Chance Becket siedział ze zobojętniałą miną w salonie swej georgiańskiej rezydencji przy Upper Brook Street, usytuowanej zaledwie dwie ulice od Hyde Parku. O dziwo, zupełnie nie zwracał uwagi na urządzone ze smakiem wytworne wnętrze.
Naturalnie był w pełni świadomy przyjemnego otoczenia, tyle że w ogóle nie dbał o to, co ma przed oczami. Jak to możliwe? Przecież tego właśnie pragnął, o takim lokum zawsze marzył. I zapracował na owo lokum w pocie czoła, niemal wyłącznie własnymi siłami.
Właśnie, niemal. I w tym cały kłopot. Tak naprawdę nigdy niczego nie osiągnął sam. Jego rozległą edukację sfinansował ojciec, Ainsley Becket, tajemniczy i nieprzyzwoicie bogaty mizantrop z Romney Marsh.
A ten dom? To także prezent. Od zmarłego teścia. Nawet meble, łącznie z pokrytą jedwabiem kanapą, na której się obecnie rozpierał, przypadły mu w udziale wraz z żoną, jako część jej posagu.
Upił nieśpiesznie łyk wina. Jeszcze przed chwilą kieliszek zwisał bezwładnie w jego palcach tuż nad podłogą. Niewiele brakowało, a poplamiłby drogocenny francuski dywan.
Całe jego życie to jedna wielka farsa i kunsztowna mistyfikacja. Marna namiastka niedoścignionych marzeń, które hołubił w dzieciństwie. Dżentelmenem trzeba się urodzić, nie zostaje się nim na życzenie ani z przypadku. Dobre chęci, skrojony na miarę surdut i wpojona za młodu ogłada nie wystarczą, żeby z autentyzmem odgrywać rolę światowca. Jego życiowy dorobek był jak wielkanocna wydmuszka, z wierzchu wzorzysta i pstra, lecz pusta w środku.
Niestety nie mógł liczyć na nic więcej. Jakiś czas temu porzucił nadzieję i pozbył się wszelkich złudzeń. Bo i po cóż karmić się mrzonkami? Pozostawało mu już tylko zadbać o to, by Alice nie poszła w jego ślady. Nie chciał, żeby jedyna córka upodobniła się do powierzchownego i nieczułego ojca.
– Za pozwoleniem, sir… kolejna kandydatka czeka na dole już od kilku godzin. Zechce się pan z nią rozmówić? Jeśli nie, natychmiast ją odprawię…
Becket zamrugał i spojrzał nieobecnym wzrokiem na kamerdynera. Hm, rozmowa to zawsze jakaś odmiana. Przynajmniej przestanie się nad sobą użalać.
– Wybacz, Gibbons, zdaje się, że popadłem w zadumę. To pewnie przez tę ponurą aurę. Brr, okropność. Powiadasz, że jest jeszcze jedna? Sądziłem, że odstręczająca pani Billingsgate była ostatnia.
– Przedostatnia, sir. Jeszcze raz przepraszam za żonę. Przepytałaby pretendentki sama, ale biedactwo jeszcze niedomaga. Cały czas ma katar i…
– Żaden kłopot, Gibbons, a teraz do rzeczy. Nie mamy chwili do stracenia. Trzeba doprowadzić sprawę do końca jeszcze przed naszym wyjazdem. A czas nagli. Wiesz przecież, jakie to ważne.
– Naturalnie, sir. Pozwolę sobie nadmienić, że panna Carruthers jest zdecydowanie najmłodsza i najlepiej ułożona ze wszystkich, z którymi do tej pory rozmawialiśmy.
– Och, nie róbże mi nadziei, mój drogi, nie chcę się rozczarować. I błagam, tylko nie przepraszaj znowu za nieobecność pani Gibbons. Znam twoją żonę nie od dziś. Wiem, że nie ściągnęła na siebie choroby tylko po to, żeby przykuć się do łóżka akurat wtedy, kiedy zmuszony jestem nająć nową piastunkę. Nie opuściłaby mnie w potrzebie.
