Julia James - Historia jednego balu

Max Vasilikos rozsiadł się wygodnie w skórzanym fotelu za biurkiem.
‒ No i cóż pan tam dla mnie ma? – zapytał.
Jego agent pracujący na terenie Wielkiej Brytanii wręczył mu plik błyszczących broszurek.
‒ Myślę, że znajdzie się parę interesujących propozycji – odrzekł z nadzieją w głosie do jednego ze swych najbardziej wymagających klientów.
Max zerknął pobieżnie na przedstawione mu fotografie nieruchomości i bez wahania zatrzymał się przy jednej z nich.
Stara angielska posiadłość wiejska, zbudowana z kamienia o ciepłej miodowej barwie, z wejściem i gankiem oplecionymi kwiatami, otoczona ogrodami i fragmentem lasu, na zdjęciu dosłownie tonęła w zieleni i blasku słońca odbijającego się dodatkowo w tafli pobliskiego jeziora. Gdy na nią patrzył, czuł, że musi ją natychmiast zobaczyć na żywo.
‒ Wyłącznie ta! – powiedział stanowczo, taksując agenta jednoznacznym spojrzeniem.

Ellen przystanęła w holu, słysząc donośny głos macochy dobiegający z salonu.
‒ Dokładnie na to miałam od dawna nadzieję i nie pozwolę, by ta cholerna dziewucha znów wszystko zepsuła!
‒ Musimy się pospieszyć i sprzedać ten dom! – Drugi rozzłoszczony głosik należał do Chloe, przybranej siostry Ellen, która zresztą nie była wcale zaskoczona tonem wypowiedzi obu kobiet.
Odkąd Paulina poślubiła tatę, wraz ze swą córką miały wyłącznie jeden cel: wydać wszystkie jego pieniądze na swoje luksusowe zachcianki. Teraz po latach wydawania pozostał już tylko dom, który odziedziczyły rok wcześniej we trzy po nagłej śmierci ojca na zawał. Paulina i Chloe marzyły o sprzedaży. Fakt, że dom ten, a właściwie potężna posiadłość, od pokoleń należała do rodziny Ellen, w niczym im nie przeszkadzał. Zresztą wrogość i pogarda wobec niej również nie były żadną nowością. Od samego początku wysoka, silna i odrobinę niezdarna, poruszająca się „jak słoń w składzie porcelany” – bo tak zawsze nazywały ją macocha i przybrana siostra – miała jasno powiedziane, że nie może pod żadnym względem równać się z filigranową, szczuplutką i prześliczną Chloe!
Ellen ruszyła dalej korytarzem, tym razem z premedytacją hałasując, dzięki czemu głosy w salonie natychmiast umilkły. A więc wygląda na to, że macocha znów znalazła klienta na dom… Nie zniechęcała jej nawet świadomość, że pasierbica bez sądu nie zgodzi się na sprzedaż; i tak cały czas wystawiała ofertę Haughton, gdzie tylko mogła. A Ellen na temat sprzedaży domu, w którym była szczęśliwa do dnia wypadku samochodowego matki, postanowiła być nieugięta!
Gdy w końcu zdecydowała się wejść do salonu, przywitało ją wrogie spojrzenie dwóch par lodowato błękitnych oczu.
‒ Coś cię zatrzymało? Chloe godzinę temu wysłała ci esemes, że chcemy porozmawiać.
‒ Byłam na treningu.
‒ No przecież… znów masz błoto na twarzy.
Kobieta westchnęła bezradnie. Przy supereleganckiej Chloe, w jej idealnie skrojonych spodniach i kaszmirowym wdzianku, z nowiusieńkim lakierem na paznokciach, platynową fryzurą prosto od fryzjera i mocnym, modnym makijażu, Ellen w swoim dresie treningowym z pobliskiej prywatnej szkoły dla dziewcząt, gdzie uczyła WF-u i geografii, bez cienia kosmetyków na twarzy i z potężną grzywą niesfornych włosów, które nigdy nie poznały fryzjerskich nożyc, wyglądała odrażająco.
‒ Dzwonili z agencji – oświadczyła Paulina i przeszyła ją świdrującym wzrokiem.
‒ I nie chcemy, żebyś znów wszystko zrujnowała! – wtrąciła się Chloe. – Zwłaszcza przy tym kliencie!
‒ Pan Max Vasilikos poszukuje nowych perełek do swej kolekcji – naświetliła sprawę macocha – i wydaje się, że Haughton będzie mu pasowała!
‒ Mamo, nie spodziewasz się chyba, że ona będzie wiedziała, kim jest Vasilikos! – skomentowała jej córka i zwróciła się do przybranej siostry: ‒ Otóż jest on nieprzyzwoicie bogatym potentatem na rynku nieruchomości, a ostatnio miał romans z Tylą Brentley, o której nawet ty musiałaś słyszeć…
Ellen istotnie słyszała o tej angielskiej aktorce, która podbiła Hollywood rolą w romantycznym hicie. Żyły nią jej uczennice. Ale grecki – sadząc po nazwisku – potentat zajmujący się nieruchomościami? Wolała nawet nie myśleć, co taki potentat mógłby zrobić z jej rodzinnym domem. Sprzedać go na zatracenie arabskiemu szejkowi, który w najlepszym wypadku przyjeżdżałby do Anglii raz w roku na tydzień?
