Maureen Child - To tylko seks

- Dziś rozwody są regułą – oznajmił Reed Hudson. – To małżeństwa są anomalią.
- Nie wierzę. - Carson Duke, popularny aktor filmów akcji, westchnął ciężko.
Prawnik pokręcił głową. Większość jego klientów pragnęła jak najszybciej zakończyć związek, który nie spełniał ich oczekiwań. Czasem jednak zdarzali się tacy, którzy siedząc w jego gabinecie, marzyli o tym, aby być w tej chwili gdziekolwiek indziej, najlepiej z ukochaną żoną. Bo przecież składali sobie przysięgę…
Powściągnął grymas. Z własnego doświadczenia, zarówno zawodowego, jak i prywatnego, wiedział, że nie istnieje miłość aż po grób.
- W takich żyjemy czasach.
Założywszy nogę na nogę, Carson zmarszczył czoło.
– Był pan kiedyś żonaty?
- A skąd! – Reed parsknął śmiechem.
Tabloidy ochrzciły go „specem od hollywoodzkich rozwodów”. To wystarczyło, aby kobiety nie próbowały go złapać w małżeńskie sidła. Prowadził sprawy wielu znanych ludzi z Los Angeles i Nowego Jorku, a wszystko zaczęło się pięć lat temu, kiedy reprezentował sławnego komika, którego żona, psychiczny sobowtór bohaterki „Fatalnego zauroczenia”, chciała ogołocić do cna.
Lubił swoją pracę, cieszył się, mogąc uwolnić klientów od złych związków. Jednego się nauczył: że każde małżeństwo może zakończyć się bolesną porażką.
Oczywiście aby dojść do tej prawdy, nie potrzebował klientów; wystarczyła mu własna rodzina. Ojciec z piątą żoną mieszkał w Londynie, a matka z czwartym mężem odpoczywała na Bali. Podobno w kolejce czekał już mąż numer pięć. Dzięki rodzicom Reed miał dziesięcioro rodzeństwa w wieku od trzech do trzydziestu dwóch lat, a że młoda żona ojca znów była w ciąży, liczba rodzeństwa lada moment się powiększy.
Jako najstarsze dziecko w tej rozgałęzionej, eklektycznej rodzinie Reed był tym, który miał nad wszystkim pieczę. Ilekroć brat czy siostra wpadali w tarapaty, przychodzili po pomoc do Reeda. Kiedy rodzice potrzebowali rozwodu, aby poślubić kolejną miłość życia, dzwonili do Reeda. Podejrzewał, że gdy nastąpi apokalipsa, wszyscy też przyjdą do niego.
Spoglądając na Carsona Duke’a, przypomniał sobie zdjęcia i artykuły w kolorowej prasie: aktor i jego ukochana, Tia Brennan, przeżyli szalony romans zakończony bajecznym ślubem na Hawajach. Czytelnicy ekscytowali się ich historią, podawali ich jako przykład idealnej pary. I oto rok później Carson prosił Reeda, aby reprezentował go w sprawie rozwodowej.
- W porządku. – Reed popatrzył na aktora, który wyglądał jak prawdziwy twardziel. Nic dziwnego, zanim zrobił karierę w filmach akcji, służył w marynarce wojennej. – A co pańska żona o tym sądzi?
Carson przeczesał włosy.
- To był jej pomysł. Od jakiegoś czasu nam się nie układa. Ona… my… uznaliśmy, że lepiej, jak się rozstaniemy, póki jeszcze z sobą rozmawiamy.
Reed skinął głową. Brzmiało to rozsądnie, ale często tak jest na początku, a potem nawet te pary, którym zależy na pozostaniu w przyjaznych relacjach, zaczynają skakać sobie do oczu. Nie chciałby, aby to spotkało Carsona i Tię.
- Czy chodzi o inną kobietę? Zdradzał pan żonę? Prędzej czy później wyjdzie to na jaw, więc wolałbym, żeby był pan ze mną szczery.
Na twarzy Carsona odmalował się wyraz oburzenia. Reed uniósł rękę. Wszyscy zawsze twierdzą, że są stroną pokrzywdzoną.
- Przepraszam, te pytania są konieczne.
- Nie zdradzałem! – Carson poderwał się na nogi. Podszedł do okna z widokiem na ocean. Chwilę milczał, próbując się uspokoić, po czym obrócił się do prawnika. – Ani ja jej, ani ona mnie.
- Jest pan pewien?
- Absolutnie. – Aktor ponownie przeniósł wzrok na lśniącą w słońcu taflę wody. – Nie było żadnej zdrady.
Ciekawe. Reed ściągnął brwi. Zwykle pary, które nie chcą ujawniać szczegółów, jako przyczynę rozstania podają niezgodność charakterów. Jednak zawsze jest jakiś powód, a na liście powodów zdrada zajmuje wysoką pozycję.
