Australijskie ranczo - Sharon Kendrick

Helikopter widoczny na bezchmurnym niebie z ogłuszającym łoskotem schodził do lądowania. Po piersiach zdenerwowanej Sophie spłynęła kropelka potu.
– Przyleciał – stwierdził Andy, gdy śmigła znieruchomiały. – Nie martw się tak, Sophie. Rafe Carter nie gryzie, tylko nie znosi głupoty. Pamiętaj o tym, a wszystko będzie w porządku, jasne?
– Jasne – powtórzyła grzecznie, ale gardło wciąż miała zaciśnięte ze zdenerwowania.
Andy zbiegł z werandy i poszedł w stronę helikoptera, z którego wysiadał potężnie zbudowany mężczyzna. Na chwilę zatrzymał się w drzwiach, spojrzał na horyzont, potrząsnął głową na widok blondynki z dużym biustem w niebieskim mundurze, która próbowała zwrócić na siebie jego uwagę, i zeskoczył na ziemię. W nienagannym garniturze wyglądał jak typowy mieszczuch; podobnie jak drogi helikopter, wydawał się zupełnie nie na miejscu w pylistym australijskim interiorze. Od razu było widać, że to multimilioner. Był właścicielem jednej z największych na świecie firm telekomunikacyjnych, a to wielkie ranczo kupił tylko dla rozrywki.
Rafe Carter. Nawet jego nazwisko brzmiało seksownie. Sophie wiedziała, co mówili o nim pracownicy. Nadstawiała ucha na wszystkie plotki, choć bardzo uważała, by się nie zdradzić z tą ciekawością, bo szybko się przekonała, że jeśli chce zachować swoją tożsamość w tajemnicy, powinna się jak najmniej odzywać, ubierać się absolutnie przeciętnie i pod każdym względem wtapiać się w tło. W żadnym razie nie mogła wypytywać o człowieka, który był właścicielem rancza rozciągającego się aż po horyzont. Wiedziała tylko, że jest bardzo bogaty, lubi samoloty, sztukę i piękne kobiety oraz że jest miłośnikiem australijskiej prowincji. Nie sądziła jednak, że okaże się aż tak hipnotyzujący.
Zamienił kilka słów z Andym i razem ruszyli w stronę domu. Helikopter znów wzbił się w niebo. Na werandzie było gorąco. Choć nie minęło jeszcze południe, brakowało już skali w termometrze. Odkąd nadeszło lato, Sophie nieustannie miała wrażenie, że mieszka w ogromnej saunie. Otarła spocone dłonie o bawełniane szorty, zastanawiając się, dlaczego przyjazd Rafe’a Cartera tak mocno wytrącił ją z równowagi, zupełnie jakby świat miał się zawalić. Czy chodziło o lęk, że Carter ją rozpozna, że domyśli się, kim Sophie jest naprawdę, i odkryje, do czego się posunęła, żeby uciec ze złotej klatki i nadać swojemu życiu jakiś sens? Nigdy dotychczas go nie spotkała, ale nie mogła wykluczyć, że widział jej zdjęcie w jakiejś gazecie.
Co by się stało, gdyby ją rozpoznał? Przez jej umysł przebiegła seria niepokojących scenariuszy. Z determinacją zacisnęła pięści. Nie, nie pozwoli, by którykolwiek z tych scenariuszy się urzeczywistnił. Nie może do tego dopuścić. Po raz pierwszy w życiu była zdana na własne siły i prowadziła proste, anonimowe życie. Nikt tu nie wiedział, kim jest, i nikogo to nie obchodziło. Nikt nie śledził każdego jej kroku. Takie życie wydawało jej się niezmiernie ekscytujące, ale wiedziała, że to już nie potrwa długo. Brat postawił jej ultimatum. Musiała wrócić na Isolaverde, najlepiej jeszcze przed Bożym Narodzeniem, a najpóźniej przed dziewiętnastymi urodzinami młodszej siostry, które przypadały w końcu lutego. Wiedziała, że gdy ta sielanka się skończy, będzie jej brakowało poczucia spokoju i wolności, jakiego zaznała w tym odległym od całego świata miejscu. Musiała wrócić tam, skąd uciekła, i stawić czoło własnej przyszłości, ale chciała to zrobić na swoich warunkach i wyjechać stąd tak, jak się pojawiła – bez fanfar i zamieszania.
Upał zalegał nad werandą jak ciężki koc. Uciekła do kuchni, gdzie działała klimatyzacja, ale niewiele to pomagało. Powachlowała twarz ręką i usłyszała ciężkie męskie kroki.
– Sophie! Chodź, poznasz szefa – zawołał głos z wyraźnym australijskim akcentem i w drzwiach kuchni stanął uśmiechnięty Andy, a nad jego ramieniem majaczyła surowa twarz Cartera. Sophie wiedziała, że niegrzecznie jest się gapić, ale nie była w stanie oderwać od niego wzroku. Z bliska wydawał się jeszcze atrakcyjniejszy. Jego twarz o wyraźnej strukturze kości była uderzająco piękna, Sophie dostrzegała w nim jednak coś mrocznego i niepokojącego i zastanawiała się, czy on zdaje sobie sprawę, jak działa na kobiety. Czy wiedział, że zaschło jej w ustach, a piersi nabrzmiały, jakby chciały się wyrwać spod taniej bielizny? Poza tym jakim cudem wyglądał tak świeżo w garniturze?
