Isabel Grayling stanęła w drzwiach i obrzuciła spojrzeniem gabinet ojca. Duże biurko było uprzątnięte, krzesło jak zawsze wsunięte starannie pod pulpit, wszystkie przedmioty znajdujące się na dębowym blacie starannie ułożone, ołówki tkwiły w specjalnym pojemniku, kartki papieru jedna na drugiej tworzyły idealnie równy stos. Ojca nie było w domu, ale w gabinecie panował wręcz obsesyjny ład, na którym tak bardzo mu zależało nawet w czasie jego nieobecności.
Wyszła z pokoju z westchnieniem ulgi, odgarniając z czoła skłębione złocistorude włosy. W jej niebieskich oczach też malowała się wyraźna ulga. Zmarszczyła prosty nos, przez którego grzbiet przebiegała maleńka linia piegów. Miała na imię Isabel, ale tylko Paul Fiore tak się do niej zwracał. Dla wszystkich innych była Sari, podobnie jak jej młodsza siostra, którą zawsze nazywano Merrie, choć nosiła imię Meredith.
– I co? – spytała szeptem Merrie.
Sari odwróciła się. Siostra również była szczupła, ale miała proste, prawie platynowe włosy, sięgające do pasa. Oczy, tak jak u Sari, były niebieskie, ale jaśniejsze, bardziej przypominały kolor zimowego nieba.
– Wyjechał! – odpowiedziała Sari ze znaczącym uśmieszkiem.
Merrie westchnęła z ulgą.
– Paul mówił, że tatuś pojechał na kilka tygodni do Niemiec. Może w Europie znajdzie sobie jakichś innych ludzi, których będzie mógł dręczyć – powiedziała.
Sari podeszła do młodszej siostry, wzięła ją w ramiona i mocno uścisnęła. Merrie walczyła ze łzami.
– Ja tylko chciałam troszkę skrócić włosy, nie obcinać. Naprawdę, Sari, on jest niemożliwy…!
– Wiem.
Sari nie odważyła się powiedzieć nic więcej. Paul poinformował ją w tajemnicy o sprawach, którymi nie potrafiłaby podzielić się z młodszą siostrą. Ich ojciec był znacznie groźniejszym człowiekiem, niż się im wydawało.
Osoby postronne uważały, że siostry Grayling mają wszystko. Ich ojciec był bajecznie bogaty. Mieszkali w rezydencji z szarego kamienia na ogromnym obszarze w Comanche Wells w Teksasie, gdzie ich ojciec trzymał konie wyścigowe czystej krwi, którymi opiekował się jego zarządca. Ostrożnie odsunął swego pracodawcę od bezpośredniego kontaktu ze zwierzętami po tym, jak kiedyś musiał chronić przed nim konia. Przedtem Darwin Grayling bił zwierzęta. Mówiono nawet, że bił żonę. Zmarła na skutek ciężkiego wstrząśnienia mózgu, ale Grayling przysięgał, że spadła ze schodów. Mało kto w Comanche Wells czy pobliskim Jacobsville w Teksasie miał ochotę spierać się z człowiekiem, który był w stanie kupić i sprzedać każdego w całym stanie.
Nie powstrzymało to jednak miejscowego lekarza Jeba „Coppera” Coltraina przed żądaniem dochodzenia przyczyny zgonu żony Graylinga, kiedy stwierdził, że obrażenia głowy kobiety nie mogły powstać w okolicznościach, jakie przedstawił Grayling. Copper został jednak pilnie wezwany przez przyjaciela spoza miasta, a kiedy wrócił, dochodzenie było już zakończone i na akcie zgonu wpisano jako przyczynę śmierci wypadek. Sprawa zamknięta.
Córki Graylinga nie wiedziały, co tak naprawdę się stało. Kiedy ich matka zmarła, Sari chodziła do liceum, a Merrie do szkoły podstawowej. Wiedziały tylko tyle, ile powiedział im ojciec. Za bardzo się go bały, żeby zadawać jakiekolwiek pytania.
Teraz Merrie była w ostatniej klasie liceum, a Sari kończyła college z historią jako przedmiotem kierunkowym, przygotowując się do studiów prawniczych. Chodziła na uczelnię w San Antonio, ale nie mieszkała w kampusie. Każdego dnia była odwożona i przywożona ze szkoły, podobnie jak jej siostra. Darwin nie chciał, żeby jego córki obracały się wśród ludzi. Walczył o to i wygrał, kiedy Sari próbowała się przenieść. Jest bogaty i jego dzieci stanowią cel, stwierdził, a więc nigdzie nie będą chodzić bez ochrony.
