Carol Marinelli - Tydzień wolności

‒ Księżniczko Laylo! Czy Wasza Wysokość cieszy się...
Layla cierpliwie odczekała przy komputerze, aż dziewczynka po drugiej stronie znajdzie właściwe słowa, żeby wyrazić swą myśl.
Dzięki połączeniu wideo prowadziła zajęcia z języka angielskiego dla dziewcząt i młodych kobiet w Ishli. Każda lekcja zajmowała godzinę. Cieszyły się taką popularnością, że mimo wytężonej pracy Layla ledwie znajdowała czas dla jednej klasy raz na miesiąc. Z powodzeniem zachęcała dzieci do konwersacji po angielsku i do intensywniejszej nauki.
‒ Księżniczko Laylo! – spróbowała uczennica ponownie. – Czy Wasza Wysokość cieszy się na towarzyszenie w podróży poślubnej do Australii księciu Zahidowi i księżniczce Trinity?
Usłyszawszy o podróży poślubnej, klasa się zaśmiała. We wspaniałej ceremonii zaślubin Zahida i Trinity uczestniczyła cała ludność Ishli mimo szokującej wiadomości, że panna młoda zaszła w ciążę przed ślubem. Dziesięcioletnie dziewczynki wykazywały ogromne zainteresowanie małżeństwem przystojnego księcia Zahida z młodą angielską damą. Ze szczególną lubością wypytywały o wesele, a najbardziej interesował je miesiąc miodowy.
Do zadań Layli należało odpowiadanie jak najlepiej na pytania, o ile były uprzejmie sformułowane. Niektóre z nich, zwłaszcza dotyczące stanu Trinity, wprawiały ją w spore zakłopotanie, nie tylko dlatego, że na Ishli nie wypadało ich zadawać, ale przede wszystkim dlatego, że nie znała odpowiedzi. Zaczynała sobie właśnie uświadamiać rozmiary własnej niewiedzy. A ponad wszystko pragnęła zdobywać wiedzę. Od dawna marzyła o poznaniu świata poza pałacowymi murami.
‒ Doskonale! – pochwaliła, gdy śmiechy ucichły. Zachowanie powagi nie przyszło jej łatwo. – Pięknie sformułowałaś pytanie. Tak, bardzo się cieszę, że brat z bratową zabiorą mnie do Sydney. Czy wiecie, że to moja ostatnia lekcja przed dzisiejszym wieczornym odlotem?
Zanim Zahid wybrał narzeczoną, zgodził się, że siostra pojedzie z nim w podróż poślubną. Jako przyszły monarcha nie mógłby dotrzymywać towarzystwa małżonce przez cały dzień. Oczywiście uznano, że Trinity potrzebuje osoby towarzyszącej. Nowożeńcy byli tak bardzo zakochani, że prawdopodobnie woleliby pojechać sami. Ale Layla za żadne skarby nie zrezygnowałaby z pierwszej i jedynej okazji wyjazdu poza Ishlę. Ogarnęły ją wyrzuty sumienia, bynajmniej nie dlatego, że będzie przeszkadzać zakochanym, ale z powodu jej własnych wyjazdowych planów.
‒ Czy Wasza Wysokość boi się podróży? – zapytała inna dziewczynka.
‒ Troszeczkę – odrzekła, poniekąd zgodnie z prawdą. – Nigdy nie wyjeżdżałam poza Ishlę, więc nie wiem, czego się spodziewać, ale z niecierpliwością jej wyczekuję. To będzie wielka przygoda, na którą długo czekałam.
‒ Księżniczko Laylo...
Wszystkie dzieci podniosły ręce. Przepadały za nią. Odkąd nawiązały z nią kontakt, regularnie odrabiały lekcje. Zadawały masę pytań, ale musiała zakończyć internetowe spotkanie, ponieważ ojciec, król Fahid, wezwał ją do siebie.
‒ Nasz czas dobiegł końca – poinformowała uczennice. – Najwyższa pora, żebyście mi życzyły szczęśliwej podróży.
‒ Czy będzie Wasza Wysokość za nami tęsknić? – zapytały.
‒ Może trochę… – odrzekła, lecz kiedy głośno zaprotestowały, sprostowała: ‒ Straszliwie.
Nie kłamała. Gdy chwilę później odpoczywała, leżąc w łóżku na brzuchu i sprawdzając ostatnie szczegóły na komputerze, uświadomiła sobie, że będzie jej bardzo brakowało nauczania. Czy ojciec pozwoli jej wrócić do ulubionego zajęcia po powrocie, jeżeli zrealizuje swój plan?
Powstrzymała dalsze rozważania. Nie mogła sobie obecnie pozwolić na rozterki. Niezależnie od konsekwencji, jakie przyjdzie jej ponieść, dawno postanowiła, że zniesie każdą karę za samowolnie wygospodarowany tydzień wolności.
Przerażała ją tylko perspektywa samotnej jazdy taksówką w Australii, ale po wielokrotnym obejrzeniu krótkich filmików w komputerze uznała, że będzie wiedziała, co robić. Uwielbiała to urządzenie.
Niemłody już król Fahid poważnie zachorował, co starannie ukrywano przed obywatelami Ishli. Przypuszczalnie dlatego nie pilnował córki tak jak dawniej. Jako człowiek starej daty pewnie nie zdawał sobie sprawy, że internet dał jej łączność ze światem. Strzegł jej jak oka w głowie. Nie dostała telefonu i nigdy nie obejrzała telewizji. Podarował jej komputer jako pomoc dydaktyczną, zadowolony, że pomaga w nauce młodym rodaczkom. Wyglądało na to, że samowolna Layla wreszcie zaprzestała buntu.
Layla odszukała stronę, którą uważnie studiowała od tygodni, od chwili, kiedy wykryła, dokąd państwo młodzi wyjadą w podróż poślubną.
Wreszcie go znalazła. Uśmiechnęła się na widok hardego, chmurnego oblicza.
Z tego, co wyczytała, adwokat Mikael Romanow odnosił spektakularne sukcesy. Według tłumaczenia z jego strony internetowej uważano go za najlepszego obrońcę w sprawach kryminalnych w całej Australii. Pochodził z Rosji, ale studiował prawo w Australii. Nieustępliwy i bezwzględny, wynajdywał każdy słaby punkt oskarżenia i zdaniem internautów aż nazbyt często wygrywał.
Layla pomyślała, że to dobrze. Potrzebowała twardego, niezłomnego człowieka do walki z Zahidem i ojcem. Wystukała jego nazwisko i odczytała tłumaczenie najnowszych informacji. Chociaż mówiła i rozumiała po angielsku, nie umiała ani czytać, ani pisać w tym języku.
O Mikaelu ostatnio wiele pisano. Bronił bowiem mężczyzny oskarżonego o morderstwo i inne odrażające zbrodnie na swojej zmarłej konkubinie. Layla śledziła sprawę przez internet wieczorami, już w łóżku. Uwielbiała ujęcia Mikaela wychodzącego z sądu w czarnej todze i peruce. Regularnie odmawiał komentarzy czyhającym na niego reporterom. Wyglądało na to, że w ogóle go nie obchodzi opinia innych. Uparcie ignorował pytania, jak może bronić takiej bestii.
Layla pomyślała, że pewnie chętnie wziąłby dla odmiany rodzinną sprawę, żeby odpocząć od zbrodniarza. Nie robił wrażenia zadowolonego z życia. Ani razu nie zobaczyła jego uśmiechu.
Powiększyła zdjęcie i z lekka zadrżała na widok pełnych warg, jedynej części twarzy, która wyglądała łagodnie. Patrząc na nie, odruchowo oblizała usta. Ciemne włosy kontrastowały z jasną cerą. Zawsze nosił nienaganny strój. A ten głos... brzmiał w jej uszach jak muzyka. Odtworzyła jeden z rzadkich wywiadów, jakich udzielał. Znalazła go ostatnio, ale nagrano go przed kilkoma laty. Uwielbiała słuchać, jak głębokim głosem z silnym obcym akcentem poucza reportera, oskarżycielsko wymierzając w niego wskazujący palec:
‒ Ostrożnie formułujcie zarzuty! Przypominam wam, że sąd wydał jednomyślny werdykt.
Nie wybrała Mikaela ze względu na atrakcyjną powierzchowność. Jednak im dłużej na niego patrzyła, im więcej informacji gromadziła, tym więcej chciała o nim wiedzieć. Tonęła w zimnych, szarych oczach, których widok paradoksalnie ją rozgrzewał.
Nie wszystkie zdjęcia oglądała z równym entuzjazmem. Drażniły ją te z pięknymi kobietami u boku. Z bardzo licznymi! Jedno z nich przedstawiało go na jachcie z blondynką leżącą topless na leżaku. Przynajmniej tak podejrzewała, bo w miejscu sutków obraz był zamazany. Zacisnęła usta, ale zaraz wzruszyła ramionami. Jej brat, Zahid, też w swoim czasie poszalał. Ale Layla nie chciała kobieciarza. Pragnęła zabawy, romantyzmu i tańca. Oczywiście wróci do Ishli nietknięta. Marzyła tylko o tym, by doświadczyć paru przeżyć, zanim poślubi mężczyznę, którego nie kocha.
Wyłączyła komputer i położyła się na plecach, wyobrażając sobie cały dzień bez wstawania z łóżka, ubierania czy konieczności rozmowy z kimkolwiek. Pomyślała też o innych przyjemnościach: romantycznej kolacji, trzymania się z kimś za ręce, a potem tańcach, zabronionych w Ishli, i o delikatnym muśnięciu ust...
Lecz w tym momencie otworzyła oczy, ponieważ zobaczyła oczami wyobraźni usta Mikaela. Uznała, że to niedopuszczalne fantazje. Znany adwokat stanowił zaledwie środek do celu, nic więcej, zwłaszcza że pochodził z nizin społecznych.
Znów włączyła laptop, żeby sprawdzić, czy w tym samym czasie inni zagraniczni przedstawiciele panujących rodzin odwiedzą Australię. Westchnęła ciężko, gdy jej poszukiwania nie dały spodziewanego rezultatu, ponieważ widziała kilku bardzo atrakcyjnych.
Jamila, jej służąca, zapukała do drzwi. Layla pospiesznie przełączyła program na partię szachów, którą rozgrywała, i dopiero wtedy pozwoliła jej wejść i przygotować kąpiel. Jamila napełniła wannę wodą, rozebrała Laylę i podała jej rękę, żeby pomóc wejść. Layla pochwaliła ją za odpowiedni aromat i temperaturę wody, gdy służąca zaczęła ją myć. Zaraz potem spytała, usiłując nadać głosowi lekki ton:
‒ Jamilo, czy nie obawiasz się podróży do Australii? Jeżeli tak, to poproszę ojca, żeby zwolnił cię z obowiązku wyjazdu. Doskonale sobie sama poradzę.
