Sawyer Locke wkroczył do swojego biura na Manhattanie, ramieniem przyciskając do ucha telefon komórkowy.
– Tyle masz mi do powiedzenia? Nie wiesz, co napisali w gazetach? – Rzucił na biurko dzisiejsze wydanie poczytnego dziennika. „Bałagan wokół renowacji hotelu Grand Legacy”. – Prowadzisz PR mojej firmy. Za co ci płacę? Czy przypadkiem nie za trzymanie ręki na pulsie? Co? Dziennikarz nie poprosił cię o komentarz? Mnie też nie.
– Nie wiem, co odpowiedzieć, panie Locke. To stało się tak nagle.
Nagle. Sawyer miał pewne podejrzenia co do źródeł tej afery i bardzo mu się to wszystko nie podobało. Postawił torbę z laptopem na biurku i podszedł do okna na samej górze czterokondygnacyjnej kamienicy, którą pięć lat temu wyremontował dla potrzeb założonej przez siebie firmy deweloperskiej. Biuro w prestiżowym wieżowcu? Nie w jego stylu. To jego ojciec był znanym miłośnikiem blichtru.
Sawyer spostrzegł, że liście drzew rosnących wzdłuż ulicy zmieniają barwę na czerwoną. Obserwował to już od trzech dni i nie mógł oprzeć się skojarzeniu, że to kolor włosów kobiety, której nie mógł zapomnieć.
Owszem, wielokrotnie zdarzały mu się przygody na jedną noc, ale Kendall… Jej jakoś nie mógł wyrzucić z pamięci.
Dodatkowo jesienne liście przypomniały mu o nieuchronnym zbliżaniu się grudnia i że w związku z tym nie można sobie już więcej pozwolić na jakiekolwiek zamieszanie wokół renowacji starego hotelu. Sylwestrowej gali na jego otwarcie nie da się przełożyć na później.
– Czekam na natychmiastową odpowiedź, co zamierzasz z tym zrobić. Musimy dać stanowczy odpór – rzucił w słuchawkę.
– Uważam, że najlepiej będzie nie reagować. Niech sprawy pójdą swoim trybem.
Od prawie roku Sawyer trzymał język za zębami. Wiedział, że cała masa ludzi tylko czeka na jego potknięcie. Ale dłużej już nie sposób było milczeć.
– Nie ma mowy. Nie będę dłużej ignorował faktu, że jestem obiektem czarnego piaru. Bezczynność nie jest w moim stylu.
– W takim razie może czas pomyśleć o zmianie? Pewnie moja strategia panu nie odpowiada?
– Słusznie. Zwalniam cię.
– Panie Locke?
– Dałem ci zaliczkę aż do marca. Zwróć mi różnicę i będziemy kwita.
Rozłączył się, z trudem powstrzymując prośbę, by jego teraz już była specjalistka od PR pozdrowiła jego tatusia.
– Lily, czy Noah jest już w firmie? – zapytał sekretarkę brata, która właśnie wkroczyła do gabinetu.
– Już rozpakowuje teczkę. Utknął w korku – wyjaśniła dziewczyna z szerokim uśmiechem na twarzy.
– Widział dzisiejszą gazetę?
– Nie jestem pewna.
– Muszę z nim porozmawiać. I to szybko. Proszę – dodał, by złagodzić pierwotny stanowczy ton. Przecież Lily nie jest winna temu, że wszystko się wali.
– Oczywiście, panie Locke.
Sawyer podszedł do biurka i przejrzał tekst w dzienniku.
 
„Źródła podają, że Sawyer i Noah Locke’owie przekroczyli już budżet o kilka milionów i realizacja inwestycji potężnie się opóźnia”.
 
– Źródła? Jakie znów źródła? – mruknął pod nosem. – W tym, co piszesz, dziennikarzyno, nie ma ani słowa prawdy.
 
„Większość rodziny Locke’ów wyraża zakłopotanie całą sprawą. Mówi się, że Sawyer i Noah upierają się przy tym ewidentnie nietrafionym projekcie wbrew woli ich ojca”.
