Znalazłszy się na plaży, Ellie pełną piersią odetchnęła rześkim powietrzem, po czym dziarskim krokiem ruszyła w kierunku cypla, żeby przed dyżurem odbyć codzienny spacer.
- Ellie!
Odwróciła się. W jej kierunku wymachując ramionami, kuśtykał Jeff, kapitan kutra łowiącego krewetki i zarazem miejscowy ratownik. Gdy odbierała poród jego drugiego syna, zemdlał. Od tej pory przy każdym spotkaniu usilnie starała się mu tego nie wypominać.
Pomachała do niego. Czując jednak, że to nie tylko zwykłe powitanie, pospieszyła ku niemu.
- Mamy starszego pana na skałach pod latarnią morską, surfera. Powiedział, że jest lekarzem w waszym szpitalu. Wygląda na to, że ma złamaną rękę i może nogę.
Przeniosła wzrok we wskazanym kierunku, gdzie zebrała się grupka gapiów.
- Powiedział, że pozwoli się dotknąć tylko tobie. Karetka już jedzie, ale chyba trzeba będzie przetransportować go śmigłowcem.
Ellie zajmowała się w szpitalu rożnymi przypadkami, więc nic dziwnego, że ludzie często prosili o jej pomoc. Surfer w podeszłym wieku. Czyli doktor Southwell. Westchnęła.
 
Dziesięć minut później, klęcząc przy poszkodowanym, podtrzymywała kołnierz ortopedyczny na jego pomarszczonej szyi, podczas gdy dwie ratowniczki medyczne oraz dwóch muskularnych ratowników morskich ostrożnie przekładali go na nosze. W trakcie tych manewrów poszkodowany tylko raz syknął z bólu.
Ellie przeniosła wzrok na bezkresny i całkiem spokojny ocean, który wręcz szeptał: „To nie moja wina”.
Doktor Southwell wyzdrowieje, pomyślała, i z dawnym zapałem znowu wskoczy na deskę.
Zaczął się odpływ, więc fale już nie sięgały skalnej półki, na której ratownicy ułożyli poszkodowanego. Było to miejsce, z którego startowała większość surferów.
- Dzięki, że przyszłaś. – Doktor Southwell sprawiał wrażenie nieco speszonego. – Przepraszam, że musiałaś porzucić oddział.
Uśmiechnęła się do niego. On zawsze jest taki miły...
- Nie martw się o nas, myśl o sobie. Niedługo trafisz w ręce specjalistów. I szybko wracaj do zdrowia.
Starszy pan puścił do niej oczko.
- Wrócę, i to jak najszybciej.
Pokręciła głową. Doktor Southwell dzień w dzień, przed pracą, pływał na desce. Jego sprężysty krok kłócił się z siwymi włosami i pomarszczoną twarzą. Wysoki szczupły mężczyzna, pół wieku temu bez wątpienia marzenie wielu kobiet. Ratownicy unieruchomili mu ramię, uznali, że nie doszło do złamania nogi, po czym pod dyktando pielęgniarza ze śmigłowca zaaplikowali morfinę.
Hałas łopat śmigłowca był coraz bliżej. Lada moment doktor Southwell wyruszy w drogę do szpitala wojskowego, pomyślała, omiatając wzrokiem biały piasek zatoki. Nic dziwnego, że stary doktor chce tu wrócić.
Sama uległa urokowi tego miejsca, osiadła tutaj. Uniosła wysoko głowę. Jej przyszłość jest w Lighthouse Bay, ma też konkretne plany dotyczące tutejszego oddziału.
Popatrzyła na człowieka, który tak idealnie pasował do idyllicznej atmosfery tej nadmorskiej miejscowości.
- Będziemy na ciebie czekać. – Zerknęła na sporych rozmiarów deskę surfingową, którą ratownicy oparli o głaz. – Poproszę któregoś z chłopaków, żeby przewiózł do mnie twoją deskę. Będzie czekała na ciebie u mnie.
Starała się nie myśleć, co ją czeka w najbliższym czasie. Kurczę, kto go zastąpi? To oznacza, że wszystkie rodzące trzeba będzie kierować do innego szpitala, dopóki nie znajdzie się zastępstwo. Trzeba jak najprędzej zorganizować tę niezależną porodówkę.
 
Cztery dni później tuż pod oknem jej gabinetu na oddziale położniczym szpitala Lighthouse Bay zarechotała żaba. Ellie otrząsnęła się, kompletując drżącymi palcami pakiet powitalny dla lekarza, który zgłosił się na zastępstwo. Jesteś profesjonalistką, nie nasłuchuj tego rechotu! Na szczęście żaba zamilkła.
