Kim Lawrence - Zabiorę cię do Toskanii

Tess oparła ciepłe czoło o lodówkę i spróbowała nadać swojemu głosowi pogodny ton.
– Już dobrze – skłamała. – Czuję się sto razy lepiej.
– Ściemniać to ty nie umiesz – odparła Fiona.
Tess wyprostowała się i dotknęła czoła ręką, uśmiechając się słabo.
– Wręcz przeciwnie.
Nie dalej jak wczoraj była bardzo przekonująca, kiedy tłumaczyła asystentce swojej mamy, że bardzo jej przykro, ale nie dotrze na otwarcie domu kultury, podczas którego mama Tess miała przecinać wstęgę. Grypa miała pewne zalety. Chociaż tym razem nie kłamała; naprawdę czuła się lepiej.
– Wpadłabym do ciebie w drodze do domu, ale musiałam zostać w pracy do późna. Nie tylko ciebie dopadła grypa. Rozchorowała się połowa biura. Istny koszmar. Ale obiecuję, że zajrzę do ciebie jutro rano, gdy tylko odwiozę Sally i dziewczynki na dworzec. Potrzebujesz czegoś?
– Naprawdę nie musisz...
– Możesz sobie darować.
Tess przyłożyła chusteczkę do swojego czerwonego nosa. Była zbyt zmęczona, żeby się sprzeczać.
– Ale nie miej do mnie pretensji, jeśli się zarazisz – burknęła.
– Ja nie choruję.
– To się chyba nazywa kuszenie losu – mruknęła Tess, opierając się ciężko o blat kuchenny. Nogi miała jak z ołowiu, a pokonanie drogi z sypialni do kuchni okazało się niewiarygodnie wyczerpujące.
– Tymczasem masz przyjmować dużo płynów – poradziła jej Fiona, zanim dodała nieco bardziej napiętym głosem: – Mam nadzieję, że wymieniłaś wszystkie zamki.
– Zrobiłam wszystko, co zasugerowała policja. – W efekcie czuła się jak więzień we własnym domu. Zerknęła na dodatkowe zasuwy, które niedawno pojawiły się na jej drzwiach.
– Powinni byli aresztować tego psychola.
– Zasugerowali wystąpienie o nakaz sądowy...
Fiona wydała stłumiony okrzyk.
– W takim razie dlaczego...? – jęknęła smętnie. – No tak, oczywiście. Chodzi o twoją matkę?
Tess nie odpowiedziała. Nie musiała. Fiona była jedną z niewielu osób, które rozumiały sytuację. Była przy niej, kiedy w wieku dziesięciu lat Tess została dziewczynką z plakatu w ramach prowadzonej przez jej matkę kampanii przeciwko zastraszaniu dzieci w szkole. Wspierała ją także wtedy, kiedy mama wykorzystała zdjęcie przedstawiające zapłakaną Tess na pogrzebie ojca, żeby wygrać wybory do samorządu lokalnego.
– Ona chce dobrze – powiedziała Tess, odruchowo broniąc swojego jedynego rodzica. To prawda, że Beth Tracey kierowały szlachetne intencje i nigdy nie promowała siebie, a jedynie idee, o które walczyła.
– Podobno zamierza startować jako niezależna kandydatka w wyborach na burmistrza.
– Też o tym słyszałam. – Na szczęście dla Tess jej ambitna matka pogodziła się z faktem, że córka nie zamierza się angażować w politykę. – Nawet gdybym się na to zdecydowała, nikt nie da mi gwarancji, że sąd mi uwierzy. On cieszy się opinią... nieszkodliwego, a ja nawet nie mam dowodu, że tu był. W końcu niczego nie zabrał. – Tess wzdrygnęła się na dźwięk własnego drżącego głosu. Obiecała sobie, że nigdy nie stanie się ofiarą.
– To, co ci zrobił, było znacznie gorsze, Tess. Ten świr wtargnął do twojego domu.
Tess się cieszyła, że przyjaciółka nie widzi jej, jak osuwa się na podłogę. Włamanie do mieszkania okazało się punktem zwrotnym w jej życiu, momentem, w którym uświadomiła sobie, że ignorowanie natręta, a nawet litowanie się nad nim, nie stanowi rozwiązania. Miała do czynienia z niebezpiecznym mężczyzną.
Mimo że od tamtego strasznego wydarzenia minął już miesiąc, nadal czuła mdłości, kiedy je wspominała. Płatki róż na łóżku i kieliszki z szampanem ustawione na szafce nocnej ogromnie ją przeraziły, ale dopiero kiedy zajrzała do szuflady z bielizną, zawładnęły nią emocje tak silne, że pobiegła do łazienki zwymiotować. Prześladowca chciał zaznaczyć swoją obecność, a jednocześnie nie zostawił żadnych śladów, które wskazywałyby konkretnie na niego.
– Wiem. – Tess chrząknęła, po czym spróbowała zapanować nad głosem. – Pewnie ich zdaniem zostawienie kwiatów i szampana nie zakrawa na poważne przestępstwo.
– Pokazałaś im mejle?
– Nie było w nich nic złowieszczego. Niemniej policjanci mi współczuli. – Tess nie sądziła, że spotka się ze zrozumieniem, ale ludzie, z którymi rozmawiała, bez mrugnięcia okiem przyjęli do wiadomości fakt, że Benowi Morganowi wystarczyły poranne słowa powitania wymieniane na przystanku autobusowym, aby uwierzył, że łączy ich głębokie uczucie.
