Zabawa rozkręcała się powoli, ale do jedenastej zeszło się tyle osób, że Leo Cross był cały mokry od potu. Kostium coraz bardziej go uwierał.
A w założeniu pomysł był znakomity…
Dla sześciu studentów medycyny wynajmujących przestronny dom w zachodnim Londynie „Gwiazdozbiór Oriona” nie był zwykłym serialem telewizyjnym. To był piątkowy rytuał. Godzina bez podręczników i bez dziewczyn. Jak więc lepiej świętować dobre stopnie na egzaminach po trzecim roku, niż tapetując ściany aluminiową folią, podwieszając pod sufitem nadmuchiwane planety i zapraszając przyjaciół na kosmiczne party?
Kolejny logiczny krok to przebrać się za kapitana międzygwiezdnego statku. Wieczór był jednak tak ciepły, że Leo żałował, iż osobisty regulator temperatury ciała nie jest rzeczywistym wynalazkiem.
– Kapitan Boone! Wyglądasz jak prawdziwe ciacho! – Przylgnęła do niego zjawa w trykocie umalowana na niebiesko.
– Maddie. Jak się bawisz?
– Chcesz szklankę kosmicznego koktajlu? – Maddie zarzuciła mu ręce na szyję.
Sygnał, że pokłóciła się z Pete’em. To, że się pogodzą, było tylko kwestią czasu. Ale w tym momencie Pete skupiał się na wdziękach rudowłosej dziewczyny przebranej za astralną hydrę. Maddie najwyraźniej uznała, że należy mu się odpłacić pięknym za nadobne.
Leo wyplątał się z objęć.
– Nie, dziękuję. – Nie miał zamiaru angażować się w ich porachunki.
Przepchnął się do kuchni, okrążył gromadkę skupioną wokół kegu z piwem, wyszedł na taras, ominął tłumek stojących tam przebierańców i dotarł do zadrzewionego ciemnego zakątka ogródka. Zderzył się z czymś miękkim, uroczo pachnącym i wydzielającym srebrno-zielonkawą poświatę. Tajemnicza postać wynurzyła się z mrocznej kryjówki.
Porucznik Tara Thu! Jak wykapana!
– Zbieg? – spytała z filuternym uśmiechem.
– Można to tak określić. A jak ty tu wylądowałaś?
– Sama nie wiem. – Sobowtór Tary wzruszył ramionami. – Oglądałam tylko jeden odcinek serialu, kapitanie Boone.
Im bardziej jego oczy przyzwyczajały się do ciemności, tym bardziej mu się podobała. Ubrana była na czarno: legginsy, kozaki, bluzka z odkrytymi ramionami podkreślająca szczupłą figurę. Na szyi, ramionach i plecach miała coś imitującego zieloną łuskę. Do uda przylegała replika paralizatora, dłonie okalały metalowe spirale. Ciemne nastroszone włosy z zielonymi pasemkami podtrzymywały spinki w kształcie sztyletów.
Leo kilkakrotnie przeżył miłość od pierwszego wejrzenia, ale tamte doświadczenia musiały być pomyłką. Zdał sobie sprawę, że stara się przebić wzrokiem zieloną łuskę w miejscu, gdzie chowa się pod bluzką.
– Em… Świetny kostium, łuska jak prawdziwa – wydukał.
Kapitan Boone wygłosiłby pewnie jakąś bardziej wyszukaną sentencję, coś na miarę galaktyki, ale Leo nie był aż tak oblatany.
– To odblaskowa farba do ciała. W autobusie w tym przebraniu czułam się trochę jak idiotka. – Usiadła przy stole ogrodowym. – Faktycznie uciekasz przed kimś czy tylko wyszedłeś zaczerpnąć świeżego powietrza?
– I jedno, i drugie. – Też usiadł. W sobowtórze Tary wyczuwał radość życia, którą maskował wojenny strój. Czuł jej ciepło, choć siedziała pół metra od niego.
– Mieszkasz tu?
– Tak.
– Czyli studiujesz medycynę?
– Zaczynam wkrótce czwarty rok. To pewnie ostatnie takie party na dłuższy czas. – Miał świadomość, że praktyka w szpitalu klinicznym będzie ciężka, ale nie mógł się doczekać. – A ty co robisz?
– Chwilowo nic. – Wzruszyła ramionami. – Przez rok siedziałam w Australii.
