William otworzył drzwi kopnięciem i wyprowadził kobietę na zewnątrz. Odrzucił nóż i w świetle zachodzącego słońca pociągnął ją ku powozowi.
– Jedź! – zawołał do stangreta. – Szybko!
Stangret wybałuszył oczy, lecz zaraz potem wyprostował się i kiwnął głową.
Znalazłszy się w powozie, William wychylił się, by opuścić roletę po stronie nieznajomej. Gwałtownie zaczerpnęła tchu i odsunęła się od niego jak najdalej.
Siląc się na spokój tak jak podczas rozmowy z Wrenem, zwrócił się w jej stronę. Zamierzał się dowiedzieć, gdzie mieszka. Siedziała sztywno wyprostowana, ale trudno było nie zauważyć rozdarcia sukni.
– Proszę się nie bać. Widzę, że pani drży – powiedział tonem, jakim zwracał się do swych sióstr kłócących się o kawałek tarty morelowej.
Spojrzał na otarte kostki dłoni nieznajomej i przypomniał sobie o jej skaleczonym ramieniu. Jeśli stracił konie po to, żeby zjawić się u Wrena akurat wtedy, gdy kobieta potrzebowała pomocy, to powinien dziękować za to Sylvestrowi.
Sięgnął do kieszeni po chustkę. Nawet w zapadającym zmroku widać było ciemną plamę krwi na ramieniu dziewczyny.
Przycisnął materiał do jej ramienia.
– Proszę postarać się uspokoić – odezwał się łagodnym tonem. – Za chwilę poczuje się pani lepiej. – Gdyby ta dama była jego siostrą, zacząłby nucić jakąś melodię, bo to zawsze przynosiło oczekiwany skutek.
– Jest pan ranny… – powiedziała.
Poczuł ogromną ulgę. Okazało się, że strach nie odebrał jej mowy.
– To nic wielkiego. Moje konie często zadają mi poważniejsze obrażenia.
Popatrzyła na swoje ramię.
– Och! – pisnęła, zaskoczona.
– Tak. – Wciąż trzymał chustkę przy jej ramieniu. – Ale ta rana szybko się zagoi. Zapewne miała już pani poważniejsze skaleczenia.
Wyjęła chustkę z jego ręki. Na chwilę ich dłonie się zetknęły; zesztywniała.
Nie chciał jej męczyć, jednak był zmuszony zadać kilka pytań. Zamierzał zawieźć ją w bezpieczne miejsce. Nawet jeśli się okaże, że dziewczyna mieszka gdzieś daleko, poleci stangretowi tam pojechać. W ostatniej chwili zmienił jednak pytanie.
– Dlaczego przyszła pani do Wrena?
– Szukałam tam pracy.
Okazało się, że bardzo się mylił w jej ocenie.
– W burdelu? – zapytał tonem ostrzejszym, niż zamierzał.
Jej oczy rozbłysły oburzeniem.
– Pan mnie obraża. – Wyprostowała się. – Czy wyglądam na kogoś, kto…? – Szybko naciągnęła suknię na obnażone ramię i wygładziła spódnicę. – Czy wyglądam na… kobietę upadłą?
– Nie – skłamał, jednak już dawno temu nauczył się, że drobne kłamstwa są lepsze niż konieczność powstrzymywania kobiecych łez.
– Muszę wracać – powiedziała. – Musi mnie pan zabrać z powrotem w to straszne miejsce. – Spojrzała na Williama błagalnym wzrokiem. – Potrzebuję pańskiej pomocy.
– Nie ma mowy. Już tam pani nie wróci.
– Pan niczego nie rozumie. Zostawiłam tam swoją torbę, a w niej suknię… i pieniądze… – Chwyciła go za rękę i spojrzała mu w oczy.
Delikatnie otoczył ją ramieniem.
– Czy to duża suma? – zapytał. Gdyby dziewczyna dysponowała odpowiednimi funduszami, z pewnością nie znalazłaby się u Wrena.
– To nie wszystko, co mam – odparła ledwo słyszalnie. – Reszta moich rzeczy znajduje się w drodze do Sussexu.
– Co pani zostawiła u Wrena? – Nie ustępował.