– Współczucie ci nie pomoże, kiedy ten świr rzuci się na ciebie z nożem w środku nocy.
Przerażona Tess krzyknęła cicho, więc Fiona zamilkła.
– Oczywiście to się nie zdarzy – dodała pospiesznie. – Trochę mnie poniosło. Dobrze się czujesz, Tess?
Zaciskając zęby, Tess próbowała zignorować lodowaty ucisk w piersi.
– Dwie aspiryny i kubek herbaty postawią mnie na nogi – odparła bez przekonania, próbując wstać z podłogi.
– Ściszcie to albo wyłączę wam bajki – zawołała Fiona, najwyraźniej do kogoś innego. – Przepraszam, ale moja droga siostra właśnie się kąpie, a jej bliźniaczki robią ze mną, co chcą. Wygląda na to, że mój biały dywan jest zagrożony...
– Biegnij go ratować, Fi.
– Jesteś pewna, że sobie poradzisz? Nie brzmisz najlepiej.
Tess zmusiła się do śmiechu.
– Wyglądam jeszcze gorzej. – Odgarnęła włosy z twarzy, przyglądając się swojemu odbiciu w czajniku. – Ale będzie dobrze. Zaraz wracam do łóżka.
– Tak zrób. I widzimy się jutro.
Tess otworzyła lodówkę i wyciągnęła karton z mlekiem. Niestety okazało się zepsute; a tak bardzo marzyła o bawarce. Pomyślała o sklepie za rogiem, który znajdował się niecałe dwieście metrów od jej drzwi frontowych.
Zarzuciła na piżamę wełniany płaszcz, który zostawił u niej chłopak Fiony, kiedy kilka dni temu wpadli do niej we dwoje na kolację, po czym wolnym krokiem ruszyła na zewnątrz. Znajdowała się w połowie drogi pomiędzy budynkami, kiedy usłyszała w głowie kojący głos policjantki.
„Proszę nie wpadać w paranoję. Słusznie pani postąpiła, usuwając wszystkie konta na portalach społecznościowych. Anonimowość dodaje takim ludziom odwagi. Poza tym proszę zachować ostrożność w granicach rozsądku. Jeśli wychodzi pani z domu, proszę unikać ciemnych, odludnych miejsc. Istnieje spora szansa, że prędzej czy później ten człowiek zainteresuje się kimś innym i zostawi panią w spokoju”.
Serce Tess zabiło gwałtowniej, kiedy przystanęła w niezbyt dobrze oświetlonej uliczce. Znalazła się dokładnie w takiej sytuacji, przed jaką ostrzegała ją policjantka. Zrobiła kilka głębokich wdechów, żeby zapanować nad narastającą paniką. W oddali widziała główną ulicę, gdzie było więcej latarni i przechodniów.
– Wszystko będzie dobrze... nie jesteś ofiarą... nie jesteś ofiarą – powtarzała cicho, gdy nagle wyrosła przed nią znajoma postać.
Otworzyła usta, żeby krzyknąć, ale żaden dźwięk nie wydostał się z jej gardła.
– Spokojnie – powiedział mężczyzna z jej koszmarów. – Zaopiekuję się tobą, najdroższa.

– Nie znam szczegółów dotyczących przypadku pańskiej siostry, więc nie mam stuprocentowej pewności, ale z tego, czego się od pana dowiedziałem, wnioskuję, że raczej nie kwalifikuje się do tego leczenia.
Nie zabijaj posłańca, nakazał sobie w myślach Danilo, mrużąc oczy.
– Ale jeśli pan chce, żebym ją zbadał...
Danilo uniósł powieki i posłał pytające spojrzenie siedzącemu naprzeciwko niego mężczyźnie.
– Pewnie najpierw będzie chciał pan z nią porozmawiać?
– Z kim?
– Z siostrą. Rozumiem, że ma już za sobą kilka nieskutecznych terapii.
Z odmętów pamięci wróciły do niego gniewne słowa dzieciaka, któremu nie pozwolił się spotkać ze swoją siostrą. „Nie chcesz, żebym tu więcej przychodził, ale co z Nat? Ona chce się ze mną spotykać. Kocham ją. Kiedy w końcu pozwolisz jej żyć własnym życiem?”.
– Ona chce chodzić.
Mężczyzna skinął głową.
– Będziemy w kontakcie.
Danilo pragnął ofiarować siostrze jej własne życie. Właśnie dlatego skontaktował się z każdym możliwym ekspertem prowadzącym badania w zakresie zabiegów mogących zregenerować kręgosłup. I nie zamierzał się poddać. Oczywiście liczył się z jej zdaniem, konsultował z nią każde posunięcie, a ona zawsze się z nim zgadzała.
Ignorując irytujący wewnętrzny głos, machnął do swojego kierowcy, żeby ruszał bez niego. Musiał ochłonąć. Dlatego zamiast jechać limuzyną, postanowił się przejść. Wsunął ręce głęboko w kieszenie, pogrążając się w myślach.
W życiu każdego człowieka zdarzały się takie momenty, które zmuszały do konfrontacji z własnymi słabościami i niepowodzeniami. Kiedy coś podobnego spotkało Danila, przebywał w Londynie. Tamtej nocy miał miejsce wypadek, który odebrał mu rodziców, a jego nastoletnią siostrę skazał na wózek inwalidzki.