‒ O wiele bardziej bym się denerwowała, gdybyś pojechała za ocean bez opieki.
Jamila przepadała za Laylą. Wzięła ją na ręce zaraz po urodzeniu, kilka minut przed śmiercią jej matki. Mała księżniczka zastąpiła jej dziecko, którego nigdy nie miała. Jamila jednak nigdy nie wyjawiła, że kocha ją jak córkę. Nikomu też nie zdradziła, że kocha króla Fahida i że od czasu do czasu sypia z nim.
Layla jednak nadal przekonywała:
‒ Powinnaś odpocząć w Australii. Ty też zasługujesz na wakacje.
Jamila podejrzliwie zmrużyła oczy podczas wcierania olejku w długie włosy Layli.
‒ Co ty kombinujesz, Laylo?
‒ Nic – mruknęła, wzruszając szczupłymi ramionami. – Pomyślałam, że dobrze by było, gdybyś pozwoliła sobie na trochę odpoczynku i relaksu.
Nie dodała nic więcej. Dręczyła ją obawa, jak realizacja jej planów wpłynie na niemłodą już służącą. Doszła do wniosku, że Trinity i Zahid szybko dojdą do siebie po szoku. W końcu oni zaznali przyjemności... Odpędziła wyrzuty sumienia. Nie zamierzała rezygnować ze swych zamiarów, żeby nie zranić uczuć służącej.
‒ Jesteś za chuda – orzekła Jamila, obserwując wystające z wody kościste kolana i oplatające je smukłe ramiona.
‒ Gdybym wypełniła sobą szczelnie tę wannę, też byś tak uważała. Kiedy w dzieciństwie jadłam jak smok, narzekałaś, że jestem za gruba.
Jamila uniosła rękę, żeby spłukać jej głowę, ale po ostatnim zdaniu zastygła w bezruchu. Layla nie powinna pamiętać swoich najmłodszych lat. Miała wtedy tłuste rączki, nóżki, okrągły brzuszek i nieustannie zabiegała o uwagę ojca. Lecz on jej nie zauważał, pogrążony w rozpaczy po śmierci królowej Annan. Jamila usiłowała pocieszyć małą księżniczkę, karmiąc ją śmietanką, miodem i wszelkimi smakołykami, byle tylko przerwać nieustanny płacz. Z ciężkim sercem wspominała te smutne czasy.
‒ Chodź, ubierzemy cię – zasugerowała. – Twój ojciec życzy sobie porozmawiać z tobą przed wyjazdem. Obiecasz, że go wysłuchasz? – nalegała, zaniepokojona perspektywą opuszczenia przez podopieczną pałacowych murów.
Layla wybrała prostą pomarańczową tunikę z bawełny, ale Jamila przygotowała jej srebrną szatę i srebrne pantofelki, naszywane drogimi kamieniami, żeby założyła je po przylocie, ponieważ powita ich paru dygnitarzy. Ozdobiła jej dłonie, stopy i uszy klejnotami, a gęste, długie włosy związała nisko w węzeł z boku głowy.
‒ Możesz odejść – rozkazała Layla.
Gdy została sama, wyszła na balkon. Słońce już zachodziło, zabarwiając niebo na pomarańczowo. W jego blasku pustynia wyglądała jak ocean roztopionego złota. Uwielbiała ten widok, ale wiedziała, że świat dostarcza piękniejszych. Popatrzyła na niebo, przez które wzleci ku długo wyczekiwanej przygodzie. Zdawała sobie sprawę, że źle postępuje, choć zawsze chciała być dobra. Przysięgła sobie, że powrocie nie popełni już żadnego występku. To jej ostatnia szansa.
Przed czterema laty w wieku dwudziestu lat, przebrana w złoto-białą szatę, zeszła ze schodów do komnaty, gdzie spośród klęczących mężczyzn miała wybrać przyszłego męża. Zarówno wtedy, jak i teraz za najlepszego kandydata uważano Hussaina. Znała go z dzieciństwa. Ojciec zasugerował, że małżeństwo z nim przyniesie wiele korzyści narodowi Ishli. Lecz Layla pamiętała jego złośliwość z dzieciństwa. Dlatego gdy go zobaczyła wśród oczekujących kandydatów, zaczęła krzyczeć i piszczeć. Dobroduszna lekarka załagodziła zniewagę orzeczeniem, że lęk wywołał u niej atak nerwowy.
Layla uśmiechnęła się do nieba. Nie wybrała wtedy męża. Nic jej nie dolegało, tylko rozwścieczył ją jego widok.
Gdy miała dziewięć lat, Hussain podczas zabawy przytknął jej do nadgarstka świeżo zdmuchniętą zapałkę. Płonąca siarka wypaliła skórę. Została jej w tym miejscu niewielka blizna. Spoliczkowała go za to. Nie wyobrażała sobie, jak by zareagował, gdyby żona go uderzyła. Miała nadzieję, że wyrósł z głupich żartów.
Wróciła do środka i otworzyła szufladę komody. Na jej końcu wymacała ukrytą paczuszkę. Otworzyła ją i wzięła w rękę czarny rubin, zwany Opium. Dostała go w dniu urodzin od króla Bishramu. Z pewnością sporo kosztował. Miała nadzieję, że to prawda. Czytała, że Mikael żąda wysokich honorariów za swoje usługi. Przypuszczała, że każe jej za nie zapłacić.
Schowała klejnot do tuniki, choć zgodnie z miejscowym obyczajem powinna go podarować wybranemu kandydatowi na męża. Martwiło ją to, co wyczytała w internecie o kontrolach celnych w Australii. Usiłowała sobie wmówić, że nie napotka problemów.
Przeszła przez pałac do gabinetu ojca. Wpuścił ją jego doradca, Abdul. Ale Fahid kazał mu odejść, żeby porozmawiać z córką na osobności.
‒ Cieszysz się z wyjazdu? – zagadnął.
‒ Bardzo, ojcze.
‒ W hotelu dostaniesz osobny pokój. Jamila zamieszka w przyległym. Tam będzie ci asystować, ale na zewnątrz wszędzie będziesz chodzić z Zahidem i Trinity.
‒ Wiem.
‒ Jeżeli w restauracji będziesz musiała wyjść na chwilę, Trinity musi ci towarzyszyć.
‒ Znam zasady, ojcze.
‒ Zostały ustalone dla twojego bezpieczeństwa.
Król Fahid bardzo kochał swą niepokorną, kapryśną, zapalczywą i spontaniczną córkę. Odziedziczyła temperament po zmarłej matce, Annan. Mimo niezależnego charakteru była naiwna jak dziecko, żyjąc wewnątrz pałacowych murów. Przerażała go perspektywa wysłania do wielkiego miasta dziewczyny, która nigdy nie przeszła przez ulicę.
‒ Świat za oceanem wygląda zupełnie inaczej niż tutaj – ostrzegł. ‒ Panują tam też odmienne obyczaje i wzmożony ruch na ulicach.
Layla spostrzegła grymas bólu na jego twarzy.
‒ Wiem, że się o mnie martwisz, ojcze. Pokochałeś mnie całym sercem od momentu narodzin.
Fahid znów zacisnął powieki. Nie od razu ją pokochał. Odtrącał ją przez ponad rok. Czasami myślał, że dlatego nieustannie rzucała mu wyzwania, nawet jeśli nie pamiętała okresu niemowlęctwa. Martwił się o jej przyszłość, wiedząc, że wkrótce zejdzie z tego świata. Dlatego uważał, że potrzebuje stanowczego męża, który nią pokieruje, takiego jak Hussain. Wiedział, że będzie za nią tęsknił.
‒ Czy chciałabyś zadać jakieś pytanie?
‒ Tak, ojcze. Szukając informacji na temat zwyczajów w Australii, wyczytałam, że na lotniskach przeprowadzane są bardzo szczegółowe kontrole, nawet osobiste... Co cię tak rozśmieszyło? – spytała z bezgranicznym zdumieniem na widok rozbawionej miny Fahida.
Król otarł łzy, usiłując powstrzymać śmiech.
‒ Ciebie to nie dotyczy. Twoja świta dopełni wszelkich formalności. Bagaże i upominki zostaną umieszczone w przedziale dyplomatycznym. Nie musisz sobie nad tym łamać głowy.
‒ Dziękuję, ojcze.
Fahid wstał i zamknął ją w objęciach.
‒ Kocham cię, Laylo.
‒ Ja ciebie też – wyznała ze łzami w oczach. – Jeżeli czasami przysparzam ci kłopotów, to musisz wiedzieć, że nie złośliwie.
‒ Wiem, córeczko.
Królowi nawet przez myśl nie przeszło, że córka przeprasza nie za przeszłe występki, lecz za te, które dopiero planuje popełnić.

Mikael nie miał innego wyjścia jak zatrzymać samochód, gdy policjant uniósł rękę i wstrzymał poranny ruch. Mimo że czekała go finałowa rozprawa, włączył radio, żeby wysłuchać wiadomości i, jeśli to możliwe, poznać przyczynę przymusowego postoju.
Powinien zostać w swoim mieszkaniu lub choćby nawet w hotelu, zamiast wyruszyć na noc do swojej nadmorskiej willi, ale musiał zmienić otoczenie. Potrzebował wytchnienia od ostatniej, wyjątkowo paskudnej sprawy.
Dom przy plaży stanowił jego azyl. Potrzebował dystansu, świeżego powietrza i odpoczynku. Tłumaczył sobie, że niedługo będzie po wszystkim. Zaklął po rosyjsku, gdy usłyszał, że zwłokę w podróży spowodowała wizyta jakiejś królewskiej rodziny, dla której wstrzymano wszystkie samochody, żeby konwój mógł przejechać. Potem wysłuchał trochę o sobie. Redaktor przewidywał, że Mikael Romanow tym razem przegra. Nie istniała szansa, że wybroni obecnego klienta.
Następnie zaczęli dzwonić słuchacze, żeby wyrazić opinię nie o mordercy, lecz o jego adwokacie. Jeden z nich pytał podniesionym głosem:
‒ Co to za człowiek ten Romanow? Jak może spać w nocy?
Mikael ziewnął z nudów i wyłączył radio.
Gdy zadzwonił telefon, zamiast jak zwykle przełączyć go na automatyczną sekretarkę, odebrał, kiedy zobaczył na ekranie numer Demyana.
‒ Urodziła? – zapytał, ponieważ żona Demyana, Alina, oczekiwała w najbliższym czasie rozwiązania.
‒ Tak, córeczkę, Annikę. Jest prześliczna. Ma kręcone włoski jak Alina.
Mikael przewrócił oczami, gdy przyjaciel z entuzjazmem zaczął opisywać noworodka. Taktownie przemilczał, że wszystkie niemowlęta mają niebieskie oczy.
