnym razie nie ulegnie zmianie na gorsze.
‒ To mi nie wystarcza.
‒ Słucham? – W jej głosie zabrzmiała nuta niedowierzania.
‒ W najbliższym czasie zamierzam rozpocząć realizację ważnego projektu. – Petri na moment zawiesił głos. – Członkowie zespołu muszą być tutaj, na miejscu, między innymi dlatego, że będą zobligowani podpisanym w umowie o pracę zobowiązaniem dochowania całkowitej tajności.
‒ Mam nadzieję, że nie sugeruje pan, że jestem ryzykownym ogniwem – zauważyła sztywno. ‒ Każde zlecenie, którego wykonania się podejmuję, objęte jest takim zobowiązaniem. Zawsze stoję na straży tajności danych zawartych w moich opracowaniach oraz danych osobowych klientów.
Lily zaczęła karierę jako researcherka pracująca dla prywatnej firmy, szybko poszerzyła jednak horyzonty i znalazła swoją niszę w postaci sprawdzania danych pracowników oraz analiz profilów firm i trendów handlowych. Ostatnio wyspecjalizowała się w badaniach kondycji nowych firm oraz ich wartości w sytuacji potencjalnego przejęcia.
Właśnie wtedy na jej horyzoncie pojawił się Raffael Petri – był niczym rekin, wyczuwający świeżą krew na długo przed innymi. Za każdym razem gdy przeprowadzała dla niego analizę firmy, natrafiała na problemy i słabe punkty. Petri przejmował taki kulawy biznes i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przeistaczał go w najlepszy w branży rozrywkowo-turystycznej, od wspaniałego ośrodka wypoczynkowego na Tahiti po marinę i stocznię jachtów w Turcji.
‒ Gdybym wątpił w pani zdolność dotrzymania tajemnicy, nigdy bym pani nie wynajął – powiedział teraz.
Odetchnęła z ulgą.
‒ Nie mogę jednak pozwolić sobie na choćby najmniejsze ryzyko – dodał. – Ten zespół ma być najlepszym z najlepszych i będzie pracował w Nowym Jorku. Dlatego potrzebna mi jest pani tutaj.
Lily nieoczekiwanie poczuła dumę. Nigdy dotąd nie była nikomu potrzebna. Nigdy się nie wyróżniała, ani pod względem urody, ani wyników w szkole czy w sporcie. Zawsze była przeciętna, nigdy dość wybitna, by znaleźć się w świetle reflektorów.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 7,90 zł 9,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Narzeczona na weekend, Spójrz na mnie
Autor Kate Hewitt, Annie West
Data premiery 19-01-2018
Ilość stron 320
Oprawa Miękka
ISBN 9788327632302

Napisz recenzję