Stał na stromym urwisku wznoszącym się nad oceanem.
Czyżby ją obserwował? Lily nie miała pojęcia. Wiedziała jednak, kto to jest. Dee-Dee jej wyjawiła. Właściwie ją ostrzegła. A Dee-Dee zdawała się wiedzieć wszystko.
Opowiadała też, że miewa widzenia i nikt na małej karaibskiej wyspie Orchid Cay nie mógłby jej zaprzeczyć. Przepowiedziała chorobę matki Lily i ostatni letni huragan, który niemal zniszczył przystań w miasteczku.
Ojciec Lily nie wierzył, że Dee-Dee wie wszystko. Uważał wizje gosposi za banialuki. Lily jednak przypuszczała, że jako anglikański duchowny nie mógł pozwolić sobie na to, żeby mieć coś wspólnego z „czarną magią”, o jaką posądzał Dee-Dee.
Teraz jednak nie zawracała sobie głowy nadprzyrodzonymi zdolnościami gosposi, chciała tylko, by ten człowiek sobie poszedł i się jej nie przyglądał. Wciąż się zastanawiała, co robi na wyspie.
Dee-Dee twierdziła, że nazywa się Raphael Oliveira i przyjechał z Nowego Jorku. Podejrzewała, że mógł popaść w kłopoty w swoim mieście i kupił jedną z najdroższych posiadłości na wyspie, żeby umknąć przed wymiarem sprawiedliwości.
W jej przypuszczenia nie zawsze jednak można było wierzyć. Nikt nawet nie wiedział, że dom przy Orchid Point wystawiono na sprzedaż.
Tak czy owak, Lily chciała, żeby ten człowiek po prostu się odwrócił i odszedł. Nie miała zamiaru się przy nim rozbierać, nawet jeśli stał kilkadziesiąt metrów dalej.
Przerzuciła ręczniki przez ramię i ruszyła z powrotem w stronę plebanii. Spojrzała na niego ukradkiem dopiero, gdy znalazła się przy domu, a wtedy z dziwnym rozżaleniem zobaczyła, że zniknął.

Tydzień później siedziała przy biurku, wpisując na komputerze dane dotyczące wynajmu jachtów z poprzedniego sezonu, gdy nagle ktoś wszedł do agencji.
Pracowała w firmie Cartagena Charters od chwili ukończenia studiów na Florydzie. Zajęcie to nie należało do zbyt wymagających, ale Orchid Cay było małym miastem i nie znalazła tu dla siebie zbyt wielu ofert pracy, które jej ojciec skłonny byłby zaakceptować.

Pomieszczenie, gdzie siedziała, znajdowało się za przegrodą oddzielającą kontuar od reszty biura. Jej szef, Ray Myers, zwykle sam obsługiwał klientów, ale tego dnia był w Miami, gdzie odbierał nowy dwumasztowy szkuner. Przypuszczał, że przed weekendem prawdopodobnie nie będzie żadnych nowych klientów, ale gdyby ktoś się zjawił, to Lily miała tego dnia zarządzać biurem.
Wzdychając, przerwała pisanie, zaniepokojona, że będzie musiała sama odpowiadać na pytania. Wstała i wyszła zza plastikowej ścianki do części przeznaczonej dla klientów.
Stał tam człowiek, odwrócony do niej tyłem, spoglądający przez okno na maszty jachtów kołyszących się na pobliskiej przystani. Ubrany w skórzaną kurtkę, wysoki i opalony, o szerokich ramionach i nieco przydługich włosach. Kciuki trzymał wsunięte do tylnych kieszeni dopasowanych dżinsów, podkreślających szczupłe biodra i długie, mocne nogi.
Lily zamarła. Od razu wiedziała, kto to jest. Właściwie wyczuła to, zanim jeszcze wyszła z zaplecza i zobaczyła go wyraźnie. Był to ten sam mężczyzna, który tydzień wcześniej obserwował ją z urwiska. Ten sam, przed którym ostrzegała ją Dee-Dee.
Słysząc jej kroki, odwrócił się, zanim zaskoczenie zdążyło zniknąć z jej twarzy. Ujrzała ciemne piwne oczy z długimi rzęsami, wyraźnie zarysowane kości policzkowe, kształtny nos i wąskie, lecz zmysłowe usta. Nie był może przystojny w potocznym sensie tego słowa, raczej niezwykle fascynujący. Po raz pierwszy pomyślała, że Dee-Dee chyba jednak miała rację.
