Maybelle Freebourne z poczuciem dumy weszła do Victory Hospital, średniej wielkości szpitala na jednym z odległych przedmieść Melbourne. Wracała wreszcie do okolic, gdzie kiedyś czuła się szczęśliwa. Uśmiechnęła się do wspomnień.
Stanęła pośrodku przebudowanego i odnowionego holu i rozejrzała się. Victory to szpital akademicki, miał wszystkie podstawowe oddziały medyczne i chirurgiczne, lecz rozmiarem daleko mu do Royal Melbourne w centrum miasta. Ale jej to odpowiadało.
Maybelle chciała się ukryć, ale nie rozpłynąć całkiem. Wiedziała, jak się dopasować do innych, jak dostosować wygląd i osobowość, by zaakceptowali ją nowi koledzy. Ktoś, kto jest zmuszony zmieniać miejsce zamieszkania co dwa lub trzy lata, musi się tego nauczyć.
Wreszcie ma własne życie. Nie chciała się skupiać na tym, jaka droga ją tu doprowadziła. Jeżeli zacznie o tym wszystkim myśleć, wpadnie w czarną dziurę, z której niemal nie sposób się wydostać. Niemal. Psycholog stwierdził, że wyjątkowo dobrze radzi sobie po tym, co musiała przejść.
Patrzyła na ściany budynku, odnotowując renowacje, które zmieniły i poprawiły jego estetykę. Porównywała ten widok z tym, jaki zapamiętała, gdy była tu, mając osiem lat. Przywieziono ją wówczas na oddział ratunkowy z zapaleniem wyrostka robaczkowego. Jej rodzice byli przygnębieni. Świetnie dawali sobie radę z genomem ludzkim i związkami syntetycznymi, ale na widok chorej córki sami byli chorzy.
Tamten pobyt w szpitalu miał na małą Maybelle duży wpływ. Przede wszystkim podobało się jej to, że szpital funkcjonuje jak zamknięty mały świat, od salowych po chirurgów. Rodzice od dzieciństwa zachęcali Maybelle, by została naukowcem. Na któreś Boże Narodzenie dali jej nawet w prezencie plastikową płytkę Petriego.
Matka była jednak zaskoczona, gdy Maybelle oświadczyła, że chce być lekarzem.
– Ale medycyna to krew, a na zajęciach będziesz musiała przeprowadzać sekcje zwłok – stwierdziła matka, robiąc dla efektu pauzę. – Nie chcesz chyba mieć do czynienia ze zmarłymi.
– Sama może dokonać wyboru, Samantho – wtrącił ojciec, podnosząc oczy znad pisma naukowego. – Ty i ja nie lubimy zajmować się ludźmi i wolimy pochylać się nad mikroskopem. Ale to nie znaczy, że ona nie może być lekarzem. Poza tym – spojrzał na Maybelle pobłażliwie – masz dopiero osiem lat. Możesz zmienić zdanie.
Dał matce wzrokiem do zrozumienia, by nie ciągnęła tematu, toteż matka dała spokój.
Rzecz jasna, kiedy Maybelle otrzymała dyplom lekarski, rodzice byli z niej niezwykle dumni.
– Nie wiem, jak ty jesteś w stanie wykonywać tę pracę – powiedziała matka któregoś dnia, gdy Maybelle wróciła skonana po długim dyżurze na oddziale ratunkowym. ¬– Ale cieszy mnie, że pomagasz ludziom, że ratujesz życie. – Popatrzyła córce w oczy. ¬– Zwłaszcza po tym wszystkim, co przez nas przeszłaś.
Maybelle przytuliła matkę. Od czasu, gdy zostali objęci programem ochrony świadków, cała trójka spędzała razem dużo czasu. Maybelle znalazła w ten sposób upragnioną rodzinną bliskość.
– Nie ma tego złego, co by choć trochę na dobre nie wyszło – lubił powtarzać ojciec.
Nie, rodzice nie odkryli leku na raka. Opracowali natomiast surowicę, która mogła stać się narzędziem licznych zbrodni, gdyby trafiła w niepowołane ręce. Włamywacze szukali wyników ich badań. Maybelle dowiedziała się, że włamano się również do ich laboratoriów. Rząd Australii zaoferował objęcie rodziny programem ochrony, jeżeli rodzice zgodzą się w ukryciu kontynuować prace nad antidotum.
– Nie możemy publikować badań pod własnym nazwiskiem, ale za to żyjemy – mawiał ojciec.
– A May była w stanie ukończyć studia zaledwie po dwóch relokacjach – dodawała matka. – Przyjdzie dzień, kiedy uwolni się od tego wszystkiego i zacznie własne, prawdziwe życie.