To on powinien był prowadzić samochód tamtej nocy. Wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale wybrał towarzystwo pięknej blondynki. Wolał randkę z seksowną kobietą od rodzinnego wypadu. Gdyby tylko nie zachował się jak samolubny drań, może jego bliscy cieszyliby się dobrym zdrowiem po dziś dzień.
Został surowo ukarany za egoizm, chociaż nie tak surowo jak jego siostra. To ona straciła władzę w nogach, mimo że nie zrobiła nic złego. Dlatego Danilo poprzysiągł sobie, że zrobi wszystko co w jego mocy, by zwrócić jej to, co zostało jej odebrane.
Tak bardzo pogrążył się w myślach, że minął ciemną uliczkę, zanim dotarł do niego niepokojący dźwięk: kobiecy krzyk, zabarwiony strachem. Oczywiście nie mógł pójść dalej, udając, że niczego nie słyszał. Dlatego kilka sekund później ruszył wąskim przejściem wyłożonym kostką brukową w kierunku mężczyzny trzymającego szamoczącą się kobietę.
Danilo próbował zapanować nad gniewem. Musiał zachować trzeźwość umysłu, żeby nie posunąć się dalej, niż powinien. Nieznajomy mężczyzna nie widział, jak Danilo się do niego zbliża, więc nie stawiał oporu, gdy ten chwycił go za kołnierz i odciągnął od młodej kobiety. Jedno spojrzenie na jej bladą, przerażoną twarz wystarczyło, by rozbudzić w nim najprawdziwszego rycerza.
Przypominała mu Nat, chociaż nie była do niej podobna z wyglądu. Nat była piękna i wysoka, a nie pospolita i drobna jak ta dama w opałach. Niemniej potrzebowała go równie mocno jak dawniej jego siostra.
– Co, do diabła...?
Mężczyzna jęknął z frustracją, machając rękami. Nie był wysoki ani potężnie zbudowany. Dlatego kiedy w końcu zdołał się obrócić i spojrzał na Danila, złość wyzierająca z jego oczu znacznie osłabła. Po chwili uśmiechnął się zakłopotany.
– To nieporozumienie – powiedział, próbując zbliżyć się do kobiety, którą Danilo zasłonił własnym ciałem.
– Nie wydaje mi się. Czy mam zadzwonić na policję? – zwrócił się do kobiety, nie odrywając wzroku od napastnika.
– Chcę tylko wrócić do domu – odparła słabym głosem, który sprawił, że Danilo zapragnął wybić jej prześladowcy wszystkie zęby.
– Nic jej nie jest. Po co policja? – Mężczyzna zaśmiał się sztucznie. – Opatrznie zrozumiałeś sytuację, koleś. To zwykłe nieporozumienie. Wiesz, jak jest. Nic takiego się nie wydarzyło.
– Nie jestem twoim kolesiem.
Dopiero kiedy jej wybawca przemówił głosem mrożącym krew w żyłach, Tess zdała sobie sprawę, że wbija mu palce w ramię. Ale zamiast go puścić, przysunęła się do niego.
– Ona jest moja...
Tess zadrżała na dźwięk tych słów, które padły z ust Bena. Pokręciła głową w niemym proteście. Słowa ugrzęzły jej w gardle i zamknęła oczy, żeby uciec przed świdrującym spojrzeniem swojego prześladowcy.
Głęboko ukryte wspomnienie zyskało na wyrazistości. Tess znów miała szesnaście lata i drżała ze strachu przed mężczyzną, z którym spotykała się jej matka. Kiedy patrzyła, jak zamyka drzwi i uśmiecha się do niej obrzydliwie, czuła na karku lodowate dreszcze. Powiedział, że nieźle się zabawią. Na szczęście nie pokazał jej, co miał na myśli. Zmienił plany w chwili, gdy zwymiotowała mu na buty.
– To był długi dzień – mruknął groźnie mężczyzna u jej boku. Tess przylgnęła do niego mocno, zmagając się z tym potwornym uczuciem, że jest słaba i całkowicie bezradna. – I nie mam ochoty na kontynuowanie tej dyskusji. Mimo to jestem skłonny dokończyć ją na najbliższym posterunku policji.
Zapadła cisza, a potem rozległy się odgłosy kroków.
– Już go nie ma – odezwał się w końcu jej wybawca. – Możesz otworzyć oczy.
Bardzo wolno uniosła powieki i przyjrzała się mężczyźnie. Był niesamowicie przystojny i wyglądał na Włocha.
– Mogłabym cię pocałować! – wypaliła bez zastanowienia. – Ale nie martw się. Nie zrobię tego. Mam grypę. – Puściła jego ramię, wydychając długo wstrzymywane powietrze. – Bardzo się cieszę, że cię nie zaatakował.
Uśmiechnęła się słabo, przyglądając się jego twarzy. Miał oliwkową cerę, kruczoczarne włosy, wyraziste kości policzkowe, wysokie czoło i bardzo zmysłowe usta. Chętnie podziwiałaby go dłużej, gdyby obraz nie zaczął jej się rozmywać przed oczami.
– To nie moja sprawa... – odezwał się wolno Danilo. Dlaczego więc próbujesz to zmienić? ‒ odezwał się szyderczy głos w jego głowie. – Ale może powinnaś rozważniej wybierać sobie chłopaków?