‒ …a więc ów Vasilikos – mówiła dalej Paulina – jest na tyle zainteresowany naszą posiadłością, że postanowił osobiście ją zobaczyć. Nie wypadało mi nie zaprosić go na lunch.
‒ Czy ten człowiek rozumie strukturę własności Haughton i zdaje sobie sprawę, że nie zamierzam się pozbywać swojej części? – zapytała Ellen.
‒ Nie zastanawiałam się nad szczegółami. Ważne, że jeśli zainteresował się na serio, to mamy dużo szczęścia i nie pozwolę, by ktokolwiek pomieszał nam szyki. A jeśli do ciebie nie przemawiają moje słowa, być może przemówi sam Vasilikos.
Na dźwięk tej wypowiedzi szyderczym śmiechem wybuchła Chloe.
‒ Mamo, przestań, na Ellen mężczyźni nie robią wrażenia…
I vice versa ‒ chciała z pewnością powiedzieć siostrzyczka ‒ zresztą zgodnie z prawdą, pomyślała Ellen, która już dawno pogodziła się z tym, że mężczyźni – zupełnie przeciętni, nie mówiąc nawet o elicie – traktowali ją jak powietrze, bo też i nie było w niej niczego atrakcyjnego.
‒ Ale ponieważ Ellen musi być obecna na spotkaniu, więc musimy się starać jakoś zachować wspólny front.
Ellen zapatrzyła się przed siebie. Wspólny front? Trudno chyba o bardziej rozczłonkowaną rodzinę. I tak przecież da jasno do zrozumienia temu człowiekowi, że nie jest przychylna sprzedaży domu. A teraz musi iść do siebie wziąć prysznic.
Ruszyła w stronę kuchni, swojej ulubionej części domu, od której Paulina i Chloe, zupełnie niezainteresowane gotowaniem, z chęcią trzymały się z daleka. Właściwie już dawno temu całkowicie przeprowadziła się na tyły domostwa, przerabiając dawne pomieszczenia dla służby na swoją sypialnię i salon, dzięki czemu rzadko zapuszczała się do frontowej części budynku. Jednak teraz, idąc do swych wewnętrznych, obitych zieloną wykładziną drzwi, które niegdyś oddzielały pokoje rodzinne od zaplecza, rozglądała się ze ściśniętym sercem po reszcie domu: wielkie zakrzywione schody, olbrzymi kamienny kominek, masywne dębowe drzwi, boazeria z ciemnego drewna, stara kamienna posadzka… Boże, jak bardzo kocha ten dom, każdy jego szczegół, jak bardzo czuje się oddana… Nigdy nie wyrzeknie się dobrowolnie swych ścian… nigdy, przenigdy!

Haughton tonęło we wczesnowiosennym blasku słońca. Max Vasilikos jechał coraz wolniej, bo wiedział, że lada chwila zbliży się do celu swej podróży. Z niecierpliwością czekał na konfrontację z rzeczywistością. Czy posiadłość, która zrobiła na nim tak wielkie wrażenie na fotografii agenta, nie zawiedzie jego oczekiwań? I nie chodzi tu wcale o zrobienie dobrego interesu. Kamienna konstrukcja budowli, jej idealne proporcje i stylizacja, otaczające ją ogrody i lasy – wszystko przemawiało za tym, że może się ona okazać wymarzonym miejscem na… dom! Na własny dom.
To chyba miejsce, w którym mógłbym osiąść na dłużej… – pomyślał, widząc je na zdjęciu, i poczuł się bardzo zaskoczony. Nigdy przedtem nie zdarzyła się mu taka refleksja. Uwielbiał swe życie globtrotera, pomieszkiwanie w hotelach i apartamentach, ciągłą gotowość do następnego lotu. Może dlatego, że jako dziecko i młody człowiek nigdy nie zaznał życia w prawdziwym domu rodzinnym? Matka od zawsze wstydziła się wychowywania nieślubnego synka i pewnie dlatego, gdy tylko mogła, doprowadziła do ślubu z ojczymem. Chciała w ten sposób ukryć smutny fakt, że Max nie ma ojca. Jednak ojczym wcale nie zamierzał wprowadzić do swej rodziny bękarta żony, szukał jedynie niezawodnej służącej i wołu roboczego do pracy w swej tawernie w kurorcie na jednej z wysepek Morza Egejskiego.
I tak oto Max spędził dzieciństwo i wiek dojrzewania jako kelner swego ojczyma, a matka została kucharką męża. W dniu, w którym zmarła, w połowie z przepracowania, w połowie z powodu nieleczonej choroby płuc, chłopak porzucił tawernę na zawsze i z płonącym wzrokiem wsiadł na prom do Aten. A oczy paliły go nie tylko od łez po śmierci mamy, ale także z wielkiej determinacji, by wyruszyć na podbój świata, zrobić karierę, i to błyskotliwą. Nie wyglądało, by cokolwiek mogło go zatrzymać.
Po pięciu latach tyrania na różnych budowach udało się mu odłożyć za zakup pierwszej własnej nieruchomości: porzuconego domu na farmie. Po dwuletniej samodzielnej rekonstrukcji budowli sprzedał ją pewnemu Niemcowi i zarobił w ten sposób na zakup dwóch kolejnych posiadłości. I tak się wszystko zaczęło. Potem niewielkie początkowo przedsięwzięcie Vasilikosa zaczęło lawinowo rosnąć, aż stało się globalnym imperium na rynku nieruchomości.
Max często uśmiechał się z satysfakcją na myśl o swych sukcesach. W portfolio imperium znalazła się również kupiona za bezcen tawerna ojczyma, gdy ten zbankrutował, głównie przez swoje odwieczne nieróbstwo.
GPS Vasilikosa wskazał osiągnięcie celu.
Mężczyzna minął masywną, kamienną bramę i długą drogą podjazdową, okoloną drzewami i gęstwiną rododendronów, zajechał na żwirowany podjazd pod samym domostwem. Na pierwszy rzut oka nie czuł się rozczarowany. Fotografia nie kłamała.
Dom był malowniczo wkomponowany w pięknie zaprojektowane otoczenie. Budulec miał istotnie barwę miodu, a w wielodzielnych oknach odbijało się słońce. Kamienny ganek i zdobione dębowe drzwi spowijały nagie o tej porze roku pnącza, lecz ich gęstość zapowiadała późniejszą obfitość kwiatów. Póki co kwitło jedynie mnóstwo żółtych żonkili wzdłuż zielonych rabat po obu stronach ganku.
Vasilikos poczuł się wstępnie usatysfakcjonowany. Eleganckie, gustowne, urokliwe siedlisko, ewidentne świadectwo wielu zdarzeń na przestrzeni długich stuleci swego istnienia. Typowo angielska posiadłość wzniesiona dla właścicieli ziemskich i szlachty, lecz kusząca i zachęcająca, przytulna, sprawiająca wrażenie nie tylko wielkiego domostwa, lecz i domu rodzinnego, ogniska domowego.
Czy to mógłby być mój dom? – zastanowił się.
Dlaczego, na Boga, powraca ta myśl? Czyżby osiągnął wiek, w którym większość nawet najzagorzalszych przeciwników stabilizacji, zaczyna o niej myśleć? Ciekawe, że nie myślał tak nigdy w związku z żadną kobietą… a na pewno już nie z Tylą. Poza tym znudził się jej wiecznym skupieniem na sobie i w głębi duszy ucieszył się, gdy zaczęła uwodzić kogoś z top listy swojej branży.
Może więc potrzeba mi nowego związku? Może… nowego rodzaju związku?
Nagle otrząsnął się z tych dziwacznych myśli: nie przyjechał tu, by przemyśleć swe dotychczasowe życie prywatne, lecz aby podjąć prostą decyzję w interesach: kupować czy nie?
Postanowił podjechać na tyły budynku i dopiero tam zaparkować. Dawne wejście i strona dla służby nie były może tak eleganckie jak przód domu, ale otwarty, brukowany dziedziniec okazał się schludny, po dwóch stronach otoczony przybudówkami, upiększony kwietnikami i wyposażony w ławki przy drzwiach kuchennych.
Poziom satysfakcji Vasilikosa wzrósł o kolejne punkty.
Zbliżył się do wejścia, by zapytać, czy zaparkował we właściwym miejscu, gdy nagle drzwi otworzyły się z impetem i staranował go ktoś objuczony wielkim drewnianym koszem i torbami ze śmieciami. Cofnął się w ostatniej chwili i dostrzegł, że napastnikiem okazała się kobieta, o której można jeszcze było powiedzieć, że jest młoda, natomiast niewiele więcej.
Postać uderzyła go swym wzrostem i masywnością, kompletnym brakiem fryzury i makijażu. Reszty dopełniały źle dobrane okulary w brzydkich oprawkach i szpetny, ciemnofioletowy dres.
Pomimo mało pociągającego wyglądu kobiety, Vasilikos ani na chwilę nie zapomniał o swych nienagannych manierach.
‒ Bardzo przepraszam, chciałem tylko wejść i zapytać, czy mogę tu zostawić auto. Jestem zapowiedzianym gościem, oczekuje mnie pani Mountford.
Niestety dziwna postać nie śpieszyła się, by wydać z siebie jakikolwiek dźwięk. Zrobiła się tylko czerwona na twarzy.
‒ A więc… czy mogę tu zaparkować? – powtórzył.
Drugie pytanie wywołało powolne skinienie głową.
‒ To dobrze, dziękuję – powiedział i ruszył do frontowego wejścia, nie poświęcając więcej uwagi niezrozumiałemu zjawisku. Zdecydowanie bardziej zainteresował go ogród okalający dom, bo już teraz potrafił sobie wyobrazić, jak pięknie będzie tu latem. Wchodząc do wnętrza, miał nadzieję, że i ono oszczędzi mu rozczarowań.
W holu przywitała go młoda kobieta, prawdopodobnie w wieku podobnym do wieku dziwnej osoby, którą spotkał za domem, lecz chyba trudno wyobrazić sobie większą rozbieżność między rówieśniczkami. Filigranowa postać, waga na skraju anoreksji, nienaganny wygląd, kolorystyka ubrań dobrana idealnie do odcienia oczu, zapach bardzo drogich perfum, ciepły, choć wystudiowany uśmiech.
‒ Zapraszam do środka!
Vasilikosa powitał przestronny hol z kamienną posadzką, przeogromnym kominkiem i szerokimi schodami. Nadal nie czuł się niczym rozczarowany.
‒ Jestem Chloe Mountford. Cieszę się, że pana widzę. Mamusiu! Mamy gościa!
Mamusiu?
Max przypomniał sobie, że dorosłe dzieci w brytyjskich wyższych sferach zwykle nadal zwracały się do swych rodziców, używając zdrobnień z dzieciństwa. Po chwili całą swą uwagę skupił na salonie, a właściwie pokoju bawialnym z widokiem na dwie strony, w którym znajdował się kolejny kominek oraz cała masa szaroniebieskich mebli i dodatków. Jego bogate doświadczenie w nieruchomościach podpowiadało mu, że w przygotowaniu wystroju tej części domu maczał palce bez żadnych odgórnych wytycznych jakiś dekorator wnętrz z wyższej półki. Z pewnością dużo ciekawszy musiał być wystrój oryginalny.
To trzeba będzie zdecydowanie zmienić!
I po co znów stara się wyprzedzać fakty?
‒ Miło mi pana poznać!
Mamusia okazała się szczupłą, elegancką kobietą, świetnie zakonserwowaną i wręcz obwieszoną bardzo drogą biżuterią.
Wkrótce wszyscy troje rozsiedli się wygodnie na kanapach w bawialni i zaczęli wymieniać niekończące się uprzejmości. Max miał wrażenie, że Chloe usiłuje delikatnie go podrywać, co niezbyt go ucieszyło, bo nie przepadał za kobietami o anorektycznych kształtach, choć były niewątpliwie na topie. Podobnie przerażały go kobiety zbyt okazałe, czego dobrym przykładem mogła być dziwna osobniczka, którą spotkał na tyłach posiadłości.
Jakież było jego zdziwienie, gdy niespodziewanie otworzyły się niewidoczne drzwi z boku salonu i do pomieszczenia wsunęła się niezdarnie, niosąc przepełnioną tacę, ta sama kobieta, o której przed chwilą pomyślał. Nie miała już na sobie koszmarnego dresu; przebrała się w szarą spódnicę i białą bluzkę, obie zbyt workowate, a na nogach nosiła płaskie, sznurowane pantofle, odpowiedniejsze dla dużo starszej osoby. Nadal jednak wyglądała dość dziwacznie, bo nie przyczesała się ani odrobinę.
‒ O, Ellen, jesteś… ‒ odezwała się matka, po czym zwróciła się do Maxa. ‒ To Ellen Mountford, moja pasierbica.
Ellen zaczerwieniła się, co pogorszyło tylko niezręczną sytuację, a gdy niezdarnie usiadła na kanapie obok Chloe, wszyscy pomyśleli chyba to samo: że trudno o większy kontrast pomiędzy kobietami w podobnym wieku.
‒ Czy mam nalewać? – wydukała Ellen.
‒ Oczywiście, nalewaj, kochanie…
Max przyglądał się uważnie nowo przybyłej. Kiedy nalewała mu kawy i przypadkiem dotknęli się palcami, wyszarpnęła rękę, jakby poraził ją prąd. Gdy jednak się nie czerwieniła, miała bardzo zdrową cerę. Wyglądała, jakby większość czasu spędzała na świeżym powietrzu. Skóra Chloe pokryta dużą ilością przeróżnych kosmetyków była przy niej w rzeczywistości blada i niezdrowa.
Max nie marzył wcale o kawie i dalszej wymianie uprzejmości, chciał już przejść do meritum i obejrzeć pomieszczenia, ale wiedział, że trzeba zachowywać się cierpliwie.
‒ A więc… co sprawia, że zapragnęła się pani rozstać z tak piękną posiadłością? – zapytał nareszcie, usiłując nawiązać do głównego tematu spotkania.
Dlaczego nie potrafię ukryć choć trochę zainteresowania tym domem? Co to miejsce w sobie ma?
‒ Zbyt wiele smutnych wspomnień. Od śmierci męża nie radzę sobie z nimi. Po prostu wiem, że muszę zacząć od nowa… chociaż łatwo mi nie będzie.
‒ Biedna mama… ten ostatni rok był okropny…
‒ Przykro mi z powodu pani sytuacji, ale chyba doskonale rozumiem, dlaczego chce pani sprzedać dom.
Siedząca nieopodal Ellen zaczerwieniała się ponownie i nieoczekiwanie zerwała się z kanapy.
‒ Muszę iść zająć się obiadem – wydukała znów nie do końca zrozumiale.
Po wyjściu dziewczyny Paulina westchnęła głośno.
‒ Biedne dziecko, bardzo źle zniosła śmierć mego męża, była niezwykle z nim związana. Może nawet za bardzo… Ale zajmijmy się czymś innym. Chloe z przyjemnością oprowadzi pana po domu jeszcze przed obiadem.
Max ożywił się, bo na to właśnie czekał, a nie miał już ochoty wysłuchiwać dalszych smętnych historii o rodzinie Mountfordów.
Wędrówka po budynku i jego zakamarkach wyostrzyła do granic wytrzymałości apetyt Vasilikosa na zakup posiadłości.
Na koniec, gdy zatrzymał się na dłużej w głównej sypialni domu, której okna wychodziły na ogrody, lasy i porośnięte trzcinami jezioro, wiedział, że ostateczna decyzja została już podjęta.
Haughton Court stanie się wkrótce jego własnością.


