– Jest szaro, tak jak wszyscy obiecywali. – Oparty o reling statku Ashe Herriard lekko zmrużonymi oczyma wpatrywał się w szeroko rozlane przed nim wody Tamizy. Roiło się na nich od różnego rodzaju statków – począwszy od małych skifów i łodzi wiosłowych do takich, przy których nawet ich czteromasztowiec Kompanii Wschodnioindyjskiej wydawał się skromnych rozmiarów. – Nigdy nie przypuszczałem, że może istnieć tyle odcieni szarości… Oraz brązu, beżu i zieleni. Ale przede wszystkim ta wszechobecna szarość…
Był przekonany, że znienawidzi Londyn, że wyda mu się obcy. Miasto jednak zrobiło na nim wrażenie starego, zamożnego i dziwnie swojskiego.
– Ale przynajmniej nie pada, a pani Mackenzie mówiła, że w Anglii bez przerwy leje. – Obok Ashe’a stanęła Sara, otulona w ciepły płaszcz. – To mi przypomina Garden Reach w Kalkucie, tyle że jest tu znacznie większy ruch, no i jest dużo zimniej. – O, mają nawet fort. Widzisz?
– To Tower. – Ashe uśmiechnął się, nie chcąc zarazić siostry swoim kiepskim nastrojem. – Widzisz, czytanie się czasem przydaje.
– Jestem pod wrażeniem, kochany braciszku – zgodziła się Sara z lekkim błyskiem w oku, który jednak szybko zgasł, kiedy podążyła wzrokiem dalej wzdłuż relingu. – Mama jest bardzo dzielna.
Ashe poszedł za wzrokiem siostry.
– Masz na myśli to, że dzielnie się uśmiecha? Podejrzewam, że oboje są dzielni. – Ojciec obejmował matkę ramieniem, tuląc ją mocno do siebie. Nie było w tym nic niezwykłego, w okazywaniu sobie czułości wydawali się niemodnie demonstracyjni, nawet według dość liberalnych standardów europejskich kręgów towarzyskich Kalkuty. Ashe jednak znał swojego ojca i dobrze wiedział, że jego spokój jest pozorny. Markiz Eldonstone sposobił się do walki.
Pułkownik Nicholas Herriard do ostatniej chwili zwlekał z opuszczeniem Indii. Ale stanowisko wojskowego dyplomaty w Kompanii Wschodnioindyjskiej nie licowało z tytułem markiza. Wiedział, że będzie musiał spełnić swój obowiązek i wrócić do Anglii, kiedy tylko odziedziczy tytuł.
Dokładnie tak jak ja, pomyślał Ashe, podchodząc do ojca. Nie pozwoli na to, żeby ta sprawa przerosła jego rodziców, i zrobi wszystko, żeby zdjąć ten ciężar z ich barków, nawet jeśli miałoby to dla niego oznaczać przemianę w idealnego angielskiego arystokratę.
– Wezmę Perrotta i przeprawimy się na brzeg, żeby sprawdzić, czy wyjechał po nas Tompkins.
– Dziękuję ci. Nie chciałbym, żeby twoja mama i siostra niepotrzebnie wyczekiwały na niego w porcie. – Markiz wskazał ręką. – Daj stamtąd znać, czy jest powóz.
– Jasne. – Ashe oddalił się w poszukiwaniu jakiejś łodzi z przewoźnikiem, żeby wreszcie postawić nogę na suchym lądzie.
Nowy kraj, nowe przeznaczenie, nowy świat, pomyślał, i nowa walka. Ostatecznie nowe światy są po to, żeby je podbijać. Tymczasem wspomnienie upału, bogactwa barw i życia tętniącego w pałacu Kalatwah stawało się powoli nieuchwytnym snem. Zacierało się także poczucie winy i ból.
Reshmi, westchnął w duchu i odegnał od siebie te przykre myśli. Nic, nawet miłość, nie wskrzesi tego, co umarło.

– Przecież muszą gdzieś być solidni, przyzwoici, życzliwi ludzie – powiedziała do siebie Phyllida i cofnęła się do wylotu wąskiego zaułka, ogarniając wzrokiem ruchliwą część nabrzeża, gdzie znajdowała się komora celna. – Niestety nie ma wśród nich mojego drogiego brata. – I nawet trudno było się temu dziwić, skoro ich ojciec również nie miał w sobie krztyny przyzwoitości, a jego niesforna córka podejrzewała, że w głowie był mu tylko hazard, damy lekkich obyczajów i pieniądze, którymi szastał bez opamiętania.