– Dzień dobry – odezwał się głosem głębokim i mrocznym. Jeśli rozpoznał Lily, to nie dał tego po sobie poznać. – Czy zastałem pana Myersa?
Zawahała się. A więc zna Raya, pomyślała. Mówił z lekko obcym akcentem, jakby nie był to jego ojczysty język.
– Nie ma go w tej chwili – odparła w końcu, uświadamiając sobie, że przybysz czeka na odpowiedź. – Czy jest pan jego znajomym?
– Nie jestem bliskim znajomym, ale się znamy. Nazywam się Rafe Oliveira. Pewnie mnie pamięta.
Lily pomyślała, że jeśli o nią chodzi, to uznałaby go za człowieka, którego nie da się łatwo zapomnieć, ale oczywiście nie wspomniała o tym ani słowem. Ciekawe, czy zdawał sobie sprawę z plotek, jakie krążyły o nim na wyspie? Przedstawił się jako Rafe, pewnie bardziej lubił tę wersję swojego imienia.
– Niestety, pan Myers jest teraz w Miami. Czy mogę panu w czymś pomóc?
Przyjrzał jej się uważnie, a ona natychmiast sobie uświadomiła, że nie jest zbyt dobrze ubrana ani też starannie umalowana.
– Raczej nie – odparł, wzruszając ramionami, i po raz kolejny poczuła, jak bardzo ją intryguje.
Nie chciała się jednak w to zagłębiać. Ojciec mocno by się zdenerwował, gdyby wiedział, że spodobał jej się mężczyzna wywołujący takie poruszenie wśród mieszkańców wyspy.
– A kiedy wróci?
– Prawdopodobnie pojutrze. Czy coś mu przekazać?
– Nie trzeba. To nic ważnego. Sam z nim porozmawiam, kiedy wróci.
– Dobrze.
Lily spodziewała się, że Oliveira wyjdzie, ale zamiast tego podszedł do stojaka z broszurami reklamującymi różne atrakcje turystyczne: pływanie żaglówką, nurkowanie i wędkarstwo. Przeglądając je niedbale, zerknął kątem oka na Lily.
– Dobrze się pływało tamtego wieczoru? – spytał, przyprawiając ją natychmiast o rumieniec.
Już myślała, że jej nie rozpoznał. Nie spodziewała się, że o tym wspomni. Czy już wcześniej widział ją na plaży?
Oblizała spierzchnięte usta i odparła sztywno:
– Nie wiem, o czym pan mówi. Dawno nie pływałam wieczorem.
Przestał udawać, że ogląda broszury, podszedł z powrotem do kontuaru i spojrzał na nią z lekkim rozbawieniem.
– Nie chce pani odpowiedzieć na moje pytanie? – spytał, dając jej wyraźnie do zrozumienia, że ją przejrzał.
– Dlaczego miałabym nie chcieć? – odparła, uświadamiając sobie, że jej nie uwierzył. – Czy ma pan jeszcze jakieś pytania? Bo jak nie, to muszę wrócić do pracy.
– Taka pani sumienna – zauważył łagodnie, przeczesując ręką potargane wiatrem ciemne włosy.
Dlaczego nie odchodzi? – zastanawiała się. Nie ma już tutaj żadnej sprawy do załatwienia.
– Chyba wprawiłem panią w zakłopotanie – powiedział, ignorując jej wyraźnie dawane do zrozumienia życzenie, by już sobie poszedł. – Nie miałem zamiaru pani szpiegować.
– Pan mnie śledził?
– Widziała mnie pani na urwisku tamtego wieczoru – odparł bez emocji. – I ja panią też. Jeszcze nie nabyłem umiejętności poruszania się po wyspie tak, żeby nikt mnie nie widział. Pewnie dlatego zmieniła pani zdanie i nie weszła do wody. Nie jestem głupi, panno… Fielding, czyż nie? Pani ojciec jest miejscowym pastorem, prawda?
Lily zatkało. Nie przypuszczała, że ten człowiek zna jej nazwisko.
– Tak – odparła w końcu, uznając, że nie ma sensu zaprzeczać. – Widziałam pana. Czy był pan rozczarowany, kiedy zmieniłam zdanie?