Kate Walker - Miesiąc w Andaluzji

Nairo Roja Moreno wysiadł ze swojego prywatnego odrzutowca i skrzywił się, czując na twarzy gwałtowny powiew lodowatego powietrza i deszczu.
‒ Perdicion – zaklął, podnosząc kołnierz marynarki. – Pada!
Zwyczajna rzecz w Anglii; zdawało się, że pogoda mu przypomina, jak bardzo nienawidzi tego miejsca. Był to Londyn; wierzył kiedyś, że jego życie może zacząć się na nowo, tymczasem zabrano mu serce i odrzucono je bez wahania.
Zszedł po schodkach, a wspomnienia, które go prześladowały, nie miały nic wspólnego z temperaturą, pomijając fakt, że w tym przeklętym domu zawsze było zimno. Prócz tych chwil, kiedy udawało mu się przekonać Red, by dzieliła z nim sfatygowany i ciasny śpiwór.
W rzeczywistości nie chodziło o pogodę czy dom. Chodziło o chłód wywołany zdradą. Chłód serca, które wydawało mu się niegdyś pełne ciepła i szczodre. Dopóki go nie zostawiła z niczym i zniknęła z jego życia w nocnej ciemności.
No cóż, krzyż na drogę, powiedział sobie, i otrząsnął się ze wspomnień, potem wsiadł do czekającego nań samochodu. Nie miał ochoty się za nią uganiać, nawet tego nie rozważał. Zajmował go powrót na łono rodziny – pojednanie, którego swoim postępowaniem omal nie zniweczyła. Pojawiła się druga szansa, a on nie zamierzał jej przepuścić. Wyprawa do Londynu miała być ostatnim etapem zadania, jakie sobie wyznaczył.
‒ Dacre Street – powiedział do kierowcy. Miał tylko nadzieję, że mężczyzna wie, gdzie jest to przeklęte miejsce; nie znajdowało się w żadnej części miasta, w której zwykle bywał.
Nairo rozsiadł się, marszcząc czoło. Musiał pojechać do miasta, zrobić swoje i dotrzymać obietnicy złożonej Esmeraldzie. Był tyle winien swojej siostrze; liczyło się tylko jej uszczęśliwienie. Na tym kończyły się jego zobowiązania.

Louise nie mogła zachorować w gorszym momencie, akurat tego dnia, powiedziała sobie w duchu Rose; westchnęła, zmagając się z niesfornym rudym kosmykiem, który znów wysunął się ze starannie wiązanego warkocza. Jej zazwyczaj sumienna i doskonale zorganizowana asystentka musiała czuć się źle już poprzedniego dnia, o czym świadczył bałagan w recepcji, a zwłaszcza poplamiony kawą terminarz spotkań.
Rose nie potrzebowała żadnych przypomnień. Spotkanie umówiono przed tygodniem, kiedy to usłyszała w telefonie głos o ciężkim obcym akcencie, należący do sekretarki Naira Roja Moreny.
‒ Nairo Roja Moreno... – mruknęła Rose, wpatrując się w rozmazane słowa w terminarzu. Najstarszy syn arystokratycznej rodziny hiszpańskiej, jak poinformowała ją kobieta. I chciał z nią rozmawiać o sukni ślubnej?
Zamierzała poczytać o tym Hiszpanie zeszłego wieczoru w internecie, ale jej matka czuła się tak niedobrze, że Rose nie miała ani jednej wolnej chwili.
Kiedy otrzymała mejl z potwierdzeniem spotkania, była wniebowzięta. Ratunek w ostatnim momencie. Opieka nad matką pochłaniała wszystkie jej zasoby i całą energię, fizyczną i umysłową. Od wieków nie miała żadnego zlecenia. Wszystko przez klęskę małżeństwa i związany z tym skandal. Zalegała ze spłatami za butik, z trudem pokrywała koszty mieszkania. Ale jeśli ten Nairo Moreno naprawdę chciał, żeby zaprojektowała suknię ślubną jego siostry wraz z ze strojami druhen, dziewczynek rzucających kwiatki i niezliczonych paziów w orszaku panny młodej, to mogło ją to uratować przed bankructwem. Ocalić jej reputację, finanse, może nawet życie matki.
Jay toczyła długą i bolesną walkę z rakiem. Osłabiona po chemioterapii i operacji, zaczęła dopiero odzyskiwać siły. Jakikolwiek stres mógł się okazać niebezpieczny; Rose nie chciała myśleć o tym, że wszystko zostanie zniweczone, zwłaszcza po długim dziesięcioletnim okresie odbudowywania wzajemnych relacji z matką.
Jej arystokratyczny gość miał się zjawić lada chwila. Stukając niecierpliwie długopisem o terminarz, Rose patrzyła ze zmarszczonym czołem na deszcz za oknem pracowni. Trudno w taki dzień wyobrażać sobie ślub letnią porą.
Jett nienawidził deszczu, zwłaszcza w zimnym squacie. Wiele takich dni musieli spędzać przytuleni do siebie...
Pod wpływem mrocznych wspomnień upuściła długopis, który spadł na podłogę i wtoczył się pod szklaną gablotkę.
‒ Niech to diabli...
Akurat w momencie, gdy prowadziła poszukiwania na czworakach, ktoś otworzył drzwi, a ona poczuła powiew chłodnego powietrza.