Leo był pewien, że nie siedziała, ale wykorzystała każdą sekundę.
– Zawsze chciałeś studiować medycynę? – spytała po chwili.
– Tak, wujek jest lekarzem. Kiedy miałem dziewięć lat, widziałem, jak uratował komuś życie. To był decydujący moment.
– A więc masz powołanie. Misję życiową.
Czasami, gdy zasypiał nad podręcznikami, nie był o tym przekonany. Ale w ustach Tary te słowa zabrzmiały, jakby był obdarzony szczególną łaską.
– Pewnie tak.
– Ja ciągle szukam swojej. Jest tyle możliwości, a ja nie potrafię się zdecydować. Przez ten rok będę pomagać tacie na farmie i zastanowię się, jaki wybrać kierunek studiów.
– Na pewno dobrze wybierzesz – powiedział z przekonaniem, do jakiego uprawniało go dwadzieścia jeden lat życia i pięć minut rozmowy z Tarą.
– Może. – Zamyśliła się, po czym nagle się uśmiechnęła. – Nic tak nie koncentruje umysłu jak czyszczenie obory.
– Przynieść ci coś do picia? – Miał nadzieję, że powie „tak” i posiedzą dłużej z dala od reszty.
– Nie, dziękuję. Próbowałam tego niebieskiego koktajlu, ale jest za słodki. – Zawahała się. – Za rogiem jest kawiarenka. Myślisz, że jest ciągle otwarta?
– Jest otwarta całą noc. – Serce mu zabiło szybciej.
– Urywamy się?
 
Przesiedzieli całą noc na rozmowie przy kawie i grzankach z serem. Cudacznością ubioru nie odróżniali się szczególnie od innych konsumentów. O szóstej rano Tara odrzuciła propozycję, że pojedzie z nią autobusem i odprowadzi do domu. Musiał się zadowolić spacerem na przystanek.
– Dasz mi swój numer?
– Miałam nadzieję, że poprosisz – odpowiedziała, wyświetlając numer na ekranie komórki.
Drżącymi palcami wciskał klawisze w swoim telefonie. Jej telefon zadzwonił, odrzuciła połączenie, ale numer zapisała w pamięci.
– Pani porucznik… – uśmiechnął się Leo. – A właściwie jak naprawdę masz na imię?
– Alex. To mój autobus. Zadzwonisz?
– Oczywiście. – Zastanawiał się, czy wypada pocałować ją na pożegnanie, ale stwierdził, że ten moment już minął. Pocałuje ją przy następnej okazji, bez pośpiechu.
Ruszył do domu. Jego telefon zadźwięczał.
„Do spotkania w innym świecie”. Tak żegnała się telewizyjna Tara. „A teraz idź spać”.
Zadzwonił wieczorem, ale nie odebrała. Może odsypia? Nie odebrała również następnego dnia. Zdawał sobie sprawę, że jej telefon odnotowuje każdą próbę połączenia. Po sześciu uznał, że Alex może poczytać to za nękanie. Wysłał jej esemesa. Bez odpowiedzi.
 Zadzwonił jeszcze raz tydzień później i nagrał starannie przygotowaną wiadomość. Zdecydował, że jeżeli i tym razem się nie odezwie, da jej spokój. Najwyraźniej nie figurował wśród wielu wspaniałych możliwości, jakie widziała przed sobą. Należy poddać się z godnością.
 
ROZDZIAŁ DRUGI
 
Skok w czasoprzestrzeni do współczesności…
 
Przemierzając marmurową posadzkę hotelowego holu, Alexandra Jackson czuła się spięta. Serce waliło jej jak szalone. Recepcjonistka wskazała drogę do kawiarni.
Leo Cross. Wiele o nim myślała przez te dziesięć lat. Z pewnością więcej, niż zasługiwała na to jedna noc spędzona na rozmowie w kawiarence. Może dlatego, że tamtego poranka, gdy wysiadła z autobusu, potrącił ją samochód i jej życie odmieniło się na zawsze.
W szpitalu zastanawiała się, czy zbiegiem okoliczności Leo nie znajdzie się w niezliczonej rzeszy lekarzy i stażystów, którzy się nią opiekowali. Nic z tego. W wypadku zgubiła telefon. A nawet gdyby miał numer nowej komórki, którą kupili jej rodzice, i tak pewnie nie chciałby kontynuować znajomości.