Wiedziała, że zaskoczyło go to pytanie, bo ją samą również wprawiło w zdumienia. Nie sądziła, że może powiedzieć coś takiego.
Oliveira doszedł do siebie pierwszy. Można się było tego spodziewać. Pewnie spotkał się już w życiu z niejedną prowokacją, a wyglądał na niemal czterdzieści lat. Uśmiechnął się lekko.
– Tak. Ale przepraszam, że pani przeszkodziłem. Woli pani być sama, prawda? – spytał, po czym zamilkł na chwilę. – Czy zostanie mi to wybaczone?
Lily zaschło w ustach.
– Wątpię – wymamrotała, nie wiedząc, co powiedzieć.
Otworzył drzwi, wpuszczając trochę ciepłego i wilgotnego powietrza do wnętrza ochładzanego klimatyzacją. Odwrócił się i dodał tylko:
– Proszę powiedzieć Myersowi, że byłem.

Rafe pojechał z powrotem do Orchid Point, przeklinając się w duchu, że uległ impulsowi, by nachodzić tę dziewczynę. Wiedział, kim jest, tylko dlatego, że jego kucharka czasem robiła sobie żarty z jej ojca. Jednak Luella, podobnie jak wielu innych mieszkańców wyspy, tylko z pozoru należała do wiernych kościoła anglikańskiego, uczestnicząc po zmroku w innych rodzajach religijnych ceremonii.
Zdenerwował się na siebie za to, że prowokował Lily. Czyż nie miał już w życiu dosyć problemów? Była żona wciąż go prześladowała, a opinię miał zszarganą mimo oczyszczenia go z wszelkich zarzutów. Wiedział, że jeśli nie znajdzie sobie jakiegoś zajęcia, to życie na Orchid Cay wkrótce mu się znudzi.
Pokonał ostry zakręt, ocierając lekko swoim lexusem z napędem na cztery koła o purpurowy krzak hibiskusa. Jego wzrok jednak wciąż przyciągały niebieskozielone wody oceanu, pieniące się przy piaszczystym brzegu, jaśniejącym w tropikalnym słońcu. Pięknie tu, pomyślał. Brakowało mu takich widoków, kiedy mieszkał w Nowym Jorku. Jego ojciec wciąż rezydował w Miami i Rafe odwiedzał go dość często. Był jednak tak zajęty rozkręcaniem firmy, że zapomniał o wszelkich prostych przyjemnościach z dzieciństwa spędzonego w Hawanie.
To właśnie wytykała mu była żona, gdy się dowiedział, że go zdradza. Rzadko bywał w domu i Sarah skarżyła się na samotność. Ich małżeństwo było jednak pomyłką od samego początku i Rafe z pewnością nie wydawał się zbyt załamany, gdy znalazł powód, by ubiegać się o rozwód.
Niestety, Sarah wciąż o niego walczyła. Mimo korzystnej dla niej ugody rozwodowej, w której wykazał się niezwykłą szczodrością, chciała, by jej wybaczył i przyjął ją z powrotem do ich luksusowego apartamentu, jakby się nic nie stało. Rafe jednak wierzył, że prędzej czy później Sarah pogodzi się z rozpadem ich małżeństwa.
Tymczasem w ciągu kilku ostatnich miesięcy uświadomił sobie, że tak się nie stanie. Został aresztowany za rzekomy przemyt narkotyków. I mimo że nie miał nic wspólnego z żadnym południowoamerykańskim kartelem narkotykowym, to Sarah go o to oskarżyła, co wiązało się z pokaźnymi czekami dla prawnika i sprawą sądową, która pozbawiła go wszelkich chęci pozostawania dalej w Nowym Jorku.
Po tym wydarzeniu zaczął się poważnie zastanawiać nad życiem. Zbliżał się do czterdziestki i przez ostatnie dwadzieścia lat całą energię skupiał na pracy. Dlatego też, kiedy pojawiła się okazja sprzedaży firmy, postanowił ją wykorzystać. Zostawił sobie jedynie udziały o wartości nominalnej w Oliveira Corporation i kupił ziemię oraz dom od człowieka, który wygrał je w pokera w Las Vegas.
