Marianne zakończyła etiudę grzmiącym akordem, przytrzymując palce na klawiszach, dopóki nie wybrzmiała ostatnia nuta.
– Czy to jedna z pani kompozycji? – spytał zachwycony sir Warren, podchodząc do fortepianu.
Marianne spotkała się z tak serdecznym powitaniem z jego strony, że opadło z niej napięcie towarzyszące do chwili przybycia do domu Stevensów. Tego ranka, kiedy do Welton Place nie nadeszła wiadomość odwołująca ich umowę, wsiadła do powozu i wybrała się do Priorton Abbey, niepewna, co tam zastanie. Ucieszyła się na widok szerokiego uśmiechu sir Warrena i bez wahania odwzajemniła uśmiech. Było tak, jak gdyby nie doszło do sprzeczki w ogrodzie.
– Nie, to Schubert – odrzekła.
Rozważała przyniesienie na znak pokoju zeszytu nutowego z własnymi kompozycjami, ale w ostatniej chwili się rozmyśliła. W tych utworach było zawarte każde jej bolesne przeżycie, każdy lęk oraz poczucie osamotnienia. Nie chciała, żeby sir Warren to słyszał. Mimo tego, co mu powiedziała o madame de Badeau, istniały pewne granice poufności, których nie zamierzała przekraczać.
– Proszę zwracać się do mnie po imieniu – powiedział Warren, siadając obok niej na taborecie, co wprawiło Marianne w niemałe zakłopotanie.
Przesunęła się nieznacznie w bok, gotowa czym prędzej wstać, jednak się powstrzymała. Warren znowu prowokował ją do poufałości, a ona obawiała się posunąć za daleko. Pozwoliła sobie za bardzo zbliżyć się do Smithów, czego potem gorzko żałowała ze względu na ich postępowanie. Musi się przekonać, czy Warren zachowa się tak samo. Nie ma na to innego sposobu, jak dotrzymać obietnicy zaakceptowania jego przyjaźni, a tym samym ponieść pewne ryzyko.
– Wobec tego niech pan też mówi do mnie po imieniu – zaproponowała.
– Marianne to bardzo ładne imię – zauważył.
– Popularne we Francji. – Wzruszyła ramionami, aby zbagatelizować jego słowa.
– Niemniej bardzo ładne.
Marianne zaczęła grać następny utwór, liryczny tym razem, pozwalający jej skupić uwagę na klawiszach i pedałach, zamiast na obserwowaniu Warrena. Spodziewała się, że wróci do pisania, ale on został i słuchał. Przeniosła na niego wzrok. Posłał jej uśmiech, po którym natychmiast znowu pochyliła się nad klawiaturą, w obawie by nie pomylić nut.
– Kto nauczył cię grać? – zapytał głosem tak łagodnym, że bardziej stapiał się z melodią, niż ją zakłócał.
– W szkole protestanckiej we Francji, gdzie się wychowywałam, lekcje fortepianu były obowiązkowe, ale kiedy pani Nichols, dyrektorka szkoły, zorientowała się, że mam zdolności, zaczęła mi poświęcać więcej czasu.
Mimo wszystkich szczęśliwych godzin spędzonych z panią Nichols przy fortepianie Marianne nie mogła zapomnieć przykrości, jakich doświadczyła w internacie. Dziewczęta szydziły z niej, wytykały, że nie ma matki. Były zazdrosne, że pani Nichols poświęca jej więcej czasu niż im, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo są szczęśliwe, mając rodziców, którzy się o nie troszczą. Uważały wtedy madame de Badeau za jej rozwiązłą i daleką siostrę. Ukrzyżowałyby ją, gdyby znały prawdę.
– Pewnego razu dawałyśmy koncert dla rodziców – mówiła dalej Marianne. – Miałam siedem lat i grałam najpoważniejszy utwór. – Kiedyś była dumna z tego, że występowała przed tak dużym audytorium złożonym z dam i dżentelmenów, teraz już nie. – Byłam jedyną dziewczynką, na której występ nie przyjechał nikt z rodziny.
Zsunęła ręce z klawiatury, zastanawiając się, dlaczego mu to powiedziała. Nie musiał wiedzieć.
– Przykro mi.