Zapamiętała obraz trochę niezdarnego i pełnego wdzięku chłopaka, który z pasją mówił o swoich planach. Był oparciem podczas długich miesięcy rekonwalescencji, gdy uczyła się chodzić na protetycznej nodze, i później, gdy zaczynała studia.
Jego pewność, że ma życiowe powołanie, dla niej również stała się bodźcem. Wyobrażała go sobie niemal jako rycerza, który podjął się krucjaty o zdrowie publiczne. Aż rzeczywistość sprowadziła ją na ziemię.
Siedem lat po ich spotkaniu zauważyła jego nazwisko w gazecie. Przeszukała internet, znalazła zdjęcie. Nie ma wątpliwości. Nowa twarz telewizyjnych programów medycznych. Tryskał wdziękiem i obyciem towarzyskim. Pojawiał się na właściwych przyjęciach. Leo, jakiego pamiętała, zmienił się. Pozbył się ambitnych planów reformowania świata i trzepał kasę, robiąc użytek z niebieskich oczu, przystojnych rysów i blond czupryny.
Zastanawiała się nawet, czy się z nim skontaktować, ale co miałaby mu powiedzieć? Że przez lata pielęgnowała jego wyidealizowany obraz, jakże różny od faceta z krwi i kości? Ideały trzeba trzymać z dala od rzeczywistości, by się nie zdewaluowały.
Ale teraz Leo Cross ma coś, czego chciała.
Obciągnęła żakiet i wygładziła spodnie. Nie będzie jej pamiętał. Może go traktować jak obcą osobę. Weszła do kawiarni.
Zauważyła go natychmiast. Jego wygląd wciąż zapierał dech. Miał krótsze włosy, elegancko przystrzyżone, ale nadal był anielsko przystojny. Ubrany szykownie: ciemny garnitur, śnieżnobiała koszula, krawat w delikatny wzorek. Sam krawat musiał kosztować krocie. Tylko w oczach brakowało dawnej miękkości.
 Wszystko świadczyło o tym, że jest celebrytą. I opalenizna, mimo zimowej pory roku, i to, że kelner wiedział, gdzie siedzi, gdy powiedziała, z kim ma spotkanie. Przez chwilę zastanawiała się, czy rozłożony na kolanach plik papierów ma celowo dodać mu aury powagi. Odrzuciła jednak tę myśl. To ona ma na nim wywrzeć wrażenie, nie odwrotnie.
Podniósł wzrok, gdy podchodziła do stolika. Chwila niepewności i …rozpoznał ją! Podskoczył, zrzucając papiery na dywan.
– Porucznik Tara! – Jego uśmiech rozbrajał jak kiedyś. – Jak się masz? Co porabiasz?
– Chyba wiesz, zważywszy na to, że upuściłeś na podłogę propozycję mojej fundacji.
– Czyli to ty jesteś Alexandra Jackson?
– Tak, choć wolę Alex…
– Im krócej, tym lepiej?
Przynajmniej zachował poczucie humoru, pomyślała. Uśmiechnęła się niepewnie. Zadowolenie, że ją pamięta, przemieszane z paniką, chwilowo odebrało jej mowę.
– Skojarzyłaś mnie?
Jakże mógł przypuszczać, że zapomniała ten uśmiech?
– Tak, ale nie sądziłam, że ty będziesz mnie pamiętał.
– Dobrze cię widzieć. Nie miałem szansy, żeby z tym się zapoznać. – Podniósł naręcze papierów z dywanu i ułożył na stoliku.
Ze swej strony dokładnie przeczytała jego materiały promocyjne, szczególnie CV. Celujące oceny na uniwersytecie medycznym, obecnie pracuje jako lekarz rodzinny w centrum Londynu. Dyplom wyższego stopnia z psychoterapii, członkostwo w wielu organizacjach medycznych. Kariera medialna: początkowo współprowadził audycje radiowe o tematyce medycznej, potem został prezenterem własnego wieczornego programu, emitowanego trzy razy w tygodniu. Częsty gość programów telewizyjnych. Autor dwóch poczytnych książek, patron rozlicznych inicjatyw zdrowotnych. A jeśli jego życie towarzyskie jest choć w połowie tak interesujące, jak informowały gazety, facet ma nadprzyrodzone siły i zdolności.
– To co? – Wskazał ręką na fotel po przeciwnej stronie stolika. – Porozmawiamy o interesach?
– Jasne. – W końcu po to tu przyszła. Nie po to, by gapić się na jego uśmiech.
Położyła płaszcz i torebkę na wolnym krześle i usiadła.
– Dobra. Chcę być z tobą całkowicie szczery… – patrzył, jak tępawo kiwnęła głową – ale muszę mieć obietnicę, że to, co powiem, zostanie między nami. Informacja i tak wkrótce zostanie podana do wiadomości publicznej, nie chcę jednak, żeby któreś z nas było jej źródłem.
– Rozumiem, ode mnie nic nie wyjdzie.
– Dziękuję. – Jego wzrok zapowiadał, że konsekwencje złamania przyrzeczenia byłyby surowe. – Jak wiesz 2KZ, moja stacja radiowa, w lutym prowadzi doroczną kampanię charytatywną. A twoja fundacja ubiegała się o współuczestnictwo, jako partner.
– Tak. Powiedziano nam przed Bożym Narodzeniem, że wybraliście kogoś innego.
– Owszem. – Zrobił pauzę dla większego efektu. – Ale fundacja, która wygrała, ma kłopoty. Wspieraliśmy ich tak długo, jak długo zarzuty przeciw nim były niepotwierdzone. Teraz jednak są dowody i nie mamy wyboru. Musimy znaleźć nowego partnera.
– Czy to znaczy, że mamy szanse? – Alex zastanawiała się, na kogo padł pierwszy wybór i jaka jest natura zarzutów, ale przewidywała, że Leo zachowa się profesjonalnie i nic nie ujawni.
– Rozważaliśmy całkowite wycofanie się z tegorocznej kampanii, ale lepszym rozwiązaniem byłby nowy partner, To plan awaryjny. Format programów trochę by się zmienił, zamiast nagranych audycji – bo na to nie ma już czasu – proponujemy programy na żywo z telefonicznym udziałem słuchaczy. Interesowałoby to was?
Alex przełknęła ślinę.
– Jeżeli się zaangażujemy, będziemy musieli w ten projekt włożyć znaczną część naszych środków. Czy możesz mi powiedzieć, jak nisko byliśmy na waszej liście?
Nie miało znaczenia, jak bardzo zabolało ją to, że to nie na nich padł pierwszy wybór. Ale musiała wiedzieć, czy 2KZ jest wystarczająco zainteresowane jej fundacją, by ich odpowiednio wypromować.
– Nie byłoby właściwe, żebym to ujawniał. Ale mogę cię zapewnić, że jesteśmy gotowi na pełną współpracę i przekonani, że jesteście odpowiednim partnerem. A twoją odpowiedź muszę poznać przed końcem spotkania.
Innymi słowy, miała mu zaufać. Gdyby to był dawny Leo, pewnie byłoby łatwiej. Ale nie mogła sobie pozwolić na stratę takiej okazji.
– Tak, jesteśmy zainteresowani. To dla nas wspaniała szansa. Dziękuję.
Wyrazy wdzięczności zbył zdawkowym uśmiechem. Kiwnął na kelnera.
– Napijemy się herbaty? Zamówimy darjeeling…
Tamtej nocy w kawiarence nie narzucał jej wyboru.
– Wolałabym lady gray, jeżeli tu podają…
Dostrzegła na jego twarzy cień uśmiechu.
– Oczywiście, lady gray, czajniczek dla dwojga.
– Coś do zjedzenia, może ciastka? – Kelner zwrócił się do niej.
– Ja dziękuję.
Leo był wyzwaniem, które wymagało koncentracji. Uznała, że nie potrafi jednocześnie skupiać się na rozmowie i na jedzeniu bez narobienia okruchów.
Przerzucał papiery.
– Twoja fundacja nazywa się „Sprawni Razem”. Nie używacie akronimu? Czegoś bardziej wpadającego w ucho?
– Nie. – Nastroszyła się. Jeżeli mają współpracować, nie może pozwolić, by przejechał się po niej jak walec. – Chcemy, żeby padała pełna nazwa. To jest nasz szyld.
– Rozumiem. A ty… – podniósł kartkę z jej CV – jesteś w pełni wykwalifikowaną fizjoterapeutką i założyłaś fundację, żeby pomagać niepełnosprawnej młodzieży w uprawianiu sportu.