Na kilka lat zamierzał zrobić sobie przerwę, trochę pożeglować, łowić ryby i po prostu odpocząć. Nie musiał już nigdy pracować, ale nie sądził, że uda mu się znieść taką perspektywę. Niemniej w przyszłości chciał inwestować jedynie w niewielkie przedsiębiorstwa, takie jak na przykład Cartagena Charters.
Minął wioskę Coral Key. Jego dom, obszerna willa zbudowana z koralowca i wapienia, stał na urwiskach, skąd rozciągał się widok na prywatną piaszczystą zatoczkę. Rafe pływał tam niemal każdego ranka, zanim większość osób z jego służby wstało.
Może panna Fielding powinna iść za jego przykładem.
Brama do posiadłości otwarła się, gdy tylko podjechał, dzięki elektronicznemu urządzeniu, jakie zainstalował mu w samochodzie Steve Bellamy, jego kamerdyner i asystent. Ten były policjant pełnił rolę ochroniarza i szofera, a także programisty komputerowego oraz szefa kuchni, jeśli było trzeba. Kazał jednak Rafe’owi przyrzec, że nigdy nie ujawni tej jego ostatniej funkcji żadnemu z niegdysiejszych kolegów z nowojorskiej jednostki.
Rafe zaparkował lexusa w garażu, na jednym z sześciu miejsc, zostawił kluczyki w stacyjce i ruszył do wejścia z tyłu domu.
Basen połyskiwał w południowym słońcu, a po obu jego stronach rosły w donicach kwiaty hibiskusa i wonne oleandry. Pod pasiastą markizą stał stolik z drzewa tekowego, nakryty do lunchu, na wypadek gdyby Rafe chciał zjeść posiłek na świeżym powietrzu.
Przystanął, spoglądając na ocean, a wtedy pojawiła się gosposia. Carla Samuels pracowała u niego od ponad piętnastu lat, na długo przed rozpadem jego małżeństwa. I choć Sarah groziła jej srogimi karami, Carla zgodziła się jechać z Rafe’em, gdy przeprowadził się do nowego mieszkania, a potem do Orchid Cay.
– Kiedy podać lunch, panie Oliveira? – spytała i Rafe odwrócił się do niej z lekkim wzruszeniem ramion.
– Nie jestem zbyt głodny, Carlo. Może później.
– Mężczyzna musi się dobrze odżywiać. Może zjadłby pan filety rybne z odrobiną masła i cytryny? Albo sałatkę? – dodała, kiedy pierwsza propozycja nie wzbudziła w nim zainteresowania. – Luella ma świeże małże, kupione rano z łódki. Posmakują panu.
Rafe uśmiechnął się, zdejmując kurtkę i przewieszając ją przez ramię.
– Niełatwo dajesz za wygraną, Carlo. No dobrze, niech będzie sałatka. Tylko powiedz Luelli, że bez majonezu. Zjem na dworze. – Wszedł za nią do domu. – O rany, zimno tutaj!
– Pan Bellamy lubi, jak jest chłodniej – odparła i odeszła.
Rafe rzucił kurtkę na krzesło stojące przy oszklonym wejściu i wszedł do przestronnego holu. Na ustawionym pośrodku stole stały w wazonach orchidee i lilie. Kręte schody prowadziły stąd na górną galerię, gdzie znajdowały się wszystkie główne sypialnie. Gabinet Rafe’a mieścił się w lewym skrzydle budynku. Właśnie tam zmierzał, kiedy usłyszał głos Steve’a.
– Panie Oliveira – zawołał asystent, zbliżając się od strony kuchni. – Ma pan chwilkę?
Rafe machnął z rezygnacją ręką, opierając się o jeden z kamiennych filarów podpierających sufit.
– A czy mam jakiś wybór?
Steve uśmiechnął się lekko. Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, o kilka lat starszy od swojego pracodawcy, miał twarz wzbudzającą zaufanie.
– Zawsze ma pan wybór – odparł, przeczesując siwe włosy. – Chcę tylko powiedzieć, że przyszedł tu ktoś, kiedy był pan w miasteczku.
Rafe przyjrzał mu się uważnie. Znał Bellamy’ego od dwóch lat i wiedział, że nigdy nie zawraca mu głowy bez potrzeby.
– Kto taki? Grant Mathews?
– Blisko. Ale wydaje mi się, że pan Mathews wciąż leczy rany po podróży do Las Vegas. Słyszałem, że nie ma pieniędzy.