Współczucie Warrena nie było zdawkowe, lecz płynęło prosto z serca, a czuły ton podziałał na nią kojąco niczym balsam. Przy nim dawne wspomnienia nie były tak okrutne.
– To bez znaczenia. Już prawie o tym zapomniałam – skłamała.
Warren przyjrzał się jej bacznie, jakby nie wierzył w te słowa, ale nie ciągnął tematu. Położył palce na klawiszach i zaczął grać starą melodię, którą Marianne pamiętała z Francji.
– Umiesz grać? – zdziwiła się.
– Nie, siostra mnie podszkoliła, graliśmy tę melodię na cztery ręce. – Kontynuował grę, niezdarnie poruszając palcami. – To jedyny utwór, jaki znam. Jak widzisz, niewiele potrafię.
– Idzie ci całkiem nieźle. – Marianne włączyła się, biorąc wysokie oktawy, gdy on grał na niższych tonach. – Od lat tego nie grałam. – Po opuszczeniu Francji nie ćwiczyła kawałków na cztery ręce z powodu braku osoby, która by jej towarzyszyła.
Warren skoncentrował się na klawiszach, niektóre były jeszcze ciepłe od palców Marianne. Parę nut opuścił, potem zawahał się, więc zwolniła tempo, żeby miał czas przypomnieć sobie dalszy ciąg melodii. Przez cały czas był świadomy jej obecności, jej dłoni tuż przy swoich dłoniach.
Kątem oka zauważył, że Marianne go obserwuje. Miała na sobie jasnoróżową suknię, jak zwykle z małym wycięciem pod szyją, ale to nie jej kobieca figura go urzekła, lecz wyraz beztroski w niebieskich oczach. W trakcie wspólnego grania zniknęła nieufna, ostrożna młoda dama, a zastąpiła ją pełna życia ekscytująca kobieta.
– Spędziłem godziny, ćwicząc z Leticią ten utwór – dodał. – Przez cały czas marzyłem o tym, żeby być na dworze z chłopcami ze szkoły parafialnej mojego ojca. Chciał założyć własną szkołę, zrobić coś pożytecznego z własnej inicjatywy, lecz nie udało mu się tego celu zrealizować.
– Wielka szkoda – zauważyła ze współczuciem Marianne, nie przerywając gry.
– Dla nas wszystkich – potwierdził Warren. – Po śmierci ojca tonęliśmy w jego długach. Dlatego tak ciężko pracuję. Nigdy więcej nie chcę się znaleźć w takiej sytuacji.
Zirytowany, uderzył z całej siły w klawisze. Chciał się cieszyć czasem spędzanym z Marianne, a nie użalać się nad przeszłością czy zagłębiać w obecne kłopoty. W tym roku popełnił kilka błędów w sprawach posiadłości, do których dołączyła się niemożność pisania, ale ryzyko niewypłacalności wkrótce przestanie mu zagrażać. Zaczął tworzyć dzięki obecności Marianne i wkrótce będzie tak płodnym pisarzem jak wcześniej.
Grali dalej, zwiększając tempo, gdy Warren przypomniał sobie całość utworu. Podczas jednego szczególnie żwawego fragmentu ręka Marianne musnęła jego rękę, więc opuścił następną nutę, potem pomylił kilka kolejnych, aż w końcu odzyskał rytm. Marianne nie skrzywiła się ani nie huknęła w klawisze, żądając, jak to miała w zwyczaju Leticia, żeby zaczęli od nowa. Poczekała, aż Warren ją dogoni.
– Czy twoja siostra nadal gra na fortepianie? – spytała w pewnej chwili.
To niewinne pytanie sprawiło Warrenowi taki ból, jakby trafił go odłamek strzaskanego masztu.
– Nie, umarła ponad rok temu. – Wciąż pamiętał uczucie beznadziei, które go ogarnęło, kiedy opuszczał pokój siostry zmuszony przyznać się do porażki.
– Tak mi przykro. – Marianne przerwała grę i położyła dłoń na jego dłoni.
Znieruchomiał i wpatrzył się w jej jasną skórę kontrastującą z jego ciemną. Nagle przykre wspomnienia zaczęły się rozpływać jak chmury po burzy. Żadna kobieta tak silnie na niego nie działała, lecz wcale nie był z tego zadowolony. Okoliczności nie sprzyjały obecności kobiety w jego życiu, lecz mimo to nie był w stanie zrezygnować z kojącej obecności panny Domville.
Wysunął dłoń spod jej palców i oparł na swoim udzie. Powróciło skrępowanie jej bliskością, które podczas wspólnej gry się ulotniło. Marianne dawała mu ukojenie i chciałby móc odwzajemnić się jej tym samym, pomóc jej uwolnić się od problemów, podobnie jak ona ułatwiła mu pozbycie się niemocy twórczej. Nagle coś przyszło mu do głowy.
– Czy kiedykolwiek myślałaś o tym, żeby wykonywać kompozycje publicznie?
Marianne zaczęła grać jakiś spokojny kawałek, ale jej usta wykrzywił sarkastyczny uśmiech.
– Już widzę anons. Ciesząca się złą sławą siostra madame de Badeau zagra na fortepianie. Przyciągnie większe tłumy niż marmury Elgina .
– A co byś powiedziała, żeby je opublikować? Mogłabyś zostać słynną kompozytorką, podobnie jak ja pisarzem.
– Może wtedy mogłabym hulać z księciem regentem i też otrzymać tytuł.
Warren chciał jej od razu powiedzieć, że ciężką pracą zarobił na swój tytuł, ale zrezygnował, widząc zniewalający uśmiech na jej twarzy. Droczyła się z nim, nie obrażała go. Cieszyło go to tak bardzo jak spojrzenia rzucane mu spod długich rzęs.
– Jeśli książę regent nadawałby tytuły wyłącznie ludziom, którzy uczestniczą w jego hulankach, Izba Lordów byłaby przepełniona nowo nobilitowanymi mężami stanu – zauważył.
– A także ich żonami i kochankami.
Śmiech Marianne zabrzmiał tak dźwięcznie jak wychodzące spod jej palców nuty. Po raz drugi tego dnia uległa emocjom, zamiast je ukrywać za ostrożną nieufnością wobec wszystkich i wszystkiego. Warren chciałby dłużej widzieć tę impulsywną kobietę, ale tak szybko, jak uzewnętrzniła emocje, równie prędko z powrotem je ukryła.
– To wielkoduszna oferta, ale uważam, że im mniej rozgłosu, tym lepiej. Podczas gdy ty możesz zabiegać o sławę, ja chcę tylko jednego – pozostać niezauważoną.
Oboje wiedzieli, że to nieprawda, ale Warren zachował milczenie. Marianne zależało na uwadze ludzi, którzy dobrze by ją traktowali, tak jak on to robił.
– Mogłabyś pisać pod pseudonimem – zasugerował. – Tak się często praktykuje.
– Niezależnie od tego, co myślano by o mojej twórczości, odrzucono by ją, gdyby przypadkiem wyszło na jaw, że jestem jej autorką.
– Świat nie ogranicza się do Londynu – przekonywał Warren. – Zapewniam cię, że są muzycy w Wiedniu, którzy nic sobie nie robią z plotek, i również ludzie w Anglii, którzy mają ważniejsze sprawy niż zajmowanie się twoją przeszłością.
– Nawet nie słyszałeś moich utworów – opierała się Marianne. – Może są okropne.
– Wątpię, skoro są dziełem kogoś tak szczerze rozmiłowanego w muzyce. Naturalnie, możesz je zagrać dla mnie, żebym miał pewność.
Marianne nie odpowiedziała. Warren nalegał, żeby pokonała wahania i wątpliwości, tak jak zrobiła to u lady Cartwright, kiedy nie pozwoliła, żeby obraźliwe słowa zgromadzonych pań powstrzymały ją od sprowadzenia pomocy dla zranionej lady Ellington. Nie chciał, żeby te same kobiety przeszkodziły jej w realizacji marzeń czy podkopały jej wiarę w siebie, podobnie jak próbowali to zrobić w stosunku do niego wyszydzający go marynarze i oficerowie.
– Przyjmijmy, że twoje kompozycje są wspaniałe – kontynuował, kiedy milczenie Marianne się przeciągało. – Mogę je pokazać mojemu wydawcy i przekonać go, żeby je wydrukował. Zaręczę za ciebie swoim nazwiskiem, czego nie zrobiłem nawet dla szwagra.
– Dlaczego? – Marianne wpatrywała się w niego z niedowierzaniem.