- Skup się! – Dołączyła plan miejscowości, już drugiego dnia nieprzydatny, bo miasteczko było maleńkie, ale za to zaznaczyła na nim wszystkie miejsca, gdzie można coś zjeść.
Dalej wykaz godzin, czyli dwie każdego dnia w tygodniu, a potem, za miesiąc, przekazanie wszystkiego drugiemu, miejscowemu lekarzowi, który zagroził, że odejdzie, jeżeli odmówi mu prawa do urlopu.
Nie miała żalu ani do niego, ani do jego żony, rozumiejąc, że potrzebują czasu dla siebie. Drugi lekarz, doktor Rogers, stary kawaler, dopóki się nie rozchorował, brał na siebie wizyty domowe.
Starała się zagłuszyć wewnętrzny głos, który upierał się, że i sama powinna pomyśleć o czasie dla siebie oraz ignorować kumkanie żab.
Wydrukowała arkusz płac.
Nie podobało się jej, że wszystkie rodzące, pod jej opieką przez kilka miesięcy, będą musiały być kierowane do szpitala w bazie wojskowej oddalonej o godzinę jazdy od domu oraz bliskich. W takiej sytuacji lekarze na zastępstwo byli złem koniecznym, bo ciężarnymi zajmowały się głównie położne, a lekarze byli nieodzowni jedynie w razie komplikacji oraz by zabezpieczyć potrzeby kobiet po porodzie.
Marzyła jej się klinika położnicza z prawdziwego zdarzenia. Czuła, że temu celowi mogłaby poświęcić całe życie, znaleźć przełożoną pielęgniarek i nareszcie rozstać się z pielęgniarstwem ogólnym.
Zatrudniłaby więcej położnych takich jak Trina, jej przyjaciółka oraz sąsiadka, młoda wdowa, która uciekając przed bezsennymi samotnymi nocami, preferowała nocne dyżury.
Trina była jej przeciwieństwem, bo małżeństwo Ellie okazało się żałosną porażką. Nawet trudno to nazwać małżeństwem.
Była też Faith, która brała wieczorne dyżury. Faith z trzyletnim synkiem mieszkała u ciotki. Była niepoprawną optymistką, która jeszcze nie trafiła na faceta swojego życia, ale którejś nocy dała się uwieść pewnemu czarusiowi. Ellie westchnęła. Trzy bardzo różne kobiety marzące o tym samym.
Wróć na ziemię, Ellie. W tej chwili potrzebujecie co najmniej jednego lekarza lub ginekologa, bo młode mamy zostają na oddziale przez dwie lub trzy doby, nie licząc tych po operacji cesarskiego cięcia przewiezionych z większego szpitala. Przydałby się specjalista.
Dwóch pierwszych lekarzy, którzy zgłosili się na zastępstwo, interesowały przede wszystkim wysokie fale, poza tym obaj próbowali ją podrywać. Dała im odpór, aż w końcu ludzie z agencji pojęli, że zależy jej na lekarzach z prawdziwego zdarzenia.
Większość chętnych okazała się w podeszłym wieku. Ten prawie łysy jak kolano był niemiły, co ją speszyło, bo doktor Rogers zawsze miał dobre słowo dla każdego.
Kolejny przeraził się, że będzie musiał odbierać porody, a po raz ostatni robił to dwadzieścia lat wcześniej. Nie mogła mu obiecać, że tak się nie stanie, więc się wycofał.
Oddział w Lighthouse Bay był przygotowany na przyjęcie rodzących o niskim stopniu ryzyka, więc Ellie nie widziała tu najmniejszego problemu. Poród to wydarzenie normalne, naturalne, a jej pacjentki były zdrowe. Jednak zawsze może się wydarzyć coś nie do przewidzenia, więc dobrze byłoby mieć profesjonalne wsparcie.
Z trzema następnymi albo trudno było się skontaktować, gdy ich potrzebowała, albo doprowadzali ją do szału, gadając cały dzień, przez co odrywali ją od pracy. Więc ostatecznie rezygnowała ze współpracy. Na szczęście ostatni, doktor Southwell, wdowiec, emerytowany lekarz rodzinny, okazał się prawdziwym skarbem.
Młode mamy go uwielbiały, podobnie jak wszystkie niezamężne kobiety po czterdziestce.
Zwłaszcza Myra, jedna z jej sąsiadek, emerytowana kucharka, która jako ochotniczka przez dwie godziny dziennie wydawała lunche. Często widywano ją w towarzystwie doktora Southwella.
