Elizabeth Bevarly - Miłosne menu

Hogan Dempsey niczego tak nie kochał jak metalicznego zapachu i dźwięków warsztatu samochodowego ojca. No dobrze, swojego warsztatu, bo ojciec od trzech lat nie żył. Mimo to Hogan wciąż myślał o tym miejscu jako o warsztacie ojca i nawet gdyby komuś go przekazał, niczego by to nie zmieniło. Co prawda nie planował tego, w każdym razie w najbliższej przyszłości.
Skończył dopiero trzydzieści trzy lata i nie miał komu zostawić warsztatu – matka nie żyła już od dawna, a w życiu Hogana nie pojawiła się kobieta, z którą planowałby wspólną przyszłość od chwili… Właściwie nigdy.
Warsztat Dempseya był po prostu świetnym warsztatem, i tyle. Najlepszym w Queens, to na pewno, i pewnie najlepszym w stanie Nowy Jork. Klienci przyjeżdżali tu nawet z tak odległych miejsc jak Buffalo.
Hogan leżał właśnie pod jednym z samochodów z Buffalo, smukłym czarnym pontiakiem Trans Am z 1976 roku, wspaniałym dziełem amerykańskiej fachowości. Gdyby spędził resztę życia w zatłuszczonym kombinezonie, z rękami po łokcie w bebechach silnika, umarłby jako szczęśliwy człowiek.
- Pan Dempsey? – dobiegł go głos z góry.
Męski, ale nieznany. Hogan spojrzał w prawo i zobaczył nogi w spodniach w prążki i wyjściowych eleganckich butach, które pewnie kosztowały więcej, niż Hogan zarabiał przez miesiąc.
- To ja – odparł, nie przerywając pracy.
- Nazywam się Gus Fiver – przedstawił się mężczyzna w prążkowanych spodniach. – Jestem prawnikiem z kancelarii Tarrant, Fiver i Twigg. Możemy tu gdzieś porozmawiać na osobności?
Prawnik? Hogan się zdziwił. Czego chce od niego prawnik? Prowadził uczciwy interes, wszystkie sprawy miał w porządku.
- Możemy tu porozmawiać – odparł. – Niech pan wyciągnie leżankę monterską.
Ku jego zdumieniu Gus Fiver z Tarrant, Fiver i Twigg wiedział, co zrobić. Większość ludzi nie miałaby pojęcia, że leżanka monterska to rodzaj deskorolki, na której kładą się mechanicy, by dostać się pod podwozie samochodu. Co więcej, położył się na niej w tych swoich spodniach w prążki i eleganckich butach. Potem wjechał pod samochód. Od szyi w górę nie wyglądał na gościa w prążkowanych spodniach. Wyglądał jak koleś, z którym po robocie wypiłoby się piwo na Astoria Boulevard. Miał co prawda jaśniejsze włosy i był przystojniejszy niż większość takich kolesi, mimo to miał w sobie tę aurę klasy pracującej, której nie da się całkiem ukryć.
Hogan to wiedział. Kiedy był nastolatkiem, starał się ukrywać swoje pochodzenie pod rozmaitymi przebraniami, co skończyło się tylko tym, że więcej niż raz przypomniano mu, że nie da się uciec od korzeni.
- Cud maszyna – rzekł Fiver. – Czterysta pięćdziesiąt pięć CUs. Silnik V-8. Trans Am z siedemdziesiątego szóstego był najlepszym samochodem typu pony car, jaki Pontiac kiedykolwiek wyprodukował.
- Poza GTO z sześćdziesiątego czwartego – zauważył Hogan.
- Taa, zgoda, ma pan rację.
Obaj mężczyźni uczcili chwilą ciszy świętą ziemię Detroit, która wydała takie cuda, po czym Fiver podjął:
- Panie Dempsey, czy coś panu mówi nazwisko Amherst? Philip Amherst?
Hogan zajął się znów samochodem.
- Proszę mi mówić Hogan. Nie, nic mi nie mówi. A powinno?
- Tak się nazywał pański dziadek – odparł Fiver.
Okej, Gus Fiver pomylił go z jakimś innym Hoganem Dempseyem. Ledwie pamiętał dziadków, gdyż rak zrobił spustoszenie w jego rodzinie. Ale żaden z dziadków nie nazywał się Philip Amherst. Na szczęście Hogan nie odziedziczył choroby nękającej jego bliskich, ponieważ został adoptowany zaraz po urodzeniu i…
I tu się zatrzymał. Jak każde adoptowane dziecko był ciekaw, kim było dwoje ludzi, których połączonemu DNA zawdzięczał swoje istnienie. Ale Bobby i Carol Dempseyowie okazali się wymarzonymi rodzicami, a myśl o tym, że ktoś inny mógłby pełnić tę rolę, nigdy mu się nie podobała. Nigdy nie pragnął odnaleźć swoich krewnych, nawet po stracie adopcyjnej rodziny.
