Benjamin Carter siedział na wysokim, obitym skórą krześle w kącie prywatnego luksusowego klubu, do którego wstęp mieli wyłącznie jego członkowie. Światło było przytłumione, atmosfera przyciszona i nastrojowa. Złociste lampy i migocące świece nadawały wnętrzu klimat subtelnej intymności. Dym cygara snujący się w przeciwległym ciemnym kącie wypełniał powietrze egzotycznym aromatem.
Klub zapewniał absolutną dyskrecję i Ben tym się kierował, wybierając go na miejsce tego spotkania. Teraz spoglądał kolejno na każdego z trzech mężczyzn, którzy zebrali się przy jego stoliku. Na prośbę Bena.
Na szejka Zayna Al-Ghamdiego, władcę pustynnego królestwa zasobnego w ropę i surowce mineralne, o niezmierzonych bogactwach i rządach absolutnych. Potem na Dantego Manciniego, włoskiego magnata odnawialnych źródeł energii, o czarującej powierzchowności, kryjącej ostry jak brzytwa intelekt, prawdziwą żyłkę do interesów i uszczypliwy język. I w końcu na ostatniego, nie mniej ważnego, Xandra Trakasa, greckiego miliardera i dyrektora generalnego konglomeratu o globalnym zasięgu, specjalizującego się w luksusowych towarach. Chłodnego, powściągliwego, o wyrazistych rysach twarzy, które niczego nie zdradzały.
Ben wprawdzie nie rządził pustynnym królestwem ani połową Europy, ale miał władzę nad Manhattanem ze swymi strzelistymi dźwigami i głębokimi wykopami w ziemi, wnosząc nowe i niesamowicie ambitne budowle.
Przy stoliku panowała atmosfera wręcz namacalnego napięcia. Ci mężczyźni tak długo byli swoimi nieprzejednanymi wrogami, że wydawało się niemal surrealistyczne to, że siedzieli teraz tu razem. Początkowo ich drobne nieporozumienia w interesach przez lata przerodziły się w zaciekłą wojnę, w której jednak przeciwnicy darzyli się wzajemnie szacunkiem. Każdy z nich był równie bezwzględny i uparty jak pozostali, więc jedyne, co osiągali w tych konfliktach, to pełen napięcia pat.
Ben usiadł prosto, bo nadszedł czas na jego przemowę.
– Dziękuję wszystkim za przybycie.
Ciemne oczy szejka Zayna Al-Ghamdiego lśniły złowrogo.
– Nie lubię, kiedy się mnie wzywa jak krnąbrnego uczniaka, Carter.
– A jednak – zauważył Ben – jesteś tu. – Rozejrzał się. – Wszyscy jesteście.
Dante Mancini powiedział przeciągle:
– A Oskar za powiedzenie największego banału idzie do Benjamina Cartera. – Uniósł ciężką kryształową szklankę w kierunku Bena, a ciemny trunek w środku zamigotał złociście, odbijając dekadencki przepych tego miejsca. Wychylił drinka jednym haustem, jednocześnie przywołując gestem kelnera. Uchwycił spojrzenie Bena. – Może raz skusisz się, by wypić coś mocniejszego niż woda, Carter?
Ben nie dał się sprowokować kpinom Dantego. On jeden z całej czwórki nie delektował się najlepszą whisky single malt, jaką można było nabyć poza Irlandią i Szkocją.
Spojrzał znacząco na pozostałych.
– Panowie, wprawdzie świetnie bawiliśmy się przez ostatnią dekadę, dając się sobie nawzajem we znaki, ale nadszedł chyba czas, byśmy przestali dawać prasie pretekst do szczucia nas jeden na drugiego.
Xander Trakas spojrzał na pozostałych i westchnął.
– On ma rację. Prasa wzięła nas na celowniki, jednego po drugim. To nie są już tylko wzmianki w tym brukowcu „Szpieg celebrytów”,za któreponosimy część odpowiedzialności, zaniedbując własny wizerunek, ale fałszywe posądzenia o nadmierne imprezowanie, niezamykające się drzwi do sypialni i rzucającą się w oczy nieobecność w pracy. To już coś zgoła innego. Do szału doprowadzają mnie zarzuty, że nieustannie baluję, gdy ja zarywam noce, siedząc w biurze. W zeszłym tygodniu straciłem lukratywny kontrakt, bo poddano w wątpliwość moje kompetencje. To zaszło za daleko.