Nieznajoma kobieta skierowała na niego duże oczy i popatrzyła tak, jakby przemawiał do niej w obcym języku.
– Nie, on nie... nigdy... – wydukała.
Niepokój i poczucie winy ścisnęły Danila za gardło, więc przeklął pod nosem po włosku. Objął dziewczynę i przyciągnął do siebie, a ona osunęła się bezwładnie. Wtedy dotarło do niego, że ta drobna istota drży na całym ciele.
– Chyba nie zemdlejesz?
– Nic mi nie będzie – wymamrotała, walcząc z kolejnymi zawrotami głowy.
– Oddychaj głęboko. Wdech i wydech... Ale nie aż tak głęboko. – Przytrzymując ją jedną ręką, drugą wyciągnął swój telefon komórkowy. Zaczynał podejrzewać, że będzie musiał opóźnić wylot do Rzymu. – Tak lepiej...
Wcześniej Tess wydawało się, że jej wybawca ma brązowe, niemal czarne oczy. Kiedy jednak spojrzała w nie głęboko, zauważyła, że są ciemnoniebieskie jak nocne niebo.
– Już dobrze – zwróciła się do niego, chociaż wyraz jej twarzy przeczył słowom.
– Zaraz przyjedzie mój samochód. Gdzie mieszkasz?
Tess posłusznie podała mu adres. Szybko dodała jednak:
– Nie musisz mnie podwozić. To tuż za rogiem. – Zadrżała, kiedy uprzytomniła sobie, że za rogiem mógł się czaić także Zbzikowany Ben, jak zwykły nazywać go razem z Fi. Niestety już nawet to prześmiewcze przezwisko nie czyniło całej sytuacji mniej przerażającą. Tess mogła myśleć tylko o tym, że ten mężczyzna mógł nadal ją obserwować, śledzić każdy jej ruch. Pospiesznie obejrzała się przez ramię.
– Jesteś bezpieczna – przemówił łagodnie Danilo na widok jej udręczonej miny.
Ta miękka nuta sprawiła, że do oczu napłynęły jej łzy.
– Proszę, przestań być taki miły – szepnęła. – Bo się rozpłaczę. Zwykle nie jestem taka... – Tess przygryzła wargę, żeby stłumić szloch. – On... Ben... nie jest moim chłopakiem. Tylko tak mu się wydaje.
Danilo wzruszył ramionami.
– Nie mnie to oceniać – odparł, wmawiając sobie, że to nie jego sprawa. Nie mógł jednak przestać wspominać Nat, której był kiedyś potrzebny, ale zawiódł. – Mam siostrę niewiele młodszą od ciebie. Gdyby kiedykolwiek potrzebowała pomocy, chciałbym, żeby ją otrzymała.
Młoda kobieta wzięła głęboki wdech, próbując zapanować nad emocjami. Kiedy tak na nią patrzył, czuł się rozdarty między podziwem a irytacją. Nie chciał się angażować, a mimo to nie potrafił pozostać obojętny, kiedy po jej policzku spłynęła samotna łza.
Nigdy wcześniej nie widział takich oczu jak jej. Miały kształt migdała i kolor bursztynu. Okalały je gęste czarne rzęsy. I to właśnie one czyniły jej twarz niezwykłą. Ale bez względu na to, jakie wywarła na nim wrażenie, musiał pamiętać, że nie ponosił za nią odpowiedzialności.
– Dziękuję – powiedziała w końcu. Potem spojrzała mu prosto w oczy i dodała z nadzieją w głosie: – Może mógłbyś mnie odprowadzić kawałek w tamtą stronę?
Ciałem Tess znowu wstrząsały dreszcze, których nie kontrolowała. Nie odepchnęła ręki swojego wybawcy, kiedy oparł dłoń między jej łopatkami. Była wdzięczna za ten niewinny kontakt fizyczny, nawet jeśli czynił z niej kobietę, którą gardziła: słabą, uległą, potrzebującą męskiego wsparcia. I chociaż zwykle zareagowałaby agresją na takie zachowanie, grypa, strach i wyczerpanie kazały jej schować dumę do kieszeni. Poza tym wiedziała, że musi wykorzystać wszystkie dostępne środki, by uchronić się przed swoim prześladowcą.

– Mam na imię Tess. – Dobre maniery nakazywały przedstawić się człowiekowi, który prawdopodobnie ocalił ją przed dołączeniem do statystyk kryminalnych.
– Raphael, Danilo Raphael – odparł mężczyzna.
Tess uznała, że to doskonałe imię dla jej anioła stróża, nawet jeśli z wyglądu bardziej przypominał upadłego anioła.
Dotarli do końca ciemnego przejścia, gdzie się zawahała. Danilo minął ją i zatrzymał się na ulicy, wzdłuż której ciągnęły się identycznie wyglądające domy w stylu wiktoriańskim.
– W prawo czy w lewo? – zapytał.
Tess nie odpowiedziała od razu, ponieważ kolejny raz dokonywała oceny jego imponującej sylwetki. W porównaniu z przeciętnie wyglądającym okularnikiem, który prześladował ją od miesięcy, Raphael prezentował się naprawdę imponująco. Był nie tylko przystojny, ale także niezwykle silny. Poczuła uderzenie gorąca, które pospiesznie zrzuciła na karb choroby. Zakłopotana zrobiła krok w przód, nerwowo zerkając przez ramię. Dopiero wtedy wskazała mu drogę.