- Więc dlaczego…?
- Przestaliśmy być szczęśliwi. – Carson oparł dłoń o szybę. – Początek był fantastyczny. Spojrzeliśmy na siebie i jakby w nas grom trafił. Zna pan to uczucie?
- Nie. – Reed uśmiechnął się.
- Nie mogliśmy utrzymać rąk przy sobie. Ale nie chodziło o sam seks. Gadaliśmy całymi nocami, śmialiśmy się, snuliśmy plany, rozmawialiśmy o przeprowadzce do Hollywood, o dzieciach. Niestety w ostatnich miesiącach oddaliliśmy się od siebie. Sporo pracujemy, niemal się nie widzimy.
Kiepski powód do rozstania, pomyślał Reed, ale cóż. Kiedyś reprezentował człowieka, który chciał się rozwieść, bo żona chowała przed nim ciastka. O mało nie powiedział gościowi: kup pan własne i je ukryj, uznał jednak, że nie powinien się wtrącać. Bo ciastka były pretekstem, a nie prawdziwym powodem, on zaś prawnikiem, a nie terapeutą w poradni małżeńskiej.
- Dobrze, przygotuję pozew. Czyli Tia nie będzie się sprzeciwiać?
Carson wsunął ręce do kieszeni.
- Jak mówiłem: pomysł rozwodu wyszedł od niej.
- To wszystko ułatwia. – Reedowi zrobiło się żal mężczyzny, bądź co bądź nie miał serca z kamienia. Czasem wydawał się zimny i bezwzględny, ponieważ tylko zachowując profesjonalny dystans, mógł jak najlepiej pomóc klientom. Carson Duke nie potrzebował współczucia ani litości, potrzebował przewodnika po obcym sobie świecie procedur sądowych. – Proszę mi wierzyć: nie chce pan długiej batalii opisywanej szczegółowo w brukowcach.
Carson wzdrygnął się.
- Nawet nie mogę wynieść śmieci, żeby jakiś paparazzi koczujący na drzewie nie pstryknął mi zdjęcia. Wie pan, jadąc z Malibu, powtarzałem sobie, że byłoby wygodniej, gdyby miał pan biuro w Los Angeles. Ale tu przynajmniej nie ma paparuchów.
Reed to samo sobie wielokrotnie powtarzał – że powinien przenieść się do L.A., ale nie potrafił się do tego zmusić. Zresztą wolał mieszkać i pracować w okręgu Orange: mieszkał w apartamencie w pięciogwiazdkowym hotelu Saint Regis w Laguna Beach, a biuro miał w Newport Beach, tuż nad samym oceanem.
- Przygotuję dokumenty i wyślę je panu kurierem.
- Nie ma potrzeby – odrzekł Carson. – Postanowiłem spędzić tu kilka dni. Zatrzymałem się w Saint Regis.
Reed skinął głową. Słusznie; niech Carson nabierze sił, bo fotoreporterzy rzucą się na niego, kiedy informacja o rozwodzie dostanie się do prasy. A dostanie się na pewno; zawsze ktoś puści farbę. Oczywiście nie będzie to nikt z personelu Reeda. Ufał swoim ludziom, płacił im wysokie pensje nie tylko za wiedzę i doświadczenie zawodowe, ale również za lojalność i dyskrecję.
Ale nie miał kontroli nad innymi. Kiedy dziennikarze odkryją, gdzie Carson mieszka, zaczną wypytywać pokojówki, recepcjonistki, kelnerów. Będą drążyć, dopóki nie dowiedzą się, co aktor robi w hotelu sto kilometrów od swojego domu.
- Pan też tam mieszka, prawda? – spytał Carson.
- Tak. Podrzucę panu papiery do podpisu.
- Zameldowałem się jako Wyatt Earp.
Reed wybuchnął śmiechem. Earp był jednym z najsłynniejszych rewolwerowców i stróżów prawa na Dzikim Zachodzie.
- Jasne. Będziemy w kontakcie.
Po wyjściu klienta Reed podszedł do okna. Tyle razy pomagał rozwodnikom, że dokładnie wiedział, co Carson Duke czuje (ulgę oraz smutek) i o czym myśli (czy nie będzie żałował decyzji).
Zdarzali się ludzie, którzy rozwodzili się z radością, ale ci należeli do wyjątków. Większość cierpiała z powodu utraty czegoś, z czym wiązała nadzieje. Reed widział na przykładzie rodziców, którzy zawierając każde kolejne małżeństwo, wierzyli, że to będzie ostatnie, że tym razem znaleźli prawdziwą miłość.
- I zawsze się mylą – mruknął pod nosem.
