Budynek oślepiał bielą w blasku słońca, a szpaler wysokich palm sygnalizował, że mieści się tu ważna instytucja. Rose Palmer ścisnęła rękę syna, wchodząc z rozgrzanej popołudniowym słońcem ulicy do chłodnego przestronnego holu.
Takie gmachy odzwierciedlają czyjąś wizję. Jako archeolog wiedziała, że budowle pozwalają ocenić, do czego w danej społeczności przywiązywano znaczenie. Wysokie sklepienia i proste linie świadczyły o tym, że praca w tym budynku traktowana jest z powagą.
Mocno trzymała rękę syna w obawie, że mogą się rozdzielić w kłębiącym się tłumie. Nie widząc recepcji, uznała, że najlepiej poprosić kogoś o pomoc.
– Scusi…
Kobieta w białej bluzie z emblematem szpitala zatrzymała się i z uśmiechem zwróciła się do niej po włosku.
– Inglese – wyjaśniła Rose.
Wręczyła kobiecie kartkę papieru, na której jej włoska przyjaciółka Elena zapisała informacje o umówionej dla Williama wizycie.
– Ah. Si… – Kobieta zerknęła na kartkę i szeroko uśmiechnęła się do chłopca.
Rose przywykła do tego, że Sycylijczycy najpiękniejszymi uśmiechami obdarzają małe dzieci. William również to pojął.
– Terzo piano… – Pielęgniarka wskazała windę, ale zaraz się zreflektowała. Wyjęła długopis i opierając się o dystrybutor wody, zaczęła na kartce rysować. Wręczyła Rose szkic, ponownie wskazała windę i podniosła w górę trzy place.
Korytarze na trzecim piętrze były mniej wytworne, za to bardziej funkcjonalne. W poczekalni recepcjonistka spojrzała na notatkę, kiwnęła ręką w kierunku rzędu krzeseł i podniosła słuchawkę.
Rose usiadła w odległym kącie. Wolałaby wrócić do Anglii i tam zabrać Williama do lekarza, ale Elena i jej mąż nie chcieli o tym słyszeć. Wszyscy archeologowie pracujący na wykopalisku mieli prywatne ubezpieczenia zdrowotne, a ten szpital był jednym z najlepszych na świecie. Przekonali ją, że umówią wizytę i zorganizują tłumacza. William będzie w dobrych rękach. Była na wyspie gościem, a odmowa skorzystania z sycylijskiej gościnności nie byłaby mile widziana. Tego też już się nauczyła.
Usłyszała śmiech. Recepcjonistka z ożywieniem rozmawiała z nowo przybyłym mężczyzną. Z mowy jej ciała Rose wywnioskowała, że musi być niezwykle interesujący.
Faktycznie, był wyjątkowo przystojny, nawet jak na rygorystyczne standardy przyjęte na wyspie. Proste ciemne włosy sięgające kołnierzyka. Gładka oliwkowa cera. Wysokie kości policzkowe i usta złożone do uśmiechu. Nie widziała jego oczu, ale wyobrażała sobie, że są piwne.
Tylko ktoś o perfekcyjnej sylwetce może nosić taką ciemnobeżową lnianą marynarkę. Na każdym innym wyglądałaby jak wymięta. Ale na nim każde wgniecenie i zagięcie zdawało się starannie wystylizowane, by podkreślało szerokie barki i szczupłe biodra.
Odwrócił się nagle i spojrzał prosto na nią. Tak, miał piwne oczy. Czekoladowobrązowe. Rose opuściła wzrok, zażenowana, że przyłapał ją na tym, jak się na niego gapi.
– Pani Palmer? – Podszedł i usiadł na krześle przed nią. Głos też miał czekoladowy.
– Ee… Parla Inglese?
Uśmiechnął się, a Rose poczuła, że uszy płoną jej z emocji.
– Tak, mówię po angielsku. Jestem Matteo di Salvo. Będę tłumaczył podczas pani spotkania z doktorem Garfagninim, pediatrą, który ma zbadać Williama.
Wspaniale! Po angielsku mówił prawie bez akcentu, choć zdania miały trochę inną melodię. Uwodzicielską. Inaczej nie dało się tego określić.
– Jest pan tłumaczem?
– Nie, jestem lekarzem. Nasz tłumacz jest zajęty. Pomaga angielskim turystom na oddziale ratunkowym. – Wzruszył ramionami na znak, że nie ma się czym przejmować. – Doktor Garfagnini ma kilka minut spóźnienia. Może mógłbym wykorzystać ten czas i bliżej poznać Williama?