– Tak, przyniosłam trochę zdjęć…
Nawet na nie nie spojrzał.
– Może później. Najpierw chciałbym się dowiedzieć trochę więcej, jak funkcjonujecie. Z tego, co widzę, budżet macie skromniutki. Pracujesz jako terapeutka trzy razy w tygodniu i nie pobierasz pensji ze swej fundacji. Macie tylko jedną pracownicę, i to na pół etatu. Rhona. To ona oddzwoniła wczoraj, by umówić to spotkanie. Wygląda na to, że pracuje w większym wymiarze godzin niż ta połówka posady.
– Nasi darczyńcy wolą, żeby pieniądze szły na statutowe cele, a nie na pokrycie kosztów własnych. Z Rhoną mamy układ: luźne godziny pracy w zamian za zaangażowanie. I mamy sieć entuzjastycznych wolontariuszy.
– Macie własne biuro?
– Tak, na poddaszu. Budynek jest własnością kancelarii prawnej, która udostępnia nam strych za darmo.
– To bardzo sympatycznie z ich strony. I co z tego mają?
Świdrował ją wzrokiem, jakby ją jednocześnie prześwietlał i jej pochlebiał.
– Syn starszego partnera firmy jest objęty naszym programem.
– I spełnia wszystkie wymagane kryteria?
Zagotowało się w niej. Wiedziała, gdzie w pliku znajduje się fotografia chłopca. Wyciągnęła ją i położyła na wierzchu.
– Urodził się bez obu stóp. Na imię ma Sam. I tak jak inni pięciolatkowie lubi biegać i kopać piłkę.
Leo popatrzył na zdjęcie. Twarz mu złagodniała. Dotknął fotografii palcami. Jego niebieskie oczy znów były zniewalające jak kiedyś.
– Mam nadzieję, że będę miał okazję popatrzeć, jak gra.
Ten krótki moment, gdy okazał współczucie, wystarczył, by powstrzymała się z wnioskiem, że nie ma co na niego liczyć. Chwila ulgi nie trwała jednak długo. Kelner przyniósł herbatę, a Leo wznowił przesłuchanie. Procedury, wydatki, liczba wolontariuszy, zgodność z przepisami bezpieczeństwa… Wypytywał o szczegóły. Ostatecznie wydawał się zadowolony.
Na jego twarzy znów pojawił się uroczy uśmiech.
– A teraz, kiedy wiem o was wszystko, czas, żeby pomówić o tym, co 2KZ ma do zaoferowania.
Może traktuję ją nieco zbyt ostro, pomyślał. Nawet nie może, na pewno. Ale Alex nie pozwala sobie wejść na głowę i za to należy się jej szacunek. A poza wszystkim, jakże uroczą niespodzianką jest spotkać ją po latach…
Spuścił nieco z tonu, gdy zdał sobie sprawę, przez co przeszła. Wypadek, utrata nogi. Ale podniosła się. Nie wspomniał o tym z szacunku do niej, skupił się na jej dokonaniach. Gdyby to był ktoś inny, zaangażowałby wrodzony wdzięk, by załatwić interes. Alex wyraźnie jednak nie chciała, by stosunki między nimi miały osobisty wymiar. Dziesięć lat temu nie oddzwoniła. A teraz, choć wiedziała, kim jest, nie umówiła spotkania sama, ale przez asystentkę. To jest raczej jednoznaczny sygnał…

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 11,90 zł 13,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 10,90 zł 12,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień
Opcje dostawy:
Paczka w ruchu
Płatność online:
4,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Paczka 48 do domu
Płatność online:
11,90 zł
Płatność przy odbiorze:
13,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej
Płatność online:
10,90 zł
Płatność przy odbiorze:
12,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w paczkomacie InPost
Płatność online:
9,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-2 dni
Opcja dostawy:
Mini paczka do domu InPost
Płatność online:
7,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-5 dni
Opcja dostawy:
Przesyłka kurierska InPost
Płatność online:
13,90 zł
Płatność przy odbiorze:
15,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień
Opcja dostawy:
Kurier DPD
Płatność online:
14,90 zł
Płatność przy odbiorze:
16,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Lekarz, celebryta, uwodziciel
Autor Annie Claydon
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 27-07-2018
Ilość stron 160
Oprawa Miękka
ISBN 9788327636584

Napisz recenzję