Helena Shaw od dobrych dwóch godzin czekała w eleganckiej portierni, kiedy mężczyzna, dla którego przemierzyła pół Londynu, wreszcie pojawił się w drzwiach ekskluzywnego hotelu Mayfair.
Już niemal straciła nadzieję. Po tym, ile wysiłku włożyła w to, by go odnaleźć, była na skraju wytrzymałości. Jeszcze trochę i pozwoliłaby, aby strach i głos, który krzyczał w jej głowie, że jest szalona, wygoniły ją z obitego pluszem fotela wprost na zatłoczoną ulicę. Nie uciekła jednak. W napięciu czekała…
A teraz on tu jest.
Żołądek ścisnął się jej ze strachu. Oddychaj, nakazała sobie, obserwując, jak idzie przez korytarz – wysoki, ciemnowłosy i niewiarygodnie przystojny w ciemnografitowym garniturze. Kobiety wpatrywały się w niego jak urzeczone, a mężczyźni schodzili mu z drogi. Wydawał się ignorować wszystko i wszystkich wokół siebie, ale przez jeden przyprawiający o szybsze bicie serca moment spojrzał w jej kierunku. Zmrużył oczy pod surowo ściągniętymi brwiami, jak gdyby oceniał wnętrze hotelu.
Helena zamarła. Wiedziała, że nie mógł jej zobaczyć, bo siedziała za wielkim, egzotycznym kwiatem doniczkowym, a jednak przez chwilę miała wrażenie, że jakimś szóstym zmysłem wyczuł jej badawcze spojrzenie i obecność. Zupełnie jakby po tych wszystkich latach nadal łączyła ich niewidzialna nić.
Zacisnęła powieki, wciągnęła gwałtownie powietrze i wypuściła przez zęby, uśmiechając się szyderczo. Niewidzialna nić? Dobre sobie! Cokolwiek między nimi istniało, już dawno się skończyło, zniszczone przez jej ojca, wytrawione bólem i krzywdą.
Tym bardziej nie mogła dopuścić, żeby Leonardo Vincenti przejął ich rodzinną firmę.
Chwyciła torebkę i wstała z fotela, obserwując, jak idzie do windy. Pospieszyła za nim, wymijając po drodze innych ludzi, bez cienia obawy, że mogłaby go stracić z oczu. Zbyt mocno wyróżniał się w tłumie. Wydawał się jeszcze wyższy niż kiedyś, mroczniejszy, a aura, którą emanował, naznaczona była władzą i siłą. Nie przez przypadek nazywano go geniuszem wśród biznesmenów, prawdziwym wizjonerem, który w kilka lat stworzył przynoszące milionowe dochody przedsiębiorstwo. Jedni określali go mianem zdeterminowanego i ambitnego, inni, mniej przychylni, wytykali mu bezwzględność i okrucieństwo.
Pod tym względem niewiele się różnił od jej ojca, choć Helena uważała, że słowo „okrutny” jest zbyt delikatne, zbyt słabe dla kogoś pokroju Douglasa Shawa. Znała go zbyt dobrze, by wiedzieć, do czego jest zdolny, a jeśli nawet jakimś cudem zestaw wyrazów „żałować czegoś” istniał w jego słowniku, musiał zostać wymazany w dniu, gdy jego ścieżki przecięły się ze ścieżkami Leonarda Vincentiego. A teraz ten Włoch, którego kiedyś uważał za nieodpowiedniego dla swojej córki, powrócił. Siedem lat starszy, wpływowy, bogaty i wciąż piekielnie wciekły na człowieka, który go upokorzył.
Leonardo zatrzymał się, nacisnął przycisk ściągający windę i włożył ręce do kieszeni spodni. Helena, stanęła za nim tak blisko, że mogła dostrzec doskonały splot włókien marynarki i nienaganną czerń włosów kręcących się nad karkiem.
Wzięła jeden głęboki wdech.
– Leo.
Odwrócił się, ściągnął gniewnie brwi, wyciągając ręce z kieszeni.
– Co, do diabła…?
Te krótkie słowa wypowiedziane twardym, surowym głosem, sprawiły, że zimny dreszcz przeszedł jej po plecach. Mimo że nie należała do niskich kobiet, musiała zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.
– Chciałabym porozmawiać – powiedziała, siląc się na spokój.