Przystojny i życzliwy. I mówi po angielsku. To było niemal zbyt piękne, by mogło być prawdziwe!
– Dziękuję, panie doktorze. Bardzo będę wdzięczna.
Przypomniała sobie, że w takich sytuacjach na Sycylii należy podać rękę. Muśnięcie jego dłoni było równie urzekające jak cała reszta.
– Proszę mi mówić Matteo…
– Rose. – Cofnęła dłoń, czując, że ma wypieki na policzkach.
– Ciao. – Przez trzy tygodnie William nauczył się sporo słów po włosku i skojarzył, że spotyka się to z uznaniem. Matteo nie sprawił zawodu.
– Ciao, William. Dobrze mówisz po włosku. Molto bene.
– Molto bene… – William powtórzył jak papuga, po czym postanowił odwdzięczyć się komplementem: – Dobrze mówisz po angielsku.
Matteo uśmiechnął się.
– Dziękuję. Mieszkałem w Londynie.
– Ja mieszkam w Londynie – oświadczył William z zachwytem.
– No proszę! A jakiemu klubowi piłkarskiemu kibicujesz?
– Tufnell Park Cheetahs. Są najlepsi.
Poza garstką fanatyków, która zbierała się w miejscowym parku w soboty rano, by oglądać mecze swojej drużyny, nikt nigdy nie słyszał o Tufnell Park Cheetahs. Matteo pokiwał jednak głową, jakby w pełni popierał ten wybór.
– A ile masz lat?
Rose nie była pewna, czy pytania mają wypełnić czas, czy są sprawdzianem. Pewnie i jedno, i drugie.
William liczył na palcach.
– Uno, due, tre… cztery. I cztery dni.
Matteo skinął głową.
– Quattro. E quattro giorni. – Słuchał, jak William powtarza i zapytał z uśmiechem: – Molto bene. Wiesz, co to znaczy?
– Bardzo dobrze.
Pamięć Williama nie stanowiła problemu. Ani rozwój mowy. Był bystry i w odróżnieniu od Rose nie bał się używać włoskiego. Rose martwiły jednak pewne zachowania chłopca, jakie zauważyła po ich przylocie na wyspę.
Ostatnia z oczekujących rodzin weszła do gabinetu i recepcjonistka pozbierała porozrzucane zabawki, wkładając je do pudła w kącie pokoju.
– Możesz sobie wybrać jakąś zabawkę. – Matteo wskazał na pudło.
Czy to kolejny test? William pobiegł do pudła, a recepcjonistka podała mu samochodzik.
– Co mu dolega?
– Moja przyjaciółka wszystko zapisała. – Sięgnęła do torebki. – To bardzo trudno precyzyjnie opisać…
– Wolałbym to usłyszeć od ciebie. – Wziął kartkę, ale na nią nie spojrzał. – Przykładamy dużą wagę do tego, co matce podpowiada instynkt.
– Widzi, ale czasami wydaje się nie rozumieć, co widzi. To dziwne, bo zwykle jest bardzo bystry.
– I to się zdarza od niedawna?
– Zauważyłam to po przylocie na Sycylię, trzy tygodnie temu. Martwię się, że może miał jakiś uraz głowy, o którym nie wiem, lub że to skutki lotu.
Matteo przeleciał wzrokiem zapiski na kartce.
– A jak się zachowuje?
– Bardzo się irytuje, kiedy coś mu nie wychodzi, ale ogólnie ma dobry nastrój.
– I to jest coś nowego? A może nowe środowisko uwydatniło wcześniejsze problemy?
– Nie mam pewności, ale dopiero ostatnio to zauważyłam. – Starała się zignorować poczucie winy. Niczemu nie służyło, a Matteo musiał brać pod uwagę różne możliwości.
– Gdzie mieszkacie? Pracujesz czy jesteście na wakacjach? – Matteo obserwował chłopca kątem oka. William bawił się z recepcjonistką, jeżdżąc samochodzikami po jej biurku.
– Jestem archeologiem. Pracuję na wykopalisku. Jeden z włoskich kolegów wynajął dom w Palermo i mieszkamy z nim i jego rodziną. Jego żona zajmuje się dziećmi, kiedy jesteśmy w terenie.
– Wychowujesz Williama samotnie?
– Tak. – Ścisnęła dłonie. Miała świadomość, że nie jest w stanie poświęcić Williamowi tyle czasu, ile potrzebował. Zabolała ją nagle myśl, że ten mężczyzna może uznać ją za nieodpowiedzialną matkę.