Michelle Conder - Rezydencja w Kornwalii

Zwykło się powszechnie uważać, że Dare James jest człowiekiem, który ma wszystko, choć on sam wcale tak nie myślał. Bez wątpienia był niezwykle przystojnym, atletycznie zbudowanym mężczyzną, obdarzonym niezwykłą charyzmą i niemałym majątkiem. Choć miał zaledwie trzydzieści lat, już był milionerem. Pieniądze zrobił dzięki niezwykłej determinacji, zdolnościom i ciężkiej pracy, i wszystko zawdzięczał samemu sobie.
To, czego mu brakowało, to tolerancji zwłaszcza wobec głupców i ignorantów. Ludzi, którzy nie rozumieli, że gra na giełdzie to nie jest nieustająca hossa.
Rozparł się wygodnie w fotelu i położył nogi na biurku.
‒ Nie interesuje mnie, co on myśli. Nie sprzedam teraz akcji – oznajmił przez telefon swojemu dyrektorowi finansowemu. – Masz je trzymać. A jeśli ten dupek znów zamierza podać w wątpliwość moje decyzje, niech szuka sobie kogoś innego.
Zakończył rozmowę i odwrócił się, słysząc, że ktoś wszedł do biura.
‒ Jakieś kłopoty?
W drzwiach stała jego matka, która wczoraj w nocy przyleciała do Londynu z Karoliny Północnej.
Dare uśmiechnął się i zdjął nogi z biurka.
Matka usiadła na jednej z sof i spojrzała na syna.
‒ Muszę z tobą porozmawiać, kochanie.
‒ Naturalnie. Co się stało?
‒ Miesiąc temu dostałam mejla od mojego ojca.
Dare zmarszczył brwi, nie będąc pewny, czy dobrze usłyszał.
‒ Od dziadka?
‒ Wiem, też byłam zaskoczona.
‒ Czego chciał?
‒ Chce się ze mną zobaczyć.
Dare zaniepokoił się. Jeżeli człowiek, który wyrzucił z domu własną córkę tylko dlatego, że poślubiła mężczyznę, którego nie aprobował, kontaktuje się z nią po trzydziestu latach milczenia, to mogło to oznaczać tylko kłopoty.
‒ Zaprosił mnie do siebie na lunch.
Jego dom, Rothmeyer House, był w rzeczywistości ogromną posiadłością stojącą na liczącej dwadzieścia siedem akrów działce.
‒ Chyba nie zamierzasz tam pojechać? – spytał, nie widząc powodu, dla którego miałaby to zrobić. Po tym, jak ją potraktował, zapewne była to ostatnia rzecz, na jaką miałaby ochotę.
Po jej minie widział jednak, że bardzo poważnie rozważa przyjęcie zaproszenia.
‒ Ten człowiek nic dla ciebie nie zrobił, a teraz nagle chce cię widzieć? Domyślam się, że albo potrzebuje pieniędzy, albo umiera.
‒ Dare! Nie sądziłam, że wychowałam takiego cynika.
‒ Nie jestem cynikiem, tylko realistą. – Jego głos złagodniał. – Nie chcę, żebyś robiła sobie jakieś nadzieje. Nie sądzę, żeby po takim czasie nagle zmienił zdanie.
Dare wiedział, że zabrzmiało to obcesowo, ale ktoś musiał się o nią zatroszczyć. Robił to już od tylu lat, że stało się to jego drugą naturą.
‒ Dare, on jest moim ojcem – powiedziała miękko. – Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale czuję, że powinnam tam jechać.
Dare był człowiekiem czynu i nigdy nie kierował się w życiu uczuciami. Dla niego Benson Granger baron Rothmeyer zbyt późno przypomniał sobie o tym, że ma córkę.
‒ Wspomniał, że już wcześniej próbował mnie odnaleźć.
‒ Najwyraźniej nie bardzo się starał. Jakoś specjalnie się przed nim nie ukrywałaś.
‒ Nie, ale mam wrażenie, że mógł w tym maczać palce twój ojciec.
Dare zmrużył oczy. Nie chciał myśleć o swoim ojcu, nie wspominając o rozmowie o nim.
‒ Skąd ten pomysł?
‒ Kiedyś powiedział mi, że przypilnuje, żeby mój ojciec zrozumiał, co stracił. Wtedy nie przywiązywałam do jego słów zbyt wielkiej wagi, ale teraz zastanawiam się, co miał na myśli. Mój ojciec nie miał pojęcia o twoim istnieniu do czasu, aż mu o tym powiedziałam.
‒ Cóż, jeśli zdecydujesz się tam pojechać i tak się dowie o moim istnieniu, ponieważ nie zamierzam puścić cię tam samej.
‒ Uważasz, że powinnam jechać?
‒ Nie. Uważam, że powinnaś usunąć tego mejla i udawać, że go nigdy nie dostałaś.
‒ Dare, jesteś jednym z jego spadkobierców.
‒ Nie jestem zainteresowany odziedziczeniem posiadłości, której utrzymanie przewyższa zapewne jej wartość.
‒ Mam wrażenie, że popełniłam błąd, izolując cię od niego po śmierci twojego ojca. Poza twoim wujem i kuzynem Beckettem to twój jedyny bliski krewny.
