Maui było tropikalną wyspą porośniętą bujną roślinnością. Wyglądała dokładnie tak, jak na folderach reklamowych. Irytowało to Daria Di Sione od chwili, w której opuścił pokład prywatnego samolotu.
Gęste powietrze oblepiało skórę, przez co zdawało mu się, że dżinsy i doskonale uszyta marynarka, które miał na sobie podczas długiego lotu z Nowego Jorku, stały się nagle jakby zwiotczałe i zbyt obcisłe. Delikatny wietrzyk przywodził egzotyczny zapach wyspy, zapach roślinności i nieco bardziej szorstką woń trzciny cukrowej z pól, nad którymi wcześniej lecieli.
Rozzłościło go to jeszcze bardziej. Zamierzał odbyć rozmowę biznesową, a nie poddawać zbyt intensywnym bodźcom zmysłowym na jakimś przeklętym lotnisku.
– Czy samochód czeka zgodnie z umową? – Z najnowszego modelu smartfona dobiegł go głos Marnie, jego sekretarki. Z dumą używał powszechnie pożądanych produktów swojej firmy. – Wyraźnie zaznaczyłam, że to ma być SUV. Droga do posiadłości pana Fuginawy jest ponoć bardzo wyboista…
– Poradzę sobie z wyboistą drogą. – Dario próbował ukryć zniecierpliwienie. Nie chciał tu trafić. Dopiero co wypuścili na rynek ważny produkt, więc to był najmniej odpowiedni moment na wyjazd. Jednak Marnie nie była temu winna. Tylko on. Nie powinien był pozwolić sentymentom starego człowieka wygrać ze swoim racjonalnym podejściem do życia. W rezultacie znalazł się po drugiej stronie globu otoczony palmami i egzotycznymi zapachami. Wszystko po to, by spełnić kaprys starego człowieka.
– Range rover się nada i już tu jest, jak zażądaliśmy.
Marnie wymieniała liczne wiadomości, z jakimi musiała się zmierzyć w trakcie jego pierwszej od miesięcy nieobecności w biurze. To strata czasu, pomyślał, gdy asystentka wciąż wyliczała wiadomości, na które powinien odpisać od razu, a nawet wcześniej. Zirytowany podrapał się po nieogolonym policzku. Nie wyglądał na prezesa wielkiej firmy komputerowej i obecnego ulubieńca branży i opinii publicznej.
Przeleciał dziesięć godzin szlakiem pamięci własnego dziadka, by spełnić jakieś nostalgiczne sentymenty. Giovanni dawno temu sprzedał kolekcję bibelotów i przez całe młodzieńcze lata opowiadał o nich Dariowi. Teraz, w wieku dziewięćdziesięciu ośmiu lat, staruszek zażądał ich z powrotem.
„Przypominają mi miłość mojego życia”, powiedział, kiedy poprosił go o odzyskanie kolczyków z rąk japońskiego miliardera wiodącego samotniczy żywot na Hawajach.
Osobiście.
Dario wrzucił torbę na tylne siedzenie samochodu i pozbył się marynarki. Jakimś cudem powstrzymał emocje, kiedy dziadek wezwał go do siebie na początku miesiąca i wyjawił dziwaczne żądanie. Ale kto odmówiłby staruszkowi na łożu śmierci?
– Marnie, prześlij mi te specyfikacje.
Boże, pobłogosław tę kobietę. Była bardziej niezawodna niż ktokolwiek inny, włączając wszystkich członków jego nadmiernie dramatyzującej i okresowo wymagającej rodziny. Zapamiętał, by dać sekretarce kolejną zasłużoną premię, zwyczajnie dlatego, że nie była jedną z uciążliwych Di Sione.
– Poczekaj chwilę, włączę zestaw głośnomówiący, a potem dawaj te wiadomości.
Nie czekał na odpowiedź. Włączył słuchawkę i usiadł za kółkiem nowiutkiego samochodu. Wpisał adres w GPS i wyjeżdżając z lotniska, odebrał pierwszą wiadomość.