Jakby czytając w jej myślach, zsunął marynarkę z szerokich ramion i ukazał imponujący tors przysłonięty śnieżnobiałą jedwabną koszulą. Kolejna kropelka potu spłynęła po piersiach Sophie, gdy napotkała spojrzenie jego stalowoszarych oczu. Przymrużył je z namysłem, obrzucając ją wzrokiem od stóp do głów. Niepokój Sophie zmienił się w oburzenie. Nie przywykła, by mężczyźni gapili się na nią tak otwarcie.
Andy swobodnie machnął ręką w jej stronę.
– Rafe, to jest Sophie. Mówiłem ci o niej. Gotuje dla nas już od prawie sześciu miesięcy.
– Sophie?
To było pierwsze słowo, jakie wypowiedział. Głos miał jak ciemny jedwab. Spojrzał na nią pytająco. Sophie uśmiechnęła się ze zdenerwowaniem. Wiedziała, że nie powinna się wahać; wahanie było niebezpieczne.
– Doukas. Sophie Doukas. – Użyła nazwiska swojej greckiej babki. Mogła sobie na to pozwolić, bo nikt tutaj nie widział jej dokumentów. Udawało jej się skutecznie odwracać uwagę wszystkich, którzy chcieli je zobaczyć, tak długo, aż w końcu o tym zapominali.
Stalowe spojrzenie wyostrzyło się.
– To niezwykłe nazwisko – zauważył.
– Tak. – Musiała zmienić temat. Odchrząknęła i zdobyła się na uśmiech. – Na pewno chce się panu pić, panie Carter. Ma pan ochotę na herbatę?
– Już myślałem, że nigdy mi tego nie zaproponujesz – odrzekł przeciągle, z wyraźną przyganą. – Mów mi: Rafe.
– Rafe – powtórzyła, myśląc jednocześnie: weź się w garść. To twój szef, masz być miła i posłuszna. Zdobyła się na kolejny uśmiech. – Zaraz się tym zajmę. Andy, ty też się napijesz?
Menedżer potrząsnął głową.
– Nie, dziękuję. Poczekam na przerwę śniadaniową. Rafe, będę na zewnątrz. Oprowadzę cię, kiedy wypijesz herbatę.
Wyszedł, zostawiając ją samą z Rafe’em Carterem. Kuchnia naraz wydała jej się za ciasna. Jego oczy nie schodziły z niej nawet na chwilę, śledząc każdy jej ruch. Sophie miała wrażenie, że jego spojrzenie przeszywa ją jak laser. Czajnik, który trzymała w ręku, wydawał się niedorzecznie ciężki. Po co tu przyjechał? – zastanawiała się, zalewając imbryk wrzątkiem. Andy mówił, że ma się pojawić dopiero wiosną. Z pewnością nikt nie spodziewał się go przed Bożym Narodzeniem.
Wyjęła kubek z szafki. Łatwo było zapomnieć o Bożym Narodzeniu w tropikalnym klimacie Australii, wśród bujnej zieleni, ptaków i zwierząt, jakie wcześniej widywała tylko w filmach przyrodniczych. Ale ponieważ wszyscy się tego domagali, próbowała ozdobić dom papierowymi łańcuchami, plastikowymi gałązkami ostrokrzewu i tanią choinką z folii aluminiowej, którą kupiła w miejscowym sklepie. Wyglądało to tandetnie, ale zarazem tak niedorzecznie, że pomogło jej zapomnieć o wszystkich rzeczach związanych z Bożym Narodzeniem, do jakiego przywykła.
Teraz jednak znów wróciły do niej obrazy z poprzedniego życia. Boże Narodzenie na wyspie Isolaverde. Grzane wino, złote półmiski pełne słodyczy, pośrodku sali tronowej ogromna choinka ozdobiona prawdziwymi świecami, które zapalały legiony wiernej służby, a pod choinką wielka sterta prezentów, które obydwoje z bratem co roku rozdawali wszystkim dzieciom z miasta. Przypomniała sobie ich uradowane twarzyczki i naraz poczuła się bardzo samotna. Łatwo byłoby poddać się i wrócić do domu, ale nie chciała tego robić – jeszcze nie. Najpierw musiała się dowiedzieć, czego właściwie chce od życia.
Szybko zamieszała w imbryku. Miała nadzieję, że Rafe zabierze swoją herbatę na zewnątrz albo pójdzie do swojego mieszkania, które mieściło się w innej części ogromnego domostwa, on jednak stał oparty o parapet z takim wyrazem twarzy, jakby się nigdzie nie wybierał. Zdawało się również, że inaczej niż większości ludzi, nie przeszkadza mu milczenie. Sophie jednak czuła się coraz bardziej nieswojo. Powiedz coś, pomyślała.
– Przyleciałeś dzisiaj z Anglii? – zapytała, nalewając mleko do porcelanowego dzbanuszka.
Nie odpowiedział jej uśmiechem.
– Nie, podróżowałem po Dalekim Wschodzie i wczoraj przyleciałem do Brisbane. A skoro byłem tak blisko, to nie mogłem tu nie zajrzeć. – W szarych oczach pojawił się błysk. – A tak w ogóle to nie mieszkam w Anglii.
Napotkała jego spojrzenie.
– Myślałam, że…
– Że mówię z angielskim akcentem?
– No tak – uśmiechnęła się blado.
– Podobno nigdy nie traci się akcentu z miejsca urodzenia, ale nie mieszkam tam już od lat. – Zmarszczył brwi. – A skoro już mówimy o akcencie, nie potrafię określić twojego. Chyba jeszcze nigdy takiego nie słyszałem. Jesteś Greczynką?
Podsunęła mu pod nos dzbanuszek z mlekiem i zapytała lekko:
– Mleko, cukier?
– Nie, dziękuję. Piję bez dodatków.
Podała mu herbatę, starając się nie gapić na jego nogi w opiętych ciemnych spodniach. Wolałaby, żeby zmienił pozycję. Zwykle nie gapiła się tak na mężczyzn. Nie należała do drapieżnych kobiet. Od urodzenia pozostawała pod ostrzałem kamer i musiała się nauczyć opanowania. Ale nawet mężczyzna, z którym była zaręczona i którego powszechnie uważano za jedną z najseksowniejszych osób na świecie, nie wzbudzał w niej aż takiego zainteresowania i nie powodował szybszego bicia serca.
Strzepnęła ze stołu nieistniejące okruchy.
– Więc gdzie mieszkasz?
– Przeważnie w Nowym Jorku, chociaż kiedy kupiłem to ranczo, przez pewien czas mieszkałem tu na stałe. Właściwie mieszkam w różnych miastach. Wciąż jestem w drodze. Można mnie chyba nazwać miejskim cyganem. – Pił herbatę, przez cały czas patrząc na nią kpiąco znad brzegu kubka. – Nie odpowiedziałaś jeszcze na moje pytanie.
Spojrzała na niego z udawanym niezrozumieniem. Miała nadzieję, że zdążył już zapomnieć.
– Przepraszam, ale o co pytałeś?
– Pytałem, czy jesteś Greczynką.
Nie chciała kłamać, ale nie mogła powiedzieć mu prawdy, bo to byłby koniec jej anonimowego życia. Musiałaby odpowiedzieć na mnóstwo pytań, a nie miała pojęcia, co właściwie mogłaby powiedzieć. Jestem księżniczką, która nie chce już być księżniczką? Wychowałam się w pałacu, nigdy dotychczas nie prowadziłam normalnego życia i chciałam się przekonać, czy potrafię sobie poradzić bez barier ochronnych, które otaczały mnie przez wszystkie dotychczasowe lata?
Spojrzała w jego chłodne oczy.
– Moja babcia była Greczynką i grecki jest moim pierwszym językiem.
Jego spojrzenie stało się jeszcze uważniejsze.
– Mówisz jeszcze w jakimś innym języku?
– Oczywiście po angielsku.
– No tak. I to już wszystko?
Przesunęła językiem po ustach.
– Daję sobie radę z włoskim i z francuskim.
– Jesteś doskonale wykształcona jak na kogoś, kto przez ostatnie kilka miesięcy smażył steki i smarował chleb masłem dla robotników na ranczu.
– Panie Carter, nie zdawałam sobie sprawy, że znajomość języków jest przeszkodą w pracy kucharki na ranczu.
Ich spojrzenia się zderzyły. Uwagi Rafe’a nie umknął wyzywający wyraz jej oczu. Widział, że stara się unikać jego pytań, i nie rozumiał, dlaczego. Wielu rzeczy nie rozumiał. Na australijskiej prowincji pracowało mnóstwo młodych dziewcząt z innych krajów, ale jeszcze nigdy nie spotkał tu kogoś takiego jak Sophie Doukas. Nie mógł zrozumieć, co ona tu robi. Wydawała się zupełnie nie na miejscu, jak brylant w koszu ze śmieciami. Andy mówił, że gdy się pojawiła, była bardzo naiwna i bez żadnego doświadczenia, ale chętna do nauki. Rafe zastanawiał się wtedy, dlaczego ten szorstki Australijczyk zatrudnił kogoś, kto zupełnie nic nie umiał robić, ale teraz, gdy ją zobaczył, zrozumiał swojego menedżera.
Dziewczyna była piękna, naprawdę piękna, i jej uroda nie była wynikiem godzin spędzonych przed lustrem ani operacji plastycznych. Było jasne, że zawsze tak wygląda, nawet gdy się o to nie stara. Wysoko osadzone kości policzkowe, oczy niebieskie jak niebo nad Queensland, ciemne włosy zebrane w lśniący koński ogon. Nie nosiła makijażu, ale tak długich rzęs nie trzeba było malować, a od jednego spojrzenia na te usta ogarniały człowieka nieprzyzwoite myśli. W dodatku ta uroda nie ograniczała się do twarzy. Jej ciało nawet ubrane wyglądało fascynująco, a rozebrane zapewne jeszcze lepiej. Nawet tania biała koszulka i absolutnie przeciętne bawełniane szorty nie były w stanie ukryć długich nóg i krągłych pośladków. Poruszała się z naturalną gracją jak tancerka. Z całą pewnością była bardzo godną pożądania kobietą i Rafe potrafił sobie wyobrazić reakcję Andy’ego, gdy tamten zobaczył ją po raz pierwszy. Żaden mężczyzna nie mógłby się jej oprzeć.
Andy jednak mówił, że dziewczyna zachowuje dystans. Nie była jedną z turystek, które rzucają się z entuzjazmem na każde nowe doświadczenie, włącznie z seksualnymi. Podobno z nikim nie flirtowała ani w żaden sposób nie dawała do zrozumienia, że miałaby ochotę na nocne życie. Menedżer mówił, że wydaje się bardzo ostrożna i potrafi zachować dystans do tego stopnia, że nikt nawet nie próbował jej podrywać.
