– Panno Martin, chciałbym… Czy zrobi mi pani zaszczyt i odda mi swoją rękę?
Sarah oniemiała. W pierwszej chwili nie zrozumiała, co powiedział, jak gdyby mówił po niemiecku albo w jakimś innym obcym języku.
Kiedy zrozumiała, zdenerwowała się. Wstała.
– Milordzie, mam swoją dumę i nie pozwolę, by robił pan sobie ze mnie zabawkę.
– Panno Martin. – Także wstał. – Mówię poważnie, nie mam zwyczaju bawić się ludźmi.
– A zatem oszalał pan.
– Nie sądzę. Szaleństwo nie występuje w mojej rodzinie. Mam nadzieję – sposępniał.
– Spodziewa się pan, iż uwierzę, że jest pan poważny?
– Zapewniam panią, jestem poważny.
Obserwowała jego regularną twarz, ciemnoszare oczy, ciemne włosy opadające na czoło i mocno zarysowaną szczękę. Nic nie wskazywało na to, że oszalał albo że żartuje. W ciszy, jaka zapadła po jego słowach, słychać było jedynie tykanie zegara.
– Skoro pan nie oszalał ani nie robi sobie ze mnie zabawki, musi pan mieć jakiś powód swojej decyzji.
– Potrzebuję kogoś, kto zaopiekuje się Elizabeth.
– Wystarczą do tego guwernantki.
– Mają zwyczaj odchodzenia z pracy.
– Małżeństwo to raczej niecodzienny sposób zapewnienia kontynuacji.
– Zgadzam się – powiedział.
Uniosła ze zdziwienia brwi.
– Moja córka jest… milcząca.
– To generalnie cecha godna pochwały u dzieci.
Nie odpowiedział od razu.
– Od pół roku nie powiedziała ani jednego słowa. Jej milczenie denerwuje guwernantki. Kiwa się kompulsywnie, a ostatnio zaczęła się huśtać na koniu na biegunach.
– To przykre. Jest chora?
– Mam dwoje dzieci – stwierdził pozbawionym emocji głosem. – Ich matka wyjechała do Francji z kochankiem i tam je zabrała. Potem została zgilotynowana.
– Straszne. – Sarah zadrżała, przerażona obojętnym tonem, jakim mówił.
– Dzieci były przetrzymywane dla okupu. Zapłaciłem go i Elizabeth do mnie wróciła.
– A syn?
– Nie wiem, co się z nim dzieje.
Zapadło milczenie. Pierwsza przerwała je Sarah.
– Nadal nie rozumiem, jak ślub ze mną mógłby pomóc panu rozwiązać tę sytuację.
– Prawdopodobnie nie pomoże. Ale ma pani pewne cechy… Mówi pani po francusku.
– Tak. Matka mnie nauczyła, ale jakie miałoby to znaczenie?
– Elizabeth przebywała dwa lata poza Anglią. Przypuszczam, że osoba, która się nią opiekowała, mówiła po francusku.
– Sądzi pan, że będzie bardziej skłonna do mówienia w tym języku.
– Nie wiem. Zawsze była raczej milcząca. – Zamilkł ponownie, po czym kontynuował: – Moja cioteczna babka Clara żąda, abym się ożenił.
– Co? – nie zrozumiała.
– Jest stara, bardzo bogata i chce, żebym się ożenił.
– Dlaczego miałaby chcieć, żeby ożenił się pan ze mną?
– Nie chodzi jej o panią, chce, żebym się ożenił z kimkolwiek.
– Ale dlaczego?
– Uważa, że tak będzie lepiej dla Elizabeth. Ona jest zdania, że powinienem skoncentrować się na żyjącym dziecku i poniechać poszukiwań syna.
– A ona zaprzestałaby poszukiwania własnego siostrzeńca?
– Według niej, sprawa jest beznadziejna – w jego głosie zabrzmiało wreszcie jakieś uczucie, był nim ból. – Chciałaby, abym pomyślał o przyszłości i odbudował swoje życie.
Znowu zapadło milczenie. I znowu przerwała je Sarah.
– Jeśli pan jest niechętny małżeństwu, dlaczego ustępuje pan żądaniu ciotki?
– Z przyziemnych względów. Chodzi o pieniądze. Wypłata okupu i koszty poszukiwań Edwina nadszarpnęły moją sytuację finansową, a nie chciałbym nadmiernie eksploatować swoich dzierżawców.
– Więc wybrał pan mnie.