‒ Przepraszam! Chwileczkę!
‒ Da nada.
Był to podniecający głos, głęboki, mroczny, o pięknym akcencie.
Oczywiście! Hiszpański arystokrata... jak on się nazywał? Nairo coś tam. Nagle uświadomiła sobie, jak musi wyglądać, wypinając się na niego, więc zanurkowała ponownie i uderzając głową o mebel, chwyciła pióro, a potem odwróciła się z zamiarem wstania.
Przyszło mu do głowy, że może poczekać. Z zadowoleniem napawał się widokiem okrągłego tyłeczka, którego właścicielka szukała czegoś pod gablotką. Oparł się ze skrzyżowanymi na piersi rękami o drzwi, czując jednocześnie uderzenia niespokojnego pulsu.
Jeśli nie spodziewał się czegoś podczas tej niechcianej podróży do Anglii, to odrobiny zmysłowych przyjemności. Miał tyle na głowie w związku z planowaniem uroczystości w Hiszpanii, nie wspominając o wymaganiach przyszłych teściów jego siostry, że pozwolił sobie tylko na dwa dni odpoczynku od tego całego chaosu, który wiązał się ze ślubem stulecia.
Teraz, mając przed sobą kobiece wdzięki, zapragnął przedłużyć ten okres spokoju.
Upłynęło dużo czasu – zbyt dużo – od kiedy zaznał w łóżku przyjemności z kobietą. Śmiertelna choroba ojca, konieczność pracy w rodzinnych majątkach, odbudowanie nadszarpniętej fortuny Morenów, no i oczywiście zaręczyny i nadchodzący ślub Esmeraldy nie pozwalały na zbyt wiele wolnych chwil.
Nagle ta perspektywa kilkudniowego relaksu, nawet w szarym i deszczowym Londynie, zaczęła do niego silnie przemawiać.
‒ Mam!
Uśmiechnął się, słysząc nutę triumfu w głosie kobiety, jednak ten uśmiech zamarł mu na ustach, kiedy zobaczył, jak unosi głowę.
Rude włosy. Jego osobiste przekleństwo. Teraz kasztanowate, nie jasnoczerwone, które tak kochał w kobiecie, która kiedyś wypełniała jego dni, nawiedzała jego sny.
Red...
Echo własnego głosu rozbrzmiewało mu w głowie, podczas gdy ze wszystkich stron napływały wspomnienia. Walczył z nimi cały czas, starając się odbudować swoje życie, wydobyć z bagna, w jakie się zamieniło. Ostatnia rzecz, jakiej pragnął, to powrót czegokolwiek, co łączyło go z czasem, kiedy to mieszkał w Londynie, w całkowicie odmiennych okolicznościach.
Scarlett... szkarłat. To właśnie nazwa tego salonu, który Esmeralda kazała mu znaleźć, przywołała te wszystkie myśli.
‒ Przepraszam... au!
Uniosła głowę, nie kryjąc radości ze znalezienia tego, czego szukała, i uderzyła się twarzą o półkę. Od razu pospieszył, wyciągając do niej rękę.
‒ Proszę mi pozwolić...
Rose pomyślała, że na dźwięk tego głosu każda kobieta od razu by zmiękła, a dotyk jego dłoni przypominał kontakt z przewodem elektrycznym pod napięciem.
‒ Dzię... dziękuję.
Kontuzja, jakiej doznała, przyprawiła ją o łzy, więc mrugała, kiedy podnosił ją z podłogi; znalazła się blisko niego, tak blisko, że niemal oparła się o jego pierś, zanim odzyskała równowagę.
Poczuła gwałtowne ciepło silnego męskiego ciała, a jej zmysły zaatakowała woń skóry, jakiejś cytrusowej wody po goleniu, a także deszczu i wiatru, które wtargnęły za nim z ulicy.
Nagle, szokująco, w jej myślach pojawiło się tylko jedno słowo, jeden mężczyzna, jedno wspomnienie.
Jett...
Nie!
Dlaczego o nim pomyślała? Upłynęło niemal dziesięć lat od tamtej nocy, kiedy uciekła ze squatu. Dziesięć lat, kiedy to budowała swoje życie na nowo. Do chwili, gdy pojawił się tu ten hiszpański arystokrata, by porozmawiać z nią o sukni ślubnej swojej siostry.
Zlecenie, którego tak rozpaczliwie potrzebowała. Pierwszy raz, kiedy poproszono ją o zaprojektowanie czegoś naprawdę światowego.
‒ Nic mi nie jest...
‒ De nada.
I znów ten seksowny akcent przywołał wspomnienia innego mężczyzny, w którego słowach wyczuwało się cień tej egzotycznej wymowy.
Było jednak niemożliwe, by Jett nosił podobny garnitur, nadający temu człowiekowi wygląd kogoś wszechpotężnego i wspaniałego, albo szyte na miarę buty. Jett nigdy nie miał garnituru. Podobnie jak ona, musiał się zadowolić jednym ubraniem na zmianę. W tych dawnych czasach wieszała na drzwiach ich żałosnej sypialni jedynie podkoszulek i dżinsy, czyli to, w czym uciekła przed niechcianą napastliwością ojczyma.