Spojrzał na prawnika w milczeniu. Philip Amherst musi być jednym z jego biologicznych dziadków. Jeśli Gus Fiver szukał Hogana, to mogło znaczyć tylko jedno – dziadek chce go znaleźć. Hogan nie wiedział, co o tym myśleć. Potrzebował chwili, żeby…
- Niestety pański dziadek niedawno zmarł – podjął Fiver. – Jego żona Irene i córka Susan, która była jego jedynym dzieckiem i pańską biologiczną matką, odeszły wcześniej niż on. Susan nie wyszła za mąż i nie miała więcej dzieci, więc pański dziadek nie miał bezpośrednich spadkobierców. Po śmierci córki w zeszłym roku zmienił testament. Cały majątek przepisał na pana.
Hogan nie musiał już myśleć o drugiej rodzinie, którą mógłby poznać, bo wszyscy nie żyli. Jaką jeszcze niemiłą niespodziankę zaserwuje mu Gus Fiver?
Natychmiast uzyskał odpowiedź.
- Majątek pana Amhersta jest dość znaczny – ciągnął Fiver. – Zwykle w takiej chwili proszę spadkobiercę, żeby usiadł, ale w tych okolicznościach może wolałby pan wstać?
Nie musiał go dwa razy prosić. Hogan jednym pchnięciem wysunął się spod samochodu i zaczął krążyć. Dość znaczny. Tak Fiver określił majątek dziadka. Ale dość znaczny to jedna z tych fraz, która może oznaczać wiele różnych rzeczy. To może być sto tysięcy dolarów. Albo, jasna cholera, nawet milion.
Fiver też wstał, otworzył teczkę i wyjął dokumenty.
- Pański dziadek był bankierem i finansistą, który mądrze inwestował. Nie zostawił długów, za to mnóstwo aktywów. Jego główna rezydencja mieści się w Nowym Jorku na Upper East Side, ale był także właścicielem domów w Santa Fe, Palm Beach i Paryżu.
Hogan był wstrząśnięty. Chociaż słowa prawnika do niego docierały, miał wrażenie, że natychmiast mu się wymykają.
- Chodzi o Paryż w stanie Teksas, prawda?
Fiver się uśmiechnął.
- Nie, Paryż we Francji. Trocadéro, mówiąc dokładnie, w Szesnastej Dzielnicy.
- Nie wiem, co to znaczy. – Do diabła, Hogan nic z tego nie pojmował.
- To znaczy, że pański dziadek był bardzo zamożnym człowiekiem, panie Dempsey. A teraz, dzięki testamentowi i pokrewieństwu, pan także jest bogaty.
Potem wymienił taką sumę, że Hogan cofnął się o krok, jakby chciał się przed tym ustrzec. Nikt nie może mieć tyle pieniędzy. Zwłaszcza ktoś taki jak on. Ale właśnie wszedł w ich posiadanie. W ciągu kolejnych trzydziestu minut Fiver dał mu to jasno do zrozumienia. Na koniec oznajmił, że odbędą jeszcze kilka spotkań i dodał:
- Hogan, jestem pewien, że słyszał pan opowieści o ludziach, którzy wygrali na loterii, a potem ich życie się rozpadło, bo nie radzili sobie z odpowiedzialnością związaną z posiadaniem dużych pieniędzy. Radzę panu przemyśleć to wszystko, zanim podejmie pan jakieś ważne decyzje. I proszę się nie spieszyć.
- Tak zrobię – zapewnił go Hogan. – Dziwna rzecz, bo już nieraz myślałem, co bym zrobił, gdybym wygrał w totolotka. Gram od szkoły średniej.
Fiver był zaskoczony.
- Nie wygląda pan na hazardzistę.
- Mam swoje powody.
- I na co zamierzał pan przeznaczyć wygraną?
- Trzy rzeczy. – Hogan uniósł lewą rękę i wyciągnął palec wskazujący. – Po pierwsze na Shelby Daytona Cobra z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego piątego. – Dołączył palec środkowy do wskazującego. – Po drugie na dom w Ocean City w stanie New Jersey. – Do dwóch palców dodał trzeci. Serdeczny, bardzo ważny. – Po trzecie… - uśmiechnął się – na Anabel Carlisle. Z Park Avenue.


ROZDZIAŁ PIERWSZY

- Pani jest moją nową kucharką?
Hogan przyglądał się podejrzliwie młodej kobiecie stojącej w jego kuchni z biało-niebieskimi włoskimi kaflami, tak ogromnej, że zajęłaby dwie zatoczki w jego warsztacie. Chloe Merlin nie wydawała się dość dorosła, by użyć nożyczek o ostrych czubkach, a co dopiero mówić o nożu. Miała co najwyżej sto sześćdziesiąt cztery centymetry wzrostu, i to w czerwonych chodakach, czyli była około trzydziestu centymetrów od niego niższa. Miała na sobie za dużą białą bluzę szefa kuchni i zbyt luźne spodnie poplamione czerwoną papryką.
To te jej gigantyczne okulary, stwierdził Hogan. W czarnych oprawach i zdecydowanie męskim stylu. Zdominowały jej twarz, sprawiając, że zielone oczy zdawały się olbrzymie. A może to niestaranny sposób, w jaki na czubku głowy związała niemal białe włosy. A może czerwona szminka. Nie miała innego makijażu, jakby wykradła szminkę z kosmetyczki mamy, by z nią poeksperymentować. Wyglądała po prostu… tak cholernie…
Och, do diabła. Uroczo. Wyglądała uroczo. Hogan nie chciał nawet o tym myśleć.