Jednak nawet słuchając głosu wiceprezesa swojej firmy, który omawiał potencjalnie trudną sytuację, myślał o swoim dziadku i tak zwanych utraconych kochankach jego bardzo długiego życia.
Zdaniem Daria, biżuteria została utracona z cholernie dobrego powodu: ponieważ od początku nie była warta tyle miłości. Lub – jego ulubiona teoria – ponieważ miłość była jednym wielkim kłamstwem, jakie ludzie sobie wmawiali, by uzasadnić własne okropne i boleśnie teatralne zachowanie.
Utraconych kochanek nie należało też odzyskiwać, kiedy już prawda na ich temat wyszła na jaw, jak to zwykle bywało. Sądził, że przeszłość lepiej zostawić za sobą, by nie bruździła w teraźniejszości.
Nie było jednak sensu mówić tego dziadkowi. Zresztą Dario nie zamierzał się kłócić z kimś, kto przygarnął go wraz z rodzeństwem po śmierci rodziców. Rozumiał też, że im częściej dzielił się swoim zdaniem na ten temat, tym częściej słyszał, że jest cyniczny. Jakby był to jakiś zarzut pozwalający zignorować jego opinie. Lub jakby jego zamiłowanie do realizmu miało być powodem do zmartwień.
Przestał się tym przejmować już dawno. Dokładnie sześć lat temu.
Właściwie dzięki temu łatwiej mu było spełnić prośbę i polecieć na drugi koniec świata, by odkupić parę kolczyków, które spokojnie można było wysłać kurierem, gdyby nie ich rzekoma wartość sentymentalna, niż wytłumaczyć, dlaczego uważał całe przedsięwzięcie za absurdalne. Wiedział, że staruszek wysyłał rodzeństwo Di Sione na te bezsensowne misje, ale był zbyt zajęty ostatnim produktem, by interesować się dziewięćset trzydziestym siódmym odcinkiem melodramatu o rodzinie Di Sione. Miał tego dość już w wieku lat ośmiu, kiedy jego hedonistyczni i nieodpowiedzialni rodzice zginęli w wypadku samochodowym.
Jakaś jego część, nawet nie bardzo ukryta, byłaby idealnie szczęśliwa, gdyby nigdy więcej nie miał do czynienia z nikim ze swojej rodziny. Przewidywał, że po śmierci dziadka nastąpi to w sposób naturalny. Nie mógł się doczekać. Z radością zajmie się pracą, jak zawsze.
I tak jedynym krewnym, którego Dario naprawdę kochał, był jego brat bliźniak Dante. Był, bo Dante zniszczył ich relację. Nie zaprzeczał, że zdrada brata go zabolała – ale też nauczyła, że lepiej wyjdzie, jeśli otoczy się ludźmi, którym płacił za lojalność, a nie tymi, którzy oferowali swoją lojalność wedle uznania. Na tym polegał problem ze sprawami rodzinnymi. Kierowały jego myśli w rejony, których ze wszystkich sił starał się unikać. Uznał, że jeśli wypełni zadanie dziadka tak, jak ponoć robili to jego bracia i siostry, będą mogli przestać udawać, że to, co się wydarzyło sześć lat temu i później, było winą Daria. Albo że ponosił za to część winy, bo to przez niego rozpadło się małżeństwo i relacje z Dantem. Nie prosił przecież brata, by przespał się z jego żoną. Nie zgadzał się, że to z nim było coś nie tak, skoro nie wybaczył ani bratu, ani żonie, i nigdy wybaczyć nie zamierzał.
Pozwolili, by cierpiał. Uwierzył, że napięcie między nimi jest niechęcią, a on był zbyt zajęty, starając się podjąć decyzję, co zrobić z firmą, którą założyli z Dantem. Dario uważał, że dobrym pomysłem byłoby połączenie z ICE, jednak Dante był przeciwny. Cały ten bajzel, napięcie, stres i bezsenność tylko po to, by odkryć, że cały czas oboje go zdradzali… Teraz, akurat na Hawajach, Dario stwierdził, że jedynym jego błędem było w ogóle interesowanie się czymkolwiek, co robiła i myślała rodzina Di Sione. To się musi skończyć.