– A jak z jedzeniem? Z pewnością tutejsze potrawy są dla niego nowością?
– Zawsze trochę grymasił, ale teraz nie zje niczego, zanim tego nie powącha i nie włoży w posiłek palców. Udaje mi się go przekonać do jakiejś potrawy, ale następnym razem jakby jej nie rozpoznawał. I to się powtarza.
Matteo kiwał powoli głową, jakby te wyjaśnienia miały sens. Najwyraźniej nie chciał jeszcze podzielić się wnioskami. Przeprosił Rose, podszedł do biurka recepcjonistki i włączył się do zabawy. Wyścigi to za mało. Wraz z Williamem ustawili samochodziki w rzędy i rozpoczęła się samochodowa demolka.
Jedna z zabawek wyleciała w powietrze. Gdyby Matteo nie złapał jej w ostatniej chwili, wylądowałby w filiżance kawy recepcjonistki. Wymownie przewróciła oczami w kierunku Rose, ale gdy Matteo spojrzał na nią potulnie, wybuchnęła śmiechem. Było jasne, że boski doktor di Salvo może sobie tutaj pozwolić na wszystko.
– Wnioski? – spytała Rose, gdy znów do niej podszedł. Nie miała wątpliwości, że jakieś już sformułował.
– Och, tylko zabijamy czas. Aż doktor Garfagnini będzie wolny.
Okej. Jeżeli tak chce to rozegrać… Zapewne diagnozowanie pacjenta kolegi lekarza w poczekalni nigdzie na świecie nie spotkałoby się z aprobatą, pomyślała.

Rose. Rosa. Róża. Była piękna jak róża, obojętne, jak miała na imię. Gładka cera o mlecznej karnacji i promienne błękitne oczy. Sięgające ramion jasne włosy, które co chwilę zakładała za uszy. Matteo chciał jej dotknąć, poczuć aksamitność tej skóry i włosów.
Widział, że jest przejęta zdrowiem syna, ale miał wrażenie, że coś ukrywa. A może niesprawiedliwie ją ocenia? Zna zaledwie kilka słów po włosku, a w tej sytuacji wizyta z dzieckiem w szpitalu dla każdego byłaby stresująca. Nie jest ani psychologiem dziecięcym, ani rodzinnym, więc może lepiej, żeby tego typu obserwacji dokonał pediatra…
– Gdzie jest to wykopalisko? – Usiadł, zostawiając wolne krzesło między nimi.
– To wspólny projekt trzech uczelni. Mojego uniwersytetu w Londynie, uniwersytetu w Rzymie i tutejszego. Prowadzimy prace na wzgórzach.
Wydawała się za delikatna na wędrówki po wzgórzach i grzebanie w ziemi. Nie miała śladu opalenizny, jej ręce były drobne i wypielęgnowane. Może nosi kapelusz i rękawiczki?
– Jaka jest twoja specjalizacja?
– Jestem osteologiem.
– Czyli mamy zbliżone zainteresowania.
– Na ogół zajmuję się kośćmi o wiele starszymi niż te, które interesują lekarzy, choć mam pewne doświadczenie w osteologii kryminalnej.
– Musisz być pierwszej klasy specjalistką. – Sycylia miała doskonałych archeologów i rzadko zdarzało się, by korzystano z ekspertów spoza wyspy.
Uśmiechnęła się. Prawdziwy uśmiech, który zdradzał, że ma w sobie ogień.
– Zgadza się, jestem.
– Ale głównie wykładasz?
– Skąd ten wniosek?
– Twoje ręce.
Uśmiechnęła się ponownie. Tym razem bardziej zmysłowo, pokonując rezerwę.
– Jesteś spostrzegawczy. Na wykopaliskach noszę rękawiczki. Ale tak, również uczę.
William krążył między matką i pudłem z zabawkami, znosząc samochodziki. Matteo obserwował, jak wstała i odniosła je na miejsce. Jego wstępne spostrzeżenia mogą pomóc pediatrze, lecz nie był odpowiedzialny za zdiagnozowanie Williama. Teraz patrzył, jak sukienka Rose układa się wokół jej ciała, spoglądał na jej odkryte ramiona. Z diagnozą chłopca nie miało to nic wspólnego. To była wyłącznie admiracja kobiecego piękna. I nic więcej.