Odzyskała już ostrość wzroku i teraz patrzyła w rzeźbione twarde rysy najbardziej niezwykłego człowieka, jakiego kiedykolwiek widziała. Bursztynowe oczy okolone czarnymi rzęsami wlepiały w nią gorące spojrzenie. Wydatne szczupłe policzki, pokryte ciemnym zarostem. I usta przywodzące na myśl grzech... Ciepłe, zmysłowe pełne wargi odsłaniające ostre białe zęby.
Znała ich dotyk, wiedziała, jak smakują...
‒ Jett...
Nie powstrzymywała się tym razem. To imię wyrwało jej się wraz z oddechem, kiedy sobie uświadomiła, kim jest ten człowiek.
Człowiek, który kiedyś wypełniał jej dni i nawiedzał noce. Nawet po ucieczce trwał w jej myślach, a wspomnienia o nim wyrywały ją ze snu, kiedy budziła się z łomoczącym sercem. Człowiek, którego musiała wydać policji, dowiedziawszy się o pochodzeniu pieniędzy, które nagle zdobył.
‒ Jett? – powtórzył niczym echo jej pytanie, wpatrując się w nią z uwagą.
Zmrużył te swoje niezwykłe oczy i cofnął się o krok.
‒ Red... nie wiedziałem, że tu pracujesz.
Nie wiedział... może naprawdę trafił tu przez przypadek. Może jej nie poszukiwał. Po tylu latach... po co? Wszystko to było koszmarnym kaprysem losu.
Jednak ton jego głosu przyprawił ją o ucisk w dołku; uświadomiła sobie, że jest zupełnie sama. Loiuse dawno już wyszła.
‒ A ja nie wiedziałam, że pracujesz dla Naira Moreny.
Skrzywił usta w grymasie przypominającym uśmiech, pozbawiony jednak odrobiny ciepła. Jego wzrok zdawał się ją przeszywać.
‒ Nie pracuję... to ja jestem Nairo Moreno. Przyjechałem spotkać się z panią Cavalliero. Och... moja droga Red... – Uśmiechnął się szerzej. – Myślałaś, że chciałem się z tobą spotkać? Że ścigałbym cię po tylu latach?
Tak, brała pod uwagę taką możliwość, widział to na jej pięknej twarzy. Młoda dziewczyna, którą znał niegdyś jako Red, zawsze miała zadatki na ładną kobietę, ale nigdy się nie spodziewał, że wyrośnie na kogoś tak pociągającego.
Kuszący tyłeczek stanowił jedynie drobną część szczupłej, zgrabnej figury, podkreślonej przez kremową koronkową bluzkę i granatową obcisłą spódnicę. Włosy, których niegdysiejszy jaskrawy kolor był źródłem jej przezwiska, odznaczały się teraz subtelniejszym odcieniem, choć gdzieniegdzie można było dostrzec czerwień. Te lekko skośne orzechowe oczy wydawały się jeszcze bardziej kocie niż kiedyś.
Otrząsnął się gwałtownie z tych myśli. Była ostatnią osobą, której obecności pragnąłby w swoim świecie. Czyż niemal nie zrujnowała mu życia tyle lat temu? Młodszy o dekadę i o wiele bardziej naiwny, zaryzykował wszystko dla kilku nocy bezmyślnej namiętności. Był nawet bliski tego, by dać jej cząstkę swego serca, a odkrył, że jest dla niej niczym; wystarczyła obietnica nagrody za informację.
‒ Zabrałoby mi to sporo czasu, nie sądzisz? Dziesięć lat. Po co miałbym znów się z tobą zobaczyć? Możesz być spokojna, Red. Nie szukam ciebie, tylko twojej szefowej.
‒ Mojej szefowej?
‒ Si. Pani Rose Cavalliero. Projektantki tych...
Wskazał dwie piękne suknie ślubne na manekinach w kącie pracowni. No tak, uświadomiła sobie Rose, zjawił się, by omówić projekt sukni ślubnej swojej siostry. Ale świadomość, że bierze ją za recepcjonistkę, że się nie zorientował w znaczeniu słowa Scarlett w nazwie jej firmy... Myśl o tym zleceniu też nie pomogła.
O, nie! Nie mogła dla niego pracować! Owszem, oznaczałoby to dla niej ogromną szansę, ale czy było warto? Żadne pieniądze nie stanowiłyby rekompensaty za czas spędzony z Jettem – z tym Nairem Moreno, jak się teraz nazywał. Nawet jeśli nie pałał chęcią zemsty, to i tak widziała, że zachowuje wobec niej grzeczność tylko z najwyższym trudem.
Ale jak miała z tego wybrnąć?
‒ Więc gdzie ona jest? – spytał chłodno i obcesowo.
Dostrzegła mroczny gniew w jego oczach i poczuła, jak zasycha jej w ustach. Gdyby się tylko wcześniej dowiedziała, kim jest naprawdę ten Nairo Moreno, nigdy nie zgodziłaby się na spotkanie.
Ale on nie uświadamiał sobie, kim jest ona. Wciąż uważał, że tylko recepcjonistką. Przez chwilę pragnęła przytrzeć mu nosa i wyjaśnić, że to ona jest właścicielką tego biznesu i projektantką, z którą tak bardzo pragnął się widzieć, ale przeważył instynkt samozachowawczy. Jedyne, czego pragnęła, to pozbyć się go, zanim znów ulegnie jego zgubnemu wpływowi.
‒ Nie mogła dziś przyjść. Jej matka jest chora.