Tak, on postępował najrozsądniej: nie angażował się emocjonalnie i nie brał pożądania za miłość. Potrząsając z rozbawieniem głową, wrócił do biurka i zaczął przygotowywać pozew.

Lilah Strong jechała drogą nad Pacyfikiem. Nie spieszyła się. Mimo gniewu, jaki w niej kipiał, rozglądała się, podziwiając krajobraz odmienny od tego, który widziała na co dzień. Nie lubiła się złościć; uważała, że to bezsensowne marnowanie energii. W dodatku człowieka, na którego była zła, nie obchodziło, co ona czuje.
By o tym nie myśleć, zerkała na ocean. Surferzy śmigali po falach, żaglówki kołysały się na wodzie, a na brzegu dzieci z malutkimi wiaderkami i łopatkami budowały zamki z piasku.
Lilah wychowała się w górach. Od bezkresnych oceanów wolała porośnięte drzewami zbocza, polany pełne kwiatów i ośnieżone szczyty. Ale musiała przyznać, że mieniący się w słońcu Pacyfik stanowi miłą niespodziankę. Oczywiście mogła podziwiać widoki, bo posuwała się naprzód w żółwim tempie. Szosa była zatłoczona. Miejscowi, turyści, amatorzy sportów wodnych… Minęły dopiero pierwsze dwa tygodnie czerwca, z każdym dniem turystów będzie przybywać. Na szczęście ona za chwilę wróci do domu. W Orange zostawi swoją małą pasażerkę i…
Na samą myśl o tym poczuła ból. Gdyby była kimś innym, może nie spełniłaby prośby przyjaciółki, ale nie potrafiłaby żyć w kłamstwie. Mimo wewnętrznego sprzeciwu wiedziała, że musi postąpić, jak należy.
Spojrzała w lusterko wsteczne.
- Milczysz? Nic dziwnego, mnie też trudno to wszystko pojąć.
Od dwóch tygodni z lękiem myślała o podróży do Kalifornii. Wciąż usiłowała znaleźć jakieś wyjście, ale zdawała sobie sprawę, że nie znajdzie. Klamka zapadła.
U siebie w Utah czułaby się pewniej. Ludzie ją znali, stanęliby po jej stronie. Tu natomiast była sama.
Okręg Orange w Kalifornii dzieliło od Pine Lake w Utah zaledwie półtorej godziny lotu, ale Lilah miała wrażenie, jakby znalazła się na drugim końcu świata, w miejscu kompletnie sobie obcym. Zanim zaparkowała samochód i weszła z Rose do kancelarii prawnej, była kłębkiem nerwów. Wolnym krokiem zbliżyła się do recepcji.
- Dzień dobry, nazywam się Lilah Strong i chciałabym zobaczyć się z panem Reedem Hudsonem.
Recepcjonistka, kobieta w średnim wieku, zmarszczyła groźnie czoło.
- Jest pani umówiona?
- Nie. Przyjechałam na polecenie jego siostry, Spring Hudson Bates.
- Chwileczkę. – Recepcjonistka podniosła słuchawkę. – Szefie, niejaka Lilah Strong chce się z panem widzieć. Podobno przysłała ją pana siostra Spring.
Podobno? Lilah westchnęła ze zniecierpliwieniem. Po chwili recepcjonistka wskazała schody.
- Pierwsze piętro, pierwsze drzwi po lewej.
- Dziękuję.
Czując na plecach zaciekawione spojrzenie, Lilah ruszyła na górę. Przed podwójnymi drzwiami przystanęła, by spowolnić bicie serca, po czym nacisnęła klamkę. Pokój był nieduży, ale gustownie urządzony. W rogu w srebrnej donicy stał dorodny fikus, obok - czarne biurko. Siedząca przy nim młoda kobieta o krótkich czarnych włosach i piwnych oczach uśmiechnęła się przyjaźnie.
- Panna Strong, tak? Jestem Karen, asystentka pana Hudsona. Pan Hudson czeka na panią.
Wstała i podeszła do drzwi. Otworzywszy je, cofnęła się. Lilah policzyła w myślach do trzech i wkroczyła do jaskini lwa.
Gabinet Hudsona był olbrzymi; przypuszczalnie miał na klientach wywrzeć wrażenie. I wywierał. Wielkie okna zajmowały dwie ściany. Za jednym rozpościerał się zapierający dech w piersi widok na ocean, przez drugie widać było szosę nadbrzeżną oraz tłumy na chodnikach.
Drewniana podłoga lśniła. Przy stoliku leżał kosztowny dywan. Meble różniły się od tych w recepcji i pokoju asystentki: tam przeważało szkło i elementy chromowe, tu ciemna skóra. Lilah skarciła się w duchu: nie przyszła po to, by podziwiać wystrój.
- Kim pani jest? – zapytał mężczyzna. – I co pani wie o Spring?