– Ten dzień właśnie nadszedł, mamo – wyszeptała May w holu szpitala, kierując się w stronę wejścia do oddziału ratunkowego.
Przesunęła kartę przez czytnik i otworzyła drzwi. Jej podniecenie ulotniło się na widok spokoju panującego na oddziale. Była gotowa do działania, a zobaczyła wyraźnie rozbawioną grupę zgromadzoną wokół centralnego biurka, między stanowiskami zabiegowymi. Nic się nie działo. Na łóżkach leżało, owszem, kilku pacjentów, ale ich stan był stabilny.
Z uczuciem zawodu ruszyła do biurka. Nie przepadała za cichymi miejscami, gdzie wszystko było pod kontrolą. Lubiła ruch, krzątaninę; lubiła być zagoniona. Nikt nie spojrzał na nią, kiedy się zbliżała. Najwyraźniej wszyscy byli zafascynowani czyimś opowiadaniem.
– I w tym momencie – mówił mężczyzna o głębokim głosie – nadepnęła na piłkę.
Puenta wywołała wybuch śmiechu. Jedna z kobiet odwróciła się i zobaczyła Maybelle stojącą za jej plecami. Podskoczyła i położyła rękę na sercu.
– Na miłość boską, ale mnie wystraszyłaś. Chodzisz jak kot.
Maybelle przypomniała sobie, jak uczono ją przemykać się niepostrzeżenie, nie rzucać się w oczy, stawać się niewidzialną. Tym razem jednak nie zrobiła tego celowo. Pokazała swój identyfikator.
– Jestem nowa. Lekarz. Oficjalnie zaczynam – spojrzała na zegar ścienny – za pół minuty.
– Doktor Freebourne? Eee… May? Zgadza się?
– Maybelle – poprawiła.
– Jestem Gemma, administratorka oddziału, mam twoje papiery… gdzieś tutaj. – Gemma uścisnęła dłoń Maybelle i zaczęła przekładać dokumenty na biurku. – O, są.
– Powiedziałaś, że zaczynasz? – spytała jedna z pielęgniarek. – Fantastycznie. Strasznie nam brakuje rąk do pracy.
– W szpitalach zawsze są braki kadrowe ¬– stwierdziła półgłosem inna pielęgniarka. Jej ton wskazywał, że uważa to za oczywistość.
Gemma złożyła kilka kartek i wręczyła je mężczyźnie, który chwilę wcześniej zabawiał towarzystwo anegdotą.
– Arthurze, proszę.
Arthur? Coś kliknęło w jej pamięci. Dzisiaj to imię nie jest często spotykane, pomyślała, uważa się je za staroświeckie. Jedyny Arthur, jakiego znała, dostał je po ukochanym dziadku i nosił z dumą.
Arthur. Jej król Arthur. Pierwszy chłopak, którego kochała. Uśmiechnęła się do wspomnień, ale nauczona samokontroli, skupiła się na pytaniach kolegów.
– Jeszcze raz, jak masz na imię? – spytał ktoś z grupy.
– Drodzy państwo – Gemma weszła Maybelle w słowo – przedstawiam wam doktor Maybelle Freebourne, która dołącza do naszej drużyny ze szpitala akademickiego w centrum Sydney.
Kilka osób podeszło do niej, żeby się przywitać. Była w centrum uwagi, a tego nie lubiła. Czuła się, jakby leżała pod mikroskopem. Nie ma jednak rady. Dokonała wyboru i jest zdecydowana. To nowe życie musi się ułożyć.
– Maybelle? – Spojrzała na właściciela głębokiego głosu, który wypowiedział jej imię.
Wysoki, ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Miał na sobie niebieski strój chirurgiczny, biały lekarski fartuch, na szyi stetoskop. Włosy, niegdyś najwyraźniej koloru blond, teraz były jasnobrązowe, z pierwszymi oznakami siwizny. Nos miał lekko krzywy, z pewnością kiedyś był złamany. Na widok jego szarych oczu zaschło jej w ustach, a serce na moment zamarło. Tych oczu niepodobna zapomnieć. Jakżeby mogła, skoro kiedyś patrzyły na nią z taką czułością?
– To bardzo staroświeckie imię – stwierdził Arthur.
– Ty akurat jesteś w tej dziedzinie autorytetem – wtrąciła się Gemma. – Arthur to też bardzo staroświeckie imię. Będziecie do siebie pasować: Maybelle i Arthur.
– Stare imiona są znowu w modzie – oświadczyła młoda pielęgniarka i rozpoczęła tyradę o tym, jak to jedna z jej przyjaciółek jest w ciąży, a w poradnikach dla młodych matek pisano, że stare imiona wracają do łask.
Do Maybelle nie docierało ani jedno słowo.