Dare okrążył biurko i podszedł do matki.
‒ Spójrz na mnie, mamo. Postąpiłaś słusznie. Nie potrzebuję go i nigdy nie potrzebowałem.
‒ Po śmierci mamy bardzo się zmienił – powiedziała miękko. – Nigdy nie był zbyt towarzyski, ale z czasem przestał utrzymywać kontakty z kimkolwiek.
Dare uniósł brew.
‒ Prawdziwy skarb.
Matka uśmiechnęła się, przez co rysy jej twarzy złagodniały. W wieku pięćdziesięciu czterech lat wciąż była niezwykle atrakcyjną kobietą i wreszcie zaczęła cieszyć się życiem, które wcześniej nazbyt jej nie rozpieszczało.
To głównie dlatego Dare niechętnie patrzył na jej pomysł odwiedzenia ojca. Nie potrzebowała, by wspomnienia z przeszłości zburzyły jej spokój.
‒ Poza tym nasze stosunki, a raczej ich brak, nie były tylko jego winą. Miał rację co do twojego ojca, a ja byłam zbyt dumna, żeby to przyznać.
‒ Nie powinnaś się za to winić.
‒ Nie, nie winię się, ale… ‒ Podniosła wzrok na syna. – Wiesz, to dziwne, ale zanim dostałam tego mejla, zaczęłam mieć sny o tym, że wracam do domu. Nie sądzisz, że to jakiś znak?
Dare przewrócił oczami.
‒ Mamo, nie opowiadaj bzdur. W każdym razie możesz być pewna, że wesprę cię we wszystkim, co postanowisz.
Matka uśmiechnęła się promiennie.
‒ Cieszę się bardzo, bo wspomniał, że bardzo chciałby cię poznać.
Tylko tego mi potrzeba, pomyślał.
‒ Kiedy ma być ten lunch?
‒ Jutro.
‒ Jutro!
‒ Wybacz, kochanie. Wiem, że powinnam była wcześniej ci o tym powiedzieć, ale do tej pory sama nie byłam pewna, czy w ogóle pojadę.
‒ Czy oprócz nas ma tam być ktoś jeszcze?
‒ Nie mam pojęcia.
‒ Czy on się ponownie ożenił? Masz macochę? – spytał z cynicznym uśmiechem.
‒ Nie, ale wspomniał, że ma jakiegoś gościa. Nie wiem, kto to jest.
‒ Nieważnie. Poproszę Ninę, żeby przestawiła moje spotkania. – Zmarszczył brwi. – Wyjedziemy o…
‒ Obiecałam Tammy, że ją odwiedzę i nie mogę jej zawieść. Umówmy się w Rothmeyer House jutro około południa.
‒ Skoro tak chcesz. – Usiadł za biurkiem. – Mark odwiezie cię dziś do Southampton.
‒ Dzięki, Dare. Naprawdę jesteś najwspanialszym synem, jakiego mogłabym sobie wymarzyć.
W odpowiedzi wstał i ją uścisnął.
Wiedział, że życie z jego ojcem nie było łatwe. W najlepszym razie można go było nazwać człowiekiem, który próbuje realizować kolejne pomysły, mające mu przynieść majątek, w najgorszym zaś zwykłym naciągaczem i oszustem.
Jedyną rzeczą, jakiej się od niego nauczył, było to, jak wyczuć na odległość, że ktoś kantuje. Ta umiejętność bardzo mu się w życiu przydała. Z biednej dzielnicy małego amerykańskiego miasteczka dostał się na sam szczyt.
Dare niewielu osobom w życiu ufał i jak dotąd dobrze na tym wychodził.
Nigdy nie chciał poznać rodziny matki, która tak ją potraktowała, i która odmówiła jej jakiegokolwiek wsparcia, kiedy została sama w piętnastoletnim synem. Nie pozwoli, żeby Benson Granger wkroczył teraz w jej życie i zaburzył spokój. Przynajmniej będzie miał okazję, żeby wypróbować swoją nową zabawkę na autostradzie. Co więcej, zaczął się nawet cieszyć z tego, że nadarzyła się sposobność, żeby wyjaśnić drogiemu dziadkowi kilka spraw.

Mieszkańcy wioski mówili, że tak pięknego lata nie było tu od trzydziestu lat. Ciepłe, słoneczne dni i pogodne noce wszystkich wprawiały w dobry nastrój.
Carly Evans wyszła z głębokiego basenu znajdującego się na terenie położonej na obrzeżach wioski posiadłości Rothmeyer House.
‒ Ktokolwiek powiedział, że wysiłek fizyczny powoduje zwiększone wydzielanie endorfin w mózgu, był chyba niespełna rozumu – powiedziała do siebie.
Przyjechała do Rothmeyer trzy tygodnie temu i większość wolnych chwil poświęcała właśnie na biegnie albo pływanie. Mimo to cały czas odczuwała zmęczenie.
Wiedziała, że nie powinna narzekać. Zajmowanie się zdrowiem barona Rothmayera nie było ciężką pracą. Jej zadaniem było przygotowanie go do operacji, którą miał przebyć za dwa tygodnie. Po tym czasie będzie sobie musiała szukać nowego zajęcia, co specjalnie jej nie przerażało. Ostatni rok spędziła, podróżując niczym cyganka po całym kraju.