Mierzył co najmniej metr dziewięćdziesiąt, miał niski głos i czarne, modnie przystrzyżone włosy. Ubrany był w czarny prążkowany garnitur, białą koszulę i czerwony krawat. Spojrzenie jego zielonych oczu wydało się Lilah mało przyjazne.
Nie szkodzi. Ona też nie była przyjaźnie nastawiona. Cieszyła się jednak, że zadbała o swój wygląd. W domu zwykle chodziła bez makijażu. Dziś umalowała się, włożyła czarne spodnie, czerwoną bluzkę i krótki czerwony żakiet. Oraz czarne botki na obcasach, w których miała prawie metr siedemdziesiąt pięć wzrostu. Słowem, była przygotowana do spotkania.
- Nazywam się Lilah Strong.
- Wiem, recepcjonistka mi to przekazała. Nie wiem natomiast, co pani tu robi.
Lilah wzięła głęboki oddech, po czym stukając obcasami, podeszła do biurka. Kiedy stanęła naprzeciwko Reeda, dobiegł ją zapach jego wody po goleniu, przywodzący na myśl lasy w Utah. Patrząc w intensywnie zielone oczy mężczyzny, oznajmiła:
- Spring była moją przyjaciółką. Jestem tu wyłącznie z jej powodu. Poprosiła mnie o przysługę. Nie mogłam odmówić.
- Rozumiem.
Ten głos, to spojrzenie… Czy Reed Hudson musi być tak przystojny, tak seksowny? Zresztą niech będzie, ale niech jego wygląd jej nie rozprasza!
- Tak z ciekawości… - Mężczyzna skierował wzrok na jej małą przyjaciółkę. – Wszędzie zabiera pani z sobą dziecko?
Lilah popatrzyła na kilkumiesięczną dziewczynkę, którą trzymała na swoim lewym biodrze. To z jej powodu przyjechała do Kalifornii. Gdyby to od niej samej zależało, nie ruszyłaby się z domu i nie stałaby teraz w gabinecie Hudsona. Ale nie miała wyboru; musiała zrobić to, o co ją Spring prosiła.
Rose klasnęła w rączki i zapiszczała radośnie. Lilah przeniosła spojrzenie z powrotem na mężczyznę.
- Rose nie jest moim dzieckiem – rzekła z nieskrywaną nutą żalu. – Jest dzieckiem pana.

Reed natychmiast przybrał srogą minę, z której był znany w kręgach prawniczych. W jego głowie rozległ się dzwonek alarmowy. Stojąca na wprost piękna kobieta, która patrzyła na niego z obrzydzeniem jak na wypełzającą spod kamienia glistę, najwyraźniej miała urojenia.
Owszem, w przeszłości kilka cwanych kobiet usiłowało mu wmówić, że są z nim w ciąży. Ponieważ jednak zawsze był bardzo ostrożny, nie dawał się nabrać na ich sztuczki. Ale Lilah Strong? Z nią nawet nie spał. Gdyby się kochali, na pewno by jej nie zapomniał.
- Nie mam dzieci – odrzekł. Pomysł był absurdalny. Biorąc pod uwagę dzieciństwo, rodzinę, karierę, Reed wiedział, że za nic w świecie nie chce być niczyim mężem i ojcem. Odkąd skończył szesnaście lat, nosił w portfelu prezerwatywę. – Żegnam panią.
- Nieźle. – Lilah pokiwała głową.
W jej lśniących niebieskich oczach zobaczył pogardę.
- Słucham?
- Tego się spodziewałam po kimś takim jak ty – powiedziała Lilah, z trudem panując nad wściekłością.
- A co ty możesz o mnie wiedzieć?


Laureen Canan - Namiętności nigdy dosyć

Po skończonym spotkaniu biznesowym Cole Masters opuścił hotel i poszedł w kierunku zaparkowanej nieopodal limuzyny, którą miał się udać na lotnisko, by wrócić do Dallas. Podpisanie umowy przebiegło nadspodziewanie gładko. Ot, jeszcze jedna bezproblemowa – a przez to nudna – fuzja przedsiębiorstw.
Zatrzymał się i rozejrzał wokół. Późnopopołudniowe słońce padało mu na twarz, poprawiając samopoczucie. Nowy Orlean. Miasto Wielkiego Luzu. Kiedy to ostatnio zdarzyło mu się zapuścić w zaułki Dzielnicy Francuskiej, by posłuchać jej gwaru i wszechobecnej muzyki? Zapewne dość dawno, ale do dziś wspominał to z czułością…
Podjął błyskawiczną decyzję. Podszedł do czekającego przy samochodzie szofera.
– Jest tu gdzieś w pobliżu sklep Armii Zbawienia czy coś w tym rodzaju? – zapytał.
– Słucham?
– Nie pytaj, tylko mi go znajdź.
Po kilku minutach kierowca wręczył mu karteczkę z adresem.
– Świetnie. Zawieziesz mnie?
– Tak, proszę pana.
– Gene, ty i Marco macie już wolne – powiedział do jednego z towarzyszących mu ochroniarzy. – Samolot czeka przed halą D. Polecicie nim do domu.
– Panie Masters, nie wydaje się, żeby to był dobry pomysł.
– Dam sobie radę. Powiedzcie pilotowi, żeby wrócił po mnie jutro po południu. A teraz jedziemy na zakupy – powiedział, wsiadając do limuzyny, która ruszyła, pozostawiając na krawężniku oniemiałą obstawę.
Miny ochroniarzy wskazywały, że uważają swojego pracodawcę za niespełna rozumu. Może aż tak bardzo się nie mylą? Cole miał ochotę na chwilę szaleństwa i zapomnienia. Chciał nareszcie poczuć się wolny, wmieszać w tłum przechodniów i nacieszyć kilkoma przeznaczonymi tylko dla niego godzinami.
Był zmęczony. Otaczającymi go miernotami, które dla własnej korzyści przytakiwały każdemu jego słowu. Wymogami życia w korporacji, wszechobecnymi schematami i procedurami. Męczyło go, że z góry wiedział, jakie pytania i odpowiedzi padną w kolejnej rundzie negocjacji. Powoli zaczynał się czuć jak zakładnik rodzinnej firmy, jak spętany niewolnik.
Widział, że traci ludzkie uczucia, gorzknieje, przemawia nie swoim językiem. Znajomi zaczynają się od niego oddalać, ale czy można mieć im to za złe? Stał się cyniczny, podejrzliwy, lekceważył ludzi, okazywał im pogardę. Piastowane stanowisko dyrektora finansowego rodzinnego koncernu wycenianego na ponad osiem miliardów dolarów już dawno przestało być dla niego źródłem dumy i satysfakcji.
Kupił sobie dżinsy, T-shirt, kurtkę i parę schodzonych butów. Odprawił kierowcę, przebrał się i ruszył przed siebie w nadziei, że nikt go nie rozpozna i nikt niczego nie będzie od niego chciał. Że zatraci się w muzyce i niepowtarzalnej atmosferze Nowego Orleanu.

Facet z bliska wyglądał równie odpychająco, jak z daleka. Przystojna twarz miała twarde rysy i dość nikczemny, świadczący o ciężkim bagażu doświadczeń i całkowitej samoświadomości wyraz. Widoczne to było nawet w dość słabym świetle lampek migocących nad wystawionymi na zewnątrz stolikami. Włosy o barwie ciemnej czekolady podkreślały złocisty odcień jego piwnych oczu. I te oczy ją pociągały.
Chciała spojrzeć w nie z bliska, nie bacząc na ewentualne konsekwencje.
Miał pełne zmysłowe wargi. Z trudem powstrzymywała się przed wyobrażaniem sobie, jak by to było czuć je na swoich ustach. Zapragnęła, by jego ręce pieściły jej ciało, by ogarnął ich wspólny żar. On musi być świetny w łóżku. Nie miała pojęcia, skąd to przekonanie, ale nie miała też żadnych wątpliwości. I chyba go już gdzieś dziś widziała…
Tallie Finley wyczuwała w nim godnego siebie przeciwnika i partnera. Wysoki, dobrze zbudowany, w przetartych dżinsach i czarnym podkoszulku z wyblakłym wzorem na piersiach i w zbyt obszernej kurtce, o ile to w ogóle możliwe, zważywszy na niebywałą szerokość jego ramion. Zrobił na niej wrażenie człowieka, któremu kiedyś świat leżał u stóp, po czym zaczął wszystko tracić. Ale nie poddaje się bez walki.
– Co teraz? – spytała Kate „Mac” McAdams, sącząc do dna wino z kieliszka.
– Koraliki, nie możemy wrócić do domu bez koralików – odkrzyknęła Ginger Barnes.
Tallie wyszła ze swoimi dwiema przyjaciółkami na Bourbon Street, by wziąć udział w tradycyjnym rytuale ulicznej zabawy.
Gdy dotarły do hotelu, Tallie stanęła na balkonie i spojrzała na kłębiący się na dole tłum. Faceci machali uniesionymi w górę sznurami połyskujących, kolorowych paciorków, które miały zachęcić dziewczyny na balkonach do zdjęcia górnego przyodziewku.
Przez otwarte drzwi każdego baru wydobywały się grane przez ulicznych muzykantów jazzowe i bluesowe melodie, które teoretycznie w sumie powinny tworzyć jazgot nie do zniesienia. I pewnie wszędzie indziej by tak było. Ale nie w tym zachwycającym mieście. Powietrze rozbrzmiewało śmiechem, pijackimi gwizdami i okrzykami, migotało kolorami, pachniało przyprawami i grillowanym jedzeniem. Drugiego takiego miejsca nie ma nigdzie. Tu można poczuć się pępkiem świata.