Ostatnio także Gregory przepadł z pieniędzmi, przeznaczonymi na mieszkanie, bo zgodnie z informacjami jego przyjaciół znalazł gdzieś pomiędzy Tower a London Bridge jakąś nową spelunkę.
Nagle coś szarpnęło za sznurowadła półbutów Phyllidy. Przekonana, że to sprawka kota, schyliła się i… napotkała paciorkowate oczy największej wrony, jaką kiedykolwiek widziała. Ptak miał szary łepek i duży dziób. Posłał jej zuchwałe spojrzenie i powrócił do szarpania za sznurowadła.
– Wynoś się! – Phyllida cofnęła nogę, ptak zakrakał i puścił sznurowadło, ale tylko po to, by zaraz zająć się jej drugą nogą.
– Lucyfer, zostaw panią w spokoju. – Wrona zakrakała, wzbiła się w górę i wylądowała na ramieniu stojącego przed nią wysokiego mężczyzny. – Bardzo panią przepraszam, ale Lucyfera szalenie fascynują sznurowadła i wszelkiego rodzaju sznurki, krótko mówiąc, wszystko, co jest cienkie i długie. Niestety z wyjątkiem węży, przed którymi tchórzy.
Phyllida tymczasem odzyskała głos.
– To dziwne, że akurat w Londynie może się przydarzyć coś podobnego. – Zastanawiała się, skąd się tu wziął ten piękny egzotyczny mężczyzna ze swoim diabolicznym pupilem. Phyllida wpatrywała się w gęste ciemne włosy, zielone oczy, prosty nos i złocisty kolor skóry nieznajomego, który się jej przyglądał z jednakowym zainteresowaniem. Nie zdziwiłaby się, gdyby zapachniało siarką.
– No właśnie. – Mężczyzna sięgnął rękąi wyrzucił ptaka w powietrze. – Idź, poszukaj Sary, ty pierzasty potworze. Strasznie przeklina, kiedy się go zamyka w klatce – dodał mężczyzna; tymczasem ptak odleciał w stronę stojących na kotwicy na środku rzeki statków. – Ale chyba tak się to skończy i Lucyfer zacznie podburzać kruki z Tower do najdzikszych wybryków. Chyba że te kruki to tylko legenda?
– Nie, one są prawdziwe – odpowiedziała i stwierdziła w duchu, że musi być cudzoziemcem. Mężczyzna był dobrze ubrany, ale w jakiś ledwie uchwytny nieangielski sposób. Ciężka czarna peleryna z podszewką o ton ciemniejszą od jego oczu, ciemny żakiet, brokatowa gruba kamizelka i śnieżnobiała koszula.
Przyklęknął na jedno kolano i zaczął zawiązywać jej sznurowadła, przy okazji ukazując włosy, niemodnie długie i związane na karku.
– Przepraszam, czy coś jest nie w porządku? – Nieznajomy spojrzał w górę z poważnym pytającym wyrazem twarzy, choć w jego oczach igrała iskierka rozbawienia.
Szelma doskonale wiedział, co było nie w porządku, pomyślała i wykrzyknęła:
– Pan dotyka mojej stopy, sir!
Mężczyzna zakończył wiązanie kokardki zamaszystym szarpnięciem i wstał.
– Obawiam się, że bez tego byłoby trudno zawiązać to sznurowadło. Czy można wiedzieć, dokąd się pani wybiera? Zapewniam panią, że ani ja, ani Lucyfer nie mamy już żadnych planów wobec pani obuwia. – Jego uśmieszek sugerował delikatnie, że te plany mogły dotyczyć całkiem innych rzeczy.
Phyllida zrobiła jeszcze jeden krok do tyłu, szczęśliwie nie tracąc równowagi. A tymczasem swobodnym krokiem zbliżał się do nich Harry Buck. Tuż za nim podążał jeden z jego goryli. Phyllidzie żołądek podszedł do gardła, zaczęła się nerwowo rozglądać za jakimś miejscem, w którym mogłaby się ukryć przed cieszącym się jak najgorszą sławą przedstawicielem mętów społecznych Wapping. A jeśli ją zapamiętał sprzed dziewięciu lat…
– Ten mężczyzna… – Skinieniem głowy wskazała Bucka. – Nie chciałabym, żeby mnie zobaczył. – Zabrakło jej tchu. – A on tu właśnie się zbliża.