– Nie jestem okrutny. Byłoby okrucieństwem, gdyby ktoś taki jak ja, wiązał się z młodą dziewczyną.
Zegar wybił godzinę.
– Ale ze mną nie? – zapytała w ciszy, jaka zapadła po umilknięciu zegara.
– Wydaje mi się, że pani życie jest obecnie trudne.
– I nie mam nic do stracenia. – Konstatacja zabolała Sarah, chociaż była prawdziwa. – Nie bierze pan pod uwagę, że ja również mogłabym nie być zainteresowana małżeństwem?
– Wszystkie kobiety są zainteresowane małżeństwem.
Sarah pomyślała o Crawfordach i lordzie, i lady Eavensham.
– Według moich obserwacji, małżeństwo rzadko sprzyja szczęściu.
– Byłbym skłonny się z panią zgodzić. W pani przypadku jednak będzie lepsze niż życie w tym zimnym, nieprzytulnym domu ze starą i być może niezbyt zrównoważoną samotniczką.
Sarah oburzyły te dosadne słowa.
– Nie wyszłabym za mąż wyłącznie dla poprawy swojej sytuacji życiowej.
– Dość oryginalna postawa.
Jego sarkazm budził w niej jeszcze większą niechęć niż poprzednia szorstkość.
– Mimo to propozycja obowiązuje, jeśli zechce ją pani rozważyć – powiedział.
Sarah wiedziała, że to szaleństwo. Nie wychodzi się za mąż za mężczyznę poznanego czterdzieści osiem godzin wcześniej, którego nie zdążyło się polubić, a co dopiero pokochać. Na dodatek mężczyznę zgorzkniałego, do czego sam się przyznaje. Ale…
– Gdzie zamieszkalibyśmy?
– W Londynie i w…
Sarah przestała słuchać. Potrafiła myśleć tylko o tym, że znajdzie się w Londynie. Tam gdzie jest Charlotte.

Langford wyszedł. Sarah słyszała jego energiczne kroki na korytarzu. Skrzypnęły i zaraz potem trzasnęły frontowe drzwi. Podeszła do okna, przywarła twarzą do chłodnej szyby. Widziała, jak wskakiwał na konia. Jego ciemne włosy wyglądały jak czarne. Poruszał się płynnie, kołysząc szerokimi ramionami i wąskimi biodrami. Powinna odprowadzić go do wyjścia, pomyślała poniewczasie. Albo poprosić panią Tuttle, by to zrobiła.
Nie popisała się towarzysko. Jakie to jednak miało znaczenie wobec faktu, że ten mężczyzna, par Anglii i hrabia, poprosił ją, pannę Sarah Martin, by została jego żoną. Wydawało się to niewiarygodne. Było niewiarygodne.
Czyżby krył się za tym zawsze skłonny do żartów Kit? Nie, Kit miewał różne pomysły ale nie był okrutny. Zresztą lord Langford nie był kimś, kto dałby się wykorzystywać do tego rodzaju żartów.
Nie, Langford oświadczył się, a Sarah nie miała powodów, by nie wierzyć, że propozycja była poważna, bez względu na to, jak prozaiczna motywacja za nią stała.
Spojrzała na wiszącą nad kominkiem podobiznę zmarłego pana Crawforda, jej ojca. Nie żył już od pięciu lat. Nigdy nie łączyła ich bliskość. Był sporo starszy od jej matki. Kiedy pojawił się w małym londyńskim domu, gdzie mieszkały, sprawiał raczej wrażenie gościa niż kogoś bliskiego.
Ale zajął się nią po śmierci matki, kiedy mieszkańcy maleńkiego domu musieli się rozproszyć. Charlotte nie miała tyle szczęścia. Nie znała nawet nazwiska swojego ojca i nie miała gdzie się podziać.
– Sarah? Czy to już pora lunchu?
Sarah podskoczyła na dźwięk gderliwego głosu pani Crawford.
– Nie. To znaczy tak. Przepraszam.
– Widzę, że się rozmarzyłaś. Te towarzyskie okazje, jak przedwczorajsza kolacja, skłaniają cię do oddawania się frywolnym myślom. Marzenia kolidują z poważnym myśleniem.
– Staram się myśleć poważnie – uśmiechnęła się blado Sarah.
– Niekiedy martwię się, że źle cię wychowałam i że twoje naturalne dyspozycję wezmą w tobie górę.
– Pani Crawford, zrobiła pani wszystko, co w pani mocy, żeby przekazać mi samo dobro i wykorzenić ze mnie wszelkie skłonności do frywolności. Proszę usiąść, przyniosę pani coś do jedzenia i filiżankę herbaty.