I się skończy, obiecał sobie między jedną rozmową telefoniczną a drugą. Jak tylko odda staruszkowi te cholerne kolczyki, koniec z tym.
Minął dzielnicę biznesową Kahului, a potem skierował się w głąb wyspy. Wkrótce jechał autostradą wijącą się wśród pól trzciny cukrowej ku wzgórzom, gdzie widoki robiły wrażenie nawet na nim. Dookoła rozciągał się Ocean Spokojny. Wulkaniczne stoki Maui upstrzone były wiatrakami, a po bokach drogi rosły palmy i różnokolorowe kwiaty.
Dario nie robił sobie wakacji, ale przypuszczał, że to byłoby dobre miejsce. Czekając na kolejne połączenie, próbował sobie wyobrazić, jak mogłyby wyglądać jego wakacje. Nigdy nie spędzał czasu bezczynnie. Ostatnim wyjazdem, który mógł przypominać coś w rodzaju urlopu, był weekend sportów ekstremalnych.
Droga wiła się wzdłuż skalistych klifów nad oceanem, a potem zmieniła w ubity trakt i musiał zwolnić. Słuchał właśnie jednego z inżynierów, kiedy zgubił zasięg. Ku jego niezadowoleniu GPS pokazywał, że przed nim jeszcze całkiem daleka droga. Nie rozumiał, jak można mieszkać w takim odosobnieniu.
Dario kochał Nowy Jork. Miejsce, gdzie cały czas coś się działo. Gdzie o czwartej rano ulice były tak zatłoczone, jak o czwartej po południu. Na ulicy było się anonimowym, a po wejściu do ulubionej knajpki natychmiast wszyscy się poznawali. Nie przemawiały do niego cisza i samotność, choćby w tak pięknym otoczeniu. Dawały za dużo miejsca na ckliwe rozważania. Dla niego relaksem było zawarcie nowej transakcji i zwiększenie zasobu posiadanych akcji. Szło mu to naprawdę dobrze.
Z lewej strony na zboczu rozciągały się pastwiska otoczone kamiennymi murkami, z prawej z kolei nieco bardziej dzikie pola ustępujące skalistym klifom przy każdym zakręcie. Miał wrażenie, że jest na innej planecie.
Tylko dla ciebie, staruszku. Ostatni raz zamierzał wysilać się dla kogoś z rodziny. Nawet dla Giovanniego. Miał dość rodziny na resztę życia.
Skupił się na surowym krajobrazie. Dziwił się, że tak wygląda jedno z najbardziej pożądanych przez turystów miejsc na świecie. Ta część Maui nie przypominała skupiska pięciogwiazdkowych hoteli i doskonałych pól golfowych, jakie spodziewał się zastać na całej wyspie. Tylko same drzewa i dzika przyroda. Jechał dalej u podnóża gór w kierunku kamienistych plaż. Na tym krańcu świata stał dumnie samotny kościół, jakby odpierając morze.
W chwili, kiedy już niemal stracił cierpliwość, wreszcie znalazł bramę prowadzącą na teren posiadłości należącej do pana Fuginawy. Przedstawił się przez interkom strażnikowi i ciężkie żelazne wrota stanęły przed nim otworem. Tutaj podjazd też nie został pokryty asfaltem, jednak droga była znacznie bardziej zadbana od poprzedniej – szumnie nazywanej autostradą, choć składała się głównie z czerwonawego piasku i trawy. Wijąc się, prowadziła od klifu ku przepięknej kotlinie za imponującą posiadłością, rozciągającej się daleko po obu stronach z widokiem na morze.
Po wyjściu z samochodu Dario nie mógł się powstrzymać od wzięcia głębokiego oddechu. Góry nad nim okrywały wstęgi granatowej mgły. Wydawała się niemal tańczyć. Ciężko mu było utrzymać zniecierpliwienie, ale dał radę. Ładne widoki nie poprowadzą za niego firmy, nawet jeśli dobrze było poczuć słońce na twarzy. Zerknął na zegarek. Południe, tak jak jego sekretarka ustaliła z przedstawicielami pana Fuginawy. Nie widział powodów, dla których miałby nie odzyskać tych przeklętych kolczyków i od razu nie wrócić na pokład samolotu. Zdążyłby do Nowego Jorku jutro przed rozpoczęciem pracy.
Podszedł do efektownych drzwi wejściowych lekko zainspirowanych stylem azjatyckim. Odgłos jego kroków wydał się niestosownie głośny. Nawet drzwi otworzyły się bez żadnego dźwięku. Uśmiechnięty pracownik poprowadził go przez stylowo umeblowany dom. Powietrze chłodziły ciche wentylatory pod wysokim sufitem. Ściany zdobiły niewiarygodnie drogie i znane dzieła sztuki. Wnętrze i zewnętrze rezydencji przenikały się, wpuszczając powietrze i światło, przez co cały dom otwarty był na działanie żywiołów w sposób, jaki Dariowi wydał się lekkomyślny.
Niepokojące, szczególnie biorąc pod uwagę bezcenne obrazy – ale co go to obchodziło? To nie jego obrazy. Jedynym, co mógł tu stracić, był czas, nic więcej. Pracownik wskazał mu miejsce na zewnątrz pod zadaszeniem porośniętym bluszczem, skąd rozpościerał się wspaniały widok na błękitne wody Pacyfiku i drogę, którą tu dotarł. Panowała taka cisza, że Dariowi wydawało się, że słyszy fale oceanu rozbijające się o skalisty brzeg, choć wiedział, że z tej wysokości było to niemożliwe.
Usłyszał za sobą kroki. Odwrócił się, pragnąc jak najszybciej przejść do sedna tej absurdalnej wyprawy i wrócić do Nowego Jorku. Nie był przecież hobbitem w drodze do Góry Przeznaczenia, nawet jeśli faktycznie znajdował się na zboczu drzemiącego wulkanu. Zamarł. Przez chwilę wydawało mu się, że ją sobie wyobraża. To nie mogła być ona.
Proste kruczoczarne włosy opadające na ramiona. Idealnie gładkie, jak to zapamiętał. Gibka sylwetka, wspaniale prezentująca się w szykownej czarnej sukience do ziemi dopasowanej do tropikalnego klimatu, opływającej długie, zgrabne nogi. I ta twarz. Idealnie owalna z ciemnymi oczami z kącikami lekko uniesionymi ku górze, ze zgrabnymi kościami policzkowymi i zmysłowymi ustami, które nadal potrafiły sprawić, że całe jego ciało sztywniało w sposób niekontrolowany, nierozsądny i nieakceptowalny. Był dorosłym i wpływowym mężczyzną, a po prostu stał tak i się gapił – jakby była duchem. Jakby równie łatwo mogła odfrunąć.
– Cześć, Daro – powitała go tym samym opanowanym, doprowadzającym do furii spokojnym tonem, który pamiętał zbyt dobrze. Użyła też imienia, którego tylko ona używała, bo tylko ona mogła sobie na to pozwolić. Tylko Anais. Jego żona. Jego zdradziecka, niewierna żona, której planował nigdy więcej nie oglądać. Z którą nigdy tak właściwie się nie rozwiódł, ponieważ podobało mu się, że wciąż była uwiązana do mężczyzny zdradzonego przez nią w sposób tak parszywy sześć lat wcześniej. Stała przed nim niczym policzek wymierzony przez wspomnienia, wydający mu się nie tyle niewybaczalnym przeoczeniem, co raczej straszliwą pomyłką.

Anais Kiyoko od sześciu lat bała się tej chwili. Bała się i śniła o niej, lecz wciąż nic nie mogło jej na to przygotować. Na Daria. Zawsze tak było. Nigdy nie była na niego gotowa. Nie, kiedy spotkali się w zwyczajne zimowe popołudnie i nie, kiedy stał się kimś obcym w środku ich małżeństwa, oskarżając ją o najgorszą z możliwych zdrad. Nigdy. Dziś myślała, że przejmie kontrolę nad sytuacją. Nie da się mu ponownie zaskoczyć. Musiała się tylko otrząsnąć po ciosie, jakim okazało się ponowne spotkanie z nim. Uznała, że to się nigdy nie zdarzy.