Chloe Merlin miała być jego sekretną bronią, która pomoże mu zdobyć Anabel Carlisle z Carlisle’ów z Park Avenue. Widząc ją teraz, zastanowił się, czy byłaby w stanie pomóc mu wygrać choćby w bingo w hotelu Queensboro Elks. Jedną ręką trzymała worek marynarski, pod ramieniem drugiej usiłowała utrzymać coś, co wyglądało na zwinięte posłanie, chociaż było za cienkie na śpiwór. Na kuchennej wyspie obok niej stała skrzynka wypełniona roślinami różnej wielkości i kształtu. Zgadywał, że to zioła, choć nie miał pojęcia jakie. Wszystkie te wyżej wymienione rzeczy kompletnie nie pasowały do jej drobnej figurki. Jakby ją tam ściągnięto z innego wymiaru i wciąż usiłowała przystosować się do nowych praw fizyki.
- Ile ma pani lat? – spytał, zanim ugryzł się w język.
- Czemu pan o to pyta? – odparowała. – To niezgodne z prawem traktować wiek jako warunek przy zatrudnieniu. Mamy równe szanse w dziedzinie zatrudnienia. To nie najlepszy początek pierwszego dnia pracy.
Już miał jej powiedzieć, że to może być również ostatni dzień jej pracy, jeśli będzie się tak zachowywała, ale chyba zdała sobie sprawę, o czym myślał i go uprzedziła.
- Jeśli mnie pan teraz wyrzuci, po takim pytaniu mogę pana pozwać. Prawo będzie po mojej stronie.
No, no. Charakterna jak na taką kruszynę.
- Jestem po prostu ciekaw – odrzekł, co zresztą było prawdą. Miała w sobie coś takiego, że budziła ciekawość.
Jej ogromne okulary zsunęły się na czubek nosa, więc musiała je poprawić.
- Mam dwadzieścia osiem lat – oznajmiła. – Chociaż to nie pańska sprawa.
Chloe Merlin musiała być fantastyczną kucharką, bo na pewno nie została najbardziej poszukiwanym szefem kuchni na Park Avenue dzięki urokowi osobistemu. W nowym środowisku Hogana była ekskluzywnym symbolem statusu.
Kiedy tamtego dnia w warsztacie wymienił Gusowi Fiverowi powody, dla których chciał „zdobyć” Anabel, prawnik przekazał mu pewne pomocne informacje. Gus znał rodzinę Carlisle’ów i wiedział, że Anabel zatrudnia właśnie Chloe Merlin, kucharkę sławnych i bogatych. Tak świetną, że odkąd przed pięciu laty przyjechała do Nowego Jorku, była stale zatrudniana przez zamożnych pracodawców, a przy każdej zmianie miejsca pracy otrzymywała znaczącą podwyżkę.
Zwerbowanie Chloe, czyli ukradnięcie jej zatrudniającej ją w danej chwili osobie, stało się ulubioną rozrywką bogaczy z Park Avenue, powiedział Gus. Anabel Carlisle była ostatnią zwyciężczynią w tej grze. Skoro Hogan zamierzał szukać kucharki, zatrudniając Chloe, czyli odbierając ją Anabel, zdobędzie uwagę tej ostatniej i znów pojawi się w jej życiu.
Patrząc teraz na Chloe, Hogan zaczął się jednak zastanawiać, czy ulubionym zajęciem mieszkańców Park Avenue nie było irytowanie nowego członka ich społeczności i czy to nie Gus Fiver był obecnym beneficjentem tej gry. Zatrudnienie Chloe kosztowało go fortunę, a niektóre ze stawianych przez nią warunków były idiotyczne. Nie wspominając o tym, że wyglądała dość… ekscentrycznie. Hogan nie znosił dziwaków.
- Jeśli chce pan coś zjeść dziś wieczorem, powinien mi pan pokazać mój pokój – powiedziała do niego tym samym chłodnym tonem. - Pańska kuchnia mnie zadowala, ale muszę zabrać się do pracy. Croque monsieur sam się nie zrobi.
Croque monsieur, powtórzył w myśli Hogan, choć ze złym akcentem. Co to, do diabła, jest? Czy będzie jej płacił horrendalne pieniądze za gotowanie czegoś, czego nawet nie lubi? Wystarczyłaby mu kanapka z szynką i serem.
Potem przypomniał sobie inną część jej wypowiedzi. Kuchnia ją zadowala? Poważnie? W tej kuchni mogłaby nakarmić księcia Liechtensteinu. Do diabła, książę mógłby jeść z podłogi jego kuchni. Mogłaby w jednym piecu przygotować suflet wielkości Szwajcarii, a w drugim jednocześnie upiec całego miecznika. Hogan ledwie ją tu znalazł, kiedy pani Hennessey, odziedziczona po dziadku gospodyni, powiedziała, że nowa kucharka czeka.
Zadowala!
- Pani pokój jest…
Dom dziadka był dość duży, by uchodzić za niepodległe państwo, a Hogan wprowadził się tu dopiero wczoraj. Ledwie wiedział, gdzie jest jego pokój. Pani Hennessey przed zakończeniem pracy pokazała mu nawet pokój dla kucharki, a on uznał, że jest naprawdę zadowalający. Ale teraz nie mógł sobie przypomnieć, czy to było na trzecim, czy na czwartym piętrze.