Wycisnęła wodę z długich rudych włosów i odrzuciła je na plecy. Do tej pory pracowała w jednym z najlepszych londyńskich szpitali i dopiero od roku, kiedy jej dotychczasowe życie legło w gruzach, zaczęła podróżować.
Wytarła się i usiadła na leżaku, postanawiając twardo, że nie będzie rozpamiętywać przeszłości.
‒ Jeśli nie stawisz czoła przeciwnościom – mawiał jej ojciec – urosną do rozmiarów Himalajów.
W jej przypadku były one ogromne i postanowiła, że wróci do domu, dopiero kiedy przybiorą rozmiar łagodnych pagórków. Nie było jej łatwo, ponieważ bardzo kochała zarówno rodziców, jak i siostrę.
Jak zawsze, gdy zaczynała myśleć o przeszłości, coś ścisnęło ją za gardło.
Sięgnęła po telefon, żeby sprawdzić pocztę. Miała trzy nowe mejle: od rodziców, z uczelni i z biura podróży Travelling Angels. Otworzyła ten środkowy i dowiedziała się, że jest dla niej kolejna praca, jak tylko skończy się ta tutaj. Pytali, czy jest zainteresowana. Była jednym z trzech dyplomowanych lekarzy, którzy pracowali dla tej agencji, i nie narzekała na brak zajęć. Gdy była zajęta, nie miała czasu na rozpamiętywanie popełnionych w przeszłości błędów. Na razie jednak nie chciała się deklarować, dlatego postanowiła przeczytać wiadomość od rodziców. Pytali, kiedy ją znów zobaczą i czy podjęła już jakieś decyzje odnośnie do przyszłości.
Westchnęła i zamknęła mejla.
Rok temu jej śliczna kochana siostra zmarła na rzadką, bardzo agresywną postać białaczki. W tym samym czasie jej chłopak, zamiast wspierać ją w tym trudnym okresie, zdradzał ją.
Nie należała do kobiet, które potrzebują wsparcia silnego mężczyzny, ale mimo to była bardzo rozczarowana postawą Daniela. Jego zainteresowanie jej pochlebiało i to był główny powód, dla którego zaczęli się spotykać. A potem Liv zachorowała i wszystko się posypało. Daniel zaczął być zazdrosny o czas, który spędzała z siostrą, i zarzucał jej, że go oszukuje, a chorobę siostry wykorzystuje jako wymówkę, żeby nie spędzać z nim czasu. Nie wierzył w nic, co mówiła, a z czasem okazało się, że to on sam ją oszukiwał i zdradzał. Co gorsza, wszyscy w szpitalu o tym wiedzieli, ale nikt nie powiedział jej słowa. Wszystko to było bardzo przygnębiające.
Czując, że słońce za bardzo ją przypieka, założyła szorty. Dopiero teraz przypomniała sobie o niewielkim pudełeczku, które miała w kieszeni, a które przybyło do niej dzisiejszego ranka. Otworzyła je i, ku swemu zdumieniu, ujrzała drogi naszyjnik z rubinów umieszczony na aksamitnej poduszce. „Żeby pasował do twoich włosów”, przeczytała na załączonej karteczce. Ofiarodawcą był wnuczek Bensona, Beckett Granger.
Wzięła do ręki naszyjnik i pokręciła głową. Po pierwsze, jej włosy były rude, a nie czerwone, więc zamysł Becketta, żeby zrobić na niej wrażenie, niespecjalnie się powiódł. Wartość naszyjnika także specjalnie jej nie poruszyła. Carly nie należała do kobiet, które przywiązują do takich rzeczy nadmierną wagę, i wciąż nosiła diamentowe kolczyki, które dostała od rodziców dziesięć lat temu.
Nie mogła jednak nie docenić tego, jak bardzo się starał. Bez wątpienia był mężczyzną, który najwięcej zainwestował, żeby zwrócić na siebie jej uwagę. Carly wiedziała jednak, że nie jest to mężczyzna w jej typie. Było w nim coś lekko obmierzłego, co ją odpychało, i wyraźnie dała mu do zrozumienia, że nie ma u niej żadnych szans.
Benson nie chciał, by ktokolwiek dowiedział się o jego chorobie, i Beckett uważał, że jest córką jakiegoś znajomego dziadka. Nie przeszkadzało mu to napastować jej któregoś wieczoru, kiedy wypił nieco zbyt dużo. Carly była pewna, że następnego ranka będzie się tego wstydził, dlatego delikatnie, ale stanowczo przeciwstawiła się jego zalotom.
W ogóle na obecnym etapie życia nie zamierzała wiązać się z żadnym mężczyzną, a już na pewno nie z kimś takim jak Beckett.
Ojciec uważał, że potrzeba jej teraz dobrego planu, żeby wrócić na prostą. Sugerował, że może powinna zrobić kolejną specjalizację, na przykład chirurgię, ale ona nie była nawet pewna, czy chce pozostać w tym zawodzie.
Odłożyła naszyjnik do pudełka. Odda go Beckettowi osobiście, jak tylko go zobaczy.
Właśnie sięgała po leżącą pod fotelem koszulę, kiedy Gregory zaczął ujadać, jakby go ktoś obdzierał ze skóry. Choć od dziecka uwielbiała zwierzęta i zawsze znosiła je do domu, ku utrapieniu mamy, ten pekińczyk jakoś nie wzbudził jej sympatii. Zapewne nie była to jego wina, ale nic nie mogła na to poradzić.