– Nie mogłaś zadzwonić?
– A odebrałbyś telefon ode mnie?
Odpowiedział uśmiechem, o ile nieznaczny, pozbawiony wesołości ruch warg można było nazwać uśmiechem.
– Pewnie nie. Niby po co? Nie mamy o czym rozmawiać, ani przez telefon, ani twarzą w twarz.
W tym momencie winda zjechała na parter. Leonardo wykonał dłonią gest, który można by uznać za uprzejmy, gdyby nie zimny błysk w jego oczach.
– Przykro mi, że straciłaś niepotrzebnie czas. – I z tymi słowami wszedł do środka.
Helena zawahała się, po czym wskoczyła za nim.
– Pojawiasz się po siedmiu latach milczenia i wyciągasz ręce po firmę mojego ojca. Jest o czym rozmawiać.
– Wysiądź, Heleno! – rzucił ostro.
Serce zabiło jej mocniej, choć nie była pewna, czy to z powodu jawnej groźby, czy dlatego, że po raz pierwszy od dawna usłyszała, jak wypowiada imię „Helena”. Drzwi windy zasunęły się cicho, zamykając ich w przestrzeni zbyt małej, zbyt intymnej pomimo luster na trzech ścianach.
– Nie wysiądę.
Patrzył jej prosto w oczy, jakby oceniał granice brawury, którą zaprezentowała. Helena zaś miała wrażenie, że ten wzrok pali ją na wskroś i za chwilę pozostanie z niej jedynie kupka popiołu.
– Jak chcesz – odparł łagodnie. Zbyt łagodnie.
Wyjął z kieszeni kartę, przyłożył do czytnika i powiedział, artykułując wyraźnie „penthouse”. Winda ruszyła z cichym szelestem.
Helena złapała się za barierkę, zaskoczona prędkością, a może dlatego, że znów poczuła w brzuchu znajomy trzepot skrzydeł.
Jej były kochanek miał pieniądze nie tylko na najdroższy pokój w Londynie, ale także na to, by wynająć całe piętro w najlepszym hotelu. Leo, jakiego znała, nie miał aż tak wygórowanych potrzeb i nie lubił się popisywać. Tym jej imponował. Podziwiała jego silny charakter, energię i pasję. Był zupełnie inny niż leniwi, rozpuszczeni i bogaci chłopcy, z którymi próbowali ją swatać rodzice.
A teraz? Mocniej oplotła palcami poręcz. Teraz nie miało żadnego znaczenia, co o nim myślała. Jedyne, co miało znaczenie, to fakt, że ten człowiek zamierzał zniszczyć jej rodzinę. Douglas Shaw w starciu z Leonardem był skazany na porażkę. Nawet nie chciała myśleć, co by się stało, gdyby utracił imperium, na które pracował przez całe życie.
– Ojciec cię przysłał?
– Nie jestem jego marionetką, Leo. Cokolwiek o mnie myślisz, jesteś w błędzie.
– To ty jesteś w błędzie, Heleno. Przecież mówiłem ci, że nie chcę cię więcej widzieć. Którego słowa z tego prostego komunikatu nie zrozumiałaś?
– To było dawno temu – odparła spokojnie, choć zabolało ją to, co powiedział. – Chciałabym tylko porozmawiać. Czy naprawdę proszę o zbyt wiele?
Helena, nie czekając na odpowiedź, wyszła na zewnątrz, gdy tylko przytłumiony dźwięk zasygnalizował, że winda zatrzymała się na najwyższym piętrze. Od razu poczuła, jak obcasy butów niemal zapadają się w gruby, gęsty dywan o czekoladowym kolorze. Naprzeciwko dostrzegła podwójne drzwi apartamentu i nagle zdała sobie sprawę, że jest tu zupełnie sama z człowiekiem, który jej nienawidzi.
Przygryzła zaschnięte wargi.
– Może porozmawiamy w barze, na dole? – spytała w lekkiej panice, odwracając się w jego stronę.
Minął ją z pogardliwym uśmieszkiem i pchnął ciężkie, solidne drzwi.
– A co? Boisz się zostać ze mną sama?
Podeszła bliżej, ale przystanęła na progu, niepewna, co zrobić dalej. Czy powinna się bać? Mimo że nie czuła się komfortowo, odrzuciła tę myśl. Leonardo Vincenti nie był zachwycony, gdy ją zobaczył, co do tego niestety nie mogła mieć wątpliwości, ale przecież znała tego człowieka. Czas z nim spędzony pozostawił w jej duszy trwały ślad. Żaden mężczyzna nie znaczył dla niej tyle, co Leo.
Owszem, potrafił się wściec. Widziała, jak pod płaszczykiem chłodnej uprzejmości walczy ze zdenerwowaniem, ale nigdy się nie zdarzyło, żeby stracił kontrolę i ją zaatakował. Nigdy nie skrzywdziłby jej w taki sposób, w jaki ojciec krzywdził matkę. W jaki skrzywdził ją.
– Nie bądź śmieszny, nie boję się – zapewniła nonszalancko, przestępując próg apartamentu.
Leo zamknął drzwi i ruszył w stronę baru. Nalał sobie porządną porcję whisky, wychylił jednym duszkiem, po czym odstawił pustą szklankę na blat. Dopiero wtedy spojrzał na Helenę.
– Napijesz się?
– Nie. – Pokręciła głową. – Ale… dziękuję za propozycję.
Skróciła włosy, pomyślał, obserwując ją w milczeniu. Ciemne, jedwabiste pukle, które niegdyś sięgały jej do pasa, teraz przycięte były do ramion i tworzyły nowoczesną, elegancką fryzurę. Twarz także się zmieniła – rysy nabrały jeszcze większej wyrazistości, kości policzkowe i delikatna linia szczęki tworzyły piękne obramowanie dla dużych oczu, łagodnych łuków brwiowych i kształtnego nosa. Uwagę zwracała także doskonała cera. Helena Shaw nie była już uroczą, słodką dziewczyną, z czego właśnie zdał sobie sprawę. Stała się wyrafinowaną, niewiarygodnie atrakcyjną kobietą.
Zmarszczył brwi, przypominając sobie, że jej fizyczne czy psychiczne zalety nie powinny go w ogóle obchodzić. Już raz omamiła go swoją urodą i niewinnością. Nie mógł sobie pozwolić na to, by znów popełnić błąd, który kosztował go więcej niż utratę dumy. Nie da się już oszukać żadnej kobiecie. A zwłaszcza tej jednej.
– Chcesz więc rozmawiać. – Akurat on nie miał na to najmniej ochoty. Dio. Powinien ją wypchnąć z windy i nie dopuścić, by przyszła tu za nim. Powstrzymując się przed wybuchem złości, wskazał dłonią na skórzaną sofę. – Usiądź. – Zerknął ostentacyjnie na zegarek. – Masz dziesięć minut.
– Wiem, że chcesz przejąć firmę ojca.
Usiadł na drugiej sofie, naprzeciwko niej.
– Zgadza się. I co w związku z tym?
– Nie zamierzasz mi tego ułatwiać, co?
Ułatwiać jej? Zacisnął wargi, niemal zgrzytając zębami. Całe życie Heleny było łatwe, proste i przyjemne. Miała wszystko, w przeciwieństwie do niego. Zarówno on, jak i jego siostra po śmierci matki poznali smak biedy i upokorzenia. Im nikt niczego nie ułatwiał.
– Oczekujesz współczucia?
Pokręciła głową.
– Oczekuję, że pomożesz mi zrozumieć, dlaczego to robisz?
Spodziewała się, że wzruszy się i ustąpi? Nic z tego. Czekał wiele lat na to, by wyrównać rachunki z jej ojcem.
– To biznes.
Parsknęła krótkim, gorzkim śmiechem, który nie miał nic wspólnego z tym radosnym i seksownym, który pamiętał.
– Proszę cię, jaki biznes? Przecież to nic innego jak odwet.
– A jeśli nawet, to co z tego?
– Nie należy odpłacać pięknym za nadobne.
– Szlachetna złota myśl. Mnie jednak bardziej podoba się „oko za oko, ząb za ząb”.
– Ludzie nie są idealni, Leo. Czasem popełniają błędy.
Mówiła o ojcu czy o sobie samej?
– Przyszłaś więc po to, żeby przeprosić za swoje błędy?
Spojrzała mu w oczy.
– Już kiedyś próbowałam. Nie chciałeś jednak słuchać. Czy teraz byłoby inaczej?
– Nie.