– Moje piosenki i suknię, wachlarz ze sztucznymi klejnocikami, wstążki do włosów i pieniądze, za które mogłabym kupić talerz zupy. – Zwinęła dłoń w piąstkę. – Najbardziej żal mi wachlarza. Dostałam go w prezencie od moich trzech przyjaciółek. Ale chyba zrozumieją, jeśli im powiem, że musiałam go sprzedać, by kupić sobie coś do jedzenia.
Spojrzała mu w oczy.
– Nie jestem dziwką. Jestem… – uniosła podbródek – …śpiewaczką. – Szybko pochyliła głowę. – A raczej miałam nią być. Ten niegodziwiec miał mi płacić za śpiewanie.
– Pani śpiewa?
– Tak. Wren obiecał, że mnie zatrudni, żebym śpiewała piosenki. Obiecał, że będzie mi płacił. – Prychnęła. – Dysponuję dobrym głosem, a pieniądze, które mi obiecywał, nie były aż tak wielkie, żeby wzbudzić moje podejrzenia. – Rozprostowała palce, zobaczyła krew na rękawiczkach i zadrżała. – Zawsze mi mówiono, że mój głos to wielki dar…
Pochyliła głowę.
– Moje piosenki zostały w tej torbie. Był tam też rysunek wykonany przez moją przyjaciółkę Grace… To bardzo ważna dla mnie pamiątka… Przedstawia, jak śpiewamy i śmiejemy się z Joanną i Rachel…
– Więc jest pani Słowiczkiem. – Pociągnął jej rękawiczkę za koniuszek.
– Już nie – odpowiedziała, zdejmując rękawiczki.
 – Nonsens. Nie może pani rezygnować ze swoich planów z powodu jednego niepowodzenia.
– Nie chodzi tylko o Wrena. Wszyscy uważają, że powinnam zostać guwernantką. Dosłownie wszyscy. To, co się stało, dowodzi, że mają rację.
– To niczego nie dowodzi – rzekł stanowczym tonem, lecz Isabel tylko machnęła rękawiczką.
– Nigdy już nie będę śpiewać. Podsłuchałam, jak Madame Dubois mówiła, że to zrujnuje moją reputację. Teraz myślę, że miała rację. Po prostu nie mogłam w to uwierzyć… aż do dzisiaj. Madame zawsze miała rację.
Napotkała uważne spojrzenie brązowych oczu.
– Powinnam była wiedzieć, że sprawy mogą przybrać niepomyślny obrót na podstawie doświadczeń Grace.
– A co się przydarzyło pani przyjaciółce Grace?
– Wyjaśniła mi, jak… – Machnęła ręką i podciągnęła dekolt sukni. – Ludzie popełniają błędy. Teraz widzę, że powinnam być zadowolona z tego, że mogę zostać guwernantką. Nie wszyscy mają tak dobrych rodziców jak ja. Zrobili wszystko, żebym mogła pobierać nauki w dobrej szkole z dala od domu. – Skrzywiła się. – Ale ja wolałam śpiewać. I występować przed publicznością…
Dobrze pamiętała uczucie radości, które ogarniało ją, ilekroć rozbrzmiewały dźwięki muzyki.
– Powinnam była się domyślić. Wymieniłam wiele listów z panem Wrenem i miałam go za człowieka godnego zaufania. Powinnam była się jakoś upewnić, czy ma dla mnie uczciwą pracę. Mogłam się domyślić, że to wszystko do niczego dobrego nie doprowadzi, ale przez całe życie bujałam w obłokach. Może warto było przeżyć coś tak strasznego, żeby zejść na ziemię.
– Nie. To nie było tego warte.
Powiedział to tonem nieznoszącym sprzeciwu. Przyglądała mu się, starając się przeniknąć wzrokiem mrok panujący w powozie. Wiele by dała za to, by móc czytać w jego myślach.
Teraz należało zastanowić się nad swoją przyszłością.
– Wyślę list, w którym opiszę, jak zostałam napadnięta – oznajmiła. – Oczywiście pominę niektóre szczegóły. Mam nadzieję, że Madame Dubois przyjmie moje wyjaśnienia i da mi list polecający do jakiejś rodziny. I zostanę… – przymknęła powieki – …guwernantką.
– Dzieci będą z tego bardzo zadowolone.
