Joanne Rock – Nienasyceni kochankowie

– Znalazłeś ją? – dopytywał się niecierpliwie Ian McNeill stojącego przed nim prywatnego detektywa.
Znajdowali się w zacisznym gabinecie biurowca McNeill Resorts, w nowojorskiej dzielnicy biznesowej.
Ian wrócił do miasta niecałą dobę temu, gdy dostał wiadomość, że detektyw, którego zatrudnił przed dwoma miesiącami, ma dla niego wreszcie jakieś wieści.
Starszy brat Iana, Quinn, poprosił o pomoc w wytropieniu nieuchwytnej agentki matrymonialnej z Manhattanu, która miała połączyć węzłem małżeńskim ich młodszego brata, Camerona, ze sławną baleriną. Na pierwszy rzut oka nic w tym złego, z jednym zastrzeżeniem: niedoszła narzeczona nie miała pojęcia, że ktoś ją próbuje swatać – i wybuchł publiczny skandal.
I to już był problem.
Sprawa miała dalszy ciąg. Następnego dnia okazało się, że niefortunna agentka zwinęła interes. W ciągu kolejnego tygodnia Ian dowiedział się, że kobieta używała fałszywego nazwiska i podstawionej asystentki jako osoby do kontaktu. Mimo kilku poszlak nie udało mu się wytropić intrygantki.
Do dzisiaj.
– Oto ona. – Detektyw podał mu teczkę z dokumentami.
Bentley był jego zaufanym przyjacielem jeszcze ze studiów. Jego specjalnością były przestępstwa komputerowe, ale czasem podejmował się pracy w terenie, jeśli sprawa go zainteresowała lub zleceniodawcą był ktoś bliski, jak w tym wypadku. Gładko wygolony, w drucianych okularach i wypłowiałych bojówkach, przypominał raczej młodocianego gracza komputerowego niż dobrze prosperującego przedsiębiorcę.
– Nic dziwnego, że posłużyła się przybranym nazwiskiem – dodał. – Prawdziwe jest wystarczająco dobrze znane na całym Manhattanie.
Ian nerwowo zabębnił palcami w zamkniętą teczkę.
– W zeszłym roku tabloidy sprzedawały się jak świeże bułeczki, kiedy zaczęły spekulować, kim jest swatka, która skojarzyła gracza Brooklyn Nets z blogerką modową – mówił dalej Bentley.
Tajemnicza kobieta połączyła wiele udanych par wśród popularnych gwiazdek i bogatych przedsiębiorców, więc cały Nowy Jork zgadywał, kto kryje się pod pseudonimem.
Ian odchylił się wygodniej w skórzanym fotelu. Popołudniowe słońce wpadało przez okna z widokiem na rzekę. Głęboko odetchnął i otworzył teczkę.
Jego wzrok padł na duże zdjęcie byłej kochanki leżące na samym wierzchu.
Lydia Whitney patrzyła na niego z tajemniczym uśmieszkiem Mony Lisy, w którym zakochał się na zabój przed rokiem, zanim po wielkiej awanturze nie zniknęła z jego życia.
Jakby piorun w niego strzelił. Usiadł prosto i podetknął kumplowi zdjęcie pod nos.
– To jakiś kiepski dowcip? – Nie zwierzał się Bentleyowi z krótkiego romansu z Lydią, ale facet jest nie w ciemię bity i dobry w swoim fachu. Na pewno podczas śledztwa wykrył, że się znali.
– O co ci chodzi? – zdziwił się Bentley.
Pochylił się nad biurkiem, aby się upewnić, o czym mowa. Podniósł druciane okulary na czubek głowy.
– To właśnie ona. Lydia Whitney. Jest nieślubną córką bajecznie bogatego kolekcjonera dzieł sztuki i seksownej pielęgniarki, którą zatrudnił. Matka Lydii przez lata procesowała się z jego rodziną o udziały w spadku.
Ian zesztywniał, a pod jego prawym okiem pojawił się nieznaczny tik.
– Dobrze wiem, kim jest.
Do diabła. Wystarczył sam jej widok – górna warga wycięta w łuk Amora, dołeczki w policzkach, spadające na ramię lśniące ciemne włosy – a wspomnienia napłynęły falą. Najlepsze tygodnie całego życia spędził wpatrzony w jej jadeitowozielone oczy.
– Pytam, co tu robi jej fotografia.
– Ianie. – Bentley wyprostował się i niecierpliwym ruchem zdjął z kędzierzawych ciemnych włosów okulary, po czym schował je do kieszonki oliwkowej koszuli. – Poprosiłeś, żebym ustalił, kto ukrywa się pod nazwiskiem Mallory West. Kim jest kobieta, która używała tego pseudonimu, kiedy pracowała dla Pary od Serca, ekskluzywnego biura matrymonialnego z siedzibą na Manhattanie. Oto ona.
Informacja powoli dotarła do szarych komórek Iana. A może poważna mina Bentleya kazała mu uważnie przyjrzeć się zgromadzonemu materiałowi. Jego były kumpel z akademika nie zwykł robić podobnych dowcipasów. Mówił serio.