– Chciałam cię chronić.
Teraz on roześmiał się szyderczo. Chroniła go, wbijając mu nóż w serce? Porzucając go bez słowa wyjaśnienia?
Siedem lat temu przyjechał do Londynu, żeby współpracować z młodym, ambitnym specjalistą od oprogramowania, co miało przynieść jego firmie wielki sukces. Jak zawsze, był skupiony na celu, zdyscyplinowany i zdeterminowany, by osiągnąć to, co zaplanował.
I wtedy spotkał Helenę, dziewczynę tak piękną, tak pociągającą, że mogłaby być jedną z rzeźb wystawianych w galerii sztuki na West End. Próbował oczywiście oprzeć się pokusie, była dla niego zbyt młoda, zupełnie niedoświadczona i rozpraszała jego uwagę w chwili, gdy powinien myśleć tylko o pracy. Okazał się jednak bezsilny wobec rodzącego się uczucia. Zakochał się, tak szybko, jak nigdy przedtem, w dziewczynie, która pięć tygodni później rzuciła go, jakby był nic niewartą zabawką.
– Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek prosił cię o ochronę.
– Nie miałam wyboru, nic nie rozumiesz…
– Więc mi wyjaśnij. – Zachował spokój, mimo przepełniającej go złości. – Wyjaśnij, dlaczego odeszłaś, dlaczego zerwałaś naszą znajomość, nie mówiąc mi prawdy. Dlaczego nigdy nie wspomniałaś, że twój ojciec jest nam przeciwny? Chciałaś mnie chronić, a przez ciebie straciłem wszystko, na co pracowałem!
Zacisnął dłonie w pięści, napinając mięśnie. Douglas Shaw sprawił, że jego wielki projekt przepadł w jednej chwili, a wraz z nim szansa Marietty na normalne życie. To ojciec Heleny pogrzebał jej nadzieje i marzenia o przyszłości.
– Może od początku to planowałaś?
– Nie.
– A tatuś był tylko wymówką?
– Nie.
Ostre światło błyskawicy sprawiło, że wzrok Leonarda powędrował w stronę tarasu, z którego rozciągał się widok na Hyde Park i ekskluzywne rezydencje w nie mniej ekskluzywnej dzielnicy Knightsbridge. Nie ruszył się z miejsca, choć najchętniej podbiegłby do szklanych drzwi, żeby sprawdzić, czy są dobrze zamknięte. Nie bał się burzy – doceniał siłę żywiołu, co nie znaczy, że przepadał za taką pogodą. Strugi deszczu, odgłos grzmotów, zawodzący wiatr, to wszystko budziło demony przeszłości, z którymi zmagał się od dzieciństwa.
Odwrócił wzrok od okna.
– Co ci dokładnie powiedział ojciec o przejęciu firmy?
– Nic mi nie powiedział. Wiem tyle, ile przeczytałam w gazetach.
Kolejne kłamstwo, pomyślał.
– W takim razie przegapiłaś jeden bardzo istotny szczegół.
– To znaczy?
– Przejęcie stało się faktem. Od dwóch godzin i czterdziestu pięciu minut moje przedsiębiorstwo jest w posiadaniu siedemdziesięciu pięciu procent udziałów w ShawCorp. – Na jego ustach pojawił się nikły uśmiech. – To oznacza, że praktycznie przejąłem kontrolę nad firmę twojego ojca. Spóźniłaś się.
Z satysfakcją obserwował, jak z jej policzków znika kolor, pozostawiając skórę białą jak dywan, na którym opierała stopy. Uniosła dłoń do czoła i zamknęła oczy. Dość teatralne, choć mało wiarygodne, stwierdził z typową dla siebie bezwzględnością. Przysunął się w jej stronę, przykląkł, opierając łokcie na kolanach.
– Zbladłaś, Heleno. Może jednak się czegoś napijesz? Szklanka wody? Aspiryna?
Kiedy otworzyła oczy, dostrzegł w nich wściekłość i coś jeszcze. Rozczarowanie? Smutek? Leo wciągnął gwałtownie powietrze. Lata, które minęły, uczyniły zmianę w jej twarzy, figurze, ale te oczy… Wciąż były takie same, cudowne, urzekające i… wciąż niebezpieczne.
– Poproszę o wodę. Możesz też przynieść aspirynę – odparła z wymuszonym uśmiechem.