Rafe powoli pił herbatę, coraz bardziej zaintrygowany. Czuł, że dziewczyna próbuje stworzyć między nimi dystans. To było dla niego coś nowego. Zwykle kobiety starały się do niego zbliżyć. Zastanawiał się, dlaczego Sophie Doukas jest taka ostrożna i czy właśnie dlatego go pociąga.
– Nie – stwierdził sucho. – Twoja znajomość języków jest godna pochwały, nawet jeśli na tym odludziu nie miałaś wielu okazji, żeby z niej skorzystać. Zdaje się, że będziemy dzielić mieszkanie.
Poruszyła się niespokojnie.
– Nie musimy. Zamieszkałam w tej części domu zaraz po przyjeździe, bo Andy powiedział, że nie ma sensu, żeby stała pusta i że tam jest o wiele chłodniej, ale skoro wróciłeś…
Popatrzyła mu prosto w oczy. W tym spojrzeniu nie było nawet cienia flirtu.
– Mogę się przenieść do któregoś z mniejszych mieszkań. Nie chciałabym ci zawadzać – dodała sztywno.
Rafe powściągnął uśmiech. Z całą pewnością nie próbowała z nim flirtować.
– Nie musisz tego robić. To skrzydło jest wystarczająco duże dla dwóch osób. Bez problemu możemy sobie schodzić z drogi. A poza tym nie zostanę tu długo, najwyżej jedną noc. A właśnie. – Znów oparł się o parapet i popatrzył na nią badawczo. – Andy chyba mi nie wspomniał, jak długo ty zamierzasz tu zostać.
Zauważył jej narastające zdenerwowanie. Pochyliła głowę, zabrała ze stołu łyżeczkę i zaniosła do zlewu.
– Jeszcze dokładnie nie wiem – odrzekła, zwrócona do niego plecami. – Niedługo wyjadę. Pewnie wkrótce po Bożym Narodzeniu.
– Rodzina nie będzie za tobą tęsknić w święta? A może nie obchodzicie Bożego Narodzenia?
Znów stanęła twarzą do niego. Rafe zauważył, że pobladła, a jej niebieskie oczy pociemniały. Poczuł się dziwnie winny, jakby zrobił coś złego.
– Obchodzimy – powiedziała cicho. – Ale moi rodzice nie żyją.
– Przykro mi.
– Dziękuję. – Skinęła głową.
– Nie masz rodzeństwa?
Nie odpuszczał, a ona nie przywykła do takich przesłuchań. Zwykle nikt by się nie ośmielił zadawać jej tylu pytań. Ciekawa była, dlaczego tak go to interesuje. Patrzyła na imbryk, ale kształty zacierały jej się w oczach. Wątpiła jednak, by Rafe wiedział, kim ona jest naprawdę. Nie mógł tego wiedzieć.
Uświadomiła sobie, że on czeka na odpowiedź.
– Mam młodszą siostrę i brata.
– I nie będą oczekiwać, że przyjedziesz na święta?
Potrząsnęła głową. Po wyjeździe z Isolaverde zadzwoniła do Myrona, żeby mu powiedzieć, że jest cała i zdrowa i błagać, żeby nie rozpoczynał poszukiwań. Powiedziała mu, że musiała uciec od presji po tym, co się zdarzyło, a on uszanował jej życzenie. Kilka razy udało jej się wejść do internetu i sprawdzić wiadomości. Wiadomość o jej zniknięciu nie została upubliczniona. Młodsza siostra Mary Belle przejęła jej oficjalne obowiązki. Myron chyba zrozumiał, że po tym, jak na oczach wszystkich odrzucił ją człowiek, z którym była zaręczona, Sophie czuje się zraniona i potrzebuje zaszyć się gdzieś na jakiś czas, żeby lizać rany. A może Myron był zbyt zajęty zarządzaniem królestwem na wyspie, by się nad tym wszystkim zastanawiać. Traktował swoje stanowisko bardzo poważnie.
– Daję ci pół roku na ten mały bunt – powiedział jej wtedy przez trzeszczącą linię telefoniczną. – A jeśli nie wrócisz do domu do lutego, to zacznę oficjalne poszukiwania. Potraktuj to poważnie, Sophie.
Myron miał silną potrzebę kontroli. Zresztą Sophie przez całe życie czuła się kontrolowana przez innych. Odwróciła się teraz i spojrzała w oczy Rafe’a Cartera, myśląc, że nie może pozwolić, by on również zaczął to robić. Powinna zatem zapytać go o coś, co wytrąci go z równowagi.
– A jakie są twoje plany na Boże Narodzenie? Będziesz siedział przy choince z rodziną i śpiewał kolędy?
Jego twarz ściągnęła się, a w oczach mignęło coś, co przypominało cierpienie. Zamrugała ze zdziwienia. Musiało jej się tylko wydawać.


Ucieczka do Meksyku - Jennie Lucas

Nad starym kolonialnym miastem San Miguel de Allende zwieszało się szare niebo, kiedy usłyszałam słowa, które przez ostatni rok prześladowały mnie w koszmarach sennych.
‒ Szukał cię jakiś mężczyzna, Leno.
Popatrzyłam na swoją sąsiadkę i niemal się zachwiałam z pięciomiesięcznym synkiem na ręku.
‒ Co?
Kobieta uśmiechnęła się.
‒ Gracias... Pozwoliłaś mi pilnować Miguelita. To przyjemność...
‒ A ten mężczyzna... jak wyglądał?
‒ Muy guapo. Przystojny. Ciemnowłosy i wysoki.