- Pani pokój jest na górze – oznajmił w końcu. Kiedy wejdą na górę, chyba go rozpozna. – Proszę za mną.
O dziwo, ruszyła bez wahania, zostawiając coś, co wyglądało na zwinięte posłanie i skrzynkę z roślinami – te ostatnie chciała pewnie postawić pod dużymi oknami w kuchni. Wyszli z mieszczącej się na pierwszym piętrze kuchni do galerii ze zdjęciami i portretami ludzi, którzy, jak zgadywał Hogan, byli jego krewnymi. Za galerią znajdowała się jadalnia, której jeszcze nie widział.
Prowadził Chloe szerokimi półkolistymi schodami. W domu była też winda, ale schody wydały mu się mniej kłopotliwe, dopóki nie weszli na drugie piętro, a potem trzecie, gdzie, był prawie pewien, mieścił się jego pokój. Tak, trzecie piętro należy do niego. Rozpoznał mahoniową boazerię. Potem weszli na czwarte i ostatnie piętro, gdzie znajdowała się spora przestrzeń do wypoczynku i dwie sypialnie, każda z łazienką większą niż salon w jego mieszkaniu nad warsztatem.
- To jest pani pokój. – Wskazał na prawo, przypominając sobie, że to ten pokój pokazywała mu pani Hennessey, mówiąc mu, że jest większy i ma kominek.
Otworzył drzwi dość szeroko, by Chloe mogła wejść do środka. W pokoju dominowały granat i złoto, meble były z drewna czereśniowego, ściany zdobiły nieszkodliwe olejne pejzaże. Hogan uznał, że to pokój gościnny, więc raczej neutralny, jeśli chodzi o dekoracje, choć w jego mniemaniu bardziej męski. Mimo to przypadł do gustu Chloe.
- Jest łazienka en suite? – spytała.
- Jeśli pyta pani, czy przy pokoju jest łazienka, to tak – odparł i wskazał na drzwi obok. – Tam. – Tak sądzę, dodał w myśli. Bo równie dobrze mogła tam być garderoba.
- I drzwi zamykają się na klucz?
Domyślał się, że dla kobiety to ważne, choć byłoby miło, gdyby nie zadała pytania tonem, którym mogłaby kogoś oskarżyć o ciężkie przestępstwo.
- Tak – powiedział. – Ślusarz właśnie wyszedł, jedyny klucz jest w górnej szufladzie komody. Może się pani zamknąć też na zasuwę od wewnątrz, tak ja sobie pani życzyła w umowie.
Kiedy wszystko zostało ustalone, położyła swój worek na łóżku i nie patrząc na Hogana, powiedziała:
- Pokój jest do przyjęcia. Rozpakuję się i zamelduję się w kuchni, żeby sprawdzić zapasy. Dziś po południu udam się na zakupy. Kolacja będzie o wpół do ósmej. Codziennie. Śniadanie o siódmej. Jeśli będzie pan w domu w porze lunchu, mogę przygotować lekki posiłek i zostawić panu w lodówce, ale generalnie przedpołudnia i wczesne popołudnia spędzam, planując menu i robiąc zakupy. Robię zakupy codziennie, żeby mieć pewność, że mam najświeższe składniki, wszystkie ekologiczne. Niedziele i poniedziałki mam wolne, chyba że będzie mnie pan potrzebował na specjalne okazje, w takim wypadku płaci mi pan za te dni podwójną stawkę. I...
- I dostaje pani dodatkowy wolny dzień w kolejnym tygodniu – dokończył za nią. – Czytałem i podpisałem umowę. Ma pani wolną Wigilię, Boże Narodzenie i Święto Dziękczynienia, pełnopłatne, bez wyjątków – zacytował. – Oraz trzy tygodnie wakacji w sierpniu, także z pełnym wynagrodzeniem.
- Jeśli jeszcze tu będę – wtrąciła. – To dopiero za dziesięć miesięcy – dodała bez cienia próżności. Najwyraźniej wiedziała o grze mieszkańców Park Avenue.
- Och, będzie pani – odparł. Ponieważ do sierpnia, jeśli dobrze to rozegra, zamieszka z nim Anabel, a jego ślubnym prezentem będzie dożywotni kontrakt z jej ulubioną osobistą szefową kuchni, Chloe Merlin.
Chloe jednak nie wyglądała na przekonaną.
Nieważne. On był tego pewien. Nie przejmował się wymaganiami i warunkami Chloe – od osobnego rachunku na wydatki związane z kuchnią, na którym każdego tygodnia zdeponuje określoną sumę i do którego tylko ona będzie miała kartę, do tego, że to ona będzie decydowała o menu. Tak, płacił jej sporo, by gotowała, co chce, pięć dni w tygodniu, i pozwolił jej mieszkać za darmo w jednym z najlepszych miejsc w Nowym Jorku.
Za to Anabel nie będzie miała wyboru, będzie musiała zwrócić na niego uwagę. A wtedy szybko zostaną parą…


Olivia Gates - Namiętność jak narkotyk

- Lili, zostaw robotę! Zaraz zjawi się nowy szef!
Liliana Accardi spojrzała z irytacją na przyjaciela. Odkąd dowiedziała się, że jej zawodowe marzenia spełzną na niczym, nie była w stanie skupić się na pracy. Ale nie zamierzała płaszczyć się przed szefem.