Jej syn jest pacjentem w szpitalu, w którym pracuje, wypomniał sobie. Nawet gdyby został wypisany, niczego to nie zmieni. Kiedyś kochał kobietę, która miała dzieci. Nic nie naprawi zniszczeń, jakie pozostawiła ta miłość. Nawet najpiękniejsza kobieta nie wymaże tego z jego pamięci. Jeśli chce bez wyrzutów sumienia patrzeć sobie w lustrze w oczy, to nigdy, nawet jednym palcem nie dotknie porcelanowego ciała Rose Palmer.

Doktor Garfagnini był niewysoki, w średnim wieku i miał sympatyczną twarz. Serce Rose zaczęło bić szybciej. Może rzeczywiście były już wcześniejsze oznaki, że William ma problemy, a ona je przeoczyła? Jeżeli nie sprawdziła się jako matka, łatwiej będzie to usłyszeć z ust starszego mężczyzny. Wolałaby, by Matteo nie musiał tłumaczyć tej rozmowy.
Pediatra posadził Williama przy stole i dał mu papier oraz kredki. Matteo zwrócił się do Rose:
– Zreferuję naszą rozmowę z poczekalni. Z pewnością doktor Garfagnini będzie miał własne pytania.
Pytań było wiele, a Rose miała wrażenie, że przekład Mattea jest obszerniejszy niż jej odpowiedzi. Narastał w niej niepokój. W końcu nie wytrzymała.
– Błagam, powiedz, co przed chwilą mu mówiłeś. Muszę wiedzieć, co się dzieje.
– Oczywiście, przepraszam. Opisałem, co zdarzyło się w poczekalni.
– A co zdarzyło się w poczekalni?! – Rose zacisnęła usta, widząc, że syn spojrzał na nią znad niebieskich i brązowych gryzmołów.
– Bawiliśmy się samochodami – udzielił odpowiedzi William.
Matteo uśmiechnął się i kiwnął głową. William, uspokojony, wrócił do rysowania, a Matteo odwrócił się do Rose:
– Doktor Garfagnini chciałby przeprowadzić testy na ślepotę barw.
– Ślepotę barw?
Jak mogła czegoś takiego nie zauważyć? Daltonizm! A zatem zabawa była testem!
– William nie będzie pod żadną presją. – W oczach Mattea widać było wrażliwość.
– Oczywiście, przepraszam. Proszę przeprowadzić testy. – Chciała przytulić Williama i przeprosić, że o tym nie pomyślała. Że pozwoliła, by w jego głowie powstawał zamęt. Że nawet przez myśl jej nie przeszło, że może widzieć świat inaczej niż ona.
W otępieniu patrzyła, jak pediatra wyciąga zestaw tablic Ishihary. Były to tablice dla dzieci – zamiast cyfr widniały na nich figury geometryczne. Matteo zachowywał się, jakby była to gra. Rose obserwowała z przerażeniem, że syn nie dostrzega prawie jednej trzeciej kształtów.
Kolejne gry. We wszystkich dominował kolor. Matteo udawał, że przypadkiem robi błędy. William niektóre triumfalnie poprawiał, innych nie zauważał. Potem były badania okulistycznie. W końcu pediatra pokiwał głową i zwrócił się do Mattea po włosku.
– Co on powiedział? – Ze względu na Williama Rose starała się opanować drżenie w głosie.
– W jego opinii twój syn ma ślepotę barw. To wada uwarunkowana genetycznie. Nie ma na nią lekarstwa ani nie można jej usunąć. Po prostu inaczej postrzega świat… – Urwał, widząc, jak po policzku Rose toczy się łza. – Twój syn jest zdrowy – dokończył.
– Rozumiem, dziękuję. – Odwróciła się do pediatry: – Grazie.
Musi wziąć się w garść. Nie może płakać na oczach Williama i obu lekarzy.
Pediatra powiedział coś po włosku, Matteo pokiwał głową i zwrócił się do Rose:
– Doktor Garfagnini ma wizytę domową i musi wkrótce wyjść. Zasugerował, że mógłbym udzielić ci pewnych wskazówek praktycznych, jeżeli możesz jeszcze zostać.
– Ale… jaka jest twoja specjalizacja?
Uśmiechnął się do niej swoim leniwym uroczym uśmiechem.
– Jestem radiologiem interwencyjnym. I mam ślepotę barw. Nie rozróżniam czerwonego i zielonego. Tak jak twój syn.