– Dziesięć lat temu pan Berkshire dał mi szansę i wszystko się zmieniło. Chcę teraz to samo uczynić dla ciebie. Nie musisz dziś podejmować decyzji, ale proszę cię, żebyś rozważyła moją propozycję. – Warren nie chciał wywierać na nią presji tak jak poprzedniego dnia i zmuszać, żeby natychmiast przyjęła bądź odrzuciła jego ofertę. – Publikacja utworów da ci możliwość zrobienia czegoś więcej niż zamykanie się w domu lady Ellington. Zyskasz cel.
Marianne rozchyliła pełne wargi, gotowa odpowiedzieć, kiedy nagle od drzwi dobiegł ich kobiecy głos.
– Tu jesteście. – Z tymi słowami pani Stevens wkroczyła do pokoju muzycznego.
Marianne odskoczyła od Warrena jak oparzona.
– Panno Domville, lady Ellington przyśle dziś powóz wcześniej – oznajmiła pani Stevens.
– Prawda, byłabym zapomniała. Przecież jest spotkanie w szkole dla dziewcząt.
Marianne zerwała się z taboretu, chwytając pospiesznie torebkę. Poruszała się z taką młodzieńczą zwinnością, że Warren patrzył jak urzeczony. Była całkiem inną osobą, nie tak ostrożną i pełną powagi jak zwykle.
Kiedy doszli do powozu – Warren towarzysząc Marianne, jego matka nieco z tyłu – lokaj czekał już przy otwartych drzwiczkach.
– Pomyśl o mojej propozycji. – Warren wyciągnął do niej rękę, chcąc pomóc przy wsiadaniu.
Marianne zawahała się przez ułamek sekundy. Już miał cofnąć rękę, pozwalając, żeby zastąpił go lokaj, kiedy podała mu swoją dłoń. Lekko ją uścisnął. Miał nieodpartą ochotę przyłożyć do niej usta, lecz nie mógł tego zrobić, w każdym razie nie na oczach matki. Tymczasem Marianne puściła jego rękę i weszła do powozu. Lokaj zamknął drzwiczki i zajął miejsce z tyłu pojazdu. Warren czekał, że Marianne pokaże się w oknie, ale ona pozostała ukryta za lśniącą ścianą pojazdu. Kiedy konie ruszyły, uniosła się za nim niewielka chmura pyłu.
– Przeszkodziłaś nam. – Warren zwrócił się z wyrzutem do matki, która właśnie do niego podeszła.
– Nie byłabym dobrą przyzwoitką, gdybym tego nie zrobiła – odparowała bynajmniej nie skruszona i zarazem ucieszona.
Warren nie wiedział, czy z tego powodu, że przerwała mu pożegnanie z Marianne, czy dlatego, że syn był z tego niezadowolony.
– Opowiadałem Marianne o Leticii i o tym, jak bardzo lubiła grać na fortepianie – powiedział.
– Proszę cię, Warren, nie przypominaj mi. – Uśmiech znikł z twarzy pani Stevens.
Rzadko rozmawiali o Leticii. Niekiedy Warren zastanawiał się, czy matka obwinia go za to, co się stało, jak to czynił Rupert. Był świadom, że nawet gdyby tak było, nigdy by mu tego nie wyjawiła. Żywił nadzieję, że jest na tyle wielkoduszna, aby mu wybaczyć. On sam wciąż nie potrafił znaleźć dla siebie usprawiedliwienia.
– Dlaczego opowiadasz się po stronie panny Domville, a nie dołączysz do lady Cartwright i pozostałych pań? – spytał, chcąc zmienić temat.
Pani Stevens splotła ręce na brzuchu, jak to zwykła robić, objaśniając przepisy nowemu uczniowi w szkole parafialnej.
– W czasie lat, które spędziłam na plebanii, niejedna młoda panna w trudnej sytuacji życiowej przychodziła prosić mnie o radę. Wysłuchując ich opowieści, potrafiłam ocenić, która ochoczo uległa mężczyźnie, a która została sprowadzona na złą drogę. Załamanym młodym kobietom, mimo ich niefortunnego doświadczenia, brakowało światowości, której z kolei nie były w stanie ukryć te przychylne zabiegom mężczyzny. Panna Domville jest tak samo niewinna, jak te sprowadzone na manowce młode dziewczęta, bez względu na to, o co ją oskarżają. Jestem tego pewna, podobnie jak Falconbridge’owie i lady Ellington.