Ucieczka nie wchodziła w grę. Gdyby zaczęła biec, Buck instynktownie by za nią pobiegł. Nie miała na głowie nawet budki, pod którą mogłaby się ukryć, tylko płaski słomkowy kapelusik, przypięty do siatki naciągniętej na zwinięte włosy.
– W tej sytuacji może lepiej, żebyśmy się poznali. – Egzotyczny nieznajomy zrobił krok do przodu, przyparł Phyllidę do ściany, uniósł ramię z peleryną tak, żeby jązasłonić, i schylił głowę.
– Co pan robi?
– Całuję panią – odparł i pocałował, wolną ręką jednocześnie przyciskając ją do swojego umięśnionego ciała. Niesforne zielone oczy mężczyzny śmiały się do niej, podczas gdy jego usta tłumiły wybuch jej oburzenia.
Za nimi rozległ się odgłos ciężkich kroków i zwaliste sylwetki mężczyzn zablokowały wylot zaułka, prawie całkowicie przesłaniając światło.
– To mój rewir, facet – powiedział ochrypły głos – a jeśli tak, to i dziwka jest moja, więc płać.
Mężczyzna uniósł głowę, wtulając jej twarz w delikatny jedwab koszuli.
– Ja ją tu przyprowadziłem, a nie mam zwyczaju się dzielić. Ani płacić mężczyznom za miłość. – Phyllida usłyszała rechot jednego z goryli Bucka. Jej opiekun robił wrażenie pewnego siebie, nawet rozbawionego sytuacją.
Na moment zaległa cisza, po czym Phyllida usłyszała śmiech Bucka czy raczej jego ochrypły rechot, którego wspomnienie do dziś nawiedzało ją w najgorszych snach.
– Podobasz mi się. Przyjdź do mnie, jak masz poważne zamiary. Albo znajdź chętną dziewczynę. W Wapping każdego możesz pytać o Harry’ego Bucka. – Po chwili odgłos kroków w zaułku przycichł i wybrzmiał.
Phyllida z wściekłością wyrwała się z uścisku jedynego mężczyzny, na którym mogła się odegrać.
– Proszę mnie puścić.
– Hm? – Nos nieznajomego, uwięziony w zagięciu jej szyi, badał jej zapach. I łaskotał, tak samo jego usta. Phyllida mimowolnie zareagowała na delikatną pieszczotę. – Jaśmin. Piękny zapach. – Mężczyzna wypuścił ją z objęć i cofnął się nieznacznie, niedostatecznie jednak daleko, żeby ją uspokoić.
Głęboko odetchnęła, stwierdzając, że nieznajomy nie tylko nie trąci siarką, ale że nawet całkiem przyjemnie pachnie.
– Drzewo sandałowe – powiedziała głośno, przemilczając inne słowa, które przyszły jej do głowy.
– Tak, i spikanard, dosłownie odrobina. Zna się pani na zapachach? – Mężczyzna w dalszym ciągu stał o wiele za blisko, ramieniem przyciskając ją do muru.
– Nie mam zamiaru stać tutaj i dyskutować z panem o zapachach. Dziękuję bardzo, że mnie pan ukrył przed Buckiem, ale wolałabym, żeby pan zostawił mnie już samą. Naprawdę nie można ot tak sobie chodzić i obcałowywać nieznajomych kobiet. – Wymknęła się pod jego ramieniem i ruszyła w stronę nabrzeża.
Mężczyzna odwrócił się i uśmiechnął.
– A pani jest nieznajoma? – zapytał, kierując pod adresem Phyllidy jej własne słowa. Istniała cała gama możliwych odpowiedzi na to pytanie, ale żadna z nich nie wydawała się grzeczna.
– Jestem… A właściwie należał się panu policzek – odparła, zupełnie nie rozumiejąc, dlaczego tak się właśnie nie stało, kiedy już Buck sobie poszedł. – Żegnam, sir – rzuciła przez ramię, odchodząc.