‒ Okej, Gregory. Co cię tak zdenerwowało, mały?
Pies patrzył w kierunku lasu. Carly podążyła wzrokiem za jego spojrzeniem i to był błąd. Kiedy tylko spuściła go z oczu, zrobił ten swój słynny skręt, przed którym ją ostrzegano, i zsunął sobie obrożę.
‒ Gregory, nie! O cholera! – krzyknęła, patrząc bezradnie na uciekającego przez wypielęgnowany trawnik psa. – Wracaj natychmiast!
Tego tylko jej było trzeba, żeby ukochany pies barona zginął na kilka dni przed operacją. Nigdy sobie nie wybaczy.
Zaklęła szpetnie pod nosem, założyła klapki i ruszyła za uciekającym psem.
Dzięki doskonałej kondycji prawie go dogoniła, ale w ostatniej chwili czmychnął do lasu. Krzyknęła, że jak go złapie, da go pani Carlisle, żeby zrobiła z niego zupę.
‒ Gregory, ty mały gnojku!
Rozsunęła okoliczne krzaki, starając się nie podrapać pleców i ramion.
‒ Chodź tutaj, Gregory. Dobry piesek, gdzie jesteś? – starała się, by jej głos zabrzmiał łagodnie, ale nie była pewna, czy jej się udało.
Zobaczyła, że po lewej stronie coś się poruszyło, i znieruchomiała. To tylko rodzina królików wygrzewała się w słońcu. Widok był tak uroczy, że prawie zapomniała o Gregorym. Dopiero kiedy wyskoczył jej zza pleców niczym wystrzelony z procy pocisk, oprzytomniała.
‒ Gregory, nie! – krzyknęła, rzucając się za psem. Króliki zbiły się w ciasną grupkę, a największy z nich, zapewne matka, rzucił się w stronę Gregory’ego.
Zajęta pościgiem Carly nie usłyszała dźwięku motocykla, który właśnie wyłonił się z zakrętu głównej drogi prowadzącej do domu. Dostrzegła go w ostatniej chwili, kiedy nie była już w stanie się zatrzymać. Ściskając w ręku obrożę Gregory’ego, przewróciła się na rosnącą wzdłuż drogi trawę, w nadziei, że w ten sposób uniknie wypadku.
Leżała bez ruchu, spoglądając na rozciągające się nad nią błękitne niebo.
Usłyszała przekleństwo, po czym w polu jej widzenia pojawiła się męska twarz. Potężnie zbudowany mężczyzna klęczał obok, pochylony nad jej nieruchomą postacią.
Jego oczy były chyba jeszcze bardziej błękitne niż niebo, na które przed chwilą patrzyła. Prosty nos, wydatna szczęka, zdecydowanie zarysowane usta. Na taką twarz mogłaby patrzeć bez końca.
‒ Nie ruszaj się. – Głos miał głęboki, niski i zdecydowanie pełen autorytetu.
Poczuła jego ręce na ramionach, a potem nogach.
‒ Co ty wyprawiasz?
‒ Sprawdzam, czy niczego sobie nie złamałaś.
‒ Jesteś lekarzem?
‒ Nie.
Nie zdziwiła się. Nigdy jeszcze nie spotkała lekarza ubranego w czarną skórzaną kurtkę.
‒ Nic mi nie jest – zapewniła go pospiesznie. W końcu to ona była lekarzem!
‒ Nie ruszaj się – powtórzył, kiedy spróbowała unieść się na łokciach.
‒ Powiedziałam, że nic mi się nie stało. - Odsunęła jego rękę, aż się zachwiał.
‒ Dobrze – powiedział w końcu, wstając z kolan. – Może mi powiesz, dlaczego przebiegłaś przez tę drogę? Mogłem cię zabić.
Carly spojrzała na stojący nieopodal motocykl, jakby żywcem wyjęty z filmu o Batmanie. To była jego wina, jechał z nadmierną prędkością.
‒ Naprawdę? Jeślibym zginęła, to tylko dlatego, że jechałeś po tej wąskiej dróżce jak maniak.
Dare spojrzał na rudowłosą piękność, której oczy ciskały na niego gromy. Swoją drogą jej oczy miały ciekawy kolor. Były zbyt zielone, żeby je nazwać szarymi i zbyt szare, aby uznać je za zielone. Najbliższy prawdy był kolor oliwkowy.
‒ Wcale nie jechałem jak maniak.
‒ Owszem, jechałeś. Co więcej, rozmawiałeś przez telefon!
‒ Nie histeryzuj. Nie rozmawiałem przez telefon, tylko sprawdzałem GPS.
‒ Trzymałeś w ręku telefon, prowadząc motocykl! To jest karalne!
‒ Uspokój się, nad wszystkim panowałem.
‒ Co nie zmienia faktu, że to jest karalne.
Dare lekko się uśmiechnął.
‒ I co w związku z tym zamierzasz zrobić? Aresztujesz mnie?

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł 7,90 zł 2 dni
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 7,90 zł 9,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Zabiorę cię do Toskanii, Rezydencja w Kornwalii
Autor Kim Lawrence, Michelle Conder
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 16-03-2018
Ilość stron 320
Oprawa Miękka
ISBN 9788327634443

Napisz recenzję