– Zaparz tylko trochę herbaty, musimy oszczędzać.
– Naturalnie.
– Czy miałyśmy gościa? Słyszałam rozmowę.
Wymijająca odpowiedź nie mogła przejść Sarah przez usta. Miało mocno zakorzeniony nakaz szczerości.
– Tak. Był lord Langford. Przebywa w gościach w Eavensham.
– Dżentelmen. Powinnaś mnie zawołać. Nie do pomyślenia, że zabawiałaś go sama. Co ludzie powiedzą. W jakim celu cię odwiedził?
– Na prośbę lady Eavensham. – Szczerość Sarah miała granice.
Pani Crawford pokiwała głową.
– Pójdę przynieść herbatę. – Sarah pochyliła się i pocałowała panią Crawford w czoło.
– Co to ma znaczyć? Nie lubię takiej wylewności – żachnęła się stara.
– Chciałam pani tylko podziękować – odpowiedziała Sarah.
– Wystarczy jak mi przyniesiesz filiżankę gorącej herbaty.

Godzinę później Sarah szła do stodoły. Zawsze z ulgą wychodziła z domu, dzisiaj jednak potrzeba wytchnienia była silniejsza niż kiedykolwiek.
Jeśli wyjdzie za Langforda, pojedzie do Londynu. Ta myśl była podniecająca jak widok ogni sztucznych w ogrodach Vauxhall.
Zatopiona w myślach usiadła na trójnogim stołku i zabrała się do dojenia krowy.
Będąc w Londynie, może odszukać siostrę. Zamknęła oczy, żeby sobie przypomnieć Charlotte taką, jaką zapamiętała tuż po śmierci matki. Wysoką, piętnastoletnią dziewczynkę z jasnymi włosami i bladą twarzą kontrastującą z czarnym żałobnym ubraniem.
Krowa poruszyła się niespokojnie, zadzwonił dzwonek uwiązany u szyi.
– Przepraszam, rozmarzyłam się. Muszę podjąć taką ważną decyzję, trudno mi nawet uwierzyć, że to możliwe. Naprawdę mogłabym za niego wyjść? Co ja o nim wiem? To, że jest dość miły w obejściu i na pewno nie stara się mi schlebiać.
Krowa odwróciła w jej stronę głowę, oblała ją gorącym oddechem.
– Będzie mi cię brakowało – Sarah pogłaskała zwierzę.
Do kąta przebiegła mysz i ukryła się w słomie. Skąd zwierzęta instynktownie wiedzą co robić? Kto je nauczył budować gniazda, znajdować pożywienie?
Czy nie jest łatwiej, kiedy nie ma się rozumu i działa instynktownie? I co ona by zrobiła, gdyby nie miała rozumu, tylko instynkt? Odpowiedź był łatwa. Jedna potrzeba górowała nad wszystkim innym.

Sarah nie zapomniała o króliku i kilku swoich rzeczach, których nie zabrała ze sobą, kiedy w pośpiechu szła ratować lisy. Po wydojeniu krów ruszyła znajomą drogą do Eavensham.
Droga nic się nie zmieniła od wczoraj. Pachniała trawą i liśćmi, ziemia była nasączona wodą, niewidoczne ptaki ćwierkały w listowiu drzew.
Nie wiadomo dlaczego Sarah poczuła złość, że wszystko pozostaje takie niezmienne, podczas gdy jej świat przewraca się do góry nogami, a ona staje się igraszką losu.
Podobnie czuła po śmierci matki, kiedy całe miasto żyło swoim życiem, podczas gdy ona musiała się zmagać z tragedią. Wiedziała, że takie myślenie jest egocentryczne, lecz czyż nie jest tak, że najbliższa ciału jest nasza koszula?
W Eavensham stwierdziła, że królik uniknął garnka, głównie dzięki pomywaczkom, które schowały go w skrzynce pod zlewem. Sarah oczyściła skrzynkę, zawinęła królika w szal, tak żeby jego tylne nogi były unieruchomione.
Każdego innego dnia nie unikałaby spotkania z lady Eavensham, a nawet jej gośćmi, dzisiaj jednak chciała jak najszybciej wrócić do domu pani Crawford. Dlatego pożegnała się z dziewczynami kuchennymi i z walizką oraz królikiem pod pachą wymknęła się do parku.
– Panno Martin!
– Milordzie. – Zatrzymała się.