Brian Saunders rozłożył ręce w geście „nie zabijaj posłańca”.
- Powinnaś przyjść choćby po to, by usłyszeć, co facet planuje. Może pozwoli na kontynuację badań.
- Antonio Balducci rządzi twardą ręką. Nikomu nie pozwoli na samodzielność.
- Nigdy nie mów nigdy. – Brian wyszczerzył zęby. – Jestem takim samym „zakładnikiem” jak ty, ale postanowiłem nie walczyć. Będzie, co ma być.
Lili westchnęła. Tak, Brian jest ofiarą przejęcia, nie sprawcą. Nie ma sensu się na nim wyżywać; powinna zachować gniew na nowego szefa. Tyle że Balducci długo nim nie pozostanie, zwłaszcza jeśli będzie chciał, aby zignorowali lata wytężonej pracy i tańczyli, jak im zagra.
Mimo dyplomu, specjalizacji i wielu kuszących ofert pracy Lili od lat, za marne grosze, które ledwo starczały na pokrycie rachunków, prowadziła w Biomedical Innovation Lab ważne badania medyczne. Ale BIL zostało przejęte przez należącą do Balducciego firmę R&D - Research and Development, która z kolei była częścią potężnego konsorcjum Black Castle Enterprises. Wszystko odbyło się w ciągu zaledwie kilku godzin.
Antonio Balducci, sławny chirurg miliarder, zapłacił sto milionów – dla niego tyle co nic. Pieniądze to jednak potężna siła.
- Oho, znów widzę tę minę.
- Jaką?
- Którą przybierasz, gdy ruszasz na wojnę.
Lili pokręciła ze śmiechem głową.
- Tak łatwo mnie rozszyfrować?
- Jesteś szczera, spontaniczna i masz wyrazistą mimikę.
- Innymi słowy, walę prostu z mostu.
- Za co wszyscy są ci bardzo wdzięczni.
- Nie żartuj.
- Nie żartuję. Ludzie kochają cię za to. W świecie pełnym obłudy jesteś rzadkim zjawiskiem. I wyjątkowo uroczym.
- Wygadana pięciolatka jest urocza, a nie trzydziestojednoletnia kobieta, która nie potrafi się ugryźć w język.
Przyjaciel objął ją ramieniem.
- Pozostaniesz urocza nawet jako stuletnia staruszka. No, chodźmy poznać szefa. Może nie będzie tak źle.
- Założę się, że będzie znacznie gorzej. – Lili zdjęła fartuch.
- Okej. Jeśli wygram… - Brian uwielbiał zakłady – umówisz się z jednym z tych kretynów, którzy nie dają mi nacieszyć się życiem małżeńskim.
Lili parsknęła śmiechem. Brian miał dziewięciu braci i szwagrów, kawalerów i rozwodników, których razem ze swoją żoną Darlą starał się wyswatać.
- Dobra. Ale jeśli ja wygram, skreślisz mnie z listy potencjalnych kandydatek. Jestem ostatnią osobą, którą powinieneś brać pod uwagę.
- Wiem. Nigdy nie wyjdziesz za mąż. Mówiłaś to setki razy. Ale wszystkie, które tak mówicie, jesteście potem cudownymi żonami. Jak moja Darla.
- Darla to znakomita bizneswoman, a do tego wzór macierzyństwa i życia rodzinnego. Natomiast ja ledwo sobie radzę z życiem singielki.
- E tam. – Brian przytrzymał drzwi. – W istotnych sprawach mogłybyście być bliźniaczkami.
Nie chciała się kłócić, wiedziała swoje. Mijając przyjaciela w drzwiach, po raz ostatni rzuciła okiem na laboratorium. Jeśli jej przypuszczenia się sprawdzą, więcej tu nie wróci.

Nowy szef się spóźniał.
Siedząc na swoim stałym miejscu, Lili gotowała się w środku. Albo Balducci, znany z punktualności, spotkał na drodze śmierć, choć to mało prawdopodobne, albo uznał, że może lekceważyć osoby, które czekały na niego w sali konferencyjnej.
Powiodła wkoło wzrokiem. Wszyscy pracownicy BIL byli obecni. W przeciwieństwie do niej wymknęli się wcześniej do domu, by przebrać się stosownie do okazji. Również w przeciwieństwie do niej wydawali się przejęci zmianą. Domyślała się dlaczego. Znudziła im się ciągła walka z biurokracją czy borykanie się z brakami finansowymi. Lili natomiast traktowała komplikacje i niepowodzenia jako część składową pracy naukowej.
Doktor Antonio Balducci cieszył się doskonałą reputacją. Zwłaszcza panie nie mogły się doczekać, kiedy poznają tak wybitnego chirurga. Z tego, co wyszperała o nim w sieci, musiała przyznać, że ich reakcja była całkiem zrozumiała. To ona jest dziwolągiem.
Ponieważ pochłaniała ją praca naukowa, wcześniej prawie nic nie wiedziała o Balduccim. Dopiero po przejęciu BIL przez R&D zaczęła w internecie szukać o nim informacji. Ku swemu zaskoczeniu już w pierwszym artykule znalazła trzy podobieństwa między sobą a Balduccim. Oboje byli lekarzami, mieli ojców Włochów i byli jedynakami. Ale na tym podobieństwa się kończyły.