 
Roześmiał się zirytowany. Trudno, tak już jest, każde przedsięwzięcie Sawyera napotyka opór ojca. Różnią się od siebie diametralnie. W tej publikacji James Locke też z pewnością maczał swe paluchy.
Od samego początku odbudowy Grand Legacy rzucał Sawyerowi i Noahowi kłody pod nogi. Sam był zdania, że budynek należy wyburzyć, bo same z nim kłopoty. Sawyer się temu sprzeciwił. Na szczęście ten stary hotel – jeden z wielu w imperium rodu od dawna zajmującego się nieruchomościami – był zapisany na niego. I tylko on miał prawo decydować o jego losie.
Po licznych kłótniach, kiedy to dwa lata temu w samo Boże Narodzenie Sawyer stanowczo dał do zrozumienia, że nie ustąpi, ojciec jakby odpuścił. Odmawiał rozmowy na ten temat, co synowi było akurat na rękę. Ale milczenie ojca nigdy nie oznaczało dla Sawyera niczego dobrego.
Teraz też był  niemal pewien, że za wszelkimi niepowodzeniami, jakie napotyka ten projekt – wycofywaniem się podwykonawców, gubieniem dokumentów, odcinaniem prądu i wody – stoi ukochany tatuś. Niekończąca się, męcząca i bardzo kosztowna historia.
– Wołałeś mnie? – Noah wkroczył do gabinetu Sawyera z kubkiem kawy w dłoni.
Nawet w eleganckim garniturze wyglądał jak typowy amerykański byczek. Wysoki, wysportowany, nienagannie ostrzyżony, z szerokim uśmiechem na twarzy. W jego ciemnej czuprynie Sawyer ostatnio dostrzegł ślad pierwszych siwych włosów. W wieku trzydziestu dwóch lat? Walka z ojcem o hotel tak go przedwcześnie postarzyła.
– Nie chciałbym ci psuć humoru, ale musisz to przeczytać – powiedział Sawyer, podsuwając bratu gazetę.
– To jakieś jaja? – spytał Noah, wskazując zdjęcia mające świadczyć o tym, że hotel jest ruiną. – Fakt, lobby jest jeszcze w rozsypce, ale ogólnie ten tekst wprowadza w błąd.
– Na tym polega polityka taty. Wiesz przecież, że to jego robota. – Ojciec najwyraźniej zaczynał się nudzić w swoim czwartym małżeństwie, a ponieważ żadna nowa miłość nie pojawiała się na horyzoncie, postanowił umilać sobie czas mąceniem. Może przydałaby się jednak piąta żona? – Nie stać nas, żeby ludzie uwierzyli, że nasz hotel to obraz nędzy i rozpaczy. Kłopot w tym, że przed chwilą zwolniłem babkę od piaru. Wygląda na to, że uległa wpływom ojca.
Noah przesunął dłonią po włosach.
– Potrzebujemy nagłośnienia, Sawyer. Inaczej pies z kulawą nogą nie przyjdzie na otwarcie. Kto się zajmie koordynacją kontaktów z mediami? Ja na pewno nie.
– Wiem.
– Musimy znaleźć kogoś takiego już dziś. Jeśli za wszystkim stoi tatuńcio, będzie jedynie nasilał swoje wrogie działania.
Jasne, ojciec nie odpuści. Nigdy nie pogodził się z faktem, że pradziadek chłopców właśnie Sawyerowi, a nie jemu, przekazał hotel. Złość Jamesa Locke’a z tego powodu przekraczała granice rozsądku. Coś jeszcze musiało się za tym kryć, ale Sawyerowi przez piętnaście lat nie udało się znaleźć rozwiązania tej zagadki.
– Nie martw się. Nie pozwolę mu, żeby nam przeszkodził.
– Sam znalazłbym lepszą agencję piarową, ale ty mi na to nie pozwoliłeś.
– Bo to mój hotel.
– Nie mam co do tego wątpliwości. W przeciwnym razie nie mielibyśmy tylu kłopotów. Masz kogoś na widoku?
– Owszem. Firma Sloan PR. Byli na drugim miejscu w rankingu. Żałuję, że ich nie wybrałem, moja wina.