Dante Mancini prychnął.
– Ja mam właśnie stracić poważną transakcję, bo tamci chcą kogoś reprezentującego „rodzinne wartości”, cokolwiek to znaczy. – Pociągnął zdrowy łyk ze świeżo napełnionej szklanki.
To, że Dante Mancini i Xander Trakas nadal byli tu razem i zgadzali się ze sobą, stanowiło najlepszy dowód na to, że Ben dobrze zrobił, zapraszając ich wszystkich dziś wieczór. Zagrożenie było bardzo realne.
– Wyolbrzymianie naszych miłostek stało się zbyt szkodliwe, by to ignorować – powiedział. – Potrafię sobie radzić z tym, że na placu budowy moi ludzie wyśmiewają się z moich romansów. Ale kiedy plotki i insynuacje zaczynają mieć wpływ na wysokość kursu moich akcji i moją zawodową reputację, to to jest już nie do przyjęcia.
Trakas błysnął złośliwie oczami.
– Nie twierdzisz chyba, że to sprawka twojej byłej kochanki, Carter, prawda?
– Jej historia była tak samo prawdziwa, jak twój słynny czarny notes z nazwiskami i numerami najpiękniejszych kobiet świata – odburknął Ben. – Jak to mówią, Trakas? Cicha woda brzegi rwie?
Trakas skrzywił się, a Mancini zadrwił:
– Jak gdyby Trakas miał monopol na najpiękniejsze kobiety. Wszyscy wiedzą, że ja…
Przerwał im chłodny głosszejka:
– Jeśli już skończyliście tę licytację, to porozmawiajmy, jak możemy się uporać z tymi problemami. Zgadzam się z Carterem, że to zaszło zbyt daleko. Nieżyczliwe zainteresowanie prasy ma wpływ nie tylko na mój autorytet przywódcy, ale także na moje interesy. Odbija się nawet na szansach mojej młodszej siostry na małżeństwo, a tego już nie zniosę.
Spojrzeli po sobie. Wszyscy nosili klasyczne czarne smoking z wyjątkiem Manciniego, który przełamywał ten trend białą marynarką i zawadiacko rozwiązaną muchą. To przypomniało Benowi o przyjęciu, z którego właśnie wspólnie wrócili, i powiedział ponuro:
– To nie dotyczy tylko naszych interesów… czy rodzin.
Mancini zmarszczył brwi.
– Co masz na myśli?
– Dyrektorka fundacji podeszła do mnie dziś wieczór, mówiąc, że jeśli wrzawa prasy nie ucichnie, będzie musiała zrezygnować z naszego patronatu. Przez nas sprzedaje coraz mniej biletów, a ludzie przestają pokazywać się na imprezach.
Mancini zaklął siarczyście po włosku.
– A więc to dlatego poprosiłeś nas o spotkanie? – odezwał się zamyślony szejk.
Ben przytaknął.
– Chyba wszyscy się zgodzimy, że ostatnią rzeczą, jakiej potrzebujemy, jest to, żeby ucierpiała na tym fundacja.
Charytatywna Fundacja Nadzieja, o której mówili, była jedyną rzeczą, która ich wszystkich łączyła, poza wzajemnym zwalczaniem się w interesach, a organizowane przez nią doroczne przyjęcia – jedynymi momentami, kiedy przebywali w tym samym miejscu o jednym czasie. Co niezmiennie przyciągało ogromne zainteresowanie mediów.
– Carter ma rację – odezwał się Mancini. – Nie możemy sprowadzać na fundację kłopotów.
Po raz pierwszy Ben odniósł wrażenie, że stanowią jedność. Wszystkim naprawdę zależało na tym samym.
– Więc jakie widzisz rozwiązanie? – odezwał się chłodno szejk.
Ben spojrzał na niego i na pozostałych.
– Domyślam się, że podobnie jak ja, zasięgaliście opinii swoich prawników, uznając pozywanie „Szpiega celebrytów” za niewarte dodatkowego rozgłosu?
Zgodnie przytaknęli. Ben mówił dalej, głosem równie ponurym, co otaczające go twarze.
– Wygłoszenie oficjalnego oświadczenia także zaprowadzi nas donikąd, bo nie możemy okazać słabości, broniąc się. – Westchnął. – Jedynym dla nas rozwiązaniem jest wyczyszczenie naszych akt, dokładnie i na długo. Jeśli tego nie zrobimy, ten koszmar się nie skończy. Zaczną kopać głębiej, a ja nie mam już ochoty na dalsze śledztwa.