Ellie miała wrażenie, że chwyciła pana Boga za nogi, gdy Southwell zgodził się pracować w pełnym wymiarze godzin, bo miejscowy lekarz rodzinny wystąpił o miesięczny urlop. Doktor Southwell nie miał żadnych wad. Oprócz zamiłowania do surfingu.
Westchnęła.
Już dwa dni temu musiała odesłać rodzącą do innego szpitala, tłumacząc się brakiem specjalistycznego zaplecza.
Kum... Znowu to kumkanie.
Kum, kum... – usłyszała w odpowiedzi.
Zerknęła na zegarek. Jeszcze godzina do przyjazdu nowego lekarza. Włączyła płytę z muzyką country, by zagłuszyć nieznośnych sąsiadów. Na szczęście na oddziale była tylko jedna pacjentka, którą po drugiej cesarce przywieziono z miasta.
Rechot żab stawał się tak dokuczliwy tylko po długotrwałych opadach, a tym razem lało przez cały tydzień. Niedługo ucichną.
Jedną z zalet jej domku na klifie było to, że słony osad zniechęcał te okropne płazy.
Zdawała sobie sprawę, że jej niechęć do żab jest nieuzasadniona, ale cierpiała na nią od dziecka, bo kojarzyło się jej to ze śmiercią matki.
Irracjonalna fobia.
Słuchała nagrań, chodziła na terapię, nawet poddała się hipnozie. Jednak to tylko pogorszyło sprawę, bo wróciły koszmarne sny, jakich nie doświadczyła przez całe lata.
Bo przez te oślizgłe, rozdęte i kumkające stwory pociły jej się ręce, a serce zaczynało walić jak oszalałe. Nocami płakała przez sen.
Niestety, żaby upodobały sobie kałużę tuż pod oknem jej gabinetu. Już wolałaby węże, bo węży się nie bała.
Ale te żaby wślizgujące się do umywalki w toalecie! Koszmar. Albo to ogromne zielone żabsko czekające na wycieraczce, gdy rano przyszła do pracy... Łaska boska, że na nią nie wskoczyło.
 
Samuel Southwell zaparkował lexusa przed szpitalem. Jego srebrzysta rakieta jeszcze nigdy nie była aż tak zakurzona. Ze ściągniętymi brwiami spojrzał na łuki kurzu na przedniej szybie.
Zauważył, że na podjeździe jest tylko jedno miejsce zarezerwowane dla lekarza. Tylko jedno. Trudno było mu sobie przypomnieć, kiedy nie towarzyszył mu orszak rezydentów, stażystów czy studentów.
A jeżeli każą mu zająć się czyimś paluchem albo pacjentem z zawałem? Na Boga, jest położnikiem i naukowcem!
Okej, jego wiedza medyczna na pewno wykracza poza znajomość funkcji macicy. A nawet jeśli w tej chwili tak nie jest, to wystarczy sobie tę wiedzę odświeżyć. Ojciec twierdzi, że to żaden problem.
Może ojciec ma rację. Tak czy owak, przystał na jego prośbę głównie dlatego, że do tej pory ojciec o nic go nie prosił, a tym razem wręcz nalegał. Na tym oddziale rodzi się mniej niż sześćdziesięcioro dzieci rocznie, a on przyjeżdża tutaj tylko na jeden miesiąc. Poradzi sobie.
To nie to samo co tysiące rodzących w Szpitalu Położniczym w Brisbane.
To co innego od pracy naukowej, której poświęcał całe noce oraz weekendy.
Może nawet uda mu się wyspać.
- To jak misja dobrej woli – przekonywał ojciec. – Będziesz miał okazję zobaczyć, jak żyją inni. Pomyśl, na cały miesiąc oderwiesz się od tej harówki. Po raz pierwszy od nie wiadomo kiedy masz taką możliwość. Obiecałem siostrze przełożonej, że wrócę, a nie chcę zostawiać ich na lodzie.
Sam się uśmiechnął. Kochany tatko. Już sam termin „siostra przełożona” mówi o jego zaawansowanym wieku. Przełożone już dawno poszły w niepamięć, teraz nazywa się je kierowniczkami.
Złamana ręka i zwichnięte kolano kompletnie go unieruchomiły. Ale w jego wieku tak daleko wyprawiać się na desce to gwarancja wypadku. Mimo to Sam doskonale go rozumiał.
Westchnąwszy, zgasił silnik, wysiadł z auta i się przeciągnął, by rozluźnić mięśnie karku.