– Okej, obyś tym razem się nie pomylił.
Gdy brat wyszedł, Sawyer otworzył w komputerze stronę Sloan PR. Spotkał się z kimś od nich ponad rok temu i nie mógł przypomnieć sobie nazwiska. Gdy strona się załadowała, kliknął w nagłówek „Nasz zespół”.
Zobaczył zdjęcie grupki złożonej z kilku osób. Nie przyglądał się twarzom, jego uwagę przykuły rude włosy jednej z pracownic. Czyżby kolor jesiennych liści naprowadził go na właściwy trop? Przysunął twarz do ekranu. Kendall? Bardzo podobna…
Przewinął obraz w dół, gdzie widniały fotografie członków zespołu.
Tak, to ona. Kendall Ross, starszy specjalista od PR.
Usiadł wygodnie i przyglądał jej pełnym karminowym ustom, kremowej cerze o brzoskwiniowym odcieniu i jasnym niebieskim oczom, które wywołały u niego chwile słabości na weselu jego przyjaciela Matta sześć tygodni temu. Na zdjęciu była dokładnie taka, jak ją zapamiętał. Zachwycająca. Wspomnienia nie kłamały. Wyrzucał sobie teraz, że nie zadzwonił do niej po tamtym spotkaniu. Może powinien był choć raz złamać swoją żelazną regułę, by się nie angażować?
Ale ona też do niego nie zadzwoniła. Czyżby nie była zadowolona ze wspólnie spędzonej nocy, w trakcie której dali sobie nawzajem wszystko, co kobieta i mężczyzna mają sobie do zaaferowania? Świetnie się bawili. Rano pocałowała go nawet na pożegnanie. To był nieśpieszny, namiętny pocałunek, który czuł na wargach jeszcze przez dobrych kilka godzin. Nawet teraz, zamykając oczy, był w stanie go odtworzyć.
Zaczerpnął powietrza i wziął do ręki telefon, by zadzwonić do szefowej Kendall. Trzeba brać byka za rogi. I mieć nadzieję, że zaszłości między nim a Kendall Ross nie spowodują, że w trakcie spotkania z firmą Sloan PR będzie się czuł niezręcznie.
 
No, dosłownie ręce opadają, pomyślała Kendall Ross, rzucając okiem na dzisiejsze wiadomości. Oczywiście, ten facet jest wszędzie. Zapinając sukienkę, drugą ręką odnalazła na ekranie smartfonu właściwe zdjęcie – Sawyer przechodzi przez jezdnię obok swojego Grand Legacy. Okulary przeciwsłoneczne, drogi garnitur, istny król Manhattanu. Jak to możliwe, żeby facet był aż tak seksowny? To niesprawiedliwe.
Klapnęła na łóżko i wsunęła stopy w buty, które od wczorajszego wieczoru, gdy bardzo zmęczona wróciła do domu, tkwiły w tym samym miejscu. Niepotrzebnie spojrzała na to zdjęcie. Powinna je zignorować, tak jak ignorowała wszystkie skojarzenia z osobą Sawyera Locke’a, które przydarzyły się jej w ciągu ostatnich tygodni. Na przykład facet, który razem z nią dojeżdżał rano do pracy, używał tej samej wody kolońskiej co Sawyer. Ślusarz, który coś naprawiał w budynku, gdzie była jej firma, wysiadał z furgonetki opatrzonej napisem Locke and Key, co miało chyba oznaczać zamki i klucze. Śmieszne. Codzienne też dwukrotnie mijała ogrodzenie placu budowy, na którym widniał winylowy baner z napisem Locke and Locke.
Spojrzała na budzik. Jeszcze pięć minut, a spóźni się na pociąg. Musi przestać myśleć o Sawyerze, choć to niełatwe. Zwłaszcza jeśli wieczorem obejrzało się w telewizji komedię romantyczną.