Dante spojrzał na niego, mrużąc oczy.
– Nie chcesz, by ludziom przypominano, że twoja legenda od szmat do fortunynie jest do końca prawdziwa?
Ben zesztywniał.
– Nigdy nie ukrywałem swojego pochodzenia, Mancini. Powiedzmy, że nie chcę wywlekać starych historii. Tak jak i ty nie chcesz, by twoje rodzinne sprawy znalazły się w centrum uwagi. – Dante istotnie żarliwie strzegł prywatności swojej rodziny, co mogło tylko znaczyć, że miał coś do ukrycia.
Po pełnej napięcia chwili na ustach Włocha pojawił się cień uśmiechu. Uniósł prawie pustą szklankę.
– Touché, Carter.
– Żaden z nas nie chce przyciągać jeszcze większej uwagi, nieważne z jakiego powodu – powiedział z naciskiem szejk.
Xander Trakas także wiercił się niespokojnie, najwyraźniej myśląc o szkieletach we własnej szafie.
Zapadła złowroga cisza, a wtedy szejk powiedział, krzywiąc się:
– Zgadzam się z Carterem. Uporządkowanie naszego prywatnego życia to jedyne rozsądne rozwiązanie. Unikałem tego, jak mogłem, ale jedyne, co przywróci wiarę moich ludzi we mnie to strategiczne małżeństwo i pojawienie się dziedzica tronu.
Wszyscy wzdrygnęli się na te słowa.
– Po rozmowie z moim doradcą wizerunkowym i prawnikiem, doszedłem do tego samego wniosku – z największą niechęcią musiał przyznać Ben.
Dante był najwyraźniej przerażony.
– Marriage? Czy naprawdę musimy podejmować tak drastyczne kroki?
Ben spojrzał na niego.
– Nawet ja widzę korzyści płynące z małżeństwa z kimś odpowiednim. To pozwoli odbudować zaufanie i sprawi, że prasa zostawi nas w spokoju. Niejednokrotnie znajdowałem się w sytuacji, kiedy żony klientów okazywały mi wyraźne zainteresowanie, ku wściekłości ich mężów. To kwestia czasu, żeby interes nie wypalił z powodu małostkowej zazdrości. – Zwrócił się do pozostałych. – Jesteśmy postrzegani jako zagrożenie, na wiele sposobów. A to nie jest dobre.
Dante był wyraźnie poirytowany.
– Powiedziałeś „ktoś odpowiedni”, a co to właściwie znaczy? Czy istnieje taka kobieta?
Szejk odpowiedział, z całym przekonaniem człowieka pochodzącego ze środowiska, w którym aranżowane małżeństwa były na porządku dziennym.
– Oczywiście, że tak. Kobieta, która z radością dopełni twoje życie… Która będzie dyskretna i nade wszystko lojalna.
Dante uniósł brew.
– Więc, mój geniuszu, gdzie znajdziemy ten wzór cnót?
Zapadła cisza, a Ben zesztywniał w obawie, że Mancini posunął się za daleko. Szejk Zayn był przywódcą państwa i zwykle zwracano się do niego z większym szacunkiem. Ale on odrzucił głowę do tyłu i wybuchnął gromkim śmiechem.
– Nawet nie wiecie, jakie to odświeżające, kiedy ktoś mówi do mnie w taki sposób.
Napięcie gęstniejące od momentu, kiedy razem usiedli, wyraźnie słabło. Dante uśmiechnął się, wznosząc szklankę w kierunku szejka.
– Kiedy w końcu zgodzisz się pogadać ze mną o alternatywnej energii, okażę ci taki brak szacunku, jakiego tylko zapragniesz.
Szejkowi błysnęły wesoło oczy.
– Taką ofertę mogę rozważyć.
– To miło, że wstrzymaliśmy działania wojenne, ale musimy skupić się na promowaniu bardziej uregulowanego stylu życia, żeby poradzić sobie z tą sytuacją – uciął Ben. – W tym celu musimy znaleźć kobiety chętne, by poślubić nas szybko i na dogodnych warunkach. Jak powiedział szejk, kobiety, którym możemy zaufać. Dyskretne. Lojalne.
Uśmiech Manciniego zbladł.
– Łatwiej znaleźć jednorożca na Piątej Alei – powiedział złowrogo.