Helena wyciągnęła rękę po szklankę, którą Leo postawił na stoliku przed nią, i upiła łyk, skupiając uwagę na zimnych bąbelkach drażniących język. Nie mogła teraz okazać słabości, nie w obecności tego człowieka. Po trzecim, bardzo ostrożnym łyku, jakby delektowała się smakiem wody mineralnej, odstawiła szklankę i położyła obie dłonie na kolanach, wyczuwając, jak drżą.
Jak zareagował ojciec na wieść o przejęciu firmy? Czy jak zwykle będzie szukał pocieszenia w butelce? Ile minie czasu, zanim śmiercionośna mieszkanka wściekłości i alkoholu zamienią go w potwora? Jak poradzi sobie matka? Przyzwyczajona była do tego, że mąż obsypywał ją prezentami, by po chwili obrzucić stekiem wyzwisk, ale jak długo można znosić upokorzenia?
Helena zadrżała, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że nie tylko lęk o matkę powodował, że puls jej przyspieszył. Leo był tak blisko, niemal na wyciągniecie ręki. Nagle zdała sobie sprawę, że nieważne, ile dni, ile miesięcy, ile lat minie, nigdy nie będzie potrafiła być obojętna wobec niego.
– Co planujesz zrobić z firmą ojca? – spytała rzeczowo.
– Jeszcze nie zdecydowałem.
– Ale na pewno myślałeś o czymś. Masz jakieś pomysły?
– Szczerze mówiąc, wiele. Wszystkie przedyskutuję z twoim ojcem, jeśli tylko zapanuje nad awersją i zachce się ze mną spotkać. – Zrobił pauzę. – Być może ma nadzieję, że jego córka zachęci nowego udziałowca do pewnych ustępstw?
Tym razem jej policzki pokryły się szkarłatnym rumieńcem.
– Nie wiem, o czym mówisz.
– Oj, daj spokój. Naprawdę nie musisz grać przede mną niewiniątka.
Leo przesunął dłonią po oparciu sofy, jego palce rytmicznie, powoli gładziły skórzane obicie. Helena patrzyła jak sparaliżowana, ale po chwili odwróciła wzrok. Te długie, silne palce wyzwalały niegdyś z niej namiętność, o jakiej nawet nie śniła.
– Nie martw się, nie będziesz musiała robić nic wbrew sobie. Zresztą i tak nie jestem zainteresowany tym, co miałabyś do zaoferowania. A co do firmy – podjął, zanim zdążyła w jakikolwiek sposób skomentować jego słowa – jeśli twój ojciec w dalszym ciągu będzie odrzucał zaproszenie, żeby się spotkać, rada nadzorcza przegłosuje połączenie przedsiębiorstwa z moim własnym i ShawCorp już na zawsze utraci niezależność. Fuzja oznaczałaby oczywiście zwolnienia, ale pracownicy mogliby liczyć na pokaźne odprawy.
– Od początku ci o to chodziło, prawda? Chcesz zniszczyć wszystko to, co mój ojciec tworzył przez całe życie!
Wzruszył ramionami.
– Nie zostanie przecież z niczym. Jako jeden z udziałowców będzie czerpał korzyści z dochodów firmy. Tyle tylko, że straci pozycję dyrektora. Może uzna, że to najlepszy czas, żeby wybrać się na emeryturę?
Pokręciła przecząco głową. Dla Douglasa Shawa pieniądze były sprawą drugorzędną. Liczyły się władza, status, prestiż. Emerytura nie wchodziła w grę.
– Nie rozumiesz. – Głos jej drżał. – To uderzy nie tylko w ojca. Zostanie skrzywdzona cała moja rodzina. Tego chcesz, Leo, żeby cierpieli niewinni ludzie?
Zmrużył oczy, jego wzrok był twardy i nieustępliwy.
– Nie mów mi o cierpieniu. Ty i cała twoja rodzina nie macie pojęcia, co to słowo znaczy.
Nieprawda, chciała krzyknąć, ale ugryzła się w język.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł 7,90 zł 2 dni
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 7,90 zł 9,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Siedem dni w Rzymie
Autor Angela Bissell
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 08-06-2018
Ilość stron 160
Oprawa Miękka
ISBN 9788327635389

Napisz recenzję