Z szafy wyjęła zakurzone pudło po butach, postawiła je na komodzie i otworzyła. Było tam pełno starych zdjęć jej mamy oraz puzderko obite czarnym aksamitem. Ludzie zazwyczaj trzymają pamiątki po rodzicach w bardziej eksponowanych miejscach, ale akurat co do tego pierścionka Kendall żywiła mieszane uczucia i uznała, że nie należy mu się lepsza miejscówka.
Otworzyła przypominające muszlę wieczko i spojrzała na tkwiący w platynowej oprawie niebieski ametyst otoczony pokaźnymi diamentami. Dobrze pamiętała ekscytację matki, która otrzymała ten pierścionek od jednego ze swoich adoratorów. I jej późniejsze rozczarowanie, gdy okazało się, że to tylko kosztowny prezent, któremu nie towarzyszą oświadczyny.
Gdy Kendall była mała, w każdym przyprowadzanym przez matkę do domu konkurencie widziała kandydata na tatę. Ale już jako nastolatka wiedziała, że nic z tego. Matka miała szczególny talent do wynajdowania bogatych i wpływowych facetów, którzy umawiali się z nią, zapraszali na kolacje, szli do łóżka, ale nie kwapili się do żeniaczki. Owszem, rachunki miała zawsze opłacone, lodówkę pełną jedzenia, ale traktowano ją jak uroczą błyskotkę.
Kendall postanowiła nie powtarzać błędów matki. W stosunku do mężczyzn była silna na tyle, że z każdym potrafiła w razie potrzeby zerwać z zimną krwią.
Dopiero ta przygoda z Sawyerem Locke…
Jego trudno było zapomnieć, przed nim nie potrafiła się obronić. Pozwoliła, by obsypywał ją czułymi słówkami, za dobrą monetę brała wszystkie jego zapewnienia, jak bardzo jest piękna i seksowna. Zupełnie jakby nie wiedziała, że to zwykły podryw. W końcu wylądowali w łóżku. Numerek na jedną noc – to zasadniczo nie było w jej stylu, ale tym razem już po pierwszym wspólnym tańcu doszła do wniosku, że wszystko zmierza w tym właśnie kierunku. Facet był władczy, imponował jej i choć normalnie jej to nie kręciło, tym razem postanowiła skorzystać z okazji.
Wypity szampan zrobił swoje. Najpierw znaczące spojrzenia, potem taniec. Udawała, że nie wie, iż on pochodzi z bogatej i wpływowej nowojorskiej rodziny. Nie obchodziła jej jego reputacja playboya ani pieniądze, choć dobrze wiedziała, że tacy jak Sawyer Locke po wielekroć łamali serce jej matki.
W tygodniach, które nastąpiły po weselu, Sawyer dowiódł, że wszystkie założenia, jakie sobie na jego temat poczyniła, były prawdziwe. Niby poprosił o numer telefonu, ale nie zapewniał, że zadzwoni. Stara sztuczka faceta z wybujałym ego. Może to i lepiej. Bo wiązanie się z nim byłoby niewybaczalnym błędem.
Kątem oka spojrzała na zegar. Nie ma czasu do stracenia. Wsunęła pierścionek na palec lewej ręki.
– Faceci z Manhattanu, ręce precz ode mnie. Jestem zaręczona.
W rekordowym tempie zbiegła na dół i wpadła na peron. W ostatniej chwili wskoczyła do wagonu metra i usiadła obok siwowłosej kobiety, kurczowo przyciskającej do piersi torebkę. Spojrzała na swój pierścionek i przypomniała sobie, co ma symbolizować. To mianowicie, że ona nikogo nie potrzebuje. W jej planach na przyszłość nie ma miejsca na mężczyznę.
Czuła się jak bohaterka wczorajszego filmu – singielka, w przeszłości popełniająca idiotyczne błędy co do facetów, a teraz stwarzająca wrażenie, że jest już zajęta, by odstraszyć mężczyzn. W życiu należy bowiem liczyć wyłącznie na siebie i spełniać się zawodowo. Facetów nie interesuje w kobiecie nic poza biustem i innymi krągłościami. Sawyerowi też wpadła w oko zapewne z tych powodów. Przecież nie poprosił jej do tańca ze względu na inteligentny wyraz twarzy ani wybitną osobowość.