To mógł być każdy. W starym górniczym mieście w Meksyku roiło się od amerykańskich emigrantów zwabionych pięknem architektury i samotnych kobiet, które pragnęły zacząć tu nowe życie, otwierając artystyczny biznes.
Tak jak ja. Przyjechałam rok temu, będąc w ciąży, przepełniona żalem, ale zdołałam się tu urządzić. Może ten nieznajomy o ciemnych włosach chciał zamówić portret swojej ukochanej, nic więcej.
Nie wierzyłam w to jednak. Czułam lodowaty strach.
‒ Powiedział, jak się nazywa?
Dolores pokręciła głową.
‒ Dzieciak grymasił, kiedy otworzyłam drzwi. Ale ten człowiek był dobrze ubrany i przyjechał rolls-roycem. Z szoferem i ochroniarzami – uśmiechnęła się. – Masz bogatego chłopaka, Leno?
Ugięły się pode mną kolana.
‒ Nie.
To mógł być tylko on. Alejandro Guillermo Valentin Navaro y Albra, wszechwładny książę Alzakaru. Człowiek, którego kochałam kiedyś całym swym niewinnym sercem. Który uwiódł mnie i zdradził.
‒ Nie jest twoim chłopakiem? – W głosie Dolores pobrzmiewał żal. – Szkoda. Taki przystojny. Więc dlaczego cię szukał? Znasz go?
Poczułam kropelki potu na czole.
‒ Kiedy tu był?
‒ Jakieś pół godziny temu.
‒ Powiedziałaś mu coś... o Miguelu? Że to mój syn?
Dolores pokręciła głową.
‒ Nie miałam okazji. Spytał tylko, czy mieszkasz dwa domy dalej. Powiedziałam, że tak. Wyjął portfel i poprosił, żebym nie wspominała o jego wizycie, bo chciał ci zrobić niespodziankę. Popatrz! – Wyciągnęła kilka banknotów z kieszeni fartucha. – Zapłacił mi za milczenie tysiąc peso!
‒ Ale ty i tak mi powiedziałaś. Dzięki.
Kobieta prychnęła.
‒ Mężczyźni zawsze lubią zjawiać się z fanfarami. Pomyślałam, że byłoby lepiej, gdybyś się odpowiednio przygotowała. – Popatrzyła na moją bezkształtną sukienkę i sandały, potem na twarz bez śladu makijażu. – Masz niezłą figurę, ale wyglądasz beznadziejnie. Nie potrafisz wykorzystać swoich atutów. Jakbyś chciała być niewidzialna! Dziś wieczór musisz być nieodparta, musisz być seksy! Chcesz, by cię pragnął!
Nie chciałam. Tak jak on przestał mnie pragnąć z chwilą, gdy jego podstępny plan się powiódł.
‒ Nie jest moim chłopakiem.
‒ Wybredna! Nie chcesz tego milionera, nie chcesz tamtego. Mówię ci, bogaci i przystojni mężczyźni nie rodzą się na kamieniu. – Popatrzyła na mnie gniewnie. – Twój syn potrzebuje ojca, a ty męża. Oboje zasługujecie na szczęście. A mężczyzna pod moimi drzwiami wyglądał tak, jakby mógł zapewnić swojej żonie mnóstwo szczęścia. Każdej nocy.
‒ Bez wątpienia. – Była to prawda. Alejandro sprawiał mi przez jedno lato mnóstwo przyjemności. A potem mnóstwo bólu. – Muszę lecieć.
‒ Si. Pora, żeby Miguel się zdrzemnął – oznajmiła łagodnie.
Moje maleństwo ziewnęło, w słodkich oczach – takich jak oczy ojca – pojawiła się senność.
Odetchnęłam głęboko. Uwierzyłam, że jesteśmy bezpieczni, że Alejandro przestał mnie szukać. Zaczęłam sypiać normalnie, szukać nowych przyjaźni, tworzyć prawdziwy dom dla siebie i syna. Ale powinnam była wiedzieć, że któregoś dnia ten człowiek mnie znajdzie...
‒ Leno? – spytała z niepokojem Dolores. – Coś nie tak?
‒ Powiedziałaś mu, kiedy wracam?
‒ Nie byłam pewna, więc powiedziałam, że o czwartej.
Spojrzałam na zegar w jej pomalowanym jaskrawo pokoju. Była dopiero trzecia. Miałam całą godzinę.
‒ Dzięki. – Objęłam ją w przypływie nagłej czułości, świadoma, że więcej jej nie zobaczę. – Gracias, Dolores.
Poklepała mnie po plecach.
‒ Wiem, że miałaś ciężki rok, ale to już przeszłość. Twoje życie zmieni się na lepsze. Znam się na tym.
Na lepsze?
‒ Adios...
‒ Będzie twoim chłopakiem, zobaczysz – zawołała za mną radośnie. – Pewnego dnia zostanie twoim mężem.
Cóż za gorzka myśl. To nie mnie pragnął poślubić, tylko Claudie, moją bogatą i piękną kuzynkę. Dlatego mnie uwiódł, biedną krewną żyjącą w cieniu jej londyńskiej posiadłości. Gdyby się pobrali, mieliby wszystko: tytuł książęcy, połowę Andaluzji, koneksje polityczne na całym świecie, miliardy w banku. Niemal nieograniczoną władzę.
Nie mogli mieć tylko jednego.
Skupiłam spojrzenie na ciemnej główce dziecka. Przycisnęłam Miguela do piersi, a on zaprotestował z oburzeniem.