– Takim ludziom jak on nigdy długo nie brakuje gotówki. Problemy finansowe to ich typowa wymówka. Zobaczysz, że za jakieś pół roku będzie chciał rozpaczliwie odkupić z powrotem ten dom i ziemię.
Steve uniósł brwi.
– I pozwoli mu pan na to?
– To zależy.
– Od czego?
– Od tego, czy nadal będę chciał tu mieszkać – odparł Rafe beztrosko. – Nie czuję się zbyt komfortowo, Steve. Życie na wyspie chyba nie jest dla mnie.
Steve przyglądał mu się bacznie, jakby się chciał dowiedzieć, czy jego pracodawca mówi poważnie.
– No więc kto tu był? Jeśli nie Grant Mathews, to kto?
– Jego córka – odparł Steve.
– Córka? – powtórzył Rafe, jakby nie wierzył własnym uszom. – Nie wiedziałem, że ma córkę. Jak jej na imię? Ile ma lat?
– Czy to ważne? Chyba dwadzieścia parę. Nazywa się Laura. Najwyraźniej mieszkała kiedyś z matką na wyspie, w tym domu, do czasu, aż matka wyszła drugi raz za mąż, a Laura wyjechała na studia.
– Rozumiem. – Rafe zastanawiał się chwilę nad tym, co usłyszał. – Powiedziała, czego chce?
– Nie – odparł Steve lakonicznie. – Ale twierdziła, że musi się koniecznie z panem spotkać. Chyba przyjechała tutaj, żeby zobaczyć, jak pan wygląda. Może ojciec ją przysłał, a może nie. Z pewnością wydaje się panem zainteresowana.
Na twarzy Rafe’a pojawiło się rozbawienie.
– Ładna?
– Zdaje mi się, że ma pan dosyć kobiet, które nabierają mężczyzn na swoją urodę – odparł krótko, a Rafe westchnął.
– To prawda – przyznał, poklepując asystenta po ramieniu. – Dzięki, Steve, że mnie uprzedziłeś. W takim razie znowu możesz powiedzieć, że mnie nie ma... jeśli panna Mathews wróci.

Lily nie widziała Rafe’a od kilku dni. Ray wrócił z podróży z Miami i z mieszanymi uczuciami przyjął wiadomość, że Oliveira go szukał.
– Dobrze go znasz? – spytała Lily. Pracowała już dla Raya od kilku lat i często się jej zwierzał. Przed sześcioma miesiącami zaproponował nawet, że może zostać jego wspólniczką. Fakt, że nie miała pieniędzy do zainwestowania, nie zepsuł stosunków między nimi, a przynajmniej tak się jej wydawało.
– Poznaliśmy się kiedyś – odparł beztrosko, siadając przy komputerze, żeby przejrzeć zamówienia, które przyszły w czasie jego nieobecności. – Widzę, że Ariadne’a wróciła bez problemu.
– A dlaczego miałoby się stać inaczej? A tak przy okazji, to Dave mówi, że silniki w Santa Lucia wymagają przeglądu. Jeśli chcesz, żeby to zrobił, lepiej do niego zadzwoń.
– Zrobię to w najbliższych tygodniach.
– W takim razie trzeba będzie do tego czasu wyłączyć Lucię z użytku. Mamy jedną grupę z…
– Och, tak – przerwał jej Ray. – Masz na myśli tych wędkarzy z Bostonu. Zastanawiam się, czy dałoby się zrobić ten przegląd po ich rezerwacji. Jak myślisz?
Lily wzruszyła ramionami, nie odpowiadając. W innym przypadku wyraziłaby swoją opinię, ale ta sprawa nie należała do jej obowiązków. Jeśli Ray zechce ryzykować, narażając się na utratę licencji, to jego sprawa. W każdym razie na jego miejscu wybrałaby bezpieczniejszą opcję.
Skrzywił się, ale najwyraźniej nie chciał wymuszać odpowiedzi.
– Czy wiesz, że Laura Mathews przyjechała znowu na wyspę?
– Laura? – Lily nie ukrywała zaskoczenia.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Zakochani na Karaibach
Autor Anne Mather
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 22-06-2018
Ilość stron 160
Oprawa Miękka
ISBN 9788327635396

Napisz recenzję