W ogóle nie powinna była iść na to wesele koleżanki z akademika. Cały ten weekend w Maine tylko uwydatnił jej samotność. Normalnie nie przejmowała się swoim statusem singielki, ale na przyjęciu zorientowała się, że wszystkie jej przyjaciółki są zamężne albo przynajmniej w poważnych związkach. Wiele z nich miało dzieci, a jedna nawet już drugiego męża. Widać było, że poszły do przodu. Ale ona, Kendall, postawiła na coś innego. Na karierę zawodową, której nigdy nie zdołała zrobić matka. Oto czym kończy się pogoń za facetami: dreptaniem w miejscu.
Wysiadła z metra i pośpieszyła do biura firmy Sloan Public Relations. Pracowała w niej już dwa lata i robiła postępy. Tak przynajmniej twierdziła jej szefowa, Jillian Sloan.
W biurze panowała niezwykła o tej porze cisza. Wszyscy mówili szeptem, kuląc się za szybami boksów. Recepcjonistka Maureen na widok Kendall zrobiła minę, jakby ujrzała ducha.
– Czy ktoś umarł?
Pytanie było nie od rzeczy. Kilka osób zatruło się wczorajszym, zamówionym przez Jillian lunchem. Nigdy nie ufaj sałatkom z pomidorów czy w ogóle piknikowemu żarciu – tej regule Kendall pozostawała wierna przez całe życie.
– Wanda została zwolniona.
Kendall przykryła usta dłonią. Wanda była typowana na nową wiceprezes firmy.
– Zwolniona? Dlaczego? Kiedy?
– Jakieś dziesięć minut temu – odparła Maureen. – Podobno zaczęła kręcić z jednym z klientów. Wiesz, jaka jest Jillian.
O tak, Kendall wiedziała. Jillian bardzo dbała o pozory. Sloan PR musi być firmą bez skazy.
– Gdybyś się nie spóźniła, zobaczyłabyś, jak to wyglądało. Wanda właśnie opróżnia swoje biurko. Aha, a ciebie Jillian chce widzieć. Niezwłocznie.
– Niezwłocznie? – skrzywiła się Kendall. Czyżby zrobiła coś nie tak?
– Tak. Idź do niej.
Udając się do szefowej, Kendall po drodze zostawiła rzeczy na biurku. Wzięła głęboki oddech, wygładziła spódniczkę i wkroczyła do części biura przeznaczonej dla kierownictwa, składającej się z obszernej poczekalni i prywatnej salki konferencyjnej przedzielającej dwa narożne gabinety. Jillian zajmowała większy z nich, ale obydwa robiły wrażenie. Ten drugi, przeznaczony rzekomo dla Wandy, był pusty od trzech miesięcy, kiedy to poprzednia wiceprezes odeszła, by założyć własną firmę.
Asystentka Jillian właśnie odkładała słuchawkę.
– O, świetnie, pani Ross. Pani Sloan czeka na panią. Proszę wejść.
W gabinecie szefowej Kendall czekała przez chwilę, aż ta skończy pisać na komputerze.
– Witaj, Kendall. Zapewne już wiesz. Musiałam zwolnić Wandę. – Lśniące kasztanowe włosy Jillian były związane w koński ogon, zapewne po to, by każdy mógł podziwiać masywne diamentowe kolczyki. Jillian sama dochrapała się swojej obecnej pozycji i lubiła o tym przypominać w każdy możliwy sposób. – Cóż, przykra sytuacja, ale musimy przejść nad nią do porządku dziennego.
– Oczywiście.
Kendall nie zamierzała pytać o szczegóły. I tak dowie się wszystkiego od współpracowników.
– To szansa dla ciebie. Uważam cię za wschodzącą gwiazdę. Jesteś pracowita, masz świetne niebanalne pomysły i jesteś zorientowana na potrzeby klienta. Może trochę za często się spóźniasz, ale nie o tym chcę dziś z tobą rozmawiać.
Kendall odchrząknęła i podziękowała.
– Po odejściu Wandy jesteś poważną kandydatką na stołek wiceprezesa.