To dlatego Sari i Paul Fiore, szef ochroniarzy w korporacji Graylinga, zostali dobrymi przyjaciółmi. Znali się od czasów, gdy Paul przeniósł się tutaj z New Jersey, żeby objąć posadę u jej ojca. Była wtedy w ostatniej klasie liceum. Paul codziennie woził obie dziewczynki do szkoły.
Zastanawiał się, dlaczego ojciec nie umieścił ich w szkołach prywatnych. Pytał o to Sari, ale choć wiedziała, nie śmiała powiedzieć. A stało się tak dlatego, że ojciec chciał je mieć wciąż na oku, żeby nie mogły mówić czy zrobić czegoś, czego by nie akceptował. Za dużo wiedziały o nim i jego interesach, o sposobie, w jaki traktował zwierzęta i ludzi.
Miał istną obsesję na punkcie swego życia osobistego. Sari nie wątpiła, że spotykał się z kobietami, ale nigdy żadnej nie zapraszał do domu. Wiedziała, że miał kochankę. Pracowała w administracji rządowej, o czym poinformował ją w zaufaniu Paul. On nie bał się Darwina Graylinga, bo Paul nie bał się nikogo. Zresztą lubił swoją pracę i nie zamierzał wracać do FBI. W Federalnym Biurze Śledczym pracował przed laty i nikt nie wiedział, dlaczego nagle rzucił lukratywną posadę rządową, żeby stać się gliniarzem do wynajęcia u teksańskiego milionera w małej mieścinie na końcu świata. On sam nic na ten temat nie mówił.
Sari dotknęła siniaka na policzku siostry i skrzywiła się.
– Ostrzegałam cię, żebyś się nie odszczekiwała, kochanie – powiedziała zmartwiona. – Tak mi przykro!
– Moje usta są niekompatybilne z moim mózgiem… – Zaśmiała się z goryczą Merrie, patrząc siostrze w oczy. – Gdybyśmy tylko mogły komuś powiedzieć! – Westchnęła.
– Mogłybyśmy, a tatuś już by się postarał, żeby ten ktoś nigdy nie znalazł pracy – odrzekła Sari. – To dlatego nigdy niczego nie powiedziałam Paulowi… – Zagryzła wargę.
Merrie od razu się zorientowała i uścisnęła siostrę.
– Nie powiem mu. Wiem, co czujesz do Paula.
– Chciałabym, żeby on czuł coś do mnie. – Sari westchnęła przeciągle. – Zawsze jest wobec mnie taki serdeczny, opiekuje się mną. Ale to jest… Nie wiem, jak to powiedzieć. Bezosobowe, beznamiętne? – Posmutniała nagle. – On po prostu nie zbliża się do ludzi. Pamiętasz, jak dwa lata temu spotykał się z tą babką z firmy audytorskiej? Wydzwaniała tu potem i wydzwaniała, a on nawet nie odebrał. Mówił, że chciał mieć kogoś do towarzystwa do kina, a ona zaczęła już oglądać pierścionki zaręczynowe. – Sari mimo woli się roześmiała, potrząsając głową. – On nie chce się z nikim wiązać.
– Może był z kimś związany i coś się stało – zauważyła Merrie. – Wygląda na człowieka, który rzuca się do basenu na głowę. Rozumiesz: wszystko albo nic. Może stracił kogoś, kogo kochał – zamyśliła się.
– To by wiele wyjaśniało – zgodziła się Sari. – Takie moje szczęście, że zbzikowałam na punkcie mężczyzny, który uważa, że szczególną więź można mieć tylko z samochodem.
– To bardzo ładny samochód – zauważyła Merrie.
– To ciężarówka! – Sari wyrzuciła w górę ręce. – Rany! Patrząc, jak się o nią troszczy, można by pomyśleć, że to dziecko. W środku specjalne dywaniki, co tydzień myjnia. On nawet woskuje ją własnoręcznie – rzuciła gniewnie. – To ciężarówka!