Dudniło jej w uszach i czuła przyspieszone bicie serca. To jest ten sam Arthur. Chłopak, w którym była zakochana wiele lat temu. A teraz? Teraz jest jeszcze bardziej przystojny. Nie mogła od niego oderwać oczu.
Czemu nie wypytała dokładniej swojego rządowego opiekuna, z kim będzie pracować? Kiedy przygotowywano dokumentację potrzebną do jej przeniesienia, chciała wiedzieć tylko, kto jest dyrektorem szpitala. Nie zapytała o nazwisko ordynatora oddziału ratunkowego. Teraz jest za późno, żeby się wycofać.
Dotyk jego ciepłej ręki wywołał ciepło, które rozlało się po całym jej ciele. Wątpliwości, czy jest to ten sam Arthur, zniknęły wraz z tym dotknięciem.
– Jestem Arthur. Arthur Lewis, ordynator ratunkowego.
Arthur Lewis i jego siostra Clara. Przeżyli razem fantastyczne chwile. Maybelle i Clara były jak siostry; Arthur był jak starszy brat. Do momentu, kiedy zaczęła w nim widzieć coś więcej niż zastępczego brata.
Przełknęła ślinę i zmusiła się do koncentracji. Cofnęła dłoń, jakby dotyk Arthura lekko ją oparzył. Przejechała palcami przez krótkie jasne włosy i starała się opanować.
– Miło mi. – Zrobiła krok wstecz, żeby stworzyć dystans. Głęboko wciągnęła powietrze, by uspokoić oddech.
Natychmiast zdała sobie sprawę, że był to błąd. Jej zmysł powonienia odnotował aromatyczny zapach płynu po goleniu, który się jej z nim kojarzył. To nowe życie zaczyna się od zderzenia z przeszłością!
– Chodźmy do mojego pokoju, pogadamy. – Uśmiechnął się do niej uprzejmie, tak jakoś bezosobowo. To znaczy, że nie ma pojęcia, kim ona jest.
Ruszyła za nim. Opanowała pierwszy szok i w jakimś stopniu czerpała przyjemność z możliwości oceny, jak życie zmieniło go przez te dwadzieścia lat.
Poprosił, by usiadła. Włożył okulary w cienkich metalowych oprawkach. Nie mogła opanować uśmiechu. Przypominał w nich własnego ojca.
– Co cię tak śmieszy? – Zdała sobie sprawę, że Arthur też na nią patrzy.
– Nie, nic. Ładne okulary.
– A… dziękuję. – Podniósł brwi, jakby nie był pewien, jak przyjąć ten komplement. – Sprawdźmy szybko te papiery, aby mieć pewność, że wszystko jest podpisane gdzie trzeba i masz ważne certyfikaty bezpieczeństwa.
– Mój identyfikator mnie tu wpuścił, więc chyba tak.
– To dobrze. – Złożył podpis w dwóch miejscach i zdjął okulary. – Mamy kłopoty z identyfikatorami. Dyrekcja to sprawdza, ale właściwie nasz system wymaga aktualizacji. Gdybyś miała jakieś problemy, daj znać.
– Okej. Dzięki za ostrzeżenie.
Arthur złożył ręce i wpatrywał się w nią intensywnie. Maybelle starała się zachować spokój i niczym nie zdradzić. Czy ją poznał? Czy dopatrzył się podobieństwa z szesnastoletnią dziewczyną?
Czekała, aż się odezwie, lecz wpatrywał się w nią, jakby zobaczył ducha.
– Czy myśmy się kiedyś nie spotkali?
Maybelle potrząsnęła głową.
– Ja, eee…
– Mam dziwne wrażenie, że skądś cię znam.
Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się z przymusem.
– Pewnie mam twarz, która wszystkim się z czymś kojarzy.
Patrzył na nią przez długą chwilę, próbując umiejscowić ją w pamięci. W końcu odchylił się.
– Czy masz jakieś pytania? Zapoznałaś się z regulaminem szpitala i oddziału?
– Oczywiście. Wszystko jest jasne.
– To dobrze. Dopóki całkiem się tu nie zadomowisz, nie zawahaj się prosić o pomoc.
– Jasne. – Nie była pewna, czy ma wstać, czy czekać, aż Arthur powie jej, że rozmowa jest skończona. A może jeszcze coś zechce dodać? Machinalnie owijała pasmo włosów wokół ucha, zanim zorientowała się, co robi, więc położyła dłonie na kolanach.
Zadzwonił telefon. Arthur podniósł słuchawkę.
– Tak, Gemmo. – Przerwał i skinął głową. – Zaraz tam będziemy. – Odłożył słuchawkę i szybko wstał.
– Jadą do nas trzy karetki przekierowane z Royal Melbourne. Oni są obłożeni, a my mamy wolne miejsca.
Maybelle również wstała.