– Mam nadzieję, że uda mi się zdobyć jakąś posadę po tym wszystkim…
– Guwernantka powinna śpiewać swoim podopiecznym.
– To oczywiste.
– Proszę zaśpiewać dla mnie – zaproponował.
– Nie.
– Proszę.
Spróbowała, ale po trzech słowach poczuła suchość w gardle i głos jej się załamał.
– Nie chcę już więcej śpiewać – powiedziała. – Śpiewałam, bo la vie est trop courte pour boire du mauvais vin. Chciałam mieć okazję do napicia się dobrego wina.
– Rezultat może być taki sam. Ale proszę nie porzucać czegoś, co pani kocha… a zwłaszcza czegoś tak cudownego jak śpiew.
– Mój głos zawsze przyciągał uwagę – wyznała. – Madame ciągle mi powtarzała, że pycha kroczy przed upadkiem, a upadki bywają bolesne…
– Słowiczki nie muszą stąpać po ziemi.
– Te o podciętych skrzydłach muszą…
– Zapewnię pani bezpieczną gościnę. Napije się tam pani dobrego wina, a jutro wyśle pani list. Jeszcze nie wszystko stracone. Jestem przekonany, że będzie miała pani jeszcze wiele okazji do uszczęśliwienia dzieci pozostających pod pani opieką.
– Byłabym wdzięczna, gdyby zawiózł mnie pan do jakiegoś miejsca, gdzie będę mogła bezpiecznie spędzić noc.
– Znam tylko jedno takie miejsce. Dom mojej siostry. Jest zamężna i cieszy się nienaganną reputacją. Jutro siostra wyśle przez posłańca wiadomość we wskazane przez panią miejsce. Wymyśli jakąś historyjkę, jak to pani jej pomogła i odjechał pani dyliżans. Na pewno też znajdzie dla pani nowe ubranie. Możemy teraz uznać, że ma pani po prostu mały objazd w podróży.
Odetchnęła z ulgą.
– Dziękuję. – Odkaszlnęła i poczuła ból gardła. Wren musiał ścisnąć ją mocniej, niż jej się wydawało. Przesunęła palcami po szyi, szukając śladów cięcia. Na szczęście ich nie było.
Wychylił się w przód i uniósł drewnianą klapkę zasłaniającą okienko.
– Jedziemy do Sophii – powiedział, a po chwili dodał: – Powoli.
Popatrzył na Isabel i się uśmiechnął. Od razu zrobiło jej się cieplej na sercu.
Położył rękę na oparciu siedzenia za jej plecami, ale jej nie dotknął.
– Chyba nadszedł czas, żebyśmy się sobie przedstawili, Słowiczku.
 
Powóz zatrzymał się.
 – Proszę chwilę zaczekać – powiedział William, trzymając dłoń na uchwycie drzwiczek. – Chciałbym znaleźć jakieś zajęcie lokajowi siostry, żeby mogła pani niepostrzeżenie wejść do domu. Lepiej będzie, jeśli wszyscy pomyślą, że przyjechała tu pani z Sophią. – Zniżył głos do szeptu. – Może pani zaufać stangretowi, że będzie milczał jak grób – zapewnił, po czym zniknął w ciemnościach.
Mocno chwyciła się skórzanego oparcia. Ogarnęło ją uczucie dojmującej samotności, powróciły wspomnienia chwil, w których Wren groził jej nożem.
Na szczęście żyła i wiele wskazywało na to, że wszystko potoczy się ustalonym trybem i zostanie guwernantką. Zdążyła się przekonać, jak może wyglądać życie śpiewaczki. Matka wiele razy ostrzegała ją, że ludzie sądzą, że śpiewaczki otrzymują pieniądze również za inne usługi. Wtedy Isabel się nad tym nie zastanawiała, teraz jednak uznała, że matka miała rację.
Uniosła roletę w oknie powozu. W świetle księżyca zobaczyła okazałą posiadłość. William nie powiedział jej, że siostra jest aż tak majętna. Szybko opuściła roletę i zajęła się upinaniem włosów, nie zważając na ból w ramieniu.
W pewnej chwili drzwiczki się otworzyły i do środka zajrzał William.