‒ Przepraszam – powiedziałam zdławionym głosem.
Sama nie wiedziałam, za co go przepraszam – że ścisnęłam go za mocno? Że pozbawiam go domu? Że tak fatalnie wybrałam sobie jego ojca?
Jak mogłam być taka głupia?
Idąc pospiesznie wąską ulicą, zerknęłam na szare niebo. Sierpień był tu porą deszczową, zanosiło się na ulewę. Stanęłam pod ciężkimi dębowymi drzwiami swojego lokum i wyłączyłam alarm.
W pokojach panował mrok. Zakochałam się w tym starym kolonialnym domu z jego wysokimi sufitami i prywatnością. Nie było mnie stać na czynsz, ale mogłam liczyć na przyjaciela, który pozwalał mi mieszkać tu za darmo. No cóż, uważałam Edwarda St. Cyra za przyjaciela. Do zeszłego tygodnia, kiedy to...
Nie chciałam myśleć o tym, jak bardzo poczułam się zdradzona, kiedy ujawnił, czym jest ta jego przyjaźń.
„Mam już dość czekania, aż zapomnisz o tym hiszpańskim draniu. Czas, żebyś należała do mnie”.
Zadrżałam na to wspomnienie. Moja odpowiedź sprawiła, że obrażony Edward opuścił ten dom i wrócił swoim prywatnym odrzutowcem do Londynu. Potem już nie mogłam tu zostać, nie płacąc czynszu, więc przez ostatni tydzień szukałam czegoś tańszego. Nie było to jednak łatwe w przypadku niezależnej artystki.
San Miguel de Allende stało mi się bliskie. Lubiłam jego brukowane ulice i kwiaty, które hodowałam; lubiłam sprzedawać swoje obrazy na targowiskach pod gołym niebem. Lubiłam przyjaciół, miejscowych i przyjezdnych, którzy przyjęli z otwartymi ramionami niezamężną kobietę z dzieckiem. Wiedziałam, że będę za nim tęsknić.
‒ Poradzę sobie – wyszeptałam.
Wiedziałam, jak zdobyć paszport, pieniądze i ubrania i wynieść się stąd w ciągu pięciu minut. Robiłam to już w Tokio, Berlinie, Istambule, Sao Paulo.
Wtedy jednak pomagał mi Edward. Teraz nie miałam nikogo.
Nie myśl o tym, powiedziałam sobie. Zatrzymam taksówkę na ulicy i złapię następny autobus do Mexico City. Posłużę się kartą kredytową, którą zostawił mi Edward, i polecę do Stanów, gdzie się urodziłam. Ruszę na zachód i zniknę. Potem znajdę posadę i spłacę Edwarda co do grosza. Będę wychowywać dziecko w jakimś małym mieście i dopilnuję tym razem, by Alejandro nigdy mnie nie znalazł...
W holu błysnęła lampa. Siedział na krześle w pokoju, patrząc na mnie płomiennym wzrokiem. Przystanęłam gwałtownie.
‒ Lena Carlisle – oznajmił cicho. – Wreszcie.
Przycisnęłam instynktownie dziecko do piersi.
‒ Co ty tu... Jak mnie...
‒ Jak cię znalazłem? – Wstał, wysoki i barczysty. – Albo jak się dostałem do twojego domu? – W jego głosie wyczuwało się tylko nieznaczny akcent, efekt dorastania w Hiszpanii. Potem, przez lata, zarządzał z nowego Jorku i Londynu milionowym biznesem. – Naprawdę uważasz, że cokolwiek mogłoby mnie powstrzymać?
Był jeszcze przystojniejszy, niż zapamiętałam. Przez ostatnie dwanaście miesięcy prześladowały mnie zmysłowe sny na jego temat. Poczułam, jak drżą mi kolana.
Nie odrywając ode mnie lodowatego spojrzenia, Alejandro podszedł bliżej. Cały ubrany na czarno, roztaczał wokół siebie atmosferę władzy.
‒ Czego chcesz? – spytałam zdławionym głosem.
Popatrzył na moje dziecko o zaspanych oczkach.
‒ To prawda? – Mówił śmiertelnie spokojnym głosem, ale te słowa paliły mi serce. – To moje dziecko?
Boże, tylko nie to. Cofnęłam się w ślepej panice.
‒ Moi ludzie czekają na zewnątrz – uprzedził. – Nie dotrzesz nawet na ulicę.
Ignorując go, ujęłam żelazną klamkę i otworzyłam ciężkie dębowe drzwi, po czym zaczęłam biec. I przystanęłam gwałtownie. Przed moim domem, tuż obok luksusowego sedana i czarnego SUV-a blokujących wąską alejkę, stało w półkolu szczęściu potężnie zbudowanych ochroniarzy.
‒ Sądziłaś, że będę ryzykował? – dobiegł mnie z tyłu jego cichy głos.
Stał tuż za mną; czułam niemal ciepło jego mocnego ciała. Zadrżałam, świadoma bliskości mężczyzny, który kiedyś posiadł moje ciało i duszę. Odwróciłam się, by spojrzeć na ducha wciąż prześladującego moje serce. Jego mroczne i płomienne spojrzenie sprawiło, że powróciły wspomnienia, które tak bardzo pragnęłam stłumić. Pokochałam go beznadziejnie od chwili, gdy zjawił się u mojej pięknej i bogatej kuzynki. Przyrządzałam im herbatę, organizowałam przyjęcia z kolacjami. Robiłam to wszystko z uśmiechem, ignorując ból, jaki odczuwałam, gdy przechwalała się po jego wyjściu, że złowi tego niedostępnego hiszpańskiego księcia. „Będę księżną jeszcze przed końcem roku!” – piała.