Tallie wiedziała, że gdy wkrótce będzie musiała wyjechać do Teksasu na rozmowy w sprawie wykopalisk, to poczucie minie bezpowrotnie.
– Nie stój tak! – krzyknęła do niej Ginger, najbliższa przyjaciółka, z którą w ciągu ostatnich sześciu lat dzieliły pokój w akademikach. – Masz je przecież, dziewczyno! Zrób z nich użytek!
– I to już! – zachęcała Mac, ostatnia z ich tercetu koleżanek nierozłączek. Razem przyjechały się bawić do Miasta Wielkiego Luzu.
– Nie sądzę. – Tallie nie miała ochoty na publiczne rozbieranki. – Ale wy, jeśli chcecie…
– Mnie nie powstrzymasz – powiedziała Mac, mrugając do niej figlarnie. – Muszę mieć te koraliki.
– Ale wiesz, że można je kupić w każdym tutejszym sklepiku?
– Jasne, tyle że to żadna frajda.
Kręcąc kusząco biodrami w odbijający się od murów rytm głośnej muzyki, blondynka zbliżyła się do krawędzi balkonu i zaczęła guzik po guziku rozpinać bluzkę. Tłum na dole zaczął klaskać i wydzierać się jeszcze głośniej.
Wszystko rozegrało się tak szybko, że trudno było dostrzec piersi Mac, ale widać facetom to wystarczyło, bo zaczęli rzucać w jej kierunku sznury korali. Nie wierząc własnym oczom, Tallie przyglądała się, jak manewr przyjaciółki powtórzyła Ginger.
Po czym obie na nią spojrzały.
Tallie pokręciła głową.
– To nie dla mnie. I szczerze mówiąc, jestem zdumiona, że wzięłyście udział w czymś tak… dziwacznym.
– Chcesz powiedzieć, że będziesz żyć dalej, z doktoratem w kieszeni i karierą naukową przed sobą, bez wspomnień tak cudownego przeżycia? – Ginger przekrzykiwała muzykę i chichocząc, dopijała resztkę drinka.
– Właśnie tak. Dobrze mnie zrozumiałaś – odparła Tallie ze śmiechem.
Obie jej przyjaciółki są nieźle nawalone i chyba naćpane. Ona nigdy nie doprowadzi się do stanu, w którym potrząsanie gołymi cyckami na oczach setek ludzi będzie dla niej jak bułka z masłem. Co się stało z jej pracowitymi i pryncypialnymi przyjaciółkami? To zrozumiałe, że chcą odreagować stres związany z egzaminami dyplomowymi, ale żeby aż tak?
– Dajcie spokój. Na pewno są tu jeszcze miejsca, których nie zwiedzałyśmy. Mam ochotę potańczyć.
Zeszły po schodach i ponownie znalazły się na ulicy.
– Nie mam nic przeciwko tańcom – zgodziła się Ginger. – Niech no mi tylko zagrają jakiś gorący seksowny kawałek. Masz, musisz się czymś przyozdobić, jeśli chcesz, żeby cię ktoś poprosił do tańca – dokończyła, zarzucając przyjaciółce na głowę kilka sznurów korali.
– Racja. – Mac oplotła szyję Tallie jeszcze kilkoma sznurami. – Teraz nareszcie wyglądamy jak gotowe na wszystko.
Na wszystko? Tallie z trudem mogła sobie wyobrazić, co koleżanka ma na myśli.
– Dokąd idziemy? Jest noc z piątku na sobotę, co lepsze kluby i bary są na pewno pełne po brzegi – westchnęła Ginger.
– Oczywiście – dodała Mac. – Przed jednym z nich widziałam olbrzymią kolejkę. Ale na pewno coś znajdziemy.
– Chwileczkę, zdaje mi się, że podsłuchałam, jak ludzie chwalą jakiś fajny lokal na obrzeżach dzielnicy. Gator Trap Bar and Grill czy coś takiego. Idzie się Bourbon Street w kierunku St. Ann. Narobili mi apetytu na tamtejsze drinki – zaśmiała się Ginger. – Nazywają się Napalony Ramol i Bagienny Świerzb…
– Nie brzmi to najlepiej.
– Jak zwał, tak zwał. Ale napić się można.
Wypiły drinki kupione na ulicznym straganie i ruszyły w dół Bourbon Street.
Gator Trap okazał się miejscem niezwykle nastrojowym. Panowała tam ciemność rozświetlana jedynie świecami na stolikach i lampkami wiszącymi na ogromnym lustrze za barem, pozostałymi po zakończonej pięć miesięcy temu Gwiazdce. Do wejścia zachęcały dobiegające z głębi pomieszczenia dźwięki saksofonu, trąbki, pianina i basu.