– Słowiczku, nie musisz robić się na bóstwo. Moja siostra jest przyzwyczajona do patrzenia na mnie.
Znieruchomiała.
– Wyglądam okropnie.
Chwycił ją za ręce i pomógł wysiąść z powozu.
– Wyglądasz jak łabędź. A łabędzie nie zawsze mają gładko ułożone pióra, ale ani na chwilę nie przestają z tego powodu być łabędziami.
– Potrafi pan prawić komplementy.
– Zasługuje pani na nie – powiedział bez wahania. – Mam trzy siostry, więc, owszem, nie brak mi doświadczenia w prawieniu komplementów. Siostry też na nie zasługują. Przyznaję jednak, że kiedyś dostałem od nich coś w rodzaju listy.
– Listy?
– Tak. Listy komplementów. Któregoś wieczoru zaczęły się zastanawiać, jakie słowa chciałyby ode mnie usłyszeć zamiast ciągłego wypytywania, czy odrobiły lekcje, ćwiczyły na fortepianie i czy były grzeczne. Ilekroć je napominałem, musiałem powtarzać jeden z ich ulubionych komplementów i dodać do tego mój własny.
– Chciałabym mieć brata takiego jak pan.
Otworzył przed nią drzwi i wprowadził do środka.
– Sophia mówi, że wyszła za mąż, mimo że ma brata, a Rosalind twierdzi, że ona i Harriet są niezamężne, bo jeśli ich przyszły mąż ma być taki jak ja, to chyba zwariują.
Isabel patrzyła na Williama, szukając w myślach odpowiednich słów podziękowania za to, co dla niej zrobił. Nie potrafiła jednak wydobyć z siebie głosu. Przyłożyła dłoń do szyi, by dać mu do zrozumienia, co czuje…
– Och… – Delikatnie odsunął jej dłoń. – Proszę starać się tak tego wszystkiego nie przeżywać.
– Tak wiele panu zawdzięczam… – powiedziała szeptem i chwyciła się klap jego surduta, by nie upaść.
Podtrzymał ją, delikatnie otaczając ramieniem w talii.
– Zrobiłbym to samo także dla kogoś innego.
– To tym bardziej dowodzi pańskiej szlachetności i odwagi.
Pokręcił głową.
– Niewiele brakowało, żebym został pijakiem, hazardzistą i łajdakiem bez grosza przy duszy… niewdzięcznym, zarozumiałym dziedzicem wicehrabiego. Proszę już nic nie mówić na mój temat i nie rujnować mojej reputacji.
– Tylko pan przyszedł mi z pomocą. – Dotknęła rękawa jego marynarki. – Miałam dużo szczęścia, że pan tam był.
– Wolałbym, żeby wszystko potoczyło się tak, jak pani sobie tego życzyła – odparł, patrząc na jej ramię.
– Nie wiedziałam… – Urwała. – Może to wszystko wydarzyło się po to, żebym mogła się przekonać, że na świecie są tacy ludzie jak pan?
Mruknął coś niezrozumiale, patrząc, jak stara się naciągnąć rozcięty rękaw na gołe ramię.
– Proszę o tym nie myśleć, Isabel. Tego się nie da naprawić. – Sięgnął po lampkę ze stolika przy ścianie i trzymał ją wysoko, by oświetlić schody.
Kiedy znaleźli się w salonie, podprowadził Isabel do fotela obitego tkaniną o barwie burgunda. Zapalił inną lampę i postawił ją na stole obok.
– Pójdę po Sophię – poinformował ją i zniknął.
Spodziewała się, że zadzwoni na służbę, jednak William zachowywał się tak, jakby był jej równy statusem. Jedyna służąca jej matki również nie zostałaby obudzona o tak późnej porze, bo zajęłoby to więcej czasu niż pójście po kogoś samemu.
Isabel rozejrzała się po pokoju. Nieznacznie się różnił od salonu w domu jej rodziców. Było tu więcej lamp, a obraz nad kominkiem był oprawiony w okazalszą ramę, ale poza tym pokój doskonale by pasował do wiejskiej posiadłości ziemianina.
William powrócił.
– Musi najpierw upiąć włosy…
Isabel szybko zaczerpnęła tchu.