Błękitny bezkres oceanu uświadomił mu, jaki szmat drogi musiał pokonać. Na wzniesieniu za szpitalem biała sylwetka latarni morskiej odcinała się na tle lazurowego nieba. Nasłuchiwał odgłosów miasta, ale słyszał tylko huk fal odbijających się od skał.
W pracy powiedział, że musi zająć się kontuzjowanym ojcem, więc wszyscy uznali, że na ten okres się po prostu do niego przeprowadzi.
Tak było łatwiej, niż wchodzenie w szczegóły.
Lighthouse Bay, niewielkie miasteczko na północnym wybrzeżu Nowej Południowej Walii.
Zastępstwo oznacza, że będzie doktorem od wszystkiego. To spore wyzwanie.
 
Aż drgnęła, gdy ktoś donośnie zastukał we framugę drzwi. Pospiesznie ściszyła muzykę, po czym spojrzała na nowo przybyłego, nie kryjąc zdziwienia.
- Przepraszam, nie chciałem pani przestraszyć. – Stała oko w oko z przystojnym mężczyzną w eleganckim garniturze kompletnie niepasującym do małego prowincjonalnego szpitala.
Przedstawiciele firm farmaceutycznych nader rzadko docierali do Lighthouse Bay.
Nieskazitelny akcent mężczyzny lekarza przyprawił ją o dreszczyk. Bezwiednie sięgnęła do górnego guzika bluzki. Na szczęście zapięty.
W końcu odzyskała głos.
- Jak mogę panu pomóc? – Wstała z fotela z przeświadczeniem, że ten człowiek kogoś jej przypomina. Przyjrzała mu się lepiej. Nie, na pewno nigdy nie miała z nim styczności.
Przekroczył próg, ale się zatrzymał, bo w jej gabinecie mieściły się dwa fotele.
Zawsze było tu ciasno, ale teraz miała wrażenie, że jeszcze bardziej się skurczył. Mimo to nie dała się zwieść iskierkom rozbawienia w niebieskich oczach przybysza. Potrafi strzec swojej twierdzy, bo nie życzy sobie żadnych komplikacji.
Zawsze wydawało jej się, że jest wysoka, ale tym razem poczuła się trochę przytłoczona. Ten dreszczyk... Całkiem przyjemny...
Idiotyzm! Ma jeszcze sporo do zrobienia, zanim zjawi się lekarz na zastępstwo.
- Pani jest przełożoną? – Uśmiechnął się ironicznie, po czym się poprawił. – Kierowniczką zespołu pielęgniarskiego?
- Owszem. Ellie Swift – przedstawiła się. – Czy my się znamy?
Uniósł brwi.
- Nazywam się Samuel Southwell – odparł lekko drwiącym tonem. - Przez najbliższy miesiąc mam zastępować tutejszego lekarza. – Spojrzał na zegarek. – Stawiam się przed czasem?
- Och... – To nie przedstawiciel firmy farmaceutycznej. To lekarz! – Przepraszam, zapomniałam o różnicy czasu między nami i Brisbane. Tutaj jest godzinę wcześniej. Przygotowywałam dla pana biurko. W agencji uprzedzono mnie, że kierują tu kogoś z Queenslandu. Powinnam była pamiętać o różnicy czasu.
Southwell? – pomyślała. O, przyjemna niespodzianka. Uśmiechnęła się ciepło.
- Jest pan krewnym doktora Southwella? – zapytała. - Jak on się czuje?
- To mój ojciec – odparł oschłym tonem. – Czuje się tak, jak może się czuć człowiek za stary, żeby pływać na desce.
Wyrażał się o ojcu jak o upartym dziecku, ale w tej wypowiedzi wyczuwało się synowską troskę o nieobecnego osiemdziesięciolatka. Uważaj, bo teraz przez miesiąc będziesz musiała z nim współpracować.
Przypomniało jej się też, że stary doktor ma dwoje dzieci, a jego syn jest konsultantem w zakresie położnictwa i ginekologii w szpitalu położniczym w Brisbane. Podobno uzależniony od pracy.
Zatem przez miesiąc będzie miała wsparcie specjalisty. Oraz pecha, jeżeli przez ten czas nie trafi się ani jedna rodząca. Uśmiechnęła się ironicznie.
Najpierw ogromna zielona żaba na progu, potem cały chór tych płazów za oknem, a teraz królewicz zaklęty w żabę. Elegant z wielkiego miasta, i to wcale nie w wieku przedemerytalