-19%
Niespodziewane zauroczenie, Zakochani po raz drugi Powiększ

Niespodziewane zauroczenie, Zakochani po raz drugi

Karen Booth, Dani Wade

Sierpień 2018

14,50 zł

17,99 zł


Oszczędzasz:3,49 zł

Dodaj do listy życzeń

Karen Booth - Niespodziewane zauroczenie
Hol głównej siedziby LangTel na Manhattanie był świątynią porządku i powściągliwości. Marudzące małe dziecko zupełnie tam nie pasowało. Tymczasem Sarah Daltrey weszła tutaj właśnie z dzieckiem. Marmurowa podłoga, wysoki sufit i ogromne okna wychodzące na ulicę sprawiały, że każdy dźwięk, a zwłaszcza płacz Olivera, odbijał się tam głośnym echem.
Sara pocałowała Olivera w czoło, krążąc po poczekalni. Jak na tak ogromny budynek, który zajmował niemal cały kwartał ulic, w siedzibie LangTel przestrzeń dla osób niezaproszonych była wyjątkowo ograniczona. Dwa krzesła i dywanik naprzeciwko bacznie strzeżonych wind. Było jasne, że nikt, kto tu przebywa, nie powinien pozostać zbyt długo.
Oliver marudził, wtulając głowę w zagłębienie szyi Sarah. Biedny malec nie był temu wszystkiemu winien. Nie prosił, by tego ranka zafundowała mu czterogodzinną podróż pociągiem. Żeby go zabrała do lodowato zimnego biurowca w porze jego drzemki. A już na pewno nie chciał stracić swojej mamy trzy tygodnie wcześniej ani nie prosił o tatę, który odmawiał uznania jego istnienia.
Sara wyjęła telefon i wybrała numer, którego nauczyła się na pamięć, choć nie zamierzała dodać go do kontaktów. Gdy tylko doprowadzi do tego, że ojciec Olivera zaakceptuje swoją odpowiedzialność, wymaże z pamięci ten szereg cyfr. Nie będzie utrzymywała kontaktów z Aidenem Langfordem. Ich związek był tymczasowy, choć wyjątkowo ważny.
- Halo. Mówi Sarah Daltrey. Chciałam rozmawiać z Aidenem Langfordem. Tak, to znowu ja.
Jeden z ochroniarzy w holu zerknął na nią z ukosa. Kobieta po drugiej stronie linii wyraziła swój stosunek do Sarah opryskliwym tonem.
- Pan Langford powtórzył mi to dziesięć razy. Nie zna pani. Proszę więcej nie dzwonić.
- Nie przestanę dzwonić, dopóki ze mną nie porozmawia.
- Może ja będę w stanie pani pomóc.
- Nie. To sprawa osobista i pan Langford powinien docenić, że nie podzielę się szczegółami z asystentką. Napisałam mu wszystko w mejlu. – Więcej niż siedmiu mejlach, ale kto by je liczył? – Jeśli poświęci mi pięć minut, wszystko mu wyjaśnię. – Potrzebowała co najmniej godziny, by mu przestawić plan dnia Olivera, powiedzieć, co chłopiec lubi, a czego nie lubi, i zyskać pewność, że przygotuje go do roli ojca najlepiej jak to możliwe.
- Pan Langford jest bardzo zajęty. Nie mogę go łączyć z każdym, kto chce zająć mu czas.
- Proszę posłuchać. Jechałam tu cztery godziny pociągiem z Bostonu, jestem na dole w holu, mam z sobą dziesięciomiesięczne dziecko, które powinno teraz spać. Nie wyjdę stąd, dopóki z nim nie porozmawiam. Spędzę tu noc, jeśli to konieczne.
- Mogę poprosić ochronę, żeby panią stąd wyprowadziła. Na pewno wolałaby pani tego uniknąć.
- A czy LangTel na pewno chce, żeby ochrona wynosiła z ich biura krzyczącą kobietę z dzieckiem?
Milczenie asystentki było wymowne.
- Proszę poczekać, dobrze? Zobaczę, co da się zrobić.
Sara nie miała wiele nadziei, ale czy ma wyjście?
- Jasne, zaczekam.
W tym momencie przez drzwi obrotowe weszła kobieta o posągowej urodzie i lśniących brązowych włosach, ubrana w popielatą sukienkę i czarne buty. Sarah by jej nie zauważyła, gdyby nie ciążowy brzuch. Ochroniarz szybko do niej podszedł, odbierając od niej stertę papierów, które niosła.
- Dobry wieczór, pani Langford. Sprowadzę windę.
Anna Langford. Teraz Sarah ją rozpoznała, widziała ją na zdjęciu, gdy szukała materiałów na temat rodziny Langfordów, usiłując dotrzeć do Aidena. Anna była jednym z dwóch prezesów LangTel, razem z bratem Adamem. Była też młodszą siostrą Aidena.
Oliver upuścił ulubioną zabawkę, pluszowego żółwia, i natychmiast zapłakał. Sarah się wzdrygnęła i przykucnęła, jednocześnie trzymając telefon ramieniem przy uchu. Anna przystanęła w pół kroku, patrząc na nich.
Świetnie. Teraz naprawdę ich stąd wyrzucą.
Anna zmarszczyła czoło i podeszła bliżej, ale kiedy zdjęła okulary, w jej oczach była tylko empatia.
- O nie. Ktoś tu jest nieszczęśliwy.
Sara rozłączyła się i włożyła telefon do torby.
- Przepraszam. O tej porze zwykle śpi. Jest zmęczony. – Kiedy się wyprostowała i spojrzała Annie w twarz, poczuła się malutka. Anna była wysoka i miała buty na obcasie.
- Niech pani nie przeprasza. Jest rozkoszny. – Anna dotknęła pulchnej rączki chłopca i uśmiechnęła się. Oliver uścisnął jej palec.  – Jestem Anna Langford.
- Sarah Daltrey. A to Oliver.
Oliver nieśmiało uśmiechał się do Anny. Był słodkim i ufnym dzieckiem. Rozstanie z nim złamie jej serce, ale nie zamierzała więcej opiekować się cudzymi dziećmi.
Anna nie spuszczała wzroku z Olivera.
- Miło mi was poznać. Za sześć tygodni sama zostanę matką. W połowie czerwca. – Przyglądała się twarzy dziecka. – Pani syn ma niesamowite oczy. Piękny odcień błękitu. – Dokładnie jak oczy jej brata.
Sara odchrząknęła.
- To nie jest mój syn, jestem jego opiekunką. Właśnie chcę przekazać go jego ojcu. Dlatego tu jestem.
Anna patrzyła na nią zmieszana.
- Jego ojciec tu pracuje?
Sara przyrzekła sobie, że przez wzgląd na wszystkich, zwłaszcza na Olivera, zachowa dyskrecję, ale to mogła być jej jedyna szansa na dostanie się do Aidena.
- Przyszłam do Aidena Langforda. To pani brat, prawda? Muszę z nim porozmawiać o Oliverze, ale on nie odbiera moich telefonów.
- Aha. – Cień zdumienia przemknął przez twarz Anny. Przycisnęła palce do skroni. – To nie jest dobre miejsce, żeby o tym rozmawiać. Pojedzie pani ze mną na górę?
 
Asystentka Aidena oznajmiła przez interkom:
- Panie Langford? Siostra do pana. Przyprowadziła gościa.
Gościa?
- Dobrze, niech wejdą. – Aiden odsunął raport marketingu LangTel, który właśnie przeglądał. Najnudniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek czytał. Był w biznesie od ponad dwunastu lat. Podejmując decyzje, wolał polegać na instynkcie. Ta strategia dotąd mu służyła.
Do gabinetu weszła Anna z nieznajomą jasnowłosą kobietą. Powiedzenie, że nieznajoma przyciągała uwagę, byłoby dla niej lekceważące. Miała pełne różowe wargi i duże niebieskie oczy, była uosobieniem kobiecości. Aiden zauważył drobne piegi na policzkach. Jeżeli chodzi o kobiety, nie miał sprecyzowanego gustu, ale ta miała więcej zalet, niż chciałby przyznać. Niestety jedno sprawiało, że absolutnie nie była w jego typie – dziecko, które spało w jej ramionach. Matki nie trafiają na listę kobiet, z którymi mógłby się spotykać. Nie chciał się wiązać na stałe ani zbytnio angażować.
- Aiden, poznaj Sarah Daltrey – rzekła Anna.
To nazwisko ucięło wszystkie myśli o seksownej sukience i piegach.
- To pani wciąż do mnie wydzwania! Właśnie dzwoniła pani z holu. Jak udało się pani zaczepić moją siostrę?
Anna go uciszyła.
- Dziecko śpi.
Dziecko. Zaczął gwałtownie myśleć. Czytał mejle Sarah. Cóż, przynajmniej jeden. To wystarczyło, by zdecydował, że nie powinien z nią rozmawiać. Już wcześniej fałszywie oskarżano go o ojcostwo. Kiedy posiada się majątek, można się tego spodziewać.
- Nie wiem, o co chodzi pani Daltrey, ale wzywam ochronę. – Sięgnął po telefon, lecz Anna położyła dłoń na jego ręce.
- Nie rób tego. Posłuchaj, proszę. To ważne.
- Nie wiem, co wiesz, ale to wszystko kłamstwa.
- Proszę tylko o pięć minut, panie Langford.
 Kobieta mówiła spokojnie. Nie jak osoba niezrównoważona. Ale dziecko? O nie.
- Jeśli mi pan nie uwierzy, nie będzie pan musiał wzywać ochrony. Wyjdę sama.
Anna patrzyła na brata, unosząc brwi.
Mając przed sobą dwie kobiety, które najwyraźniej nie zamierzały się poddać, jaki miał wybór?
- Jeśli to zakończy sprawę, proszę. Pięć minut.
- Zostawię was. – Anna odwróciła się do Sarah przy drzwiach. - Proszę później wpaść do mojego gabinetu. Bardzo bym chciała zapisać sobie tytuł tej książki o usypianiu niemowląt, o której pani wspomniała.
Sarah skinęła głową i uśmiechnęła się, jakby były przyjaciółkami.
- Oczywiście. Dziękuję za pomoc.
Anna wyszła, zamykając drzwi. Cisza była obezwładniająca. Sarah odchrząknęła.
- Byłoby świetnie, gdybym mogła usiąść. On jest naprawdę ciężki.
- Och, przepraszam, oczywiście. – Aiden wskazał jej fotel naprzeciwko biurka. Nie wiedział, co z sobą zrobić – wstać, usiąść, spleść ramiona? Wszystko wydawało się nie na miejscu, więc siedział dalej w fotelu za biurkiem.
- Wiem, że to dziwne – zaczęła Sarah – więc przejdę od razu do rzeczy. Mama Olivera była moją najlepszą przyjaciółką. Nazywała się Gail Thompson. Czy to coś panu mówi? Twierdziła, że poznała pana w Crowne Lotus w Bangkoku.
Tych informacji nie było w mejlach Sarah. Wspomniała tylko, że jest prawnym opiekunem jego dziecka. Sądził, że nikt nie wie o jego przelotnym romansie z Gail. Poznali się w hotelowym barze i spędzili razem trzy dni, do jej powrotu do Stanów. Potem nie miał z nią kontaktu.
- Pamiętam to nazwisko. Ale to nic nie znaczy.
- Dziewięć miesięcy po waszym romansie przyszedł na świat Oliver. Osiem miesięcy później Gail zadzwoniła do mnie i powiedziała, że ma raka. Ostatnie stadium. Byłam jedyną osobą, która mogła zostać prawnym opiekunem Olivera. Nie miała rodzeństwa, jej rodzice zginęli w wypadku. Wiedziała, że pracowałam jako niania. Próbowała do pana dzwonić, ale miała jeszcze mniej szczęścia niż ja. Trudno być wytrwałym, kiedy się umiera.
Aiden głośno wciągnął powietrze. Sarah mu napisała, że matka dziecka zachorowała. Zakładał, że wciąż żyje i że chodzi o pieniądze na leczenie.
- Ona zmarła? – Przeniósł wzrok na dziecko, czując niewytłumaczalne wzruszenie. Chłopiec jest całkiem sam na świecie. Aiden znał to uczucie z dzieciństwa.
- Tak. – Zacisnęła wargi i skinęła głową. – Oliver został bez mamy. A ja miałam pana znaleźć, żeby przekazać panu dziecko. Myślę, że byłoby dla wszystkich najlepiej, gdybyśmy załatwili to jeszcze dzisiaj.
Dzisiaj? Czy ona powiedziała to, co mu się zdaje?
- Spodziewa się pani, że przekaże mi dziecko, którego w życiu nie widziałem, a potem wróci pani tam, skąd przyjechała, oczekując, że zajmę się jego wychowaniem? Nie sądzę, pani Daltrey. Nigdzie pani nie wyjedzie, dopóki nie zyskam pewności, że dziecko jest moje. Potrzebujemy prawników. Testu na ojcostwo. Skąd mam wiedzieć, że to nie jest oszustwo?
- Po pierwsze mam na imię Sarah, a to jest Oliver. Rozumiem, że jest pan w szoku, ale to nie moja wina. Gdyby odebrał pan mój telefon, byłby pan przygotowany.
- Bardzo wątpię. Jest środek dnia pracy. Jestem kawalerem, i to ogromnie zajętym. Nie jestem przygotowany do opieki nad dzieckiem, które znam pięć minut. – Poczuł rosnącą złość, ale chodziło o coś więcej niż ta niewyobrażalna sytuacja. Nie podobał mu się jego ton. Zważywszy na to, jak traktował go ojciec, nie chciał odrzucać tego chłopca. Żadne dziecko na to nie zasługuje. Zwłaszcza takie, które nie zna ojca.
- Rozumiem, że chciałby pan zrobić test na ojcostwo, ale myślę, że gdy tylko Oliver się obudzi, zda sobie pan sprawę, że jest pana synem. Jest bardzo do pana podobny. Zwłaszcza oczy. Poza tym ma takie samo znamię, jakie pan ma na udzie. – Zaczerwieniła się. – Gail mi o tym powiedziała.
Delikatnie podsunęła nogawkę spodenek chłopca. Musiał być bardzo zmęczony, bo prawie nie drgnął, kiedy odkryła znamię. Aiden wstrzymał oddech. Wyszedł zza biurka. Kształt i wielkość znamienia była identyczna jak u niego, podobnie ciemnobrązowy kolor. Czy to możliwe?
Chciał dotknąć znamienia, ale się powstrzymał.
- Przepraszam. Jestem trochę zbity z tropu.
- Okej. To pański syn – odparła spokojnie.
Aiden ostrożnie zsunął nogawkę chłopca, a potem przyjrzał się jego twarzy. W jasnobrązowych włosach dostrzegł jaśniejsze pasemka, podobne jak u niego, choć Oliver miał dziecięce loki, podczas gdy włosy Aidena były proste. Pamiętał jednak, że na zdjęciach z dzieciństwa jego włosy wyglądały jak włosy Olivera. Czy to możliwe? Nie miał pojęcia o opiece nad dzieckiem. To zmieniłoby całe jego życie. Właśnie zamierzał osiąść znów w Nowym Jorku i postarać się znaleźć dla siebie miejsce w rodzinie.
Oliver poruszył się. Na moment podniósł powieki, patrząc prosto na Aidena, który ujrzał znajomy błękit. Zupełnie jakby patrzył w lustro. O mój Boże. To jego syn.
 
Sytuacja była co najmniej niezręczna. A w każdym razie Sarah czuła się niezręcznie.
Aiden wciąż patrzył na śpiącego Olivera, bo trudno było na niego nie patrzeć. Sarah udawała zainteresowanie czarno-białymi zdjęciami na ścianach gabinetu, które przedstawiały jakieś egzotyczne miejsca, albo panoramą Manhattanu za oknem, ale nie była w stanie zatrzymać tam spojrzenia dłużej niż kilka sekund.
Przyciągały ją niebieskie oczy Aidena, była pewna, że gdyby patrzyła w nie dłużej, zahipnotyzowałby ją. Ciemne brwi pasowały do pełnego determinacji wyrazu twarzy, w kącikach oczu widniały nieliczne zmarszczki. Porządnie przycięty zarost w odcieniu cynamonowego brązu dodawał mu charakteru. Zastanawiała się, jaki jest w chwilach, kiedy się nie kontroluje. Było coś takiego w jego postawie – więcej niż pewność siebie, że wydawał się nadludzki. Kuloodporny. Była pewna, że Aiden Langford robi dokładnie to, co chce. Nie należy do tych, których można do czegoś zmusić.
Niestety to właśnie jej zadanie. Serce jej waliło jak przerażonemu zającowi, który nadużył kofeiny. Nie wiedziała, jak zareaguje Aiden, ale sądząc z jego miny, może jej się udać. Niezależnie od tego, że kiedy tu weszła, zachował się jak dupek. Od momentu, gdy przyjrzał się Oliverowi, wyraźnie złagodniał. Chyba zdał sobie sprawę, że to jego dziecko.
- Więc – podjęła, przywołując słowa, które przygotowała sobie wcześniej. – Pomyślałam, że zostawię panu teraz Olivera i zamieszkam w hotelu na ten czas, kiedy będziemy to załatwiać. Test na ojcostwo to prosta sprawa. Wynik jest szybko. Pańskie nazwisko znajdzie się na akcie urodzenia Olivera. Podpiszę zrzeczenie się opieki nad dzieckiem. Potrzebny nam tylko prawnik i parę dni, a potem więcej mnie pan nie zobaczy.
- Nie zobaczę? – Aiden ściągnął brwi.
Tak trudno było patrzeć mu w oczy – identyczne jak oczy Olivera. Zakochała się w tym odcieniu błękitu.
- Nie zgadzam się, żeby zostawiła mi pani dziecko i zniknęła. – Poprawił marynarkę, która podkreślała jego szerokie ramiona. – Uważam, że dopóki wszystko się nie wyjaśni, powinna pani zatrzymać chłopca. Sama pani powiedziała, że była pani nianią. Potrafi pani opiekować się dzieckiem. Ja nie mam doświadczenia.
Oczywiście jak większość samotnych mężczyzn nie chciał porzucić swoich dotychczasowych zwyczajów. Ale Aiden Langford nie był jednym z wielu. Czyż nie posiadał majątku, by rozwiązać problem?
- Tak, byłam nianią. To już przeszłość. – Omal nie dodała, że już nie czuje się na siłach, by to robić. – Musi pan kogoś zatrudnić. Spisałam panu najlepsze agencje opiekunek w mieście. Wystarczy jeden telefon i przyślą kogoś do pomocy.
- Więc nie dość, że mam się użerać z obcą opiekunką, to jeszcze dziecko ma to znosić?
Trafił w czuły punkt, choć wydawało się, że tylko dowodzi swojej słuszności.
- Prowadzę firmę, panie Langford. Muszę wrócić do Bostonu, do pracy.
- Firmę? Co dokładnie?
Chociaż było to logiczne pytanie, zjeżyła się, słysząc jego lekceważący ton.
- Odzież damska. Odnieśliśmy sukces. Nie nadążamy za popytem.
- No to niech pani uważa, żeby kupcy nie zmęczyli się czekaniem i nie przenieśli do innego producenta.
Trafił w sedno. Pół dnia spędzała na przekonywaniu właścicieli butików, że ich zamówienie wkrótce zostanie zrealizowane.
- Właśnie dlatego muszę wracać. Proszę też nie zapominać, że opiekowałam się pana synem przez prawie miesiąc. Pora, żebym wróciła do swojego życia, a Oliver zacznie nowe życie z panem. - Ostatnie słowa przyszły jej wyjątkowo trudno, ale na szczęście głos jej się nie załamał.
Aiden przysiadł na skraju biurka i splótł ręce na piersi.
- Zapłacę pani, jeśli pani zostanie.
Och, więc potrafi rozwiązywać problemy przy pomocy pieniędzy. Tyle że zwrócił się do niewłaściwej osoby.
- Nie jestem do wynajęcia.
- Zapłacę pani dwa razy tyle, ile pani brała.
Sarah tylko prychnęła.
- Trzy razy więcej.
- Kiepski z pana negocjator.
Wzruszył ramionami.
- Robię, co konieczne, żeby dostać to, czego chcę...
 
Dani Wade - Zakochani po raz drugi
Mason Harrington czuł się tak, jakby odniósł największy sukces w życiu: w końcu ile osób ma szansę spełnić swoje marzenie, a jednocześnie dokonać upragnionej zemsty?
- Przed chwilą zatwierdzono wniosek o egzekucję – oznajmił dyrektor banku. – Rodzina jeszcze nie została powiadomiona…
- Chętnie sam ją poinformuję.
Spojrzenie bankowca i kuksaniec wymierzony przez brata uzmysłowiły Masonowi, że się zagalopował. No tak, Kane miał żal do Daultona Hyatta, że zniszczył opinię ich ojca, ale to on, Mason, poznał na własnej skórze, do czego facet jest zdolny. Nigdy nie zapomni, z jaką satysfakcją Daulton go upokorzył, w dodatku na oczach Evy-Marie, która nawet nie kiwnęła palcem w jego obronie.
- Byłem temu przeciwny – kontynuował dyrektor banku. – Chciałem pomóc Evie-Marie wyjść na prostą.
- Evie-Marie? A to nie Daulton potrzebuje pomocy? – zdziwił się Kane.
Mężczyzna siedzący po drugiej stronie biurka zerknął na leżące przed nim papiery.
- Nie powinienem poruszać prywatnych spraw moich klientów. Po prostu…
- Proszę pana – przerwał mu Mason. – Bank zamieścił informację o sprzedaży w internecie. My oferujemy więcej, gotówką, niż wynosi cena podana w ofercie. Czy mamy zwrócić się do zarządu?
Nie, tego bankowiec nie chciał, sądząc po jego minie.
- Możemy natychmiast zlecić przelew – rzekł Kane. – Nasza oferta ważna jest godzinę. Więc jak będzie?
Mason wystraszył się, ale Kane wiedział, co robi.
Bankowiec skinął powoli głową.
- Nie mogę powstrzymać egzekucji. – Wstał z fotela, poprawił marynarkę i krawat. – Zostawię panów na moment i poproszę sekretarkę, żeby przygotowała dokumenty.
Mason pogratulował sobie w duchu. Bracia Harringtonowie na ogół osiągali zamierzone cele, zwykle dzięki uporowi i wytrwałości; w tym wypadku pomógł spadek. Pieniądze zdecydowanie mają siłę sprawczą.
Harrington senior zmarł pół roku temu. Większość życia spędzili we trzech. Byli zszokowani, kiedy powiedział im, że ma raka. A potem przekazał im drugą zaskakującą informację.
Ich matka pochodziła z bardzo zamożnej rodziny mieszkającej w sąsiednim stanie. O tym wiedzieli. Zmarła na nowotwór mózgu, kiedy Mason miał siedem lat. Natomiast nie wiedzieli, że zostawiła im coś w spadku. Coś? To była fortuna! A ojciec rozsądnie zarządzał pieniędzmi, powiększając i tak już olbrzymi majątek.
Harringtonowie często żyli na skraju ubóstwa. Wtedy, gdy Mason stracił pracę u Hyattów, wrócili w rodzinne strony matki. Oczywiście ani on, ani Kane nie mieli pojęcia, że ojciec cały czas oszczędzał „na przyszłość”.
I ta przyszłość właśnie nastała.
Kiedy umierający wyjawił im prawdę, Mason spytał: dlaczego nie skorzystałeś z tych pieniędzy, żeby polepszyć życie sobie i nam? Odparł, że jego teściowie uważali, iż poślubił ich córkę nie z miłości, lecz dla kasy, a on chciał im pokazać, jak bardzo się mylą.
Chłopcy wychowywali się wśród koni. Ojciec był znakomitym trenerem; „jego” ogiery często wygrywały zawody. Nauczył synów wszystkiego, co sam wiedział. Niezależnie od tego obaj zdobyli doświadczenie, pracując w najlepszych stadninach. Teraz mogli mieć własną hodowlę koni wyścigowych. I przy okazji zemścić się na Evie-Marie Hyatt.
- Nie podoba mi się twoja mina – powiedział Kane, przyglądając się bratu.
Mason zaczął krążyć po gabinecie.
- Nie mogę uwierzyć, że to się wreszcie dzieje.
- Wiesz, że ojciec by nie chciał, abyśmy po piętnastu latach mścili się na Hyattach?
Choć faktycznie minęło prawie piętnaście lat, Mason nadal czuł ból i gniew, jakby wszystko wydarzyło się zaledwie parę dni temu. Kane’owi wydawało się, że to było zwykłe zauroczenie, ale on, Mason, kochał Evę-Marie do szaleństwa.
- Wiem – mruknął. Jako zemsta wystarczy mu zdumienie na twarzy Evy-Marie i tego despoty, Daultona. – Chyba nie zmieniłeś zdania, co? – spytał brata.
Kane długo milczał. Widać było, że w garniturze czuje się nieswojo. Obaj zwykle chodzili w dżinsach i flanelowych koszulach, ale zważywszy na spadek i zmianę pozycji społecznej, musieli przyzwyczajać się do bardziej starannego ubioru.
- Nie, ale… - Kane potrząsnął głową. – Sam nie wiem. Coś mi mówi, że sprawy potoczą się inaczej, niż sobie wyobrażasz. Zresztą podejrzewam, że Hyattom będzie wszystko jedno, kto kupi ich posiadłość.
Mason wrócił pamięcią do domu Hyattów, o który matka Evy-Marie dbała pieczołowicie i który był całym jej życiem. A w którym on, Mason, był zaledwie dwukrotnie. Raz, gdy zaniósł dokumenty Daultonowi – Bev Hyatt dreptała wtedy za nim, pilnując, by nie zabrudził jej drogocennych dywanów; a drugi raz, gdy rodzice Evy-Marie wyjechali na dwa dni, zostawiając ranczo na głowie córki.
- Wszystko jedno? Nie sądzę.
 
Przez okno sypialni Eva-Marie zobaczyła zbliżającą się luksusową limuzynę oraz lśniącą nową furgonetkę. Jęknęła w duchu; nie miała ochoty na gości! Była brudna i spocona, od paru godzin obijała ściany w dawnej garderobie materiałem dźwiękoszczelnym, w dodatku głowa pękała jej z bólu.
No trudno. Wzięła się szybko w garść i zbiegła po schodach na tyłach domu. Musiała chronić rodziców, którzy kiedyś uwielbiali błyszczeć w towarzystwie, a obecnie stronili od ludzi.
Dotarła do bocznego wejścia w chwili, gdy pojazdy zatrzymały się na podjeździe. Lekko zdenerwowana, przeczesała ręką włosy. Zajmowanie się rodzicami i domem sprawiało, że z miesiąca na miesiąc stawała się coraz większym odludkiem.
Z pierwszego auta wysiadł dyrektor banku. Patrząc na jego nienaganny garnitur, sama w spodniach dresowych i zakurzonym T-shircie poczuła się nieswojo. Ale to kierowca furgonetki wzbudził jej ciekawość. Nie znała go, ale coś w jego dumnie wyprostowanej sylwetce i w pewnym siebie sprężystym kroku wydało jej się znajome. Po chwili doznała olśnienia: Mason Harrington! Nie widziała go od piętnastu lat. Codziennie o nim myślała, lecz nie próbowała go odszukać. Podejrzewała, że jest ostatnią osobą, z którą chciałby rozmawiać.
Czas dobrze się z nim obszedł. Ciemnoblond włosy miał krótko przycięte na bokach, dłuższe u góry; ręce duże, spracowane, o długich palcach, usta pełne, brodę mocno zarysowaną. Był wyższy niż przed laty, bardziej umięśniony. Jego niebieskie oczy wpatrywały się w nią intensywnie, jakby usiłowały przewiercić ją na wylot.
Dawny chłopak był teraz mężczyzną z krwi i kości. Mężczyzną, którego nie mogła dopuścić przed oblicze swojego ojca. Pośpieszyła gościom naprzeciw i ignorując Masona, popatrzyła na bankowca.
- Clive, co cię sprowadza?
- Obawiam się, złotko, że mam złe wieści.
Korciło ją, by zerknąć na Masona, sprawdzić, czy wie, o co chodzi. Oczywiście musiał wiedzieć, inaczej by go tu nie było.
- Myślałam, że w zeszłym miesiącu wszystko ustaliliśmy?
- Niestety zarząd nie wyraził zgody.
- Ale… - Zamilkła. – Nie zdołałeś…
- Przykro mi. Zamierzałem dziś do ciebie zadzwonić, ale – łypnął na Masona – byłem zajęty.
Zakręciło jej się w głowie. W ciągu ostatnich pięciu lat wiele przeszła. Ile jeszcze wytrzyma?
- To znaczy…?
Mason postąpił krok do przodu.
- To znaczy, że jestem nowym właścicielem.
Nie była w stanie spojrzeć mu w oczy. Ponownie zwróciła się do Clive’a:
- Potrzebuję odrobinę więcej czasu.
- Za późno – oznajmił chłodno Mason.
- Clive, wkrótce klacze się oźrebią…
Bankowiec podszedł bliżej i położył dłoń na jej ramieniu.
- Sama wiesz, że to starczy na kilka rat – powiedział łagodnie. – Potem znów będziecie zalegać. Zrobiłaś, co mogłaś, Evo. Nie ma sensu przedłużać agonii.
Ma przegrać z Harringtonem? Przyznać się do porażki? Przełknęła łzy i powiodła wzrokiem po wielkich rozłożystych drzewach, które były świadkiem jej pierwszych kroków, po majaczącym w oddali jeziorze, w którym uczyła się pływać, po wzgórzach, których widok działał na nią tak kojąco. Kiedyś ranczo tętniło życiem, a teraz…
Starała się, naprawdę ciężko pracowała. Ale ilekroć myślała, że zaraz skończą się kłopoty, pojawiały się kolejne. Popatrzyła na Masona. Sprawiał wrażenie zadowolonego z siebie. Czy tak bardzo jej nie lubi? Najwyraźniej.
- Kiedy mamy się wyprowadzić? – spytała cicho.
Podszedł bliżej. Zdumiało ją, że w ogóle usłyszał pytanie.
- Jak najszybciej – odparł. – Szczegóły ustalisz później z Clive’em. Teraz chciałbym cię prosić, żebyś oprowadziła mnie po moim nowym nabytku. – Jego twarz nie zdradzała cienia współczucia.
Eva-Marie przyjrzała się uważnie człowiekowi, któremu przed laty oddała swoje serce i ciało. I przyglądając mu się, żałowała, że nie ma odwagi, aby odwinąć się i strzelić mu z liścia.
 
Kiedy wszedł za Evą-Marie do jej domu, satysfakcja, jaką czuł z pokonania Hyattów, zamieniła się w konsternację. Dom wydawał się… ogołocony; był jak wspaniały obraz, z którego ktoś zdarł warstwy farby, zostawiając tylko zagruntowane płótno. Owszem, zostały dawne eleganckie szafki w kuchni, kryształowe klamki, ozdobne elementy z kutego żelaza, ale znikły piękne serwisy, porcelanowe figurki, grafiki. Puste półki i ściany tchnęły smutkiem.
Mason wędrował za Evą długim korytarzem prowadzącym od bocznego wejścia. Minęli jadalnię, salon, ze dwa puste pokoje i doszli do znajdującej się w głębi domu sali z ogromnym marmurowym kominkiem oraz wielkim orientalnym dywanem na podłodze. Meble nosiły ślady używania, tapicerka była przetarta, ale nie to zwróciło uwagę Masona, lecz kwiaty na stole.
Doskonale pamiętał ze swojej pierwszej wizyty ogromne bukiety w przepięknych wazonach, które stały dosłownie wszędzie, po kilka w pokoju. Dziś nie widział wazonów; ten w sali kominkowej był pierwszy, prosty, szklany, a kwiaty, które w nim stały, wyglądały tak, jakby zerwano je na łące. To znaczy były ładne, świeże, ale w niczym nie przypominały dawnych bukietów.
W parze siedzącej przed kominkiem rozpoznał rodziców Evy-Marie. Postarzeli się. Bev Hyatt była starannie uczesana, miała na sobie jedwabną bluzkę, elegancką spódnicę oraz perły.
- O co chodzi? – spytał Daulton dudniącym głosem, od którego zatrzęsły się ściany. – Clive, co tu robisz?
Dyrektor banku przywitał się z gospodarzami, po czym odsunął się na bok. Mason sądził, że z przyjemnością będzie patrzył na reakcję Hyattów na wieść o utracie domu, mimo to nie potrafił zmniejszyć dystansu między sobą a nimi na tyle, by z bliska obserwować ich twarze. Żeby przypadkiem nie odwrócić wzroku, przywołał w pamięci dzień, kiedy ojciec poinformował jego i Kane’a, że po dziesięciu latach, na żądanie Hyatta, został zwolniony z pracy.
- Mamo, tato…
Eva-Marie mówiła tak cicho, że ledwo ją słyszał. Uwielbiał jej głos, niski, ochrypły, zmysłowy.
- Bank sprzedał nasz dom.
Bev Hyatt wciągnęła z sykiem powietrze, jej mąż zaklął.
- Sprzedał? Jak to możliwe? Clive, wytłumacz się.
- Tatusiu…
- Przykro mi, panie Hyatt. Nie mogłem nic…
- Po co człowiekowi osobisty doradca bankowy, jeśli nie można na niego liczyć?
- Tato, Clive wielokrotnie nam pomagał. Teraz niestety musimy spojrzeć prawdzie w oczy i…
- Nie zamierzam się wyprowadzać! - Rozległ się głośny stukot, jakby uderzenie laską o podłogę. - Zresztą nie wierzę, żeby bank tak szybko znalazł kupca!
Clive odsunął się, wskazując na Masona.
- To jest pan Mason Harrington z Tennessee – oznajmił. – On i jego brat zgłosili się do nas dziś rano.
Daulton zmrużył oczy.
– Po cholerę komuś z Tennessee ranczo w Kentucky?
Czując wyrzut adrenaliny, Mason podszedł bliżej.
- Zamierzam założyć stajnię wyścigową, a to miejsce idealnie się do tego nadaje.
W spojrzeniu Hyatta dostrzegł błysk rozpoznania, a po chwili wściekłość.
- Znam cię! – Daulton pochylił się, ignorując dłoń żony na ramieniu. – Jesteś tym łapserdakiem, tym stajennym od siedmiu boleści, który usiłował dobrać się do mojej córki!
I dobrał, odpowiedział mu w myślach Mason.
- Ten łapserdak, panie Hyatt, już nie jest stajennym. I w przeciwieństwie do pana ma na koncie miliony dolarów.
- Łapserdak zawsze pozostanie łapserdakiem! Chcesz założyć hodowlę koni wyścigowych? Nigdy nie odniesiesz sukcesu. Zbankrutujesz w ciągu roku!
- Może. – Mason wyszczerzył zęby. – To już wyłącznie moja sprawa.
Hyatt zrobił się czerwony na twarzy. Po chwili zaczął się podnosić.
- Kochanie… - szepnęła ostrzegawczo jego żona.
Daulton Hyatt dźwignął się na nogi, wykonał krok i runął na podłogę. Ktoś krzyknął i wszyscy oprócz Masona, który stał skonsternowany, rzucili się na pomoc. Kobiety wraz z Clive’em uniosły Hyatta do pozycji siedzącej. Eva-Marie kucnęła przy ojcu. Potargana, w zakurzonym ubraniu, obejrzała się przez ramię.
- Mason, czy mógłbyś na chwilę zostawić nas samych? – Skinęła w stronę korytarza.
Ilekroć słyszał władczy ton, szczególnie z ust któregoś z Hyattów, zawsze odczuwał chęć sprzeciwu. Dziś jednak posłusznie skierował się ku drzwiom, a idąc, myślał o słowach Kane’a, że sprawy potoczą się inaczej, niż sobie wyobrażał.
 
Ręce jej drżały, kiedy pomógłszy ojcu usiąść z powrotem w fotelu, wyszła do holu, gdzie czekał Mason. Z deszczu pod rynnę, jak mówi przysłowie. Przysłuchując się gniewnej wymianie zdań, miała wrażenie, jakby trafiła do wehikułu czasu i cofnęła się do tego dnia, kiedy ojciec wydzierał się na osiemnastoletniego Masona.
Całe życie się pilnowała, by nie nadepnąć ojcu na odcisk, nie zdenerwować go, nie narazić się na jego złość. Kiedy w końcu dorosła i nabrała pewności siebie, ojciec przestał się wściekać przy byle okazji. Owszem, nadal wybuchał, ale wyłącznie w chwilach silnego stresu, a wtedy ona kurczyła się w sobie jak wtedy, gdy była dzieckiem.
Teraz musiała wyjść do Masona, porozmawiać z nim; nawet nie miała czasu, by się uspokoić lub włożyć niewidzialną zbroję. Jego obecność tu wydawała jej się czymś niepojętym, lecz wyraz pogardy na jego twarz był jak najbardziej prawdziwy.
- Gratuluję, Mason – powiedziała, starając się nie gapić na jego szerokie ramiona okryte stylową marynarką. Oprócz marynarki miał na sobie ciemne dżinsy i skórzane kowbojki, a w ręce trzymał czarny kowbojski kapelusz.
Słysząc kroki, odwrócił się i uniósł lekko brwi.
- Czego?
- Zmiany w życiu. Najwyraźniej dobrze ci się powodzi, skoro…
- …nie pozwalam bogaczom sobą pomiatać?
Eva-Marie zastygła. Jego słowa wszystko tłumaczyły: co czuł w dzieciństwie, jak postrzegał ich rozstanie, dlaczego wrócił. Podejrzewała, że obecna sytuacja sprawia mu wiele satysfakcji.
- W czym mogłabym ci pomóc? – spytała.
- Mogłabyś mnie oprowadzić po piętrze.
Ruszyła przed siebie, zatrzymując się przy kolejnych pokojach. Starała się być głucha na docinki i krytykę.
- Nie bardzo mi się podoba to, co tu zrobiliście. Minimalizm posunięty do granic absurdu.
Tak, to prawda. Sama cierpiała katusze, patrząc na puste wyjałowione wnętrza, ale nie chciała, aby inni poddawali krytyce jej ukochany dom.
Zamiast wdawać się w dyskusję na temat braku drogich mebli, wazonów czy obrazów, pokazywała Masonowi piękny parkiet, importowane kafelki i różne udogodnienia, na które ojciec nalegał.
- Zrobiłeś dobry interes – oznajmiła możliwie neutralnym tonem.
- Doskonały.
Stali na półpiętrze, zwróceni twarzą do okna, za którym rozciągał się widok na stajnie, łąki i las.
- Wciąż przychodzi ogrodnik?
- Już nie.
- To wiele tłumaczy.
Eva-Marie spięła się jeszcze bardziej. Spodziewała się krytyki, ale kolejne słowa Masona zbiły ją z tropu.
- Brat i ja chcemy zaproponować pracę zatrudnionym tu osobom. Tylko dlatego, że dom zmienił właściciela, nie wszyscy muszą na gwałt szukać nowego zajęcia. – Zmarszczywszy czoło, Mason popatrzył z wysokości półpiętra na parter. – Dom wymaga gruntownego remontu…
Dom wymaga remontu, potem będzie jak nowy, służba nie musi się o nic martwić ani szukać nowej pracy. Tylko oni, Hyattowie, zostaną na lodzie, z niczym. Eva-Marie westchnęła ciężko…


Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 11,90 zł 13,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 10,90 zł 12,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień
Opcje dostawy:
Paczka w ruchu
Płatność online:
4,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Paczka 48 do domu
Płatność online:
11,90 zł
Płatność przy odbiorze:
13,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej
Płatność online:
10,90 zł
Płatność przy odbiorze:
12,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w paczkomacie InPost
Płatność online:
9,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-2 dni
Opcja dostawy:
Mini paczka do domu InPost
Płatność online:
7,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-5 dni
Opcja dostawy:
Przesyłka kurierska InPost
Płatność online:
13,90 zł
Płatność przy odbiorze:
15,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień
Opcja dostawy:
Kurier DPD
Płatność online:
14,90 zł
Płatność przy odbiorze:
16,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Niespodziewane zauroczenie, Zakochani po raz drugi
Autor Karen Booth, Dani Wade
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 27-07-2018
Ilość stron 320
Oprawa Miękka
ISBN 9788327636706

Napisz recenzję