Zapadła cisza, a wtedy odezwał się Xander Trakas, aż do teraz podejrzanie małomówny.
– Znam kogoś takiego.
Wszyscy spojrzeli na niego, a Ben spytał zaintrygowany:
– Kogo?
– Pewną kobietę. Prowadzi bardzo dyskretne biuro matrymonialne dla ludzi takich jak my. Zna nasz świat od podszewki…
– Kim jest dla ciebie? – przerwał mu Dante. – Byłą kochanką?
Xander rzucił mu gniewne spojrzenie.
– To nie twoja sprawa, Mancini. Uwierzcie mi, jeśli ktoś może nas poznać z odpowiednimi kobietami, to tylko ona.
Ben zwrócił się do szejka Zayna:
– A więc?
– To może być najlepsza opcja… – odparł twardo. – Jeśli mamy to robić, zróbmy to szybko, wszyscy. – Posłał każdemu wymowne spojrzenie.
– W porządku – mruknął z wyraźną niechęcią Dante. – Wezmę na nią namiary, ale niczego nie obiecuję.
Ben podał swój telefon Xanderowi, mając wrażenie, że kołnierzyk zaciska mu się na szyi.
– Wpisz mi jej numer. Zadzwonię do niej w przyszłym tygodniu.
Kiedy Xander wpisywał numer do telefonu Bena, szejk Zayn błysnął jeszcze raz humorem.
– Czy wiecie, że nie pamiętam już nawet, co nas właściwie skłóciło na początku?
Ben uśmiechnął się smutno.
– Chyba za bardzo lubiliśmy ze sobą walczyć.
Xander odłożył telefon Bena na stolik i uniósł szklankę.
– Cóż, może już czas ogłosić wspólną kapitulację w imię wyższego dobra. Odzyskana reputacja przywróci zaufanie do naszych firm i profity. Bo, jak wszyscy wiemy, to jest najważniejsze.
Dante Mancini wzniósł swoją szklankę.
– Racja, dobrze mówi. Panowie, za początek pięknej przyjaźni.
Ben spojrzał na każdego z mężczyzn i chociaż ton Manciniego był lekko kpiący, to naprawdę coś zmieniło się tego wieczoru. Nie byli już wrogami. Stali się sprzymierzeńcami, a możliwe, że nawet przyjaciółmi. Wzniósł swoją szklankę, by dołączyć do pozostałych. Teraz już nic nie stanie im na drodze. Nawet kobiety, z którymi ożenią się z rozsądku.
*
Ben Carter stał przy oknie w swoim biurze, z którego rozciągała się wspaniała panorama Manhattanu. To, co zwykle cieszyło go najbardziej, kiedy na nią spoglądał, to widok wysoko na niebie dźwigów jego firmy budowlanej, porozrzucanych po całej wyspie. Teraz jednak odwrócony był do okna tyłem i każda część jego ciała była ustawiona na tryb obronny, od skrzyżowanych ramion po sztywną sylwetkę.
– Myślę, że mniej więcej się z tym uporaliśmy. – Powstrzymał przemożną chęć, by spytać ją kąśliwie, czy nie chciała poznać koloru bielizny, którą miał dzisiaj na sobie.
Kobieta siedząca za jego biurkiem zerknęła w jego stronę i zauważyła cierpko:
– Nie lubi pan odpowiadać na osobiste pytania, prawda?
Ben odsłonił zęby w wymuszonym uśmiechu.
– Dlaczego pani tak myśli?
Elizabeth Young, swatka, nonszalancko wzruszyła ramionami, pisząc coś na swoim tablecie.
– Bo wygląda pan, jak gdyby chciał wyskoczyć przez okno.
Ben skrzywił się i wycofał w stronę biurka. Z każdym zadawanym przez nią pytaniem, począwszy od tych niewinnych, typu Dokąd najchętniej jeździ pan na wakacje?, po te irytujące, jak Czego oczekuje pan po związku?, coraz bardziej się od niego oddalał. Równie mocno jak uświadamiał sobie potrzebę poślubienia odpowiedniej żony, pespektywa przeskoku od życia bez zobowiązań w towarzystwie pięknych kobiet do zaangażowania się w poważny związek, czego wymagał rozsądek, przyprawiała go o ciarki. Po tym, jak był świadkiem rozpadu małżeństwa rodziców, które rozsypało się jak talia kart na pierwszy sygnał kłopotów, nigdy nie marzył o domowym szczęściu. Swatka miała rację: gdyby mógł wyskoczyć oknem, spróbowałby tego.