– Czy powinienem odwiedzić Alinę w szpitalu? ‒ zapytał po złożeniu przyjacielowi gratulacji. ‒ Nie znam protokołu.
Nie uraził go. Demyan roześmiał się serdecznie. Wiedział, że Mikael nie zaznał życia rodzinnego. Miał jeszcze cięższe dzieciństwo niż on.
‒ Nie musisz przychodzić do szpitala, ale byłoby miło, gdybyś wpadł do nas, zanim znikniesz gdzieś na swoim jachcie. Chciałbym jak najszybciej pokazać wszystkim małą.


Kim Lawrence - Będziesz moja

Hannah nie spała, gdy w zamku obrócił się klucz. Poza krótkimi przerywanymi drzemkami nie zmrużyła oka od blisko czterdziestu ośmiu godzin. Teraz też leżała z przymkniętymi powiekami, ale na dźwięk otwieranych drzwi gwałtownie siadła na wąskim metalowym łóżku.
Bezładnymi ruchami usiłowała doprowadzić włosy do porządku, ale szybko się poddała. Drżące dłonie spoczęły na kolanach. Jeszcze raz udało jej się przybrać opanowany wyraz twarzy, czuła jednak, że moment, w którym rozsypie się psychicznie, jest już bardzo, bardzo blisko.
Kilka razy otworzyła i zamknęła oczy, aby przegonić łzy zbierające się w kącikach oczu. Zębami przygryzła opuchniętą dolną wargę. O dziwo, ból pomógł jej się skoncentrować. Uniosła głowę i ściągnęła ramiona do tyłu, prostując się. Nie da tym draniom satysfakcji. Nie będzie przy nich płakać.
Tak to jest, kiedy ktoś próbuje udowodnić… udowodnić… Co właściwie chciała udowodnić? A przede wszystkim komu? Plotkarskim magazynom? Ojcu? Sobie samej?
Nabrała powietrza do płuc i wypuściła je powoli. Powinna skupić się na faktach. A fakty były takie, że nabroiła, i to solidnie. Trzeba było pogodzić się z powszechnie panującą opinią, że żadna z niej intelektualistka ani aktywistka. Trzeba było trzymać się pracy przy biurku i swoich idealnie wypielęgnowanych paznokci… Zgięła palce, patrząc na poobgryzane brudne paznokcie, i na serio się przeraziła.
Tylko nie panikuj, Hannah!
Zawsze uważała, że to wyjątkowo absurdalne polecenie. Tak samo absurdalne jak pomysł, że praca w fundacji charytatywnej zrobi z niej bohaterkę.
„Nie zawiodę was, obiecuję”.
Jednak stało się inaczej.
Powieki opadły, zasłaniając jej oczy niczym tarcza, a ciało stężało w nerwowym oczekiwaniu. Pchnięte ręką strażnika drzwi otworzyły się.
– Nie jestem głodna, ale potrzebna mi szczoteczka do zębów i pasta. Kiedy będę mogła zobaczyć się z konsulem brytyjskim? – wyrecytowała, czując, że słowa te wypowiedziane kolejny raz zaczynają brzmieć jak mantra.
Właściwie nie spodziewała się odpowiedzi. Nie otrzymała przecież żadnej, odkąd aresztowano ją po niewłaściwej stronie granicy. Nigdy nie była mocna z geografii. Ją natomiast zasypywano pytaniami. Najczęściej tymi samymi, powtarzanymi w kółko i na okrągło. Pytaniom towarzyszyła pełna niedowierzania cisza, gdy próbowała się wytłumaczyć.
Pojęcie pomocy humanitarnej najwyraźniej nie występowało w języku wojskowych Kuagani. Zapewniała, że nie jest szpiegiem i że nigdy nie należała do żadnej partii politycznej. A gdy pokazali jej zdjęcie, na którym trzyma transparent, protestując przeciwko zamknięciu lokalnej szkoły, tylko się roześmiała, co raczej nie było zbyt mądrym posunięciem.
Kiedy nie zarzucali jej szpiegostwa, twierdzili, że szmugluje narkotyki. Dowodem miała być kasetka z lekami i szczepionkami, które teraz były już prawdopodobnie bezużyteczne, bo nie włożono ich do lodówki.
Przez pierwszy dzień Hannah karmiła się nadzieją, że dopóki mówi prawdę, nie ma się czego obawiać. Teraz jednak nie mogła wprost uwierzyć we własną naiwność.

Minęło trzydzieści sześć godzin. Wiadomość o incydencie na granicy nie przebiła się do prasy, a tryby machiny dyplomatycznej wciąż stały w miejscu, gdy król Surany podniósł słuchawkę i czekał na połączenie z władcą sąsiedniego państwa, szachem Malekiem Sa’idi. Dwóch innych mężczyzn, skrajnie od siebie różnych, z niecierpliwością oczekiwało na rezultat tej rozmowy.
Starszy z nich miał sześćdziesiąt parę lat, był średniego wzrostu, a jego twarz zdobiła rozwichrzona broda. Ubrany w tweedową marynarkę, z lekko kręconymi włosami w kolorze pieprzu z solą, przypominał roztargnionego profesora uniwersytetu. Jednak okulary w rogowej oprawce przesłaniały bystre spojrzenie, a pozorne rozkojarzenie maskowało analityczny umysł, skłonność do ryzyka i typową dla liberała bezwzględność. Cechy te sprawiły, że przed ukończeniem pięćdziesiątego roku życia mężczyzna dwukrotnie dorobił się fortuny i dwukrotnie ją stracił.
Także teraz stał u progu wielkiego sukcesu lub druzgocącej klęski, a wszystko zależało od kierunku, w którym potoczą się sprawy. Jednak to nie finanse absorbowały go w tej chwili najbardziej. Na całym świecie istniała tylko jedna rzecz, która dla Charlesa Latimera znaczyła więcej niż pieniądze. Jego jedyne dziecko. Tutaj, za zamkniętymi drzwiami, mógł wreszcie porzucić twarz pokerzysty. Wyglądał jak przeciętny rodzic, drżący z niepokoju na samą myśl, że jego dziecku mogłoby się stać coś złego.
Drugi z dwójki mężczyzn był o wiele młodszy, miał krótko przystrzyżone kruczoczarne włosy, a oliwkowa skóra połyskiwała jak złoto, odbijając wpadające do komnaty światło. Miał nieco ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu, a długie nogi i szerokie barki pozwalały przypuszczać, że w szkole i na uniwersytecie uprawiał wioślarstwo. Rzeczywiście tak było, ale kariera sportowa nie spotkała się z aprobatą wuja, tak więc jego pierwsze Igrzyska Olimpijskie okazały się ostatnimi. Złoty medal leżał zapomniany w którejś z szuflad. Kamal, książę Surany, lubił rywalizację i lubił wygrywać, ale trofea miały dla niego drugorzędne znaczenie.
Nerwowość Charlesa Latimera, która objawiała się bezustannym krążeniem po pokoju, kontrastowała z niemal stoickim spokojem młodszego mężczyzny. Mimo że siedział on niemal bez ruchu, mocno zaciśnięte szczęki świadczyły o napięciu wywołanym sytuacją.
Młodszy mężczyzna należał do innej generacji niż dręczony najgorszymi przeczuciami Charles Latimer. Dziś były jego trzydzieste urodziny i prawdę mówiąc, nie tak zamierzał je obchodzić, choć z jego zachowania trudno było wyczytać frustrację czy choćby niezadowolenie. Było dla niego oczywiste, że uczucia znajdowały się na dalszym planie. Na pierwszym zaś stały obowiązki, które były wpisane w jego życie.
Wreszcie podniósł się z fotela, a gwałtowne ruchy zdradziły napięcie, które do tej pory ukrywał. Wysoki, tchnący elegancją w ubiorze i zachowaniu, podszedł do dużych okien. Na zabytkowej terakocie rozbrzmiały ciche kroki. Walcząc z uczuciem klaustrofobii, szarpnął klamkę.
Pluskanie fontanny na dziedzińcu stłumiło słowa wypowiadane przez jego wuja do słuchawki. Powietrze było ciężkie od wilgoci i przesycone zapachem jaśminu. Burza piaskowa, na którą zanosiło się, gdy lądował, odeszła gdzieś dalej. Było ponad dwadzieścia stopni goręcej niż na Lazurowym Wybrzeżu. Antibes… Oczami wyobraźni zobaczył smukłe, opalone ciało Charlotte Denning, upozowane na leżance stojącej na tarasie. Chłodzący się obok szampan i uwodzicielski uśmiech obiecywały bardzo udany wieczór urodzinowy i jeszcze lepszą noc.
Charlotte, ciesząca się świeżo odzyskaną wolnością, nadrabiała to, co straciła, będąc przez rok żoną mężczyzny, który nie podzielał jej fascynacji seksem. A to oznaczało, że dla niego była wymarzoną partnerką. Na pewno rozzłości ją jego dzisiejsza nieobecność, a gdy pozna jej powód, będzie wściekła. Nie dlatego, że małżeństwo oznaczało koniec ich romansu. Jak znał Charlotte, uznałaby to za dodatkową atrakcję. Ale on tak nie potrafił. Małżeństwo oznaczało, że wszystkie kobiety pokroju Charlotte musiały zniknąć z jego życia. Zostawały wspomnienia. Morze wspomnień. Figlarny uśmiech zaigrał na jego ustach i po chwili zniknął. Miał obowiązki, a jednym z nich było zawarcie związku małżeńskiego. Znał paru szczęśliwców, którym udało się połączyć ten obowiązek z autentycznym pożądaniem. Kiedyś sądził nawet, że i on będzie miał tyle szczęścia.
Zaczerpnął powietrza, wdychając upojny aromat kwiatów, po czym zamknął okno. Dalsze rozpamiętywanie przeszłości mogło go doprowadzić jedynie do użalania się nad sobą, a tego nie chciał. W takich chwilach powtarzał sobie, że przynajmniej jest żywy. W przeciwieństwie do jego bratanicy Leili. Mogłaby być jego dzieckiem, gdyby sprawy ułożyły się inaczej. Zginęła, gdy samolot z nią i jej rodzicami na pokładzie rozbił się w górach razem z całą załogą, co stało się początkiem spekulacji, które odmieniły życie Kamala na zawsze.
On miał przed sobą przyszłość, którą odziedziczył po ojcu Leili. Odkąd został jedynym dziedzicem spuścizny po swoim wuju, nie myślał o małżeństwie inaczej jak o fakcie, który prędzej czy później nastąpi. Do tego czasu zamierzał cieszyć się życiem i wolnością, przez co przylgnął do niego przydomek Zdobywcy Serc.
A teraz dziwaczny splot okoliczności postawił na jego drodze kobietę, którą musiał poślubić. To nie miało być małżeństwo, które potrwa kilkanaście miesięcy i skończy się szybkim rozwodem. Jego małżeństwo to wyrok dożywocia u boku kobiety, o której prasa pisała „Królowa Śniegu”. Brukowce uwielbiały takie historie.