– Co ty tu robisz, do diabła? – warknął.
Ten sam głos, głęboki i niski. Pozbawił ją tchu. To z pewnością był on. Oczywiście spodziewała się go, ale jakaś część jej nie wierzyła, że naprawdę pojawi się po latach. Po tym, jak odszedł. Po okrutnym, zamierzonym milczeniu. Jednak naprawdę stał przed nią na werandzie pana Fuginawy, za sobą mając zielone pastwiska Kaupo, a daleko w dole błękit oceanu. I mimo licznych gorliwych modlitw na przestrzeni lat, czas nie obszedł się z nim tak źle, jak by sobie tego życzyła. Nie zmienił się w maszkarę. Nie został oszpecony przez własne czarne serce i niecne wyobrażenia, jak na to z pewnością zasługiwał. Nie ugiął się pod brzemieniem straty ani nie oszpetniał przez to, co zrobił. Wręcz przeciwnie.
Niestety, Dario Di Sione pozostał najpiękniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek widziała. Tylko ktoś tak bogaty i wpływowy mógł wyglądać elegancko w zwykłych dżinsach i koszuli opinającej muskularną klatkę piersiową i silne ramiona. Wiedziała, że pod okularami przeciwsłonecznymi ma oczy bardziej błękitne niż hawajskie niebo, z którymi kontrastowały czarne, nieco za długie włosy i dwudniowy zarost.
Niech go szlag. Mimo wszystko pozostała równie podatna na niego, jak zawsze.
– Zadałem ci pytanie.
Anais próbowała się opanować, ale wciąż mocno ściskała w dłoni skórzaną teczkę. Chyba nikogo nie udałoby jej się nabrać.
– Mam nadzieję, że trafiłeś tu bez problemu – powiedziała, jakby było to normalne spotkanie biznesowe, na którym występowała jako prawnik pana Fuginawy. – Droga jest momentami niełatwa.
Dario ani drgnął. A jednak odniosła wrażenie, że sięgnął do niej i chwycił ją. Musiała się zmusić, by odetchnąć. Zdjął okulary i spojrzał na nią wściekle.
– Serio, Anais? – głos miał równie szyderczy, co ostry, ale się nie cofnęła. Teraz była twardsza. Musiała, czyż nie? – Tak planujesz to rozegrać?
– Czy mamy podjąć rozmowę w miejscu, w którym przerwaliśmy ją sześć lat temu? Tego właśnie chcesz? To, że odciąłeś się ode mnie bez słowa, sugeruje, że jednak nie.
– To była rozmowa? – Jego głos przybrał tę samą niebezpieczną nutę, jaką dostrzegała w jego postawie. – Użyłbym gorszego słowa na określenie tego, co zobaczyłem.
– To dlatego, że twój umysł to rynsztok – odpowiedziała, starając się brzmieć chłodno i profesjonalnie. – Obawiam się jednak, że nie mam z tym nic wspólnego.
Roześmiał się. Ale nie był to śmiech, jaki pamiętała z ich pierwszego spotkania, gdy ona była na trzecim roku prawa na Uniwersytecie Columbia, a on kończył MBA. Śmiech, na dźwięk którego zatrzymywał się cały Manhattan zasłuchany w czystej radości. Teraz brzmiał zupełnie inaczej.
– Nie obchodzi mnie to na tyle, by pytać, co masz na myśli. Przyjechałem tu po kolczyki, a nie, by odgrywać ducha minionych świąt. Pomożesz mi, Anais, czy to wszystko po to, by się na mnie zasadzić?
Jakimś cudem nie dała po sobie poznać, jak bardzo zdumiały ją jego słowa. Zrozumiała, że naprawdę to miał na myśli. Widziała to w całej jego nieugiętej postawie.
– Wiedziałeś, że się ze mną spotkasz – zdołała odpowiedzieć, choć już nie udawała, że nadal brzmi spokojnie. – Od tygodni wymieniamy się mejlami.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 7,90 zł 9,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Hawajski sen
Autor Caitlin Crews
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 30-03-2018
Ilość stron 160
Oprawa Miękka
ISBN 9788327634375

Napisz recenzję