Potem, ku ogólnemu zdumieniu, rzucił ją.
Dla mnie.
Był pierwszym mężczyzną, który kiedykolwiek zwrócił na mnie uwagę, a ja zatraciłam się bez reszty w jego mocy i niebezpiecznym uroku. Przez sześć lekkomyślnych i cudownych tygodni londyńskiego lata Alejandro trzymał mnie w swych ramionach; zdawało mi się, że należy do mnie cały świat.
Te wspomnienia – żywionych nadziei, dziewczęcej wręcz naiwności – były niczym ciosy. Alejandro patrzył na mnie posępnie, ale pamiętałam jego figlarny uśmiech. Intensywność spojrzenia. Słodkie słowa wypowiadane w nocy. Gorące pocałunki, dotyk naszych nagich ciał w jego londyńskim apartamencie hotelowym. I raz, przy ścianie, na tylnych schodach posiadłości Carlisle’ów.
Nasz romans wydawał się wieczny jak gwiazdy na niebie. Lecz tego dnia, gdy zebrałam się na odwagę i powiedziałam, że jestem w nim zakochana, z jego twarzy od razu zniknął uśmiech. „Kochasz mnie? – rzucił pogardliwie. – Nawet mnie nie znasz”. Dwie minuty później zniknął, pozbawiając mnie nadziei. Ale tak naprawdę załamałam się dopiero później...
Teraz wziął mnie za rękę.
‒ Wejdź do domu, Leno. Mamy sporo do omówienia.
Był teraz tak blisko. Dotykał mnie. Zaprowadził mnie do holu i sięgając ponad moją głową, zamknął ciężkie drzwi. Ten bezwzględny i bogaty książę nie pasował do mojego wygodnego i artystycznie ekscentrycznego domu, którego ściany przyozdobiłam swoimi obrazami – głównie portretami własnego syna.
‒ To prawda, co powiedziała Claudie? – spytał cicho. – Że to dziecko jest moje?
Zbierając się na odwagę, spojrzałam na niego gniewnie.
‒ Naprawdę oczekujesz, że odpowiem?
‒ To proste pytanie. Są tylko dwie możliwe odpowiedzi. – Pogłaskał mnie po policzku, ale w jego oczach nie było czułości. – Tak albo nie.
‒ Byłbyś koszmarnym ojcem! Nie pozwolę, by mój słodki chłopiec stał się takim bezdusznym draniem jak...
‒ Jak ja? – Zniżył groźnie głos. – Naprawdę tak o mnie myślisz? Po tym, co kiedyś przeżyliśmy?
Przykuta do miejsca jego spojrzeniem, zadrżałam. Może kiedyś zdołałam przekonać samą siebie, że pod tą fasadą zamożności, władzy i arystokratycznego tytułu kryje się przyzwoity i dobry człowiek. Tak jak inne kobiety, widziałam tylko to, co chciałam widzieć. Byłam ślepa, dopóki nie zdarto mi opaski z oczu.
‒ Tak właśnie o tobie myślę.
Na jego twarzy pojawił się dziwny wyraz, którego nie potrafiłam zidentyfikować. Uśmiechnął się ironicznie.
‒ Masz oczywiście rację. Nie obchodzi mnie nic ani nikt. A już najmniej ty, zwłaszcza po tym, jak wraz ze swoją kuzynką posunęłaś się do szantażu. Z powodu tego dziecka.
‒ Szantażu? To ty mnie celowo uwiodłeś, żebym zaszła w ciążę i żebyś mógł odebrać mi syna, a potem wychowywać go z Claudie!
Znieruchomiał.
‒ O czym ty mówisz?
Drżałam z przejęcia.
‒ Myślisz, że nie wiem? Kiedy się okazało, że jestem w ciąży, zdążyłeś mnie już porzucić i wrócić do Hiszpanii. Nie odpowiadałeś na moje telefony. Ale choć byłam idiotką, wciąż pragnęłam ci o wszystkim powiedzieć, ponieważ miałam nadzieję, że ruszy cię sumienie! Więc błagałam Claudie o pieniądze, żebym mogła polecieć do Madrytu. Bałam się jej wyznać dlaczego. Od tak dawna pragnęła wyjść za ciebie. Ale kiedy jej powiedziałam, że jestem w ciąży, zrobiła coś, czego nigdy nie potrafiłabym sobie wyobrazić.
‒ Co?
‒ Parsknęła śmiechem, a potem kazała mi zaczekać. Poszła do przedpokoju, nie zamknęła jednak drzwi. Zadzwoniła do ciebie i pogratulowała genialnego planu! Tak, byłeś przebiegły. Uwiodłeś jej kuzynkę, biedną krewną, żeby zapewnić sobie potomka, którego nie mogła ci nigdy dać, o czym doskonale wiedziałeś. Teraz mogliście się od razu pobrać. Gdy tylko jej prawnik zmusiłby mnie do zrzeczenia się wszelkich praw rodzicielskich.
‒ Tak, zadzwoniła do mnie, ale nigdy bym...
‒ „Nie martw się, zmuszę Lenę, żeby podpisała odpowiednie dokumenty”. – Przypomniałam sobie przerażenie, jakie wtedy poczułam. – Poprosiła cię o przysłanie kilku ochroniarzy na wypadek, gdybym zamierzała się opierać. Więc uciekłam, żebyście nie mogli zabrać mi dziecka.