Poniekąd była to prawda.
‒ Nie pomyślała o tym, żeby mnie uprzedzić? – Nie krył już gniewu. – Nie jest to dobra praktyka w biznesie.
‒ To... nagła sytuacja. Wezwano ją niespodziewanie.
‒ Rozumiem.
Ton głosu temu przeczył, kiedy Moreno odsunął nieskazitelnie biały mankiet koszuli i spojrzał na platynowy zegarek, na który znany jej kiedyś człowiek nigdy by sobie nie mógł pozwolić.
Chyba że... Poczuła na plecach lodowate zimno, przypominając sobie powód, dla którego od niego uciekła, mroczność świata, w który kiedyś wpadła.
‒ Jestem pewna, że się skontaktuje...
Kiedy już coś wymyślę, jak przyszło jej do głowy. Kiedy znajdę wymówkę, by nie przyjmować tego zlecenia. Teraz pragnęła jedynie pozbyć się go ze swojego życia. Tym razem na dobre.
‒ Będę czekał na wiadomość.
Gniew bijący z tych słów przemienił się w niewypowiedzianą groźbę. Rose poczuła w sercu ucisk, który niemal pozbawił ją tchu.
‒ Przekażę jej – odparła niemal piskliwie.
Niezdolna spojrzeć w te zimne i przenikliwe oczy, Rose pospieszyła do drzwi; bała się fizycznego kontaktu z tym mężczyzną, dotyku jego dłoni. Nie chciała wspominać niczego, co się z nimi wiązało, a myśl, że mógłby znaleźć się tuż obok niej, przyprawiała ją o drżenie.
‒ Zrób to.
Obserwując tę nową Red, jak podchodzi do drzwi i otwiera je gwałtownym ruchem, przyszło mu do głowy, że ten dzień nie przebiegł po jego myśli. Dostrzegał opór w każdej cząstce jej szczupłego ciała. Zamiast spotkania z projektantką musiał zmierzyć się ze wspomnieniami przeszłości, rzekomo już pogrzebanej. Musiał sobie przypomnieć, jak ta dziewczyna wywróciła jego życie do góry nogami, oczerniając jego imię, gdy on walczył o odzyskanie ojcowskiego szacunku, a potem go porzuciła. Musiał sobie przypomnieć dotyk jej skóry, ciepło ciała, kiedy tuliła się do niego na prowizorycznym łóżku, jedynym sprzęcie w ich pokoju. Wciąż wyczuwał jej charakterystyczny zapach, nawet stłumiony przez woń perfum, i zbudziło to w nim dawno zapomniany głód, który przez ostatnie dziesięć lat starał się wymazać z pamięci.
‒ Gdy tylko się z nią spotkam – odparła, jakby dając mu do zrozumienia, by wreszcie sobie poszedł, a on właśnie dlatego zwlekał.
Też tego doznawała, tej fali wspomnień. Uwidaczniało się to na jej twarzy, w jej oczach. Oddychała nienaturalnie, dostrzegał też przyspieszony i nierówny puls na jej szyi. Reakcja, z którą musiał się zmagać, kazała mu tkwić w miejscu zamiast po prostu wyjść.
‒ Zawsze zachowuje się tak nieprofesjonalnie? – spytał lodowato, zauważając drgnienie jej ust.
Jakim cudem pamiętał po tylu latach ich smak, słodką uległość warg?
‒ Ma... mnóstwo obowiązków. Czasem nie może sobie z nimi poradzić.
‒ Jest gotowa ryzykować utratę ważnego zlecenia?
Rose drgnęła. Jeszcze przed chwilą traktowała to wszystko jako życiową szansę, która wylądowała na jej biurku niczym paczka obwiązana złotą tasiemką. Kiedy jednak ją otworzyła, znalazła w środku tylko cuchnący popiół z jadowitym wężem na dnie.
Musiała się jakoś wykaraskać z tego kontraktu, ale chwilowo pragnęła pozbyć się Jetta – czy Naira, jak należało go chyba nazywać – ze swej prywatnej przestrzeni, by się spokojnie zastanowić, jak sobie z tym problemem poradzić, nie narażając na szwank zawodowej reputacji.
‒ Nie mogę o tym mówić. – Fakt, że była to najuczciwsza rzecz, jaką powiedziała, nadał moc jej głosowi. – Więc jeśli pozwolisz... chciałabym, żebyś wyszedł.
Jego diabelski uśmiech przyprawił ją o dreszcz.
‒ Ale dopiero co się odnaleźliśmy. – Kpina w jego głosie przypominała truciznę.
‒ Nie tęskniłeś za mną przez ostatnie dziesięć lat. – Zabrzmiało to tak, jakby tego żałowała, a nie chciała za żadne skarby, by pomyślał, że ona za nim tęskniła, nawet jeśli była to prawda. – Szkoda, że nie mogę powiedzieć, że cieszę się z naszego spotkania, ale bym skłamała. I naprawdę muszę cię prosić, żebyś wyszedł. Mamy dziś wieczorem pokaz sukien ślubnych. Powinnam się już przygotować.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 7,90 zł 9,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Historia jednego balu, Miesiąc w Andaluzji
Autor Julia James, Kate Walker
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 30-03-2018
Ilość stron 320
Oprawa Miękka
ISBN 9788327634450

Napisz recenzję