Warren pomyślał, że matka jest tak poważna jak w dniu, kiedy usiadła obok niego w ogrodzie przy plebanii i powiedziała mu, czternastolatkowi, że ciężka choroba zaatakowała płuca jego ojca.
– Musisz bardzo dokładnie wiedzieć, czego od niej chcesz – napomniała go teraz. – Jeśli złamiesz jej serce, nie dojdzie do siebie tak jak jedna z twoich londyńskich wdów.
– Londyńskich wdów? – powtórzył zaskoczony Warren.
– Nie myśl, że nie wiem, co wyprawiasz, jak jesteśmy w mieście. – Pani Stevens pogroziła synowi palcem.
– Od panny Domville chcę wyłącznie inspiracji – podkreślił Warren. – Ona jest tego świadoma i nie oczekuje ode mnie niczego więcej. Może za parę lat rozważę ożenek, ale nie zamierzam prosić młodej kobiety, aby czekała, aż zechcę się w tej sprawie opowiedzieć.
– Twórczość to nie wszystko, nie wypełni ci życia. – Pani Stevens potrząsnęła głową, dając wyraz rozczarowaniu.
Pod nieobecność Marianne mięśnie karku znowu mu zesztywniały. W jej towarzystwie udawało mu się zapomnieć o wszystkich ciążących na nim powinnościach. Teraz ponownie wróciły.
– Tylko dzięki mojemu pisaniu możemy się utrzymać.
Wszedł do domu i udał się do gabinetu, mijając po drodze zbroje i broń zdobiące długi hall. Dawno poprzysiągł sobie, że będzie ciężko pracował, aby ci, których kocha, nie zaznali biedy ani nie byli zmuszeni do przeżywania tego, czego doświadczył w czasach wczesnej młodości. Nie mógłby pozwolić, żeby jakaś śliczna buzia odwiodła go od wytyczonego celu. To mocne, solenne postanowienie nie uległoby zmianie nawet wówczas, gdyby panna była posażna. Zdecydowanie nie chciał być zależny od innych. Przekonał się na własnej skórze, jaki to błąd zdać się na cudzą łaskę wówczas, gdy byli zmuszeni przez rok mieszkać u wuja.
Wszedł do gabinetu i ominął Lancelota rozciągniętego na środku pokoju. Usiadł przy biurku, po czym wziął do ręki pióro. Najwyższy czas zabrać się do pracy, uznał, mimo że unoszący się w powietrzu zapach perfum Marianne utrudniał mu skupienie się na pisaniu.
– W przyszłym tygodniu jesteśmy zaproszone do lady Astley na wieczór muzyczny – powiedziała lady Ellington, kiedy jechały z Marianne do szkoły dla dziewcząt, położonej na odległym krańcu wsi.
– A musimy tam być? Nie dość, że będę musiała się spotkać z nią dzisiaj na zebraniu, to jeszcze mam ją oglądać w jej domu? Ta kobieta nie jest dużo lepsza od lady Cartwright. Dlaczego ona i jej znajome zawsze są tak nieprzyjemne w stosunku do mnie?
– Lady Cartwright jest jedną z tych nieszczęśliwych istot, wiecznie ze wszystkiego niezadowolonych, które gnębią innych. Z kolei lady Astley nie układa się dobrze w małżeństwie, a lady Preston, jak mi się zdaje, wstydzi się swojej przeszłości. Może i jest baronową, ale chyba nie czuje się komfortowo po przemianie z córki kupca w utytułowaną damę. Czasami trudno jest nawet nam, szlachetnie urodzonym, więc mogę sobie tylko wyobrażać, co może czuć ktoś taki jak ona, a także sir Warren.
– Wydaje się, że on całkiem dobrze czuje się w tej roli – zauważyła Marianne.
Sir Warren pochodził z prostej rodziny i każdego dnia napełniał swoje szkatuły wyłącznie własną pracą. Podziwiała go za to. Większości mężczyzn, z którymi się stykała, nie byłoby na to stać.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Koncert dla sir Warrena
Autor Georgie Lee
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 11.05.2018
Ilość stron 272
Oprawa Miękka
ISBN 9788327635495

Napisz recenzję