– Załatwione.
Kamal odwrócił się i skinął głową.
– Zajmę się wszystkim.
Gdy król Surany odłożył słuchawkę, Charles Latimer, ku zdziwieniu swojemu i reszty, wybuchnął płaczem.

Kamal potrzebował zaledwie godziny, by wydać dyspozycje, po czym wrócił do gabinetu wuja, by omówić z nim i Charlesem Latimerem dalszy przebieg wydarzeń. Miał przy sobie plan zatwierdzony przez wuja, który zwrócił się teraz do swojego przyjaciela. Znali się jeszcze z czasów studiów, a potem połączył ich biznes.
– Dziś wieczorem Hannah powinna być już z tobą, Charlie.
Raczej ze mną, chciał uściślić Kamal, ale powściągnął język.
Musiał przestrzegać kolejności. Najpierw należało wydostać dziewczynę z niewoli, a potem się zobaczy.
– Oczywiście, jeśli wpadnie w histerię albo…
– Nie musisz się o to martwić – przerwał mu Charles Latimer z dumą w głosie. – Hannah ma twardy charakter i jest mądra. Zrobi to, czego od niej oczekujemy.
Już wkrótce Kamal miał się przekonać, czy słowa te są uzasadnione. Wątpił w to, szczerze mówiąc. Wyglądało raczej na to, że Latimer, jako ojciec, nie chciał myśleć, że mogłoby być inaczej. Dla Kamala było jasne, że folgował córce przez całe życie. Szanse na to, że rozpieszczona Brytyjka przetrwa w więzieniu pół dnia i nie zacznie histeryzować, były nikłe.
Dlatego widząc, że obiekt jego zabiegów dyplomatycznych wcale nie jest emocjonalnym wrakiem człowieka, powinien poczuć ulgę. Jednakże widok szczupłej i uderzająco pięknej kobiety, siedzącej spokojnie na pryczy w spranym pasiaku, nie napełnił go ulgą, lecz niepohamowanym gniewem.
Niewiarygodne! Trzeba było poruszyć niebo i ziemię, żeby ją uwolnić, a ona nawet nie raczyła podnieść oczu i traktowała go, jakby był lokajem, który właśnie przyszedł spełnić jej zachcianki. Może była za głupia, by zrozumieć niebezpieczeństwo, w jakim się znalazła. A może po prostu była przyzwyczajona do tego, że tatuś zawsze ratował ją z opresji, i nic sobie z tego nie robiła?
Dopiero gdy obróciła głowę i ciemne rzęsy uniosły się, by na niego popatrzeć, Kamal zorientował się, że za maską chłodnej blond piękności kryje się przerażone i bezradne stworzenie. Na bladym jak alabaster czole lśniły drobne kropelki potu, a sztywno wyprostowane plecy świadczyły o skrajnym napięciu.
Przez chwilę rozważał, czy nie należy jej współczuć, ale odrzucił ten pomysł. Przerażona czy nie, Hannah Latimer wpakowała się w kłopoty na własne życzenie.
W lot zrozumiał, dlaczego mężczyźni uganiają się za nią, i to pomimo krążących o niej opinii. Sam niemal uległ jej urokowi, ale potem Hannah odezwała się i głos, chłodny jak lód, rozwiał wszelkie złudzenia. Mieszanina pogardy i poczucia wyższości wylewała się z każdego wypowiadanego przez nią słowa. Z takim nastawieniem na pewno nie mogła liczyć na życzliwość, tym bardziej tutaj.
– Muszę się widzieć z… – Hannah urwała, a jej błękitne oczy otworzyły się szerzej, gdy zrozumiała, że nie stoi przed nią strażnik z tacą i odpychającą szarawą breją, którą serwowano jej tutaj rano i wieczorem.
Mężczyzna stojący naprzeciw niej był tak wysoki, że musiała zadrzeć głowę, by lepiej mu się przyjrzeć. Nie nosił też munduru ani broni. Był za to gładko ogolony i miał na sobie białą powłóczystą szatę. Tkanina pachniała świeżością i Hannah z prawdziwą przyjemnością wciągnęła powietrze nosem. Mężczyzna miał przewieszoną przez ramię niebieską chustę czy może płaszcz, co wyglądało raczej dziwnie, biorąc pod uwagę okoliczności. Jej wystraszone spojrzenie powędrowało ku jego twarzy.
Gdyby nie blizna, która odcinała się bielą od ciemniejszej twarzy, i nos, który wyglądał na złamany w przeszłości, mężczyznę można by uznać za wzór doskonałości. Hannah zapatrzona w jego pełne usta, spłoszyła się, gdy mężczyzna wyciągnął ku niej rękę i powiedział czystą angielszczyzną, niemal bez śladu obcego akcentu.
– Chciałbym, żeby pani to na siebie włożyła, Miss Latimer.
Na dźwięk chłodnego, pozbawionego emocji głosu, Hannah poczuła skurcz w żołądku.
– Nie! – wyszeptała drżącymi ustami.
W jej przekonaniu mężczyzna uosabiał wszystkie koszmarne myśli, które do tej pory udawało jej się trzymać z dala od świadomości. W jednej chwili przypomniała sobie lepkie spojrzenia przesłuchujących ją oficerów. A także relacje o zaginionych jeńcach, torturach i…
Ludzie w jej sytuacji znikali. Taka była prawda.