– Lubię ciężarówki – powiedziała Merrie. – Ten kowboj, który pracował u nas w zeszłym roku, miał taką śmieszną czarną. Chciał mnie zabrać do kina. – Zadrżała. – Myślałam, że tatuś go zabije.
– Ja też. – Sari ciężko przełknęła ślinę. – Mówili, że uciekł aż do Arizony, żeby mieć pewność, że tatuś nie będzie go ścigać. Był przerażony.
– Ja też – wyznała Merrie. – Patrz, mam osiemnaście lat i nigdy nie byłam na randce, nigdy mnie nikt nie całował, chyba że w policzek.
– Witaj w klubie. – Sari roześmiała się. – Cóż, pewnego dnia wyrwiemy się stąd. Uciekniemy! – dodała dramatycznym tonem. – Zatrudnię drużynę najemników, żeby nas ukryła przed tatusiem!
– Za co? – spytała ze smutkiem Merrie. – Żadna z nas nie ma grosza. Tatuś dopilnuje, żebyśmy nie mogły dostać nawet pracy na zlecenie. Nie pozwolił ci przecież mieszkać w kampusie. Założę się, że w okolicy się o tym mówi.
– Owszem – przyznała Sari. – Ale ludzie uważają, że nasz ojciec jest ekscentryczny z powodu swego bogactwa, i nie wgłębiają się w to. Zresztą ja i tak nie mam prawdziwych przyjaciół.
– Tylko mnie.
– Tylko ciebie. – Sari przytuliła siostrę. – Jesteś moją najlepszą przyjaciółką, Merrie.
– A ty moją, mimo że jesteś moją siostrą.
– Pewnego dnia sytuacja się zmieni – stwierdziła Sari.
– Powtarzasz to od czasu, kiedy byłyśmy w szkole podstawowej. A do tej pory nic się nie zmieniło.
– Ale się zmieni – powtórzyła Sari.
Merrie dotknęła policzka i skrzywiła się.
– Powiedziałam Paulowi, że spadłam ze schodów – nadmieniła, widząc zatroskany wyraz twarzy starszej siostry.
– Zastanawiam się, czy ci uwierzył – odrzekła Sari poważnie. – On nie boi się tatusia.
– A powinien. Słyszałam, że tatuś ma na Wschodzie przyjaciela – wyznała Merrie. – Należy do jakiejś grupy przestępczej. Mówią, że zabija ludzi i że za pieniądze zrobi wszystko. – Przygryzła dolną wargę. – Też nie chcę, żeby Paulowi coś się stało. Im mniej będzie wiedział, co tu się dzieje, kiedy nie jest na służbie, tym lepiej. Zresztą nie byłby w stanie nas ocalić. Tylko mógłby pogrążyć się razem z nami.
– Nie pozwoliłby tatusiowi nas skrzywdzić, gdyby wiedział – oświadczyła Sari.
– A więc nie będzie wiedział.
– Ktoś inny może mu powiedzieć – zauważyła Sari.
– Nikt z tutejszych pracowników. – Merrie westchnęła. – Mandy prowadzi dom od ponad dwudziestu lat, była tutaj, jeszcze zanim się urodziłaś. Wie wszystko, ale boi się odezwać. Jej brat zajmuje się nielegalnymi interesami. Tatuś jej powiedział, że mógłby go wysłać do więzienia, gdyby kiedykolwiek otworzyła usta. Boi się go. – Merrie podniosła wzrok na starszą siostrę. – Ja się go boję.
– Tak, ja też – przytaknęła Sari.
– Nie chcę nigdy wychodzić za mąż, Sari – uniosła się Merrie. – Nigdy!
– Pewnego dnia wyjdziesz, jeśli pojawi się właściwy mężczyzna – zauważyła starsza siostra.
– Raczej się nie pojawi, jeśli tatuś będzie w pobliżu, albo wyjedzie stąd w worku na zwłoki – zaśmiała się młodsza z dziewcząt.

Paul Fiore był Włochem, ale miał babkę Greczynkę, czemu zawdzięczał oliwkową cerę, gęste kruczoczarne włosy i duże brązowe oczy. Był przystojny – wysoki, muskularny, z szerokimi ramionami. Poruszał się lekko i zwinnie jak pantera i miał bystry umysł. Większą część swego życia spędził w służbie prawa aż do czasu podjęcia pracy w Grayling Corporation. Chciał znaleźć się jak najdalej od urzędów federalnych i od New Jersey. Jacobsville w Teksasie było dla niego miejscem niemal idealnym.