Była tak zaabsorbowana myślami, że o mały włos zderzyłaby się z nim. Szedł ze stajni.
– Nie spodziewałam się pana.
– Co pani trzyma pod pachą? Królika? Udało mu się uniknąć garnka?
– Tak.
– Mogę odprowadzić panią do domu czy zostaje pani na kolację?
– Nie, dzisiaj pani pastorowa uzupełnia liczbę gości przy stole, gdyż jej mąż wyjechał.
Zapadło milczenie. Sarah czuła się bardzo niezręcznie. O czym rozmawiają ze sobą narzeczeni?
– Mogę odprowadzić panią do domu? – ponowił pytanie.
– Jestem pewna, że trafię sama – powiedziała i poniewczasie zdała sobie sprawę, że wyszło niegrzecznie.
– Jestem tego pewny, lecz chciałbym mieć okazję poznać panią bliżej.
– Nikt panu nie doradził, by zrobić to, zanim mi się pan oświadczył? – Zagryzła wargi. Chciała zażartować, a wyszło jeszcze gorzej niż poprzednio.
– Nikt, lecz ja i tak nie słucham niczyich rad. – Rozciągnął w uśmiechu usta, co świadczyło o tym, że pomimo swojej szorstkości miał poczucie humoru.
Skierowali się w stronę lasu. Szli w milczeniu puszystym trawnikiem. Po chwili zapytał:
– Więc, panno Martin, mógłbym zapytać, jakie są, poza ratowaniem zwierząt, pani zainteresowania? Haftuje pani, gra na fortepianie?
– Właściwie ani jedno, ani drugie.
– Maluje pani akwarele?
– Nie. – Zatrzymała się gwałtownie.
– O co chodzi, panno Martin?
– Lordzie Langford, nie potrafię prowadzić z panem uprzejmej konwersacji. Pańska propozycja małżeńska dzieli nas jak słoń.
– Słoń? – Uniósł brwi i tym razem uśmiech objął także jego oczy.
– Moja mat… moja krewna tak nazywała coś, o czym ktoś myślał, ale nie śmiał mówić o tym na głos.
– Pani krewna miała wyobraźnię. A co, pani zdaniem, jest naszym słoniem?
– Pańska propozycja małżeńska i moja odpowiedź. A może już pan uznał, że był to niedorzeczny pomysł i chciałby się pan teraz ze swojej propozycji wycofać.
– Nie, nie waham się i nie wycofuję raz złożonej propozycji.
– Oczywiście. – Wiedziała, że dla niego honor jest najważniejszy.
– Więc rozważyła pani moją propozycję?
– Rozważyłam. – Postarała się, żeby nie zadrżał jej głos.
Nad głowami zaćwierkał ptak, przeleciał jastrząb. Cisza panowała taka, że słychać było ruch jego skrzydeł.
– I?
– Tak, brzmi moja odpowiedź.
Sebastian poczuł skurcz żołądka. Nie wiedział, czy z nerwów czy z podniecenia. Obie emocje, wszelkie emocje, poza bezbrzeżną rozpaczą, były mu od dawna obce.
– Jestem zaszczycony.
– Nonsens – wróciło jej ożywienie. – Jeśli nasze porozumienie ma przynieść owoce, musimy być wobec siebie szczerzy. Wątpię, czy jest pan zaszczycony. Zadowolony, co najwyżej.
– Pani zawsze mówi tak prosto z mostu?
– Na ogół. – Spojrzała nań ze zmarszczonym czołem. – Muszę pana prosić o jedną grzeczność. Niechętnie, bo wiem, że to będzie kosztowało.
– Niech się pani nie martwi, panno Martin, będzie pani miała własne środki na biżuterię i fatałaszki.
– Dziękuję, ale nie o to chodzi, lecz o moją opiekunkę, panią Crawford. Nie mogę zostawić jej samej. Ona wymaga opieki. Boję się, że się zagłodzi albo umrze z wychłodzenia.
– Chce pani, żeby pojechała z nami?
– Nie. Co prawda, myślałam o tym, lecz ona musi pozostać w znanym jej otoczeniu, inaczej będzie jeszcze bardziej zdezorientowana. Miałam nadzieję, że moglibyśmy zapewnić jej kogoś do towarzystwa, gdyby nie okazało się to nadmiernie kosztowne. Wiem, że pańskie finanse są napięte…
– Mogę zapewnić jej opiekunkę.
– Myśli pan, że znajdzie się ktoś gotowy podjąć się takiego zajęcia? Ona potrafi być trudna.