Wpatrzona w tkaninę, której błękit działał na nią niemal hipnotyzująco, Hannah zerwała się na równe nogi. Zbyt szybko. Pomieszczenie zawirowało przed jej oczami. Niebieska chusta, brudna biel ścian, zimne kafelki zlały się w jedno i Hannah zamknęła powieki, czując, że spada w otchłań.
– Oddychaj! – Miękkie jak wata nogi ugięły się pod nią. Mężczyzna pomógł jej usiąść i przytrzymywał, by nie przewróciła się na bok.
– Nie chcę się przebierać – powiedziała z trudem, przypominając sobie jak przez mgłę jego słowa.
Poczuła, jak męskie dłonie łagodnie, ale stanowczo zaciskają się na jej barkach. Kamal starał się panować nad gniewem. Nie chciał tu być i nie chciał robić tego, co zrobić musiał. Wzdragał się przed współczuciem dla tej kruchej kobiety, która była odpowiedzialna za całą sytuację.
Czy odczuwała wyrzuty sumienia? To nie pierwszy raz, kiedy przez swoją lekkomyślność sprowadziła na innych kłopoty. Czy kiedykolwiek tego żałowała? Może wtedy, gdy jakiś dociekliwy dziennikarz powiązał wypadek samochodowy jej pierwszej ofiary z zerwanym ślubem.
Nagłówki krzyczały „Doprowadzony do rozpaczy chciał się zabić”, a do panny Latimer przylgnął przydomek ‒ Królowa Śniegu. Może gdyby okazała wtedy chociaż cień skruchy, media obeszłyby się z nią łagodniej. W końcu jej niedoszły małżonek był pod wpływem alkoholu, gdy zjechał z drogi i uderzył w skały. Hannah Latimer nie miała jednak w zwyczaju niczego żałować i ignorowała błyskające tuż przed jej twarzą flesze aparatów.
Będąc w tym czasie w Londynie, Kamal śledził tę historię. Częściowo dlatego, że znał jej ojca, a częściowo dlatego, że wiedział, jak mógł się czuć mężczyzna po rozstaniu z kobietą, z którą planował spędzić resztę życia. Nie mógł wprawdzie powiedzieć, że Amira go zostawiła… Gdyby sam nie kazał jej odejść, poślubiłaby go mimo wszystko. Dodatkowo Amira miała wszystko, czego tej kobiecie tutaj ewidentnie brakowało.
Mimo to, patrząc teraz na przybrudzoną, ale wciąż piękną twarz uwięzionej Brytyjki, czuł coś na kształt współczucia i postanowił zdusić to uczucie w zarodku.
Hannah Latimer zasłużyła na los, jaki ją czekał. Jeśli w tej historii była jakaś ofiara, to był nią on. Na szczęście nie miał romantycznych złudzeń co do istoty małżeństwa. Raz w życiu się zakochał i stracił ukochaną. Drugi raz nie zamierzał popełnić tego samego błędu.
Małżeństwo zaaranżowane w zupełności mu pasowało.
Mimo to gdzieś w głębi ducha wyobrażał sobie, że jego żona będzie kimś, kogo mógłby szanować.
Dlaczego ta rozpuszczona dziewucha nie mogła odnaleźć sensu życia w zakupach? Nawet gdyby doprowadziła się tym do ruiny, Kamal był pewny, że tatuś wyratowałby ją z opresji bez jego pomocy. Zamiast tego Hannah Latimer postanowiła zostać aniołem miłosierdzia. Czuł, że do tej decyzji mogło doprowadzić rozbuchane ego ukochanej córeczki bogatego ojca, ale za nic nie mógł pojąć, jaka szanująca się fundacja zgodziła się ją w ogóle przyjąć, nawet jako wolontariuszkę.
– Masz to na siebie tylko założyć – syknął poirytowany, widząc, że Hannah wpatruje się w niego jak osaczona przez żołdaków dziewica. Doskonale wiedział, że taka poza zupełnie do niej nie pasuje. Fakt, że panna Latimer miała za sobą sporo romansów, był w zasadzie jedynym, z którym nie miał żadnego problemu.
Hannah z trudem dźwignęła się z pryczy i popatrzyła niezwykłemu gościowi prosto w oczy.
– Jeśli mnie tkniesz, złożę zawiadomienie, a kiedy stąd wyjdę…
– Kiedy? – zapytał drwiąco. – A nie „jeśli”stąd wyjdziesz?
– Niedobrze mi.
– Jeśli chcesz stąd wyjść, rób, co mówię, i nałóż to na siebie!
Walcząc z chęcią złapania jej za ramiona i potrząśnięcia tak mocno, aż się obudzi ze swoich wyimaginowanych koszmarów, Kamal poszukiwał w myślach argumentów, które mogłyby natchnąć ją do działania.
– Twój ojciec kazał ci powiedzieć, że… – urwał na chwilę i zamknął oczy. Jak się wabił ten cholerny pies? – Olive się oszczeniła i ma pięć słodkich szczeniaczków… – dokończył z wyraźną ulgą.
Hannah znieruchomiała, a jej spojrzenie stało się mniej podejrzliwe.
– Jestem po twojej stronie, więc proszę, załóż na siebie te rzeczy. Nie możesz wyjść w pasiaku, bo zwrócisz na siebie uwagę.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 7,90 zł 9,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Tydzień wolności, Będziesz moja
Autor Carol Marinelli, Kim Lawrence
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 18.05.2018
Ilość stron 272
Oprawa Miękka
ISBN 9788327635020

Napisz recenzję