Siadając, skrzywił się jeszcze bardziej. Czyj to był pomysł? Xandra Trakasa. Przypominając sobie wczorajszą reakcję Greka na pytanie Manciniego, czy ta kobieta była jego kochanką, otaksował smukłą i elegancką blondynkę za biurkiem.
Lekko kręcone włosy związane miała w koński ogon. Ubrana była ze swobodną elegancją w szyte na miarę spodnie, luźny top i obcisłą, miękką skórzaną kurtkę. Emanowała dyskrecją i profesjonalizmem. Xander miał rację.
Kiedy spojrzała na niego, zauważył, że jej oczy miały niespotykany bursztynowy odcień. Odczekał chwilę, by się przekonać, czy nie działała na jego zmysły. Ale nie odnotował żadnej reakcji. Powiedział sobie, że to dobrze, bo ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebował, była dekoncentracja z powodu kobiety. Co przypomniało mu, w jakim celu się tu spotkali.
– A więc, skoro rozłożyła już pani moją duszę na czynniki pierwsze, kto pani zdaniem będzie dla mnie najlepszą kandydatką na partnerkę?
Uniosła kącik ust w cynicznym uśmieszku.
– Och, bez obaw. Nie mam złudzeń. Wyjawił mi pan tylko tyle, ile sam pan chciał. Znam mężczyzn takich jak pan, panie Carter, dlatego jestem taka dobra w tym, co robię.
Ben postanowił nie pytać, co właściwie rozumiała przez znajomość mężczyzn takich, jak on. Skoro pomoże mu zdobyć to, czego potrzebował, by przetrwać ten kryzys, to jakie to ma znaczenie? Stwierdził z uznaniem, że nie była nim onieśmielona.
– Polecił mi panią Xander Trakas.
Na te słowa lekko przygasła, podobnie jak Xander tamtego wieczoru w barze, prawie tydzień wcześniej. Unikała wzroku Bena, szarpiąc się z tabletem.
– Mam rozległe kontakty, on jest tylko jednym z wielu.
Zaintrygowało to Bena, ale nie na tyle, by tracić z oczu własne sprawy. Usiadł prosto.
– Proszę zapomnieć, że o tym wspomniałem. A zatem, czy ma pani kogoś konkretnego na myśli?
Odwróciła tablet ekranem w jego stronę, położyła go płasko na biurku i popchnęła w jego stronę.
– Tam pan znajdzie pewne propozycje. Proszę je przejrzeć i sprawdzić, czy któraś wzbudza pańskie zainteresowanie.
Wziął tablet do ręki i zaczął przesuwać na ekranie zdjęcia kobiet wraz z ich krótkimi biogramami. Wszystkie były na swój sposób piękne i nietuzinkowe. Przyjrzał się obrończyni praw człowieka, dyrektorce generalnej firmy komputerowej, tłumaczce z ONZ, supermodelce… ale żadna nie zrobiła na nim wielkiego wrażenia. Już miał zwrócić tablet, kiedy na ekranie pojawiła się jeszcze jedna kobieta i nagle zamarł.
Nawet nie spojrzał na jej życiorys. Oczarowała go. Na fotografii jej ciemnobrązowe, długie do ramion włosy rozwiewał wiatr. Uśmiechała się, pokazując dwa dołeczki. Nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatnio widział u kobiety dołeczki. Miała wysokie kości policzkowe i ponętne usta. Ciemnoniebieskie oczy z długimi rzęsami. Była jednocześnie niewinna i zmysłowa. I niezwykle, promiennie wręcz piękna. Wydała mu się dziwnie znajoma.
Elizabeth najwyraźniej wyczuła jego zainteresowanie.
– Ach, to jest Julianna Ford. Piękna, prawda? Jest Angielką, mieszka w Londynie, ale szczęśliwie w tym tygodniu właśnie przebywa w Nowym Jorku z powodu dobroczynnego benefisu.
Ben zmarszczył brwi.
– Ford? Tak jak córka Louisa Forda?
Elizabeth przechyliła głowę.
– Zna ją pan?
Zerknął na fotografię jeszcze raz, zanim popchnął tablet w stronę Elizabeth.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Pocałunek za milion dolarów
Autor Abby Green
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 13-04-2018
Ilość stron 160
Oprawa Miękka
ISBN 9788327634382

Napisz recenzję