Zdawał sobie sprawę, że informacja o wadzie genetycznej dziecka u każdego rodzica wywołałaby wstrząs. Ale reakcja Rose była niewspółmierna. Chyba nie mogłaby być bardziej przerażona, gdyby oznajmił, że za dziesięć minut nastąpi koniec świata.
Szybko się opanowała, dziękując jemu i pediatrze. Ale ta chwila wzburzenia zaintrygowała go. Pediatra też zauważył, że jest roztrzęsiona, i zasugerował, by Matteo skłonił ją do rozmowy.
– Wybacz ignorancję – powiedziała w drodze do jego gabinetu – ale nawet nie wiem, co to jest radiologia interwencyjna.
– To dziedzina radiologii, w której wykorzystujemy techniki obrazowania komputerowego w celach diagnostycznych i leczniczych. Jest mniej inwazyjna niż tradycyjna chirurgia, a techniki wizualizacyjne pozwalają na bardzo precyzyjne przeprowadzanie zabiegów.
– Przepraszam za pytanie, ale czy ślepota barw w tym ci nie przeszkadza? Bo obrazy nie są chyba czarno-białe?
– Nie. Na przykład w ultrasonografii dopplerowskiej kolor wykorzystywany jest do określenia szybkości przepływu krwi w naczyniach. Ale to jest kodowanie kolorem, zatem mogę posłużyć się kolorami z tej części widma, jaką widzę.
– Rozumiem. Czyli większość problemów daje się rozwiązać.
O to mu właśnie chodziło. Żeby daltonizm Williama sprowadziła do szukania rozwiązań, a nie lęku przed problemami.
– Czy wiesz, że Wilhelm Roentgen, pionier radiologii diagnostycznej, był daltonistą?
– Nie wiedziałam. Słyszałeś, William?
Spojrzała na syna, który uśmiechał się do ludzi przechodzących korytarzem i ciągnął ją za rękę w różnych kierunkach.
– Nie sądzę, żeby był zainteresowany historią radiologii – stwierdził ze śmiechem Matteo. – Ja też nie byłem w jego wieku.
– Ale w przyszłości może być.
Rose wydawała się otwarta na nowe wyzwanie. Tym bardziej zastanawiała go jej pierwsza reakcja na diagnozę pediatry.
Wprowadził ją do gabinetu i przysunął fotel. Usiadła, stawiając torbę na podłodze. William sięgnął do środka.
– William! To nie nasze! – Gdy byli w poczekalni, William wrzucił do torby jeden z samochodzików.
Matteo nie był pewien, czy chłopiec w takim samym stopniu był pod wrażeniem jej surowego spojrzenia jak on sam. Usiadł za biurkiem. Tutaj najpierw był lekarzem, a dopiero potem mężczyzną. Wyobrażanie sobie, jak dalece Rose potrafiłaby być surowa w stosunku do niego, nie byłoby właściwe.
– Nie przejmuj się. Odniosę, kiedy skończy się bawić. – Klinika pediatryczna z pewnością mogła sobie pozwolić na stratę jednej potłuczonej zabawki, ale dla Rose najwyraźniej była to kwestia wychowawcza.
– Dziękuję. Możesz się nim teraz bawić – powiedziała do syna – ale przed wyjściem musisz oddać.
William kiwnął głową i zabrał zabawkę w kąt pokoju.
– Przepraszam – zwróciła się do Mattea. – Jest jedynakiem. Niedawno zaczęliśmy naukę, że cudze rzeczy należy oddawać.
– Ale nie ma chyba problemów w kontaktach z ludźmi.
– Staram się, żeby spędzał możliwie dużo czasu w towarzystwie dzieci. Nie zawsze się udaje… – Przygryzła wargę. – Wybacz, jeśli przesadnie zareagowałam na informację, że ma ślepotę barw. Nie chciałam, żebyś odniósł wrażenie… Nie uważam, że to coś strasznego. Przepraszam, jeśli cię uraziłam.
Z przykrością uświadomił sobie, że jednak tak. Ta rozmowa jest trudniejsza, niż przypuszczał. Jego serce rwało się do tej kobiety. Zaczynała niknąć granica obowiązująca w relacjach między lekarzem i pacjentem. A jednocześnie rozum podpowiadał, że powinien poskromić ciekawość, przestać myśleć o tym, jaką przyjemność sprawia mu jej obecność...

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł 7,90 zł 2 dni
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 7,90 zł 9,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Lekarz z Sycylii
Autor Annie Claydon
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 27.04.2018
Ilość stron 160
Oprawa Miękka
ISBN 9788327635365

Napisz recenzję