Uwielbiał obie dziewczynki, Sari i Merrie, a pod nieobecność ich ojca zarządzał jego posiadłością. Potrafił sobie poradzić z każdym problemem. Jego głównym obowiązkiem było zapewnienie bezpieczeństwa córkom chlebodawcy, ale miał też baczenie na całą posiadłość, zwłaszcza na bardzo drogie konie, które Grayling hodował na sprzedaż.
Mandy Swilling, gospodyni, przepadała za nim. Piekła specjalnie dla niego ciasteczka cynamonowe, które uwielbiał, a kiedy wybierał się w podróż służbową, wkładała mu do ciężarówki drobne niespodzianki.
– Psujesz mnie – powiedział któregoś ranka do Mandy. – Będę tak rozpuszczony, że nie poradzę sobie, kiedy mnie stąd wyrzucą.
– Pan Darwin nigdy cię nie wyrzuci. – Mandy ściszyła konfidencjonalnie głos. – Tylko trzymaj buzię na kłódkę i nie zadawaj pytań.
– Osobliwy powód do niewyrzucania, nieprawdaż? – Paul zmrużył oczy.
– Nie tutaj. – Mandy westchnęła ciężko.
– Ty wiesz, gdzie pochowano wszystkie ciała, prawda? To dlatego wciąż tu jesteś? – zagadnął.
Mandy nie roześmiała się, jak tego oczekiwał. Wzdrygnęła się tylko.
– Nie należy żartować z takich spraw – powiedziała poważnie.
Paul obserwował, jak przygotowuje bułeczki na lunch. Nie przyciągała wzroku. Miała około pięćdziesięciu funtów nadwagi, krótkie siwe włosy, ciemne oczy i lekko się garbiła po latach pracy w ogrodzie. Ale gotowała jak mało kto! W kuchni dokonywała cudów. Paul pamiętał, jak jego babcia robiła ravioli i przystawki, kiedy był dzieckiem, pamiętał, jak pachniała mąką i oliwą. Kuchnia była azylem dla dziecka, które nie miało prawdziwego domu.
Ojciec Paula pracował dla miejscowego szefa gangu i wykonywał wszelkie nielegalne zlecenia, podobnie jak większość jego rodziny. Matka zmarła nieszczęśliwa, będąc świadkiem, jak jej mąż prowadza się z niezliczonymi kobietami, i drżała za każdym razem, kiedy przed drzwiami stawał wielki szef albo policja. Po śmierci matki ojciec po raz dwudziesty wylądował za kratami, a Paul zamieszkał u swojej greckiej babci. Razem z kuzynem Mikeyem pozostali u niej prawie do czasu pełnoletniości. Paul widział, jak Mikey idzie tą samą drogą co jego ojciec, przyczepiając się jak kleszcz do wielkiego szefa organizacji przestępczej. Jego ojciec nigdy się nie zmienił. Co prawda, Paul nie przypominał sobie, żeby widział ojca więcej niż jakieś dziesięć razy w życiu, zanim ten zginął w strzelaninie z konkurencyjnym gangiem.
Właśnie to był powód, że w wieku siedemnastu lat, od razu po ukończeniu liceum, wstąpił do policji. Nienawidził przestępczości, która zniszczyła jego rodzinę. Miał nadzieję, że coś zmieni, że pomoże oczyścić swoją dawną okolicę i wyzwolić ją ze szponów zorganizowanej przestępczości. Ze służby w lokalnej policji przeszedł wprost do FBI. Rozpierała go energia, czuł, że może walczyć z przestępczością i wygrać. Zaślepiony ambicją nie widział realiów życia. I zapłacił za to wszystkim.
Mimo to niekiedy tęsknił za Biurem. Ale wspomnienia były niebezpieczne. Nawet teraz, po latach od tragedii, kiedy na sygnał o pracy od jednego ze swoich współpracowników musiał uciekać z New Jersey do Teksasu, nie był w stanie się z nimi konfrontować. Porzucił marzenia o domu i wszystkich sprawach z nim związanych. Teraz zajmowała go wyłącznie praca. Nie patrzył w przyszłość. Nigdy. Jego hasło brzmiało: żyć chwilą.