Na jego twarzy pojawił się leniwy, zagadkowy uśmieszek. Phyllida z trudem powstrzymała chęć, aby rzucić się do ucieczki.

Miała smak wanilii, kawy i kobiety, a pachniała jak letni wieczór w ogrodzie radży. Na samo jej wspomnienie Ashe oblizał dolną wargę, jednocześnie błądząc wzrokiem w poszukiwaniu angielskiego prawnika ojca.
Jaśnie wielmożny panie, wysyłam po państwa rodzinną karetę – pisał Tompkins w swoim ostatnim liście, który został dostarczony markizowi razem z angielską pokojówką dla Maty i Sary oraz pokojowym dla jego ojca i jego. Ale najważniejszą część przesyłki stanowił Perrott, poufny sekretarz, znający doskonale wszystkie fakty, liczby i szczegóły dotyczące spraw majątkowych oraz dóbr, wchodzących w skład majątku Eldonstone.

Mając na uwadze gwałtownie pogarszający się stan zdrowia i śmierć pańskiego ojca, która nas wszystkich zaskoczyła, uznałem za stosowne nie tracić czasu na dalszą korespondencję, tylko wysłać angielską służbę wraz z moim zaufanym asystentem.

Po otrzymaniu tych niemiłych acz nieuchronnych wieści ojciec Ashe’a działał szybko. Odwołał syna z Księstwa Kalatwah, gdzie pełnił on funkcję adiutanta swojego ciotecznego dziada radży Kirata Jaswana; sprzedał dobytek, część rozdał, a resztę kazał spakować i cała czwórka wraz ze świtą wsiadła na najbliższy statek płynący do Anglii.
– Kareta czeka, milordzie. Zawiadomiłem jaśnie pana i wysłałem skif.
– Na tym się kończą twoje obowiązki, Perrott – powiedział z uśmiechem Ashe, idąc nabrzeżem u boku poczciwego rudzielca. – Po siedemnastu tygodniach spędzonych wśród harmidru na pokładzie musisz być chyba szczęśliwy, że wracasz wreszcie do domu.
– Powrót do Anglii jest oczywiście miły, no i matka będzie rada widzieć mnie w domu. Jednakże możliwość towarzyszenia markizowi, no i panu była dla mnie przywilejem i prawdziwą przyjemnością.
Mężczyzna zadurzył się beznadziejnie w Sarze, oboje więc z ulgą powitają przerwę w codziennych kontaktach. Ale było to jedyne beznadziejne posunięcie Thomasa Perrotta, jakiego się dopatrzył Ashe. Zakochać się to dobre dla służby, romantyków, poetów i kobiet. I głupców, a głupcem Ashe nie był.
Już nie. Nie popełni tego samego głupstwa co ojciec i nie ożeni się z miłości – wicehrabia Clere wybierze żonę z zupełnie innych pobudek.
– Milordzie. – Perrott zatrzymał się przy pięknej czarnej karocy, z herbem znanym z licznych dokumentów, a także z ciężkiego rodowego sygnetu. Na ich widok pajucy w liberiach opuścili swoje miejsca z tyłu pojazdu i wyprężeni stanęli na baczność. Za karocą czekały jeszcze dwa skromniejsze pojazdy. – To dla służby i na mniejszy bagaż, milordzie. Bagaż ze statku przyślą, kiedy tylko zostanie rozładowany. Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku.
– Żadnych słoni ani wozów zaprzężonych w woły – zauważył Ashe z uśmiechem. – Powinniśmy się poruszać z niebywałą szybkością.
– No i oszczędzimy na paszy – odparował z kamienną twarzą Perrott, po czym mężczyźni wrócili na nabrzeże oczekiwać skifu.

– Wreszcie jesteś! – Phyllida rzuciła na stół kapelusz i torebkę, wpatrując się w brata swobodnie rozwalonego na sofie. Wyglądał jak ogromna marionetka, której ktoś poodcinał sznurki.
– Otóż i jestem! – potwierdził Gregory leniwie, otwierając jedno oko. – Ale głowę mam bardzo ciężką, więc, droga siostrzyczko, bądź dla mnie łaskawa i oszczędź swojego brata.
– Nie mam najmniejszego zamiaru cię oszczędzać! – obiecała mu Phyllida, rzucając na krzesło pelisę. – Gdzie są pieniądze?