– Pieniądz jest zazwyczaj doskonałą zachętą – powiedział, świadomy, że pieniądz nie pomógł mu zatrzymać guwernantki.
– Mam wyrzuty sumienia, że ją opuszczam, ale ja muszę… – ugryzła się w język.
– Tak?
– Nic. Będę ją odwiedzała, gdy tylko będę mogła.
– Naturalnie. Będzie pani mogła przyjeżdżać tutaj tak często, jak pani zechce.
Dalej szli wysadzaną drzewami drogą w milczeniu dopóty, dopóki panna Martin nie przerwała milczenia w swój bezpośredni sposób.
– Kiedy, pańskim zdaniem, odbędzie się nasz ślub?
– Porozmawiam z pastorem i postaram się o zgodę na ślub bez zapowiedzi. Spodziewam się, że będziemy mogli pobrać się w poniedziałek.
– W poniedziałek? Najbliższy?
– Dzięki temu odpadnie nam konieczność angażowania przyzwoitki na podróż do Londynu i przyspieszymy nasze plany. Czy to pani odpowiada?
– Nie mam żadnych planów na poniedziałek – zażartowała.
Oboje roześmieli się.
– Muszę poprosić pani opiekunkę o pani rękę.
– Wypadałoby. – Spoważniała. Wyglądało na to, że bardziej się tym zmartwiła niż wiadomością, że za tydzień wyjdzie za mąż. – Nie wiem, jak ona to przyjmie. Niech pan nie wstępuje dzisiaj. Jest już za późno. Ona jest bardziej przytomna z rana.
– Dobrze. Niech się pani o nic nie martwi. Nie widzę powodu, dla którego nie miałaby aprobować naszego związku. Na marginesie, otworzę pani kredyt u miejscowej krawcowej, żeby mogła pani zamówić sobie suknię ślubną.
– Nie pomyślałam o tym. Wątpię, czy panna Simpson zdąży uszyć suknię tak szybko.
– Jak już powiedziałem, pieniądz jest doskonałą zachętą.
– Ma pan marne zdanie o naturze ludzkiej – zauważyła.
Uśmiechnął się. Przez całe życie ludzie nadskakiwali mu z powodu jego wysokiej pozycji towarzyskiej, pieniędzy, a ostatnio z powodu jego drażliwości.
– Powiedziałbym, raczej realistyczne.
– Ale ludzie potrafią być także życzliwi i współczujący – stwierdziła cicho i uniosła na niego wzrok.
Miała długie i ciemne rzęsy, kontrastujące z bielą policzków. Jego swoboda ulotniła się. Nie powinien dostrzegać takich szczegółów jak kolor jej oczu, długość rzęs i mleczna gładkość karnacji, tak pociągająca, że miał ochotę dotknąć jej policzka.
– Ludzie dają wyraz uczuciom, gdy leży to w ich interesie. Ale skoro rozmawiamy o uczuciach i motywacjach ludzkich, to muszę pani przypomnieć, że nasze małżeństwo jest oparte na dobrze pojętym obopólnym interesie.
– Obopólnym interesie? – powtórzyła nie bez drwiny.
– A tak. Ja zyskuję matkę dla swojego dziecka i dostęp do sakiewki mojej ciotecznej babki, pani ucieka od swojego niewdzięcznego losu. Uczucia nie mają z tym nic wspólnego.
– I nie czuje się pan oszukany?
– Niby dlaczego?
– Większość mężczyzn wolałoby przynajmniej lubić swoją żonę.
– Większość mężczyzn nie była świadkiem niewierności swoich rodziców, a ich żony nie uciekły z Francuzami, zabrawszy ze sobą dzieci. Romans jest zbyt kruchą podstawą dożywotniego kontraktu.
Zacisnął szczęki. Żałował wypowiedzianych słów? Jego zgorzknienie było oznaką słabości.
Wyszli na polankę. Tu kończył się las i zaczynała ziemia Crawfordów. Zatrzymali się jakby na dany znak, stanęli naprzeciwko siebie.
– Postaram się, żeby w naszym małżeństwie nie było żadnych uczuć. Mogę nabrać pewnych irytujących zwyczajów, jeśli to może pomóc – powiedziała z rozbawieniem w swoich czystych, szczerych oczach.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł 7,90 zł 2 dni
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 7,90 zł 9,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Nieproszona miłość
Autor Eleanor Webster
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 08-06-2018
Ilość stron 272
Oprawa Miękka
ISBN 9788327636447

Napisz recenzję