Ginger i Mac podążyły do toalety, a Tallie zajęła stołek za barem.
– Czym mogę służyć? – Barman zabrał sprzed jej nosa dwie brudne szklanki i wytarł blat.
Tallie złożyła zamówienie.
– Dla mnie to samo – odezwał się mężczyzna siedzący po jej prawej stronie. – Gdybym nie spróbował Bagiennego Świerzbu, nie mógłbym powiedzieć, że byłem w Nowym Orleanie.
Tallie roześmiała się i odwróciła w jego stronę. Rozszerzonymi ze zdumienia oczami wpatrywała się w tajemniczego osobnika, którego widziała tego wieczoru w kilku miejscach. On też ją chyba poznał, bo w jego złocistych oczach pojawił się błysk.
– Zdaje się, że coś nas łączy.
– Masz na myśli wizytę w akwarium?
– Tak. I występy na Jackson Square.
– Aha, jasne, niektórzy grali świetnie, nie sądzisz? Ale chyba nie byliśmy razem w zoo ani na łódkach?
– Nie. Może następnym razem.
Miał głęboki, szorstki i absolutnie seksowny głos. Gdy pojawiły się przed nimi drinki, wzniósł toast:
– Za nowe doświadczenia.
– Za nowe doświadczenia – powtórzyła za nim z uśmiechem.
Ten wieczór był zdecydowanie właśnie czymś takim. Studiowała w tym mieście, ale nigdy nie zaznała nocnego życia. Brakowało pieniędzy, poza tym pilnie przykładała się do nauki. Archeologia to jej pasja.
Ginger miała rację – podawano tu znakomite drinki. Tallie niemal duszkiem opróżniła szklankę.
– Jeszcze dwa razy to samo – powiedział mężczyzna, kładąc na blacie pieniądze. – Zatańczymy? – zwrócił się do Tallie.
To zabrzmiało raczej jak rozkaz niż pytanie, ale gdy wziął ją za rękę, nie protestowała. Poprowadził ją na niewielki parkiet, położył sobie jej dłonie na ramionach, a sam objął ją i przyciągnął do siebie.
Był silny i muskularny. Ona miała ponad metr siedemdziesiąt wzrostu, a mimo to ledwie sięgała mu do ramienia. Najwyraźniej nie miał ochoty na rozmowę, zadowalając się mocnym uściskiem i wspólnym poruszaniem się w rytm rzewnej muzyki. Jej też to odpowiadało.
Kątem oka dostrzegła mijające ich Ginger i Mac. Obie mrugnęły do niej, z uznaniem unosząc w górę kciuki. Po odtańczeniu trzech kawałków tajemniczy mężczyzna odprowadził ją do baru, gdzie czekały na nich świeże drinki. Podobnie jak przedtem opróżnienie szklanki nie zajęło Tallie dużo czasu.
Podszedł barman i nieznajomy zamówił coś dla nich obojga po francusku.
– Spodoba ci się. To specjalność lokalu.
Rzeczywiście, drink był pyszny.
– Mieszkasz tu? – spytała zauroczona sposobem, w jaki przy przełykaniu napoju porusza się jego jabłko Adama. Czy ten facet musi być sexy we wszystkim, co robi?
– Nie. Ja mieszkam… w różnych miejscach. Właściwie nie mam czegoś, co można by nazwać domem.
– Oj, to musi być smutne.
– Smutne? Moim domem jest cały świat. Uważasz, że to smutne?
– Myślę, że fajnie jest podróżować od czasu do czasu, ale trzeba mieć jakieś swoje miejsce na ziemi. Ja przynajmniej tak bym chciała. Tam, gdzie możesz zrzucić buty, wyłączyć telefon, zasnąć we własnym łóżku, gdzie czujesz się… no wiesz… jak w domu. Ale nie martw się – dodała, klepiąc go w ramię. – Na pewno kiedyś znajdziesz dom. Jestem pewna.
– Trzymam cię za słowo – odparł, zaciskając usta, jakby uważał, że powiedziała coś śmiesznego.
Skończyła pić, a on zamówił następną kolejkę.
– A twój dom rodzinny? – zapytała.
– Texas. Daleki północny wschód. Tam się wychowałem, tam mieszka moja rodzina. Do szkoły chodziłem w Tulane. Można powiedzieć, że wtedy miałem dom.
– To jest naprawdę bardzo dobre – powiedziała, sącząc dopiero co postawionego przed nią drinka, czemu seksowny nieznajomy przyglądał się z rozbawieniem.
– Cieszę się, że ci smakuje. Gotowa? – spytał, gdy zespół zaczął grać nową piosenkę.