– Dlaczego się tu kryjesz? – spytała nagle Mandy, przerywając mu te rozmyślania.
– To oczywiste, nie? – odpowiedział pytaniem z wyczuwalnym nawet po latach przebywania w Teksasie akcentem z New Jersey.
– Tak, oczywiste.
Popijał kawę, którą mu podała.
– Córka zarządcy z nim dzisiaj przyjechała – powiedział Paul.
– O mój Boże… – Mandy westchnęła.
– Parę tygodni temu wziąłem ją na lunch do kawiarni Barbary. – Paul wzruszył ramionami. – Ot tak, po prostu. Spotkałem ją w sądzie, gdzie pracuje. Uznała, że zależy mi na poważnym związku, i teraz zjawia się tutaj co sobota jak w zegarku i spędza czas z ojcem.
– To się skończy po powrocie pana Darwina – orzekła Mandy. – On nie lubi obcych u siebie, nawet takich, którzy są spokrewnieni z jego pracownikami.
– Albo się skończy, kiedy stracę cierpliwość i zacznę kląć po włosku. – Paul uśmiechnął się smutno.
– Wyglądasz na Włocha – stwierdziła, przypatrując mu się uważnie.
– Szkoda, że nie możesz zobaczyć mego kuzyna Mikeya – zachichotał Paul. – Mógłby się zgłosić na casting do Ojca chrzestnego. Ja mam w sobie też trochę Greka. Moja babcia pochodziła z miasteczka w pobliżu Aten. Nie mówiła prawie słowa po angielsku. Ale jak gotowała! Mogłaby się z tobą równać – dodał, a oczy mu zaiskrzyły. – Polubiłaby cię, Mandy.
– Nigdy nie mówisz o rodzicach. – Surowa twarz Mandy złagodniała.
– Staram się nie myśleć o nich za dużo. Zabawne, że wciąż nosimy na barkach swoje dzieciństwo.
Mandy kiwnęła potakująco głową. Spieszyła się, żeby zdążyć na czas z lunchem. Ugniatała ciasto rękami uwalanymi mąką.
– Te biedne dziewczyny nie miały dzieciństwa. – Ruchem głowy wskazała w głąb domu. – On wciąż trzyma je pod kluczem. Nie puszcza ani na prywatki, ani na dyskoteki, a już na pewno nie na randki.
– Zauważyłem – zmarszczył brwi Paul. – Raz zapytałem szefa, dlaczego czasem nie pozwoli córkom gdzieś pójść. – Upił łyk kawy.
– I co ci odpowiedział?
– Że ostatni pracownik, który zadał mu takie pytanie jest teraz kelnerem w jakiejś dziurze w Jukonie.
– Bardzo prawdopodobne. Kowboj, który raz próbował umówić się Merrie pracuje teraz w Arizonie. Mówią, że wciąż się obawia płatnych zabójców. – Mandy na sekundę zapomniała o cieście. – Nie waż się o tym wspomnieć nikomu poza domem – poradziła. – Ani panu Darwinowi. Lubię, jak tu jesteś – dodała z uśmiechem, wracając do swoich obowiązków.
– Lubię tę pracę – powiedział Paul. – Nie ma tutaj zgiełku dużego miasta, pośpiechu, presji i terminów.
– Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ale byłeś w policji, prawda?
– Skąd wiesz? – zmarszczył czoło Paul.
– To małe miasto. Cash Grier, nasz szef policji, coś tam napomknął swemu przyjacielowi, a ten Barbarze z kawiarni, która z kolei powiedziała o tym swojej kucharce, a ona mnie.
– To szef tutejszej policji wiedział, że byłem funkcjonariuszem organów bezpieczeństwa publicznego? Skąd? – zastanawiał się głośno Paul, nagle poczuwszy się nieswojo. Nie chciał, żeby w okolicy była znana jego przeszłość.
– Nikt nie wie, jak on zdobywa wiadomości – zaśmiała się Mandy. – Ale kiedyś pracował dla rządu. Mówiono, że wykonywał jakieś tajne zlecenia.
Paul otworzył szeroko oczy.
– Szef policji? – wykrzyknął.
Mandy skinęła głową.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Ocalić Isabel
Autor Diana Palmer
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 08-06-2018
Ilość stron 224
Oprawa Miękka
ISBN 9788327636041

Napisz recenzję