Teraz Balducci był już Amerykaninem, dostał obywatelstwo trzy lata temu; Lili zaś była Amerykanką po matce. Jego rodzice od dawna nie żyli, natomiast jej matka zmarła rok temu, a ojciec, dotąd nieobecny, niedawno pojawił się w jej życiu.
O młodzieńczych latach Antonia Balducciego wiadomo było tyle, że dorastał w Austrii, ojczyźnie matki, tam mieszkał do ukończenia studiów medycznych i tam stał się biegły w sześciu językach. Kolejne informacje na jego temat pochodziły z ostatnich ośmiu lat.
Wtedy to wkroczył na scenę światową, odnosząc fenomenalny sukces. Był jednym z założycieli globalnego molocha Black Castle Enterprises oraz powiązanej z Black Castle firmy medycznej R&D, która przejęła ukochane laboratorium Liliany. Sam Balducci miał niesamowite powodzenie u płci pięknej. Kobiety, o czym donosiła prasa, szalały za nim, jakby był Presleyem czy Beckhamem. Lili była dziś tego świadkiem; napięcie w powietrzu było wyczuwalne, zanim jeszcze Balducci, bóg traumatologii i chirurgii rekonstrukcyjnej potrafiący dokonywać cudów, przybył na zebranie.
Lili zacisnęła zęby. Cuda, magia… Co najwyżej czarna magia. Facet zamierza zniszczyć wszystko, nad czym ona i inni od lat pracowali. W dodatku się spóźnia.
Nagle rozmowy ucichły. Lili podniosła głowę. Ludzie wpatrywali się w stronę korytarza, a to znaczy, że…
Obróciwszy się, ujrzała, jak Balducci wypełnia sobą wejście. Wszystko stanęło, świat pogrążył się w bezruchu. Jak przez mgłę usłyszała wewnętrzny głos: protestował, że to niesprawiedliwe, nikt nie powinien być tak bogaty, seksowny i utalentowany.
W szarym garniturze opinającym ciało, które bardziej pasowało do światowej sławy sportowca niż chirurga biznesmena, Antonio Balducci przyćmiewał wszystkich dookoła. Oglądając jego zdjęcia w sieci, Lili była pewna, że są retuszowane, a jeśli nie, to że facet chirurgicznie poprawił swą urodę. Teraz nawet przez szerokość sali widziała, że to nieprawda. Na żywo był jeszcze przystojniejszy niż na zdjęciach.
Czterdzieści lat. Skóra śniada, w odcieniu lekko miedzianym. Szerokie czoło, orli nos, wysokie kości policzkowe, silnie zarysowana szczęka, dołeczek w brodzie, gęste kruczoczarne włosy, pełne usta oraz niesamowicie błękitne źrenice.
W przeciwieństwie do uśmiechu, który niewiele zdradzał, oczy mężczyzny wyrażały dziesiątki emocji. Rozbawienie i surowość. Zaciekawienie i obojętność. Wnikliwość i wyrachowanie. Były to oczy naukowca. Oraz zdobywcy.
Lili przypomniała sobie jedno zdjęcie, na którym założyciele Black Castle Enterprises wychodzili razem ze swojej nowojorskiej siedziby. Fotograf uchwycił ich klasę, elegancję, nieustraszoność i siłę. Po publikacji zdjęcia akcje Black Castle natychmiast skoczyły w górę. Mężczyźni wyglądali jak bogowie, którzy w przebraniu biznesmenów zeszli na ziemię. W tej grupie Antonio też się wyróżniał. Lili nie mogła oderwać wzroku – wcześniej od zdjęcia, teraz od człowieka, którego miała przed sobą.
Nie zdziwiłaby się, gdyby znajdował się na wyższym stopniu ewolucji od zwykłych śmiertelników, gdyby należał do grupy wybrańców obdarzonych wielkim intelektem, pozbawionych zaś ludzkich słabości.
Przystanąwszy u szczytu stołu, oparł dłonie o blat i powiódł wkoło spojrzeniem, nawiązując kontakt wzrokowy z każdym oprócz Lili. W pierwszej chwili oburzyła się, potem odetchnęła z ulgą.
Skoro wywoływał w niej tak silne emocje, lepiej, żeby tego nie widział.
- Dzień dobry i bardzo dziękuję za waszą obecność.
Ten głos… Nie dość, że facet jest genialnym biznesmenem i fenomenalnym lekarzem, to jeszcze ma niski hipnotyczny głos z leciutkim obcym akcentem.
- Nie chcę zatrzymywać was dłużej niż to konieczne, więc od razu przejdę do sedna. Mam nadzieję, że praca w R&D okaże się dla was satysfakcjonująca zarówno pod względem finansowym, jak i badawczym.
Rozciągnął usta w uśmiechu. Wszyscy, niczym banda zahipnotyzowanych głupców, odpowiedzieli tym samym. Po chwili skinął na kogoś za sobą i w sali pojawili się czterej mężczyźni ze stosami folderów ze znanym wężowym logo Balducciego na okładce.
Zaczęli je rozdawać.