– Nie przejmuj się – powiedział. – To jest Sophia. Moja siostra. Ta z…
– Z…?
Do salonu weszła kobieta w wieku, w którym na pewno nie potrzebowała już guwernantki. Miała na sobie błyszczącą suknię przypominającą nieco strój dzienny, o kroju pozwalającym zaprezentować się w niej także i na przyjęciu.
– Z najpiękniejszym uśmiechem na świecie – dokończył William.
Dokonał prezentacji, czując się tak swobodnie, jakby spotkali się rano i mieli przed sobą cały dzień.
Spojrzawszy na Isabel, Sophia otworzyła usta i zaniemówiła na chwilę.
– Pani ramię… – powiedziała wreszcie. – Musimy obmyć pani ranę.
Isabel wstała.
– Rana już zaschła i tylko trochę kłuje. Pani brat mnie uratował.
– Och, Williamie… – Wzruszyła ramionami. – Kiedyś pośliznęłam się i wpadłam do strumyka, a on prowadził mnie potem do domu za ucho, mówiąc, że śmiertelnie go przestraszyłam. – Wymierzyła bratu żartobliwy kuksaniec w bok. – Do tej pory nie mogę mu wybaczyć, że przez niego mam jedno krzywe ucho.
William przyjrzał się uszom siostry.
– Masz rację. Jest odrażające. Jestem tak tym wstrząśnięty, że aż się trzęsę.
Sophia podeszła do Isabel.
– Musimy doprowadzić panią do porządku.
– Soph… – przerwał William. – Chcę prosić cię, abyś rano napisała krótki list do przełożonej panny Isabel. Wymyśl jakąś bajeczkę o tym, że cię uratowała przed atakiem os albo coś w tym rodzaju, a potem nie chciała zostawiać cię samej… Chodzi o taką historyjkę, jaką wymyśliłaś dla ciotki Emilii. – Puścił do niej oczko. – Żal byłoby nie wykorzystać tak świetnej opowieści po raz drugi.
Sophia pokręciła głową.
– Mam wrażenie, że ciotka Emilia mi nie uwierzyła.
William parsknął śmiechem.
– Oczywiście, że ci nie uwierzyła. Powiedziała mi, że muszę cię szybko wydać za mąż, więc rozejrzałem się i postawiłem na twej drodze odpowiedniego kandydata.
Sophia uśmiechnęła się.
– A potem wystarczył jeden taniec, żeby wpadł po same uszy.
– Widzi pani, panno Morton… – William splótł dłonie za plecami. – Moja siostra jest bardzo pomysłowa, jeśli chodzi o wymyślanie różnych bajeczek. – Odwrócił się z zamiarem odejścia, lecz po chwili się zatrzymał i popatrzył na siostrę. – Możesz opowiedzieć swoją historię ciotce Emilii. Tak na wszelki wypadek.
– Zrobię to. Ale ciotka nieprędko jutro wstanie. Jest teraz na przyjęciu u Browningów i z pewnością wróci późno, bo bawi się w swatkę. Uważa, że nasze siostry nie powinny marnować się na wsi.
– I ma rację.
– Och, proszę, przestań – jęknęła Sophia. – Kiedy tylko rozejdzie się wieść, że Ros i Harriet są gotowe do zamążpójścia, ciotka Emilia zacznie rozważać kolejne kandydatury, a ty będziesz narzekał, że żaden starający się o rękę nie jest godzien twoich sióstr. Ciotka Emilia szykuje się już na nadchodzący sezon. Nawet ci, co wyjechali na wieś, wrócili do Londynu, by wziąć udział w przyjęciu. Zapowiada się wielkie wydarzenie. Będą omawiane plany Johna Nasha dotyczące naszego miasta. Nie możemy pozwolić, by przyćmił nas Bonaparte!
– W takim razie jestem zdziwiony, zastając cię w domu.
– Nie mam ochoty na gorące dyskusje na temat architektury ani Napoleona, a poza tym wolę spędzić wieczór z moim zakochanym mężem.


Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł 7,90 zł 2 dni
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 7,90 zł 9,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Uciekająca guwernantka
Autor Liz Tyner
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 17-08-2018
Ilość stron 272
Oprawa Miękka
ISBN 9788327637895

Napisz recenzję