Melodia była powolna, nastrojowa. Tallie położyła mężczyźnie głowę na piersiach i poddała się rytmowi. Czuła ciepło jego ciała, chłonęła zapach. On przesuwał ręką po jej plecach, przyciągając coraz mocniej do siebie. Nagle wziął w dłonie jej twarz i odsunął z niej włosy. W słabym świetle niewiele było widać, ale to, co zobaczyła, kompletnie ją oczarowało. Jego bursztynowe oczy jaśniały blaskiem, ale większą uwagę przyciągały jego usta. Jak by to było całować się z nim?
Ledwie to pomyślała, on pochylił głowę i poczuła na ustach jego wargi. Ciepłe, delikatne, ponętne.
Zdumiała ją ich kontrastująca z twardą muskulaturą jego ciała miękkość. Pocałunek trwał tak krótko, że zaczęła się zastanawiać, czy go sobie nie wymyśliła. Przyglądał się jej, jakby szukał sygnałów, czy życzy sobie być całowana, czy też nie. Uśmiechnęła się w dowód aprobaty. Z uszczęśliwioną miną znów się ku niej nachylił.
– Jesteś taka piękna – szepnął jej do ucha.
Jego ciepły oddech spowodował, że poczuła ciarki na całym ciele. On zaś znów dotknął wargami jej ust i ruchami języka przekonywał, że powinna je rozchylić. Przystała na to. Jego język zdecydowanym ruchem wniknął w jej usta. Smakował ostrymi ziołami lekko przyprawionymi alkoholem i jedynym w swoim rodzaju męskim aromatem. To było wspaniałe.
Delikatnie zasysała jego język. Mężczyzna jęknął cicho i coraz głębiej wsuwał język, jakby chciał posmakować wszystkiego, co ma mu do zaoferowania. Tallie jeszcze nigdy przez nikogo nie była tak całowana – fachowo, z jednoznacznie seksualnym podtekstem.
Jej doświadczenie nie wybiegało poza ukradkowe buziaki na dobranoc. Teraz wiedziała, że nijak miały się one do prawdziwego całowania. On nagle oderwał usta od jej warg i zaczął drobnymi całusami znaczyć jej szczękę aż po koniuszek ucha. Zaraz jednak wrócił do pocałunku w usta, a ona ostatecznie poddała się burzy uczuć. Jego wargi, zapach, dotyk skóry i moc jego ciała niemal odebrały jej rozum.
Lekko ją przyciskał i już nie miała wątpliwości, że jej pragnie. W dole brzucha poczuła twardy napór. Instynktownie przywarła do niego całym ciałem, a on wydał z siebie głęboki i przeciągły jęk. Po czym powtórzył ten oszałamiający gorący pocałunek.
Tulił ją i całował w zniewalająco pierwotny sposób. Czuło się jego siłę, nawet jeśli starał się ją powściągać. Nie dawał jej chwili wytchnienia. Objął dłońmi jej twarz. Nie była w stanie myśleć. Potem jedną ręką objął ją w pasie, a drugą zanurzył w jej włosach, odchylił jej głowę do tyłu, wciąż pogłębiając pocałunki. Poczuła, że zamiast krwi płynie jej w żyłach gorąca lawa. Chwyciła go za poły rozpiętej kurtki, by nie upaść.
To zadziwiające, jak ich ciała idealnie do siebie pasowały. Jej biust opierał się o jego szeroki tors, czuła dotyk muskularnych ud i ewidentną erekcję. Ogarnęła ją fala gorąca, instynkt zapanował nad rozumem. Wciąż jeszcze tańczą czy już przestali?
Nie potrafiła sobie odpowiedzieć na to pytanie, ale też nie chciała otwierać oczu w obawie, że czar pryśnie.

Świat wokół zdawał się nie istnieć. Dla Tallie nie liczyło się nic poza ciepłem i smakiem ust nieznajomego, jego typowo męskim zapachem i świadczącym o dużym doświadczeniu zachowaniem. Czuła jedynie, że chce, aby to trwało bez końca. Jego głos, mowa ciała – to wszystko było niesamowicie pociągające. Czyżby zadziałały feromony? Tak czy owak facet wprowadził w jej uporządkowane i bezpieczne życie element ryzyka.
Wyglądał, jakby zdążył doświadczyć zarówno najlepszych, jak i najgorszych rzeczy, które składają się na ludzki los. Wiele musiał przejść. Nie miał domu. Ubrany byle jak. Natknęła się na niego wiele razy tego wieczoru i zawsze był sam. A nie chciała, żeby był samotny...

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł To tylko seks, Namiętności nigdy dosyć
Autor Maureen Child, Laureen Canan
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 02-03-2018
Ilość stron 320
Oprawa Miękka
ISBN 9788327634863

Napisz recenzję