- Trzymacie w rękach informacje na temat naszych dalszych zamierzeń. Przedstawię je w skrócie. Otóż utworzyłem R&D, żeby dać światu wizjonerskie rozwiązania medyczne. Jest to instytucja badawcza specjalizująca się w produkcji i dystrybucji nowoczesnych urządzeń oraz technologii potrzebnych w wielu dziedzinach medycyny. Od sześciu lat zaopatrujemy szpitale i kliniki na całym świecie. Ale pragnę rozszerzyć działalność na nowe pola. Do tego potrzebuję waszej pomocy.
Jasne, pomyślała kwaśno Lili. Wszyscy słuchali go z napięciem.
- Nie muszę mówić, jak wysoko was cenię. Najlepiej świadczy o tym suma, jaką zapłaciłem, aby pozyskać wasz potencjał.
Po sali przeszedł szmer zadowolenia. Lili zjeżyła się. Czy naprawdę są tak ślepi? Cieszą się, że zostali dobrze wycenieni? Facet jest miliarderem, dla niego sto milionów to nic.
- Zważywszy na skromność waszych funduszy, to, co osiągnęliście, jest doprawdy imponujące. Właśnie takich ludzi, takich naukowców, szukam. Jak przeczytacie w materiałach, które otrzymaliście, każdy z was został przydzielony do konkretnego projektu badawczego. Mam nadzieję, że dokonacie ważnych odkryć, odkryć na skalę światową. Możecie prosić o wszystko, niech nic was nie ogranicza. Moi asystenci będą do waszej dyspozycji. Także drzwi do mojego gabinetu zawsze będą dla was otwarte…
Lili słuchała tej przemowy z zafascynowaniem. Facet był nie tylko bogaty, utalentowany i ambitny, ale miał wyjątkowy dar przekonywania. Rozpościerał przed nimi wizję, która była spełnieniem marzeń każdego naukowca: nieograniczone fundusze, możliwość prowadzenia badań bez martwienia się, co będzie dalej.
Prawie ją przekonał. Prawie. Inni, jak podejrzewała, ulegli jego sile perswazji.
Rozejrzała się. Tak, nawet Brian siedział zasłuchany, z zachwytem wpatrując się w nowego szefa.
- Wszystko byłoby pięknie, gdyby zechciał pan sfinansować nasze projekty, a nie przydzielać nas do własnych. – Dopiero kiedy wszyscy odwrócili się w jej stronę, uświadomiła sobie, że powiedziała to na głos. Psiakość, wcale nie zamierzała. - W R&D ignorujecie podstawowe badania, na których my tutaj się koncentrujemy. Badania nad zwykłymi pospolitymi chorobami czy dolegliwościami. Wolicie skupiać się na tym, co przynosi największy zysk, na branży kosmetycznej i odchudzaniu, czyli magicznych kremach i cudownych pigułkach.
Uśmiech znikł z twarzy Balducciego. Lili zamarła, tylko serce waliło jej jak młotem. Marzyła o tym, żeby cofnąć czas. Po jakie licho zabrała głos? Dlaczego po prostu nie wręczyła mu wypowiedzenia?
Zanim zdołała nabrać powietrza do płuc, Balducci obrócił się w jej stronę i przeszył ją wzrokiem.
Ratunku, pomyślała.

Miała ochotę wybiec z sali, rzucając przez ramię „Nie musi mnie pan zwalniać. Odchodzę!”, lecz nawet nie zdążyła wstać, kiedy Balducci odchrząknął.
- Ponieważ pewne elementy medycyny estetycznej wchodzą w zakres chirurgii rekonstrukcyjnej, to owszem, inwestuję w badania na tym polu.
Poczuła, jak omywa ją ten niski, pięknie modulowany głos i zrobiło jej się gorąco.
- Jak przeczytacie w otrzymanych materiałach, tylko dwadzieścia procent mojej działalności skupia się na „magicznych kremach i cudownych pigułkach”.
Oho! Zacytował ją. Nie tylko usłyszał, co mówiła, ale zapamiętał słowa. Pewnie umiałby powtórzyć całą jej wypowiedź, co tylko utwierdzało ją w przekonaniu, że Balducci należy do innego gatunku ludzi bądź form życia.
Świdrował ją wzrokiem, zupełnie jakby wiercił dziurę w jej czaszce i usiłował sprawdzić, co ma w środku.
- Pozostałe osiemdziesiąt procent dotyczy poważniejszych spraw. Te niestety nie wzbudzają zainteresowania mediów. Tak skonstruowany jest nasz świat. Nie ja go stworzyłem.
- Ale wykorzystuje pan jego mechanizmy.
Przechylił głowę, jakby próbował zajrzeć jeszcze głębiej, po czym wykrzywił usta w uśmiechu.
- Ludzie kochają luksusowe dobra, gotowi są za nie sporo płacić. Co pani proponuje? Abym zamknął instytut badawczy? Nie dostarczał klientom pożądanych produktów? Niech inne firmy zarabiają na świadczeniu usług bogaczom? Przecież zysk przeznaczam na badania, którymi pani się zajmuje. Na szukanie leków na „pospolite choroby i dolegliwości”.
Znów ją zacytował. Żartuje z niej? Chyba nie.