– Cóż, doktor Freebourne. Nie ma to jak być rzuconym na głęboką wodę. Zobaczmy, czy potrafisz pływać.
Otworzył przed nią drzwi.
– Będziesz miał na mnie oko? – spytała, wychodząc. Czemu do jej głosu wkradł się ten kokieteryjny ton?! – To znaczy będziesz obserwować, czy daję sobie radę?
Roześmiał się krótko, a po plecach Maybelle przeszedł dreszcz. Ten sam śmiech… tylko głębszy. Czuła się rozkojarzona, i to w zupełnie niestosownym momencie.
– Możesz to sobie interpretować, jak chcesz – rzucił, gdy podchodzili do stanowiska pielęgniarek. – Odwrócił się, mrugnął do niej, po czym zwrócił się do Gemmy: – Co się dzieje?
Maybelle próbowała rozgryźć, o co chodzi. Dlaczego puścił do niej oko? Czy tylko się przekomarza? Zawsze lubił żarty, ale nigdy nie przekroczył granicy, by sprawić komuś ból. Żartował z zespołem, gdy weszła na oddział. Stosunki między ludźmi są dobre. Arthur potrafi rozładować sytuację odrobiną humoru.
I tyle? Czy też sygnalizuje, że ona będzie pod obserwacją nie tylko jako lekarz medycyny ratunkowej, ale również ze względów pozazawodowych?
Ta perspektywa wywołała w niej falę ciepła. Z zakamarków pamięci wróciły wspomnienia uczuć, kiedy Arthur ją całował. Jego zachowanie obudziło w niej kobiecość. Arthur Lewis puścił do niej oko z typową dla siebie niefrasobliwością, przekorą i uśmiechem. Nie po raz pierwszy i z tym samym co kiedyś destruktywnym skutkiem. Zachwiał jej wewnętrzną równowagą.
Musi się teraz skupić na pracy i nie myśleć o tym, jak ten facet potrafi rozpalić jej zmysły jednym prostym zabiegiem. Lepiej nie analizować uczuć, jakie wzbudza w niej Arthur Lewis.
– Na autostradzie naczepa stanęła w poprzek szosy i zderzyło się kilka samochodów. Parę osób nadal jest uwięzionych w autach. Służby ratunkowe starają się ich wydobyć. Royal Melbourne jest przepełniony ofiarami wypadków z godziny szczytu i do nas kierują tych, których tam nie mogą przyjąć.
– Czy wiemy, jaki był ładunek tej naczepy? – przerwała Maybelle. – Czy była to cysterna przewożąca paliwo albo środki chemiczne, a może transport zwierząt?
Arthur spojrzał na Gemmę, która zajrzała do notatek.
– To była cysterna z paliwem.
– Słuszne pytanie, Maybelle. – Mogłaby przysiąc, że jego brwi uniosły się na znak, że jest pod wrażeniem. – Wobec tego musimy być przygotowani na oparzenia poza zwykłymi skutkami wypadków komunikacyjnych, takimi jak urazy kręgosłupa, złamania, stłuczenia i wstrząśnienia mózgu.
Podzielił obecnych na grupy i wydawał instrukcje.
– Maybelle, ty masz pełną specjalizację w medycynie ratunkowej, weź drugi gabinet zabiegowy. Ja będę w pierwszym. Larrisa, jesteś odpowiedzialna za pierwszy kontakt i dokonujesz selekcji rannych. Kate, zajmujesz się pacjentami, którzy nie mają obrażeń bezpośrednio zagrażających życiu. Gemma dzwoniła już na bloki operacyjne i na oddziały, żeby znaleźć miejsca. Personel chirurgiczny został wezwany, a lekarze z innych oddziałów mają zaraz być powiadomieni.
Z oddali usłyszeli syrenę pierwszej karetki. Arthur skinął głową do zespołu, zatrzymując wzrok na Maybelle.
– Idziemy na podjazd. – Zdjął fartuch lekarski i założył jednorazowy fartuch chirurgiczny. Drugi podał Maybelle.
Była gotowa w chwili, gdy karetka wjeżdżała do zatoki. Sanitariusze pomagali ratownikom medycznym przenieść nosze na wózek.
– Twój pacjent, Maybelle. Powodzenia. – Czuła jego intensywny wzrok, gdy odwróciła się do ratownika, by odebrać pacjenta.
Jedną z umiejętności, jakie Maybelle posiadła w ciągu lat, było szufladkowanie myśli i emocji. Nie ma znaczenia, czy Arthur ją obserwuje, czy też nie. Teraz jej zadaniem jest ratować życie.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Nowe życie w Melbourne
Autor Lucy Clark
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 02-03-2018
Ilość stron 160
Oprawa Miękka
ISBN 9788327634856

Napisz recenzję