Ian oderwał wzrok od nieskazitelnej cery Lydii i przerzucał kolejne kartki.
Na pierwszej stronie szczegółowy spis wydarzeń z lutego, gdy „Mallory West” umówiła Camerona McNeilla z baletnicą Sofią Koslow. Streszczenie rozmowy z asystentką Mallory, Kinley, która przyznała, że szefowa nie używa prawdziwego nazwiska, ale odmówiła zidentyfikowania jej.
Były też dane z obserwacji Kinley łącznie ze zdjęciami dokumentującymi liczne spotkania z Lydią w różnych miejscach Upper East Side, gdzie wedle wiedzy Iana Lydia mieszkała.
– Lydia Whitney jest ową tajemniczą agentką? – Kiedy powiedział to na głos, wszystko nabrało sensu.
Lydia zakończyła ich krótki związek, który dla niego był najbardziej ekscytującą przygodą życia, gdy odkryła jego zdjęcie i dane personalne na stronie dużego portalu randkowego. Rozumiał powody jej wzburzenia, miał jednak nadzieję, że da wiarę jego całkowicie racjonalnym i zgodnym z prawdą wyjaśnieniom.
To nie on założył profil na stronie internetowej. Za jego plecami zadziałała asystentka dziadka, gdy po kłótni ze starszym panem dla świętego spokoju obiecał poważnie pomyśleć o małżeństwie.
Od tamtej pory nie wracali do tematu.
Dziadek, Malcolm McNeill, był tak przywiązany do pomysłu, że wnukowie powinni się ożenić, że umieścił taki warunek w testamencie. Żaden z jego trzech spadkobierców nie wejdzie w posiadanie jednej trzeciej międzynarodowej korporacji, którą założył, zanim nie udowodni, że wytrwał w związku małżeńskim przez co najmniej dwanaście miesięcy.
Cała sprawa wydała się ostatniej zimy i właśnie dlatego Cameron zgłosił się do biura matrymonialnego, a ich działania skończyły się spektakularną katastrofą z Sofią Koslow. Naciski, że prawdziwy mężczyzna powinien się ożenić, zaczęły się dużo wcześniej, jeszcze zanim dziadek wprowadził zapis do testamentu. Ich efektem był ów nieszczęsny profil Iana na portalu randkowym.
Lydia nie chciała słuchać wyjaśnień. Była wściekła, oskarżyła go o dwulicowość i zerwała znajomość. Czy zajęła się kojarzeniem par – w dodatku w tym samym biurze matrymonialnym, do którego zwrócił się dziadek – po to, żeby zemścić się na Ianie?
To prawda, że przez kilka miesięcy dostawał różne dziwne propozycje spotkań z kobietami, ale wszystkie zignorował. Czy za tym też stała Lydia? Ogarnęła go złość, ale nie była to jedyna gorąca emocja, która nim zawładnęła.
– Byłem zaskoczony – przyznał Bentley. Stanął przy oknie wychodzącym na rzekę i Battery Park. – Spodziewałem się, że Mallory West to dama ze snobistycznych sfer Park Avenue. Jakaś starsza popularna i wścibska pani z towarzystwa, z szerokimi koneksjami.
Oparł się o framugę obok biblioteczki z przewodnikami i mapami.
Ianowi nie wystarczały internetowe mapy w telefonie, gdy podróżował po świecie. Lubił tradycyjne wielkie płachty papieru, na których wyznaczał trasy przelotów, gdy nadzorował remonty hoteli lub szukał nowych ofert we wszystkich zakątkach globu.
– Wcześniej zajmowała się architekturą wnętrz – zauważył obojętnie i odłożył papiery, nie chcąc zdradzić się przed przyjacielem z ukrywanego skrzętnie romansu. – Nie słyszałeś, czy jeszcze to robi?
Potrzebował czasu, by dojść do sedna sprawy. Pierwotnie jego intencją było ujawnienie prawdziwej tożsamości Mallory West rozwścieczonemu ojcu pięknej baleriny. Witalij Koslow odgrażał się, że wytoczy proces niefortunnej swatce za narażenie jego córki na oszczerstwa tabloidów. Jednak skoro w grę wchodzi Lydia? Trzeba się nad tym poważnie zastanowić.
– Nawet wtedy, kiedy zajmowała się kojarzeniem par, przyjmowała zlecenia na dekorację wnętrz. Teraz projektuje wystrój hoteli. Dużo czasu poświęca na wolontariat na rzecz samotnych matek. Wspomniałem o tym w sprawozdaniu.
– Samotne matki? – zdziwił się Ian i przewertował kartki.
– Fundacja „Nie jesteś sama”. Lydia przelewa sowite wpłaty na pieluchy i jedzenie dla niemowląt. – Bentley wskazał na właściwe zestawienie i cofnął się. – Tajemnica wyjaśniona, a ja mam spotkanie w śródmieściu, nie mogę się spóźnić. Wszystko jasne?
– Najzupełniej. Moja asystentka zrobi przelew. – Ian poderwał się i wyciągnął rękę. – Dziękuję, przyłożyłeś się.
– Nie ma sprawy. Zrezygnuję z wynagrodzenia, jeśli mnie zaprotegujesz u Camerona.
– Jesteś pewien? – zdziwił się Ian przekonany, że przyjaciel pomylił jego braci. – To Quinn zajmuje się funduszami inwestycyjnymi. Chcesz ulokować kapitał?
– Chodzi mi o Camerona. Podobno pracuje nad nową grą wideo, a ja mam pewne pomysły, jak przyspieszyć grafikę. Wolałbym kooperować z niezależnym producentem…
– Zrobione. – Ian nie zamierzał wdać się w dyskusję, w której padnie mnóstwo informatycznych terminów, ale jego brat z pewnością posługuje się tym samym żargonem co Bentley.
W ich rodzinie to Cam był miłośnikiem nowoczesnej technologii i oprócz pracy w McNeill Resorts miał firmę produkującą gry wideo.
– Skontaktuję was.
Odprowadził przyjaciela do wyjścia, po czym wziął do ręki zdjęcie Lydii Whitney i poczuł, że serce bije mu szybciej. Musi się z nią spotkać, by wyjaśnić sprawy do końca. Zeszłej wiosny, kiedy z nim zerwała, miał poczucie, że wszystkie mosty zostały spalone.
Najwyraźniej się mylił.
Zakręcił się na pięcie i przyciskiem interkomu wezwał asystentkę. Pani Trager w jednej chwili pojawiła się w drzwiach z tabletem w dłoni.
– Słucham, panie McNeill? – Kobieta była profesjonalna i ceremonialnie uprzejma w oficjalnych sytuacjach, ale kiedy pracowali we dwoje, formalne tytułowanie uznawali za zbędne.
– Chcę zostać udziałowcem w hotelu, gdzie Lydia Whitney wykonuje aranżację wnętrz. Cena i lokalizacja nie grają roli.
Pani Trager nawet nie mrugnęła okiem, choć była to – delikatnie mówiąc – dość niezwykła instrukcja.
– Czytałam w piśmie branżowym, że pani Whitney jest zatrudniona przez Singer Associates przy renowacji hotelu w South Beach.
– Świetnie. – Jeremy Singer to stary znajomy. Kupował posiadłości z przeznaczeniem na ekskluzywne restauracje. – Sam do niego zadzwonię. Po rozmowie dam pani znać, na kiedy będzie potrzebny bilet lotniczy.
– Dobrze. – Asystentka schowała tablet pod pachą. – Przesłałam panu artykuł na temat tego przedsięwzięcia.
– Dziękuję.
Pani Trager zamknęła za sobą drzwi, a Ian miał już w głowie zarys planu działania.
Poznał Lydię ponad rok temu, kiedy pracowali nad wspólnym projektem i spędzali razem sporo czasu. Jeśli się zorientuje, kto został jej pracodawcą w posiadłości Singera, zapewne spróbuje się wycofać, ale jest zbyt profesjonalna, by porzucić swoje obowiązki z dnia na dzień.
Ian będzie miał trochę czasu na rozeznanie, o co naprawdę chodzi Lydii Whitney.
Zdaje się, że próbowała się na nim zemścić, zamierzał ją o to zapytać prosto z mostu. Powinien jednak działać ze szczególną ostrożnością, by na powitanie nie spłoszyć Lydii. Kiedy przekona się, o co jej chodzi, podejmie decyzję, jak się odpłacić.
Nie był draniem, który szantażem wciąga kobietę do łóżka, jednak złość spowodowała, że niczego nie umiał wykluczyć.

Lydia Whitney odchyliła głowę i rozkoszowała się słońcem Miami. O ósmej rano było już pięknie, a wilgotność i upał jeszcze nie dokuczały.
Siedziała przy stoliku na wolnym powietrzu w kafejce News Café przy Ocean Drive, od wody ciągnęła przyjemna bryza, a przed nią stała filiżanka doskonałej kawy. Idealny początek dnia przed pierwszym spotkaniem biznesowym w sprawie nowego zlecenia w South Beach.
Prawie nie słyszała stałego szumu morskich fal i szelestu liści palmowych gdzieś w tle. Po obu stronach Ocean Drive panował ożywiony ruch, chociaż czerwiec nie jest szczególnie atrakcyjnym miesiącem dla turystów. Stoliki były wolne, mogła spokojnie zjeść śniadanie bez parzenia ust gorącą kawą i przełykania w pędzie migdałowej brioszki.
Nikt nie sterczał jej nad głową. Miała czas, aby przejrzeć gazetę i poznać najświeższe ploteczki z lepszych sfer Manhattanu.
Gdyby była dekoratorką wnętrz skoncentrowaną wyłącznie na swojej pracy, zapewne studiowałaby teraz pisma architektoniczne i artykuły o hotelach ostatnio oddanych do użytku w South Beach, aby mieć pewność, że jej projekt będzie się różnił od wszystkich innych.
Jednak miała własny model działania, słuchała podszeptu natchnienia podczas wizji lokalnej.
Lydia czytała rubryki towarzyskie z tym samym żywym zainteresowaniem, z jakim inne kobiety oglądają ulubiony reality show. Pilnie zapamiętywała imiona i sytuacje, sprawdzała, kto się z kim rozstał, a kto właśnie się zaręczył. Każdy szczegół był ważny dla jej prawdziwej potajemnej pasji: kojarzenia par małżeńskich na Manhattanie, swatania najbardziej rozchwytywanych panien i kawalerów.
Z tego nie była w stanie zrezygnować, chociaż została zmuszona do rezygnacji z pracy w ekskluzywnym biurze matrymonialnym, gdzie pozwalano jej działać pod pseudonimem Mallory West.
Niestety, zeszłej zimy doszło do skandalu, który zmusił Lydię do wyjazdu z miasta i porzucenia zawodu „swatki”. W jej życiu było wystarczająco dużo afer, nie miała dość siły na kolejną. Przez kilka miesięcy zajmowała się projektowaniem wnętrz i starała się nie zauważać spekulacji prasowych dotyczących tożsamości tajemniczej Mallory West.
Jednak brakowało jej przyjemnego dreszczyku podniecenia i niezłych przychodów związanych z jej drugim zawodem, zwłaszcza że całość przeznaczała na cele charytatywne bliskie jej sercu.
– Dolać pani kawy? – Szczupła kelnerka w czarnym podkoszulku i płóciennych szortach zatrzymała się przy stoliku z dzbankiem w ręce i plikiem jadłospisów pod pachą.
– Nie, dziękuję. – Lydia odruchowo wyłączyła ekran laptopa, zawsze gotowa chronić swą prywatność. – Proszę o rachunek, już kończę. – Nie może się spóźnić na pierwsze spotkanie, zwłaszcza że nie przygotowała zawczasu żadnych szkiców.
Singer Associates, firma, która zatrudniła ją do zaprojektowania wystroju hotelu Foxfire, w ciągu ostatnich lat zlecała jej wiele lukratywnych prac.
Podczas jednego z wyjazdów poznała Iana McNeilla. Być może to było jedyne pechowe zlecenie, bo facet złamał jej serce – i to w parę różnych sposobów.
Trudno jednak winić Singera za porażkę w jej życiu uczuciowym.
Przełknęła ostatni kęs bułeczki i obiecała sobie, że jutro wcześniej zejdzie na śniadanie, aby pogapić się na spacerowiczów. W South Beach zawsze można było spotkać interesujących podróżników, nie wspominając o ładniutkich modelkach, które całymi stadami odwiedzały tutejsze plaże. A milionerzy zawsze interesowali się modelkami i aktorkami. Nie zawadzi mieć oczy i uszy otwarte.
Podniosła z krzesła skórzaną torbę, zapłaciła rachunek, a idąc Ocean Drive w kierunku hotelu Foxfire, zadzwoniła do swojej asystentki w Nowym Jorku.
Hotel Foxfire stracił nieco ze swej pierwotnej majestatyczności, gdy próbowano go na siłę modernizować, a kolejni właściciele zakrywali ozdobne łuki i zmieniali proporcje drzwi i okien. W kontrakcie z Singer Associates, obecnym właścicielem, zawarła warunek, że w miarę możliwości będzie mogła przywrócić budynek do jego oryginalnego kształtu.
– Dzień dobry, Lydio – powitała ją Kinley ze zwykłym porannym entuzjazmem. – Potrzebujesz czegoś na poranne spotkanie?
– Nie, wszystko mam, dziękuję. Przyszło mi do głowy, że skoro tu jestem, mogłabym nawiązać parę użytecznych znajomości. Mam na myśli nasz drugi biznes. – Była pewna, że nie musi prosić Kinley o dyskrecję, to rozumiało się samo przez się. – Sprawdź, kto w najbliższym miesiącu wybiera się do Miami i załatw mi parę zaproszeń na imprezy.
– Wracamy do kojarzenia par? – spytała Kinley i przyciszyła muzykę, która podobno ułatwiała jej myślenie.
– Przyczaiłyśmy się na jakiś czas, ale już wystarczy – zdecydowała Lydia.
Musiała odejść z dużego biura matrymonialnego, gdy jej asystentka przez pomyłkę umówiła na randkę ważnego klienta z baletnicą, która nie miała pojęcia, że znalazła się na liście potencjalnych panien młodych.
Nie była to wina Kinley, menedżer primabaleriny wpisał ją do niewłaściwej bazy danych. Jednak incydent pechowo trafił na pierwsze strony plotkarskiej prasy, która wskazała palcem na Mallory West. Zamiast wyjaśniać nieporozumienia, Lydia zwinęła interes i usunęła się w cień. Niemałą rolę odegrał tu fakt, że niefortunnym klientem był Cameron McNeill, młodszy brat Iana. Nie chciała ściągnąć na siebie uwagi byłego kochanka, kiedy wreszcie udało jej się pozbierać po zerwaniu.
– Muzyka dla moich uszu. – Po tonie głosu można było poznać, że Kinley uśmiecha się szeroko. – Na wszelki wypadek aktualizowałam informacje o potencjalnych klientach, żeby wszystko było gotowe na twój znak.
– Świetnie. W takim razie sprawdź imprezy, które warto zaliczyć w rejonie South Beach. – Spojrzała na zegarek. – Oddzwonię po spotkaniu.
– Powodzenia. – Kinley rozłączyła się.
Lydia weszła do budynku, chwilę zajęło jej przestawienie się na panujący we wnętrzu półmrok.
Hotel po zmianie właściciela został zamknięty, trwał remont. W głębi holu włączono reflektory i widać było odarte z tynku ściany.
– Tędy, proszę pani. – Starszy człowiek w dżinsach i żółtym kasku wskazał jej drogę do środka między panelami podłogowymi przygotowanymi do położenia. – Przyszła pani na spotkanie z nowym właścicielem?
Gdy kiwnęła głową, wyciągnął rękę.
– Jestem Rick, brygadzista.
– Miło pana poznać. – Życie ją nauczyło, że z brygadzistami należy żyć w zgodzie.
Niewielka fontanna bulgotała cicho, rozsnuwając wilgotną mgiełkę, gdy woda przetaczała się po kamieniach i spadała do sadzawki obrośniętej egzotycznymi roślinami. Nie słyszała tego głosu od ponad roku. To niemożliwe…
Ian McNeill, kochanek, który złamał jej serce...


Kat Cantrell – Siła pożądania

Mimo że Desmond Pierce nigdy w cuda nie wierzył, to gdy we wtorek o wpół do ósmej wieczorem zobaczył w szpitalu swego syna, poczuł, że stał się cud.
Na widok przyniesionego przez pielęgniarkę kwilącego noworodka zaparło mu dech i poczuł dławiące w gardle łzy wzruszenia, radości i uniesienia.
Mam syna, pomyślał upojony. Czyli wygląda na to, że szczęście naprawdę można sobie kupić…
Ponieważ dziecko płakało w niebogłosy, a jego buzię wykrzywiał grymas bólu, jak gdyby pielęgniarka kłuła go szpilką, Desa natychmiast ogarnęło też przerażenie zmieszane z rozpaczą. Czegoś tak dojmującego nie doświadczył jeszcze nigdy i miał ochotę wyrwać synka z rąk tej kobiety.
Czy taki wszechogarniający zachwyt połączony ze straszliwym lękiem odczuwają wszyscy rodzice? Czy też może on, jako samotny ojciec, którego syn będzie pozbawiony matki, przeżywa spotkanie z dzieckiem silniej niż inni?
− Jak się pan czuje, panie Pierce? – pielęgniarka spytała z sympatią.
− Pluję sobie w brodę, że przekazałem na rzecz waszego szpitala zbyt hojną donację – zbył ją w odpowiedzi żarcikiem, by w tej samej sekundzie ugryźć się w język, łapiąc się na tym, że leżący w jego naturze sarkazm dziś jest absolutnie niestosowny. – Dlaczego moje dziecko płacze? – spytał.
To pytanie było bardziej na miejscu. Zresztą takie kwestie całymi miesiącami ćwiczył przed lustrem.
Przez ostatnie czterdzieści tygodni dziecko wydawało mu się nierealnym marzeniem albo też raczej bał się uwierzyć, że tym razem ciąża skończy się inaczej niż ciąża Lacey, dziewczyny, z którą był wcześniej w związku.
Gdy ujrzał teraz swojego synka, w jego oczach świat nabrał kolorów. Desmond uznał, że w żadnym razie nie pozwoli, by jego dziecko cierpiało.
Przed krzywdą uchroni je za wszelką cenę.
− Płacze, bo jest głodny – oświadczyła pielęgniarka. – Ma pan ochotę go nakarmić?
Nie był w stanie wydusić słowa, więc tylko skinął głową i pozwolił się zaprowadzić do pokoju, którego ściany zdobiły niezliczone obrazki pluszaków, z bujanym fotelem w kącie i umywalką, przy której stały na półce plastikowe butelki.
Kwestię karmienia butelką oraz wszelkie inne sprawy związane z rodzicielstwem Desmond zbadał i przeanalizował gruntownie, naczytał się poważnych podręczników dotyczących niemowląt oraz porad na stronach internetowych. Całą tę wiedzę opanował bez trudu, bo koniec końców mógł się poszczycić dwoma doktoratami z Harvardu.
I wierzył też głęboko, że z czymś takim, jak podanie niemowlęciu smoczka do buzi, łatwo sobie poradzi.
− A więc do dzieła, tatusiu. – Uśmiechnięta pielęgniarka ostrożnie podała mu dziecko. – To ważne, żeby pan jak najczęściej nosił go na rękach i przytulał.
Gdy spojrzał na pomarszczoną twarzyczkę, odniósł wrażenie, że zatrzymał się cały świat.
Wydawało mu się, że jego synek waży tyle co nic, że jest lżejszy niż piórko. Patrząc na niego w zachwycie, dostrzegł, że chłopczyk ma ciemne oczy. I wystające spod wełnianej czapeczki ciemne włosy.
Conner Clark Pierce. Jego syn.
Zrobi, co w jego mocy, by przychylić mu nieba. Dać mu wszystko. Zapewni mu prywatnych nauczycieli, pokaże piramidy w Gizie, wyprawi się z nim na Machu Picchu.
Syn pójdzie w jego ślady i podobnie jak ojciec zostanie genialnym wynalazcą. Niczego mu nie zabraknie, choć będzie się chować bez matki.
Gdy pielęgniarka poprawiła dziecku czepek, a ono znów zapłakało rozdzierająco, Desmond zaczął się obawiać, że pęknie mu serce.
− Zaraz przygotuję butelkę – usłyszał uspokajającą wiadomość, po czym pielęgniarka odmierzyła modyfikowane mleko.
Chociaż Des zawsze współczuł głęboko innym ludziom, gdy patrzył na ich ból, cierpienie jego dziecka, tego małego człowieczka, który odziedziczył po nim geny, było wręcz nie do zniesienia.
Miał wrażenie, że sekundy ciągnęły się w nieskończoność, zanim wreszcie pielęgniarka wręczyła mu butelkę, i on tak, jak to widział na niezliczonych filmach edukacyjnych, odchylił synkowi dolną wargę, by podsunąć mu smoczek do ust.
Okazało się jednak, że mimo kilkunastu prób podejmowanych cierpliwie przez ojca, chłopczyk nie chciał ssać.
− Dlaczego on odmawia? – spytał zaniepokojony.
− Nie wiem – odparła pielęgniarka, której najwyraźniej udzielił się jego niepokój. – Bywa, że dzieci rozdzielone z matkami mają trudności z przyzwyczajeniem się do smoczka. Dlatego spróbujemy podać mu mleko wkraplaczem.
Ta metoda faktycznie odniosła skutek. Przez pięć minut Conner przełykał pokarm, ale potem zaczął się krztusić i go wypluwać. Des próbował go karmić jeszcze przez pół godziny. Na próżno.
− Wygląda na to, że pański synek jest najprawdopodobniej uczulony na mleko modyfikowane – stwierdziła w końcu pielęgniarka.
− Ma alergię? Co to oznacza? – dopytywał się Desmond, pocierając zarośnięty podbródek.
Powinien był się ogolić, ale jak zawsze zapomniał. Czasami pani Elliot, która prowadziła mu dom, przypominała mu o tym, ale ostatnio nie miała okazji go widzieć, bo przygotowywał się do dzisiejszego wielkiego dnia zamknięty w swoim laboratorium, a tam nie należało mu przeszkadzać.
Te przygotowania na nic się jednak nie zdały, skoro nie przewidział, że jego dziecko może być uczulone na sztuczny pokarm.
– Będzie głodować? – dodał przerażony.
− Nie, nie dopuścimy do tego. W tym przypadku sprawę rozwiązałoby karmienie piersią, ale o ile wiem, z tej opcji trzeba będzie zrezygnować, bo pan sobie nie życzył, żeby matka…
− W tej sytuacji rezygnuję z tego zastrzeżenia – przerwał pielęgniarce. − Dziecko musi przecież jeść.
− Wobec tego spróbujmy je przystawić do piersi. Wprawdzie zwykle mamy do czynienia z przypadkami, kiedy to matka ma problemy z pokarmem i musimy wspomagać karmienie sztucznym mlekiem…
− Czy ona wciąż jest na oddziale? – znów niecierpliwie wszedł w słowo.
Chociaż zgodnie z umową, jaką zawarł z matką surogatką swego syna, miał jej nigdy osobiście nie spotkać, to teraz, dla dobra dziecka, postanowił złamać tę klauzulę.
− Tak, oczywiście. Po porodzie kobiety zostają u nas zwykle…
− Proszę natychmiast mnie do niej zaprowadzić. Proszę – powtórzył z naciskiem, czując, że będzie lepiej, jeśli podaruje sobie słowo „natychmiast”.
− Dobrze. Ale muszę pana uprzedzić, że matka może odmówić karmienia piersią.
− Ja jej to wyperswaduję – oświadczył, podnosząc się z dzieckiem na rękach z fotela.
Jego kontrakt z surogatką przewidywał, że ze względów medycznych warunki ich umowy mogą ulec zmianie. Poza tym McKenna Moore, formalnie rzecz biorąc, była jego żoną, mimo że ślub zawarli per procura, czyli za pośrednictwem jego pełnomocnika. W świetle prawa stanowili jednak małżeństwo, a fakt ten, Desmond na to liczył, powinien mu sprzyjać.
Miał nadzieję, że skoro Conner musi jeść, będzie w stanie przekonać jego matkę do karmienia piersią.
Mówiąc szczerze, celowo zawarł z nią kontrakt, który wykluczał jej kontakty z dzieckiem, bo chciał sobie zagwarantować wobec niego pełnię praw rodzicielskich. Teraz jednak, a był co do tego absolutnie przekonany, dla dobra syna musi z tych obwarowań zrezygnować.
− Proszę chwilę poczekać – powiedziała mu pielęgniarka przed drzwiami do pokoju, w którym leżała McKenna. – Dowiem się, czy pani Moore zechce nas przyjąć.
Desmond w milczeniu skinął głową. Niesiony na rękach Conner na szczęście przestał płakać.
− Nie rozumiem – dobiegł go z pokoju kobiecy głos. – Czego on oczekuje?
Chłopczyk poruszył się w jego ramionach, co sprawiło, że Desmond nabrał animuszu.
Nie czekając na pozwolenie, popchnął nogą niezamknięte drzwi, by wbrew własnemu wcześniejszemu postanowieniu i klauzulom kontraktu stanąć oko w oko z kobietą, która urodziła mu dziecko.
Gdy leżąca w łóżku ciemnowłosa postać uniosła głowę, spojrzała na niego i spotkali się wzrokiem, zamarł.
Był porażony podobnie jak w chwili, w której zobaczył swojego syna. Ich syna.
Ta kobieta była matką jego dziecka, a w świetle prawa jego żoną.
Jej delikatne i piękne rysy wywarły na nim takie wrażenie, że nie był w stanie ani wypowiedzieć słowa, ani nawet pozbierać własnych myśli. Jak na człowieka mającego iloraz inteligencji geniusza, takie zagubienie było czymś absolutnie niebywałym.
Zdumiewające było także to, że nagle uświadomił sobie swój niewybaczalny błąd. Sam się bowiem domagał, by w kontrakcie znalazła się klauzula uniemożliwiająca ich wzajemne kontakty osobiste.
Na widok McKenny Moore nie mógł odżałować, że nie poznał jej wcześniej. Że nie próbował jej spotkać, że zaprzepaścił tę szansę i że nie uczynił tej kobiety matką jego dziecka w sposób bardziej konwencjonalny.
Jak to się do cholery stało, że jego żona w okamgnieniu tak niezwykle go zauroczyła?
Ale co się stało, to się nie odstanie. Trudno. Nie chciał jej poznać, bo wolał zapobiec kłopotom. Unikał bowiem związków, które innym ludziom wydają się łatwe oraz naturalne, i dlatego zaszył się w swym domu twierdzy w oregońskiej głuszy, z którego do Astorii, najbliższego miasta, było daleko.
Desmond zawsze był odludkiem, a to, że studia wyższe rozpoczął w wieku piętnastu lat, nie ułatwiło mu kontaktów towarzyskich na uniwersytecie. Prawdziwych przyjaciół nie przysparzał mu także fakt, że jako genialny wynalazca został miliarderem.
Gdyby próbował nawiązać z McKenną Moore normalną relację, ten związek, podobnie jak jego związek z Lacey, czekałaby klęska. Tak sądził i tego się bał.
Dla kogoś takiego jak on, dla człowieka o jego usposobieniu, jedynym sposobem, by przełamać osamotnienie, było dziecko. Jego potomek miał mu zastąpić rodzinę oraz zaspokoić jego potrzebę miłości.
No i nowo narodzony syn należał do niego. Desmond chciał dla niego jak najlepiej i pragnął samodzielnie, bez udziału osób trzecich decydować o jego losie. W tej grze nie było miejsca dla żony i matki jego dziecka.
Dlatego właśnie zapłacił prawnikom ponad milion dolarów, by intercyza małżeńska z matką surogatką gwarantowała im rozdzielność majątkową. Dzięki zawartemu z nią per procura małżeństwu mieli uniknąć kłopotów prawnych, bo zrzeczenie się praw do dziecka w zamian za korzyść majątkową można interpretować jako jego sprzedaż, a to w Ameryce jest nielegalne.
Dlatego też prawnicy przygotowali jemu i McKennie papiery rozwodowe, na mocy których ona rezygnowała z praw rodzicielskich, a on otrzymywał ich pełnię. Dla uprawomocnienia rozwodu wystarczał jego podpis.
Po urodzeniu dziecka i zainkasowaniu należnych jej pieniędzy matka miała zniknąć z ich życia, a Desmond wyobrażał sobie, że to wszystko pozwoli mu zapełnić pustkę po utraconym wcześniej dziecku, czy też raczej po dziecku, którego jego partnerka Lacey postanowiła nie urodzić.
Po tamtym traumatycznym przeżyciu postanowił, że już nigdy nie dopuści, by kobieta mogła decydować, czy jego dziecko przyjdzie na świat. Nie chciał też sobie pozwalać na uczucie wobec kobiety, bo wiedział, że dla niego to może być zgubne.
Kontrakt z surogatką rozwiązywał sprawę. Kiedyś, w przyszłości, jego syn to zrozumie.
− Pani Moore – wykrztusił w końcu – mamy problem. Nasz syn potrzebuje pani.

Desmond Pierce przyszedł do szpitalnego pokoju McKenny. Z płaczącym dzieckiem na rękach.
Jej dzieckiem.
Dzieckiem, o którym po bardzo ciężkim porodzie ze wszystkich sił próbowała zapomnieć. Dzieckiem, które oddała.
Straszliwie obolała i osłabiona, marzyła teraz o kodeinie i długim, głębokim śnie.
Mięśnie odmawiały jej posłuszeństwa, nie była w stanie unieść ręki, żeby dotknąć synka.
Miała już go nie oglądać. Mimo że chciała się z nim pożegnać, kontrakt to wykluczył i nie dostała tej szansy. Personel szpitalny pilnował, by ta klauzula została wypełniona. Był wobec młodej matki bezwzględny.
Ale oni nie pojmowali, czym jest poświęcenie. Nie mieli pojęcia, jak matka cierpi z powodu bezpowrotnej utraty synka.
Przez krótką chwilę sądziła, że jego ojciec odgadł jej pragnienie i dlatego go przyniósł. Gdy spotkali się wzrokiem, odniosła wrażenie, że dostrzegł jej ból. Wydawało jej się, że wyraz jego oczu niemal mówił: przeszedłem, aby to wszystko naprawić.
Okazało się jednak, że pan Pierce odwiedził ją z dzieckiem z innego powodu, toteż ich przyjście na nowo otworzyło ranę w jej sercu.
Powinni ją zostawić w spokoju. Natychmiast stąd wyjść. Wyjść, zanim wybuchnie płaczem.
− On nie jest moim synem – powiedziała, z trudem wydobywając z siebie głos.
Nie powinna tak mówić. To zdanie – prawdziwe i zarazem okrutne – dla niej było tak rozdzierające, jak płacz niemowlęcia.
To był jej syn. Dziecko, z którego zrezygnowała. Zrobiła tak, bo pragnęła żyć po swojemu, a nie tak, jak by chcieli jej rodzice, którzy nieustannie jej powtarzali: musisz sobie znaleźć męża, musisz mieć dużo dzieci, nie ma większej radości niż dzieci.
Ale ona nie chciała matkować.
Chciała zostać lekarzem, by nieść pomoc cierpiącym, choć jej rodzice i wspólnota, w której się wychowała, byli przeciwnikami konwencjonalnej medycyny.
McKenna na próżno usiłowała ich przekonać, by zamiast do homeopatów zwrócili się do lekarzy, kiedy jej dziadek chorował na raka. Po jego śmierci utwierdziła się w swym pragnieniu studiowania medycyny.
Desmond Pierce marzył o dziecku, ona mogła mu je dać, nie poddając się zarazem presji rodziców. Rodząc mu dziecko jako surogatka, w swoim przekonaniu postąpiła szlachetnie, robiąc coś, co miało sens.
Tak przynajmniej powtarzała sobie od godziny i niemal w to uwierzyła – tyle że gdy Desmond z płaczącym dzieckiem na rękach wkroczył do jej pokoju, jej wiara legła w gruzach.
Spojrzał na nią tak dziwnie, że miała mu ochotę powiedzieć: „Czego ty chcesz ode mnie, człowieku?”.
Choć nigdy się nie poznali, natychmiast odgadła, że to jest Desmond Pierce, mimo że wyglądał inaczej niż na zdjęciach w internecie. Rzecz jasna, że je oglądała, bo człowiek mający tak ściśle i jasno określoną koncepcję co do ich kontraktu i gotowy ją poślubić, nie widząc jej na oczy, budził jej ciekawość.
To, że był wysoki, ciemnowłosy i przystojny, jej nie zaskoczyło. Natomiast od pierwszego wejrzenia zastanowiła ją bijąca od niego jakaś desperacja, a może pryncypializm czy surowość, którą podkreślał jego kilkudniowy zarost.
Desmond Pierce był idealnym kandydatem na ojca, inaczej nie zgodziłaby się urodzić mu dziecka. Ale zawierając z nim umowę, nie zdawała sobie sprawy, że wygląda na mężczyznę z marzeń. Na ideał mężczyzny. A z dzieckiem w ramionach jest najprzystojniejszym facetem na ziemi. I wtedy uzmysłowiła sobie, że jest jej mężem. Człowiekiem, którego poślubiła, choć nigdy miała nie zobaczyć...

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 11,90 zł 13,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 10,90 zł 12,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień
Opcje dostawy:
Paczka w ruchu
Płatność online:
4,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Paczka 48 do domu
Płatność online:
11,90 zł
Płatność przy odbiorze:
13,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej
Płatność online:
10,90 zł
Płatność przy odbiorze:
12,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w paczkomacie InPost
Płatność online:
9,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-2 dni
Opcja dostawy:
Mini paczka do domu InPost
Płatność online:
7,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-5 dni
Opcja dostawy:
Przesyłka kurierska InPost
Płatność online:
13,90 zł
Płatność przy odbiorze:
15,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień
Opcja dostawy:
Kurier DPD
Płatność online:
14,90 zł
Płatność przy odbiorze:
16,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Nienasyceni kochankowie, Siła pożądania
Autor Joanne Rock, Kat Cantrell
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 31-05-2018
Ilość stron 320
Oprawa Miękka
ISBN 9788327635822

Napisz recenzję