- Pomijając wszystko inne, zabiegi medycyny estetycznej nie są zbędnym frywolnym luksusem. Bez względu na to, co pani o nich sądzi, poprawiają kondycję psychiczną osób, które się im poddają. Nie oceniam ludzi ani ich potrzeb. Dla wielu osób produkty usuwające oznaki starzenia się stanowią doskonały środek antydepresyjny. Czy byłaby pani równie krytyczna wobec mnie, gdybym prowadził badania nad depresją? I próbował odkryć tajemnicę wiecznej młodości?
No dobra, teraz to na sto procent z niej żartuje. W sali rozległ się śmiech. Lili też parsknęła śmiechem.
Przynajmniej facet ma poczucie humoru.
- Dzięki zyskom z tak zwanej komercji mogę bez ograniczeń finansować badania i wynalazki, które są dla nas ważne. Mogę inwestować w protetykę, w narzędzia do mikrochirurgii, w leki zapobiegające bliznom, w regenerację mięśni i tkanki nerwowej. Głównie na tym będziemy się skupiać. Pieniądze nie grają roli. Mam nadzieję, że razem dokonamy istotnych odkryć.
- Pańskie plany są niezwykle chwalebne. Ale w tym laboratorium kilka zespołów naukowców prowadzi własne, nie mniej ważne badania i byłoby szkoda, gdyby musieli wstrzymać się z dalszą pracą, aby zająć się pańskimi projektami. To, że kupił pan naszą placówkę i że dysponuje pan nieograniczonymi funduszami, nie znaczy, że może pan przekreślić nasz dotychczasowy dorobek i rozporządzać naszym intelektem.
Obecni w sali ponownie wbili w nią wzrok, tym razem z dezaprobatą. Spryciarz przeciągnął ich na swoją stronę.
Nie ustosunkował się do jej słów. Jako pragmatyk widocznie uznał, że nie warto. Po co tracić czas na dyskusję z jedną niezadowoloną osobą, kiedy reszta się zgadza? Poprosił zebranych o zapoznanie się z informacjami w folderze, po czym przydzielił role i projekty na najbliższy rok.
Proszę pamiętać, dodał, że zawsze jest do ich dyspozycji: można kontaktować się z nim mejlowo lub telefonicznie, zgłaszać zastrzeżenia, propozycje. Ważne sprawy będą omawiane na zebraniach.
Ludzie zaczęli się wokół niego tłoczyć, każdy chciał uścisnąć jego dłoń. Co za oportuniści, pomyślała Lili. Ale może dzięki temu zdoła wymknąć się niepostrzeżenie. Wzięła torebkę, folder zostawiła na stole i z opuszczoną głową skierowała się do drzwi.
Parę minut później opuściła budynek. Zwykle nie lubiła zamiany cichego klimatyzowanego laboratorium na parne i pełne zgiełku miasto, ale dziś jej to nie przeszkadzało. Laboratorium nie było już jej azylem, należało do Balducciego.
Dotarła do stojącej na parkingu mazdy, kiedy raptem usłyszała jego głos. Wołał ją. Zastygła z kluczykiem w ręce. Może jej się tylko zdawało? A może Balducci jest na parkingu, bo ma zamiar wsiąść do swojego samochodu i odjechać?
W ciągu ułamka sekundy jej analityczny umysł odrzucił ten pomysł. Balducci na pewno nie korzysta z publicznego parkingu. Przypuszczalnie wozi go kierowca. Czyli nie przyszedł po samochód. Poszedł za nią.
- Doktor Accardi! - ponownie dobiegł ją jego głos. - Chciałbym zamienić z panią słowo.
Odwróciła się, mrużąc oczy. Zbliżał się powoli, ruchy miał pełne gracji. Kalifornijskie słońce podkreślało głęboką czerń jego włosów przyprószonych nitkami siwizny na skroniach oraz piękno rysów.
Lili zazgrzytała zębami. Żałowała, że nie włożyła ciemnych okularów; dawałyby ochronę przed słońcem, a także przed taksującym wzrokiem mężczyzny. Zwykle jednak wychodziła z laboratorium po zmierzchu, czasem spędzała w nim całą noc, więc rzadko miała przy sobie okulary. Byłyby dodatkowym przedmiotem w torbie, w której i tak nosiła pół domu.
Balducci uniósł rękę.
- Zapomniała pani to zabrać. – Trzymał pozostawiony przez nią folder.
- Nie zapomniałam.
- Czyli specjalnie pani zostawiła.
- Zgadł pan!
Usta mu zadrgały, a ją przeszył dreszcz. Aż bała się pomyśleć, co by poczuła, gdyby uśmiechnął się szeroko.
- Pani irytacja jest w pełni uzasadniona. A czy wolno mi spytać o powód niezabrania folderu?
Wzięła głęboki oddech, usiłując odnaleźć w sobie tę przyjazną życzliwą kobietę, którą zazwyczaj była.
- Z tego, co czytałam o panu i pańskich osiągnięciach, jest pan człowiekiem o wyjątkowo wysokim ilorazie inteligencji. Sądzę, że sam pan potrafi odpowiedzieć na własne pytanie.
- Chciała pani czynem podkreślić swoją wcześniejszą wypowiedź.
- No właśnie. Jeśli to wszystko…
- Nie...

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Miłosne menu, Namiętność jak narkotyk
Autor Elizabeth Bevarly, Olivia Gates
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 30-03-2018
Ilość stron 320
Oprawa Miękka
ISBN 9788327635013

Napisz recenzję