– Ach, widzę, że bardzo za nimi tęskniłaś. – Mężczyzna przyjął pozycję siedzącą i zaczął grzebać w kieszeniach. Na podłogę posypały się zmięte banknoty. – Proszę bardzo.
– Gregory! A to skąd się wzięło, na miłość boską? – Phyllida padła na kolana i zaczęła zbierać banknoty, prostując je i licząc. – Tu jest ponad trzysta funtów!
– Hazard! – odparł węzłowato mężczyzna, z powrotem opadając na sofę.
– Ale przecież ty zawsze traciłeś…
– Wiem, ale tak mnie dręczyłaś, tak nawoływałaś, żebym był rozsądny i oszczędny, że wziąłem sobie twoje słowa do serca. Miałaś rację Phyll, nie byłem dla ciebie oparciem. Nawet przejawy twojego zdrowego rozsądku nazywałem dręczeniem… Ale doceń mój spryt: poszedłem do nowego domu gry, a oni zawsze pilnują, żeby nowy zamożny klient wygrywał. Czy to nie sprytne?
– Owszem, słyszałam o tym – przyznała, ale nigdy by jej nie przyszło do głowy, że Gregory sam na to wpadnie.
– No więc sami zadbali o to, abym wygrał. A potem się zaczęli uśmiechać z wdziękiem rekina i namawiać mnie, żebym podwoił stawkę. Odmówiłem, podziękowałem i wyszedłem. – Gregory był wyraźnie z siebie zadowolony.
– I wypuścili cię bez problemu? – Na wspomnienie Harry’ego Bucka przeszedł ją dreszcz. On by nigdy nie wypuścił szczęściarza z taką wygraną całego i zdrowego z żadnej ze swoich spelunek. Tak jak żadna dziewczyna nie wyszłaby od niego dziewicą.
Phyllida oddaliła od siebie tę myśl, jakby zatrzasnęła ciężkie wieko jakiejś duchowej skrzyni.
– Pozwolili. Powiedziałem im, że wrócę jutro z gromadką przyjaciół wykorzystać dobrą passę.
– Ale przecież wtedy właśnie cię oskubią.
Gregory zamknął oczy. W jego westchnieniu pobrzmiewały echa większej męki, niżby to usprawiedliwiał kac.
– Okłamałem ich. Zaczynam nowe życie Phyl. Wczoraj rano przyjrzałem się sobie bardzo dokładnie w lustrze i stwierdziłem, że nie robię się coraz młodszy. Rozważyłem na zimno twoje słowa i doszedłem do wniosku, że masz rację. Dość oglądania każdego pensa; przecież wiem, jak ciężko pracujesz. Muszę się rozejrzeć za bogatą żoną, a takiej nie znajdę w Wapping. Musimy mieć przecież jakieś pieniądze na okres moich zalotów, dokładnie tak, jak planowałaś.
– Jesteś aniołem, braciszku. – Było to krzyczącą nieprawdą, a ten gwałtowny napad cnotliwości mógł się lada chwila skończyć, ale Phyllida mimo wszystko kochała brata. Może naprawdę wreszcie dojrzał. – Pamiętaj, co mi obiecałeś: jutro wieczorem idziemy na bal do Richmondów.
– Nie powiem, żeby bal u Richmondów był jakimś szczególnie ekskluzywnym wydarzeniem towarzyskim – zauważył Gregory, siadając wyraźnie zainteresowany.
– Gdyby tak było, nie mielibyśmy tam czego szukać – skwitowała Phyllida. – Fenella Richmond uwielbia umizgi, a zatem zaprasza tych, po których może się ich spodziewać, niezależnie od opinii śmietanki towarzyskiej. Jestem przekonana, że pełno tam będzie ojców gotowych kupić sobie utytułowanego zięcia.
– Kupcy i fabrykanci. – Nie zabrzmiało to krytycznie, w słowach Gregory’ego była raczej rozwaga, ale mimo to Phyllida poczuła się lekko urażona.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł 7,90 zł 2 dni
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 7,90 zł 9,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Sekrety panny Hurst
Autor Louise Allen
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 06-04-2018
Ilość stron 272
Oprawa Miękka
ISBN 9788327635136

Napisz recenzję