– To wspaniała wiadomość. Dziękuję – odparła Kendall, z trudem powstrzymując entuzjazm.
– Ale nie ekscytuj się za bardzo. Rozważam też Wesa. On jest numerem drugim, tuż za tobą.
Kendall poczuła, jak serce jej zamiera. Cholera. Wes strasznie ją wkurzał. Obcowanie z nim było równie przyjemne jak spożywanie paskudnie rozgotowanej owsianki. Był wirtuozem podlizywania się szefowej i przeszkadzania innym w pracy.
– Rozumiem.
– Przekonaj mnie, że ten awans należy się tobie. Zacznij już od teraz. W sali konferencyjnej czeka bardzo ważny potencjalny klient. Nie mogę ci powiedzieć, jakie są jego oczekiwania, podpisałam umowę bez wyłączności, tylko na to jedno spotkanie. Nawet jeśli nas nie zatrudni, obowiązuje mnie tajemnica.
Nie na wyłączność? O, to w takim razie musi być gruba ryba.
– Jasne, świetnie. Co mam zrobić?
– Zdobądź go dla nas. Jego nie interesuje pokazówa. Chce rozmawiać konkretnie, z osobą, której przydzielimy jego projekt. Oczekuje pomysłów. I to błyskotliwych.
– A co z Wesem?
– Tym razem postawiłam na ciebie. – Jillian wyszła zza biurka i położyła dłoń na ramieniu Kendall. – Nie zawiedź mnie.
Kendal chciała przełknął ślinę, ale jej gardło odmówiło współpracy. Nie ma to jak w poniedziałkowy poranek wpaść w taki młyn.
– Jestem gotowa – wyrzuciła w końcu z siebie, podkreślając swoją bojowość aż dwoma uniesionym w górę kciukami.
– Zaręczyłaś się? – spytała Jillian, wskazując lewą dłoń podwładnej. – Nie pamiętam, żebyś nosiła ten pierścionek.
– To pierścionek mojej matki – odparła Kendall. Przyznanie się, że zainspirował ją telewizyjny wyciskacz łez, byłoby teraz raczej obciachem. – Znalazłam go i postanowiłam założyć.
– Na lewej ręce?
– A ciebie nigdy nie prześladował facet, co do którego wolałabyś, żeby się odczepił?
– Ciągle mi się to zdarza. To faktycznie irytujące.
– No właśnie. Wolę, żeby na razie dał mi spokój. Chcę się skupić na pracy.
– Podoba mi się taki sposób myślenia. – Jillian uśmiechnęła się figlarnie.
Kendall poszła za szefową do salki konferencyjnej. W głowie jej huczało. Zaraz okaże się, czy będzie mogła spełnić swoje aspiracje zawodowe. Musisz, pomyślała, bawiąc się pierścionkiem.
Gdy tylko przekroczyła próg i zamknęła drzwi, niemal ją zamurowało. Po drugiej stronie stołu, w grafitowym garniturze, siedział zapewne najprzystojniejszy mężczyzna, jakiego w życiu spotkała. Ten sam, w zapomnieniu którego miał jej pomóc pierścionek matki.
Sawyer Locke.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 11,90 zł 13,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 10,90 zł 12,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień
Opcje dostawy:
Paczka w ruchu
Płatność online:
4,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Paczka 48 do domu
Płatność online:
11,90 zł
Płatność przy odbiorze:
13,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej
Płatność online:
10,90 zł
Płatność przy odbiorze:
12,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w paczkomacie InPost
Płatność online:
9,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-2 dni
Opcja dostawy:
Mini paczka do domu InPost
Płatność online:
7,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-5 dni
Opcja dostawy:
Przesyłka kurierska InPost
Płatność online:
13,90 zł
Płatność przy odbiorze:
15,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień
Opcja dostawy:
Kurier DPD
Płatność online:
14,90 zł
Płatność przy odbiorze:
16,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Od wesela do wesela
Autor Karen Booth
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 05-10-2018
Ilość stron 160
Oprawa Miękka
ISBN 9788327637956

Napisz recenzję