Zapadła cisza, a on zmrużył oczy.
‒ Od dnia, w którym Claudie mi powiedziała, że jesteś w ciąży, próbowałem cię odszukać, i to na całym świecie. Tak, uroiła sobie, że nie chcę się z nią ożenić, bo nie może mieć dziecka. Myliła się. – Podszedł jeszcze bliżej. – Pospieszyłem do Londynu, ale ty już wyjechałaś, a potem znikałaś jak kamfora, ilekroć wpadałem na twój trop. Sporo to kosztowało, querida. Tak jak to. – Zatoczył ręką łuk. – Ten dom należy do pewnej spółki holdingowej na Kajmanie. Sprawdziłem to. Dlaczego nie chcesz przyznać, kto ci pomaga? Wyznaj prawdę!
Wolałam nie wspominać o kimś, kto nazywał się Edward St. Cyr.
‒ Jaką prawdę?
‒ Kiedy odkryłaś, że jesteś w ciąży, wiedziałaś, że nigdy cię nie poślubię. – Głos mu złagodniał, ciemne oczy niemal mnie pieściły. – Więc powzięłaś inny plan. Dogadałaś się... ze swoją kuzynką.
Tego się nie spodziewałam.
‒ Zwariowałeś? Dlaczego Claudie miałaby mi pomagać? Chce za ciebie wyjść!
‒ Owszem. Po twoim zniknięciu powiedziała mi, że wie, gdzie jesteś, ale że nie pokażesz mi dziecka, dopóki nie zapewnimy mu stabilnego domu. Dopóki się z nią nie ożenię.
Rozdziawiłam usta.
‒ Nie rozmawiałam z Claudie od roku. Nie ma pojęcia, gdzie jestem! Naprawdę próbowała zmusić cię szantażem do małżeństwa?
‒ Kobiety zawsze chcą wyjść za mnie za mąż – oznajmił ponuro. – Nie cofają się przed oszustwem czy kłamstwem.
‒ Masz o sobie wysokie mniemanie!
‒ Każda kobieta chce być żoną milionera. To nic osobistego.
Wręcz przeciwnie. Czy jakaś kobieta mogłaby się nie zakochać w Alejandrze? Nie pragnąć go wyłącznie dla siebie?
‒ Ale chcę wiedzieć... – W jego głosie pojawił się groźny ton. – Czy to dziecko w twoich ramionach jest moje. Czy stanowi część spisku, który uknułyście?
‒ Pytasz mnie, czy mój syn jest owocem jakiegoś wyrafinowanego numeru?
‒ Nie masz pojęcia, jak często ktoś udaje kogoś, kim nie jest.
‒ Myślisz, że skłamałabym... dla pieniędzy?
‒ Może nie. Może z innego powodu. Jeśli nie działasz w zmowie z Claudie, to może działasz na własną rękę.
‒ Czyli?
‒ Miałaś nadzieję, że udając niedostępną i znikając z moim dzieckiem, sprawisz, że będę chciał cię przyprzeć do muru. Ożenić się z tobą.
‒ Nigdy nie chciałabym być twoją żoną!
‒ Słusznie.
To jedno słowo przypominało cios. Niemal zaślepił mnie gniew. Potem przypomniałam sobie sny, które mnie nawiedzały.
‒ Może chciałam tego kiedyś, zanim odkryłam, że uwiodłeś mnie bezdusznie, żeby poślubić Claudie i ukraść mi dziecko.
‒ Musisz wiedzieć, że to nieprawda.
‒ Jak mogę być pewna?
‒ Nigdy nie zamierzałem żenić się z Claudie ani z nikim innym.
‒ Owszem, tak powiedziałeś. Powiedziałeś mi też kiedyś, że nie zamierzasz mieć dzieci. A jednak jesteś tu i chcesz wiedzieć, czy Miguel to twój syn!
‒ Nie mam wyboru. Dałaś mu Miguel na imię?
‒ Więc?
‒ Dlaczego? – Spojrzał na mnie z błyskiem podejrzliwości w oku, której nie rozumiałam.
‒ Chodzi o miasto... San Miguel. Stało się naszym domem.
‒ Aha.
Zaskoczyła mnie jego gwałtowna reakcja. Czyżby się zastanawiał, czy mały nosi imię jakiegoś mężczyzny?
‒ Dlaczego tak bardzo się przejmujesz?
‒ Nie przejmuję się – odparł zimno.
Maleństwo załkało w moich ramionach. Przytuliłam je mocniej i zobaczyłam, jak na jego główkę spadają łzy.
‒ Jeśli nie zrobiłeś mi dziecka celowo, jeśli było to dziełem przypadku i nie chcesz być ojcem, to... pozwól nam odejść!
‒ Mam zobowiązania...
‒ Zobowiązania! Dla ciebie to tylko ktoś, kto odziedziczy po tobie twój tytuł i nazwisko. Dla mnie jest wszystkim. Nosiłam go w łonie przez dziewięć miesięcy. Jest jedynym powodem, dla którego żyję.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł 7,90 zł 2 dni
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 7,90 zł 9,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Australijskie ranczo, Ucieczka do Meksyku
Autor Sharon Kendrick, Jennie Lucas
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 31-05-2018
Ilość stron 320
Oprawa Miękka
ISBN 9788327635518

Napisz recenzję