– Istotnie, proszę pana. Tak czy owak, najmocniej za nią przepraszam, to znaczy… niezmiernie mi przykro, że…
– Dobrze już dobrze, dajmy temu pokój. – Chance machnął ręką i podszedł do barku. Spotkania z potencjalnymi niańkami okazały się wyjątkowo wyczerpujące. Istna droga przez mękę. Nie sposób przejść przez coś takiego o suchym pysku. – Załatwimy to w trybie przyspieszonym, dobrze? Obiecałem Alice, że zjemy razem podwieczorek, choć już na wstępie poinformowała mnie, że to nie ja będę gościem honorowym. Ten zaszczyt przypadnie, jak zwykle, jej pluszowemu króliczkowi.
– Ma się rozumieć, sir. Pączek zawsze jest najważniejszy. Nie możemy pozwolić, żeby panienka Alice zbyt długo na nas czekała. Ośmielę się zauważyć, że bez niej ten dom stanie się samotnym i ponurym gmaszyskiem.
– Owszem, Gibbons, nie da się ukryć. Nasze słoneczko zabierze ze sobą cały blask tego miejsca. Ale co robić? Nie ma rady. Musimy mieć na względzie jej dobro. Londyn to nie miejsce dla dziecka osieroconego przez matkę.
– Nie inaczej, sir, nie inaczej… – Służący ukłonił się i wyszedł.
Becket stanął przy kominku i splótł ręce na plecach. Był niemal pewien, że spotka go srogi zawód. Nie pierwszy tego dnia. Pączek, pomyślał bez związku. Dobry ojciec pamiętałby imię ulubionej zabawki dziecka.
– Panna Julia Carruthers, sir – zaanonsował kamerdyner, otworzywszy na oścież drzwi.
– Dzień dobry, panie Becket – odezwała się, po czym wkroczyła do pokoju z wdziękiem księżniczki przebranej za żebraczkę. Wyglądała jak córka zubożałego młynarza, która wystroiła się odświętnie z racji niedzielnego nabożeństwa. Cóż, gdyby była zamożna, nie próbowałaby zatrudnić się jako piastunka.
– Dzień dobry. Proszę spocząć, panno Carruthers – rzekł, wskazując gestem kanapę przy kominku. Sam ujął w dłoń kieliszek i zajął miejsce w fotelu naprzeciw niej.
– Przychodzi pani z ogłoszenia, jak rozumiem? – zagaił po chwili.
– Zgadza się. – Miała nienaganną dykcję i nieskazitelny akcent, szczęśliwie nieskażony naleciałościami rodem z Piccadilly – rzecz godna najwyższej pochwały. Gorzej z jej tonem, zdecydowanie nie dość uniżonym jak na jego gust. W każdym razie jej słowa nie brzmiały aż tak służalczo, jak by sobie tego życzył. Za to idealnie wyprostowana sylwetka zawstydziłaby niejednego żołnierza na musztrze.
Przyglądał jej się z niejaką konsternacją, gdy ściągała nieśpiesznie rękawiczki. Jedna z nich była starannie zacerowana na kciuku. Jej zgrabne dłonie o długich smukłych palcach i schludnych, krótko przyciętych paznokciach natychmiast przykuły jego uwagę. Oderwał od nich wzrok dopiero, gdy uniosła ramiona, żeby zdjąć wysłużony słomkowy kapelusz. Gęste włosy o przyjemnym odcieniu blond upięła wysoko z tyłu głowy w duży, odrobinę nierówny kok. Tak ciasny, że aż przykro było patrzeć na naciągniętą do granic skórę na jej skroniach i czole. Profanacja, pomyślał, wzdragając się w duchu.
Przyjrzawszy się uważniej jej twarzy, zauważył, że ma wyjątkowo ładną cerę, jasną, ale ze śladami rumieńców, a więc nie papierowo białą, jak u niektórych bladolicych Angielek. Jej nos był kształtny i prosty, usta miała dość wydatne, ale nie zanadto, a wyraźnie zarysowany podbródek świadczył zapewne o silnym charakterze. Niektórzy ani chybi uznaliby go za oznakę determinacji. Ku swemu zdumieniu odkrył, że jest nią zaintrygowany.
Fortuna najwyraźniej przestała jej sprzyjać i mimo tego, że znalazła się w kłopotliwym położeniu, nosiła się z niewymuszoną godnością. Prawdopodobnie pochodziła z dobrego domu i odebrała staranne wychowanie – czego niestety nie mógł powiedzieć o sobie. W tym względzie była zatem zdecydowanie bogatsza od niego. Najbardziej, przynajmniej w tej chwili, podobało mu się w niej to, że w przeciwieństwie do swoich poprzedniczek była czysta i pachnąca. Higiena osobista pozostałych kandydatek, delikatnie mówiąc, pozostawiała wiele do życzenia. Jeśli los się do niego uśmiechnie, panna Carruthers okaże się w dodatku wystarczająco zdesperowana, by przyjąć rozsądne wynagrodzenie i nie wybrzydzać, kiedy każe jej porzucić uroki stolicy na rzecz nieszczególnie urokliwego Romney Marsh. Oby się nie przeliczył.
Najważniejsze, że nie jest szkaradą, jak inne niedoszłe nianie. Alice z pewnością nie ucieknie z krzykiem na jej widok.
Gapił się na nią jak cielę na malowane wrota, ale uprzytomnił to sobie dopiero, gdy zadarła lekko podbródek i spojrzała na niego zielonymi oczami. Ech, cóż to były za oczy… niesamowite… oprawione długimi rzęsami i staromodnie wyprofilowanymi brwiami. Te ostatnie sięgały zbyt nisko i były zbyt proste, aby je uznać za zgodne z najnowszymi trendami.
– Najmocniej przepraszam, panno Carruthers – zaczął pospiesznie. – Domyślam się, że kazaliśmy pani długo czekać. Może napije się pani lemoniady?
Julia zmarszczyła czoło. W relacjach z chlebodawcą należało zachować stosowny dystans. Wolałaby się nie narzucać, ale skoro tak bardzo chce jej się pić…
– Dziękuję, chętnie, jeśli pan tak miły. Nie weźmie mi pan za złe, jeżeli spytam, jak wiele kandydatek ubiega się o posadę?
– Och, mieliśmy ich dziś całkiem sporo. Jak dotąd żadna nie wzbudziła mojego zaufania. Pani zjawiła się jako ostatnia. – Podszedł do barku, na którym trzymał dzbanek z lemoniadą dla Alice. Schylił się i otworzywszy szafkę pod blatem, wyjął z niej czystą szklankę.
Panna Carruthers skorzystała z tego, że stoi do niej tyłem, i bezkarnie wlepiła w niego wzrok. Nie mogła nie zauważyć, że Chance Becket jest wysoki i idealnie zbudowany. Przypuszczała, że nie ma na nim ani grama zbędnego tłuszczu. Odnotowała także, że na znak żałoby nosi na ramieniu czarną opaskę.
Nie spodziewała się, że przyjdzie jej rozmawiać z mężczyzną, na dodatek młodym i nieziemsko przystojnym. Sądziła, że będzie miała do czynienia z kobietą. Z rozmysłem ubrała się jak na rozmowę z podejrzliwą matroną, która nie życzy sobie, aby jej mąż, czy też dorośli synowie, wodzili pożądliwym okiem za najętą przez nią pomocą domową.
Przed wyjściem długo oglądała się w lustrze, żeby sprawdzić efekt swoich wysiłków. Wyglądała przeokropnie. Miała na sobie najgorsze ubranie, prawdziwe łachmany, a włosy ściągnęła z twarzy i upięła tak ciasno, że aż rozbolała ją głowa, jakby w ciągu trzech godzin, które spędziła w oczekiwaniu na swoją kolej, cała krew odpłynęła jej ze skroni. Dość powiedzieć, że pozostałe kandydatki spoglądały na nią jak na odrażające kuriozum.
Upiwszy łyk lemoniady, stwierdziła z rozanieleniem, że napój jest schłodzony lodem. Nie każdą rodzinę stać było na taki mało użyteczny zbytek. Pomyślała z błogością o tym, jak wspaniale byłoby pożegnać wreszcie ciężkie czasy oraz życie pozbawione jakichkolwiek wygód. Łaknęła odrobiny luksusu jak kania dżdżu. W zamian za namiastkę normalności, gotowa była użerać się z całą hordą rozwydrzonych urwisów.
– Bardzo panu dziękuję – powiedziała, ściskając w dłoni szklankę. – Tego mi było trzeba. – Odwróciła wzrok, udając, że nie widzi taksującego spojrzenia, jakim obrzucał ją potencjalny chlebodawca.
Miał zielone oczy, tak jak ona, ale na tym kończyły się podobieństwa. Jej własne ponoć przypominały barwą wiosenną trawę. Tak w każdym razie mawiał jej nieodżałowany papa. Oczy pana Becketa lśniły niepowtarzalnym odcieniem ciemnej zieleni przechodzącej w grafit. Wyglądały jak wzburzone morskie fale o zmierzchu. I były niepospolicie inteligentne.
Poczuła, że się denerwuje, a to zawsze zwiastowało kłopoty. Ilekroć coś wyprowadziło ją z równowagi, tylekroć złościła się na samą siebie i zaczynała robić i mówić rzeczy, które w innych okolicznościach nie przyszłyby jej nawet do głowy. Innymi słowy, bywała nierozważna i uparta jak osioł. Tego także dowiedziała się o sobie od ojca.
Nie wiedzieć czemu sama obecność pana Becketa wprawiała ją w niepokój. Siedziała jak na rozżarzonych węglach, a on przyglądał jej się z zaciekawieniem i uparcie milczał. Czemu tak na nią patrzy? I dlaczego nic nie mówi? Może to ona powinna odezwać się pierwsza? Pewnie chciałby usłyszeć coś o jej kwalifikacjach. Nie… lepiej jeszcze się napije. Niech zobaczy, że potrafi używać szklanki jak cywilizowany człowiek. Chryste, co też przychodzi jej do głowy?
– Mam nadzieję, że zechce mnie pan zatrudnić. Tym sposobem oszczędzi pan sobie dalszych rozmów. – Uznała, że zabrzmiało to doskonale, i uśmiechnęła się do własnych myśli. Teraz jego kolej. Nieco ośmielona, zajrzała mu w oczy. Fascynował ją. Jak wąż fascynuje mangustę, nieświadomą tego, że za moment zostanie pożarta. Rety, znów ponosi ją wyobraźnia. Nie jest wcale aż taki groźny. Prawdopodobnie.
Miał wyraziste rysy, nietypowe dla większości rodowitych Anglików. Jedno z jego rodziców było zapewne cudzoziemcem. Staroświecko długie włosy związał na karku jedwabną wstążką. Ich końcówki miały znacznie jaśniejszy kolor niż pasma na czubku głowy. Nazwałaby go ciemnym blond. Mocny nos, wydatne usta i wysokie kości policzkowe mogły świadczyć o włoskich korzeniach. Może któryś z jego protoplastów był rzymskim wojownikiem, który uwiódł jakieś niewinne angielskie dziewczę?
Skończże wreszcie z tymi niedorzecznymi fantazjami, upomniała się w duchu. Nie pora na durne żarty. Zakryła dłonią usta i dyskretnie zakasłała w pięść. Doszła do wniosku, że jeśli czegoś nie zrobi, będą tkwili tak w nieskończoność, aż oboje wyzioną ducha ze starości, a ich ciała zamienią się w proch.
Chance usiłował sklecić na poczekaniu jakieś sensowne, a przede wszystkim zasadne pytanie. To, o co miał ochotę zapytać, nie było ani zasadne, ani tym bardziej stosowne. Nijak nie potrafił sobie wytłumaczyć, dlaczego tak uderzająco ładna dziewczyna pragnie nająć się w cudzym domu jako służąca. Kobieta taka jak ona powinna mieć własny dom, własnego męża i własne dzieci.
– Nie przedstawiła pani jeszcze referencji – powiedział w końcu, przypomniawszy sobie, ten jakże istotny detal.
Westchnęła ciężko i spojrzała mu odważnie w oczy.
– Niestety, obawiam się, że takowych nie posiadam. Bawię w Londynie od bardzo niedawna. Nigdy dotąd nie zajmowałam się dziećmi, ale choć nie mogę pochwalić się bogatym doświadczeniem, nie brak mi zapału ani dobrych chęci. Odebrałam także staranne wykształcenie, więc mam odpowiednie kwalifikacje.
Nie była wcześniej nianią? Może to i lepiej. W jakimś sensie. Byłby to pierwszy raz dla nich obojga. Sam również nie zatrudniał dotychczas piastunki. Skoro żadne z nich nie ma pojęcia, co robi, z pewnością raźniej im będzie przejść przez trudne początki razem. I razem przetrzymać najgorsze.
– Sądząc po akcencie, pochodzi pani z Kent. Mam rację?
– Nie sądziłam, że to aż tak oczywiste – przyznała z uśmiechem. – Tak, wychowałam się w Hawkhurst. Mój świętej pamięci ojciec był miejscowym wikarym, choć urodził się w Wimbledonie.
– Hawkhurst, powiada pani? Hm… to całkiem niedaleko Romney Marsh… Przypuszczam, że raczej nie ma pani ochoty wracać w rodzinne strony?
Zmarszczyła brwi.
– Jeśli obawia się pan, że mogłabym rychło porzucić posadę z powodu tęsknoty za domem, to pragnę pana uspokoić. Mój ojciec nie żyje, a innej rodziny nie mam. Nic i nikt tam na mnie nie czeka.
– Ach, historia stara jak świat – skwitował bez namysłu. Raptem poczuł się o wiele swobodniej. – Nasza bohaterka to ukochana jedynaczka uwielbianego papy, który gotów przychylić jej nieba. Wiodą we dwójkę żywot skromny, acz szczęśliwy, do czasu gdy ojciec przenosi się na łono Abrahama i pozostawia córkę bez dachu nad głową i środków do życia. W tym miejscu sprawy przybierają tragiczny obrót. Doprawdy nie mogła pani wymyślić czegoś oryginalniejszego, panno Carruthers? Pani opowieść brzmi jak żywcem wyjęta z tandetnych romansideł, które moja żona pochłaniała pasjami razem z górą słodyczy.
Julia poderwała się na równe nogi, upuszczając przy okazji rękawiczki. Gdyby była mężczyzną, cisnęłaby mu jedną z nich prosto w twarz i wyzwała go na pojedynek. Jako kobieta niewiele mogła zrobić, żeby się na nim odegrać. Pozostawało jej tylko wycofać się z twarzą i wyjść z tego domu z wysoko podniesionym czołem. I niech diabli porwą jego i tę posadę!
– Uznał pan, że nie zaszkodzi zabawić się moim kosztem? Brawo, mam nadzieję, że sprawiło to panu przyjemność. Daruje pan, ale nie widzę powodu, aby przedłużać tę rozmowę. Żegnam pana.
Chance podniósł się i wyciągnął rękę, jakby chciał ją powstrzymać przed ucieczką. Nie przyszło mu do głowy, że może być aż tak drażliwa. Cóż, czasami bywał gruboskórny. Szkoda tylko, że zapomniał o potrzebach córki.
– Najmocniej panią przepraszam, panno Carruthers – rzekł należycie skruszonym tonem. Prawdę mówiąc, był zdesperowany. – Zachowałem się niewybaczalnie, a moja uwaga była grubiańska i ze wszech miar niestosowna. Nie znajduję niczego na swoje usprawiedliwienie. Może jedynie tyle, że mam za sobą wyjątkowo długi i męczący dzień. – Rozłożył bezradnie ręce. – Gdyby przyniosła pani ze sobą referencje…
Przypomniała sobie, że nie ma środków do życia, i wciągnęła głośno powietrze. Po namyśle doszła do wniosku, że mimo mizernych zasobów lepiej będzie poszukać szczęścia gdzie indziej. Jej wytrzymałość miała swoje granice.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł 7,90 zł 2 dni
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 7,90 zł 9,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Tajemnice Becketów
Autor Kasey Michaels
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 11.05.2018
Ilość stron 384
Oprawa Miękka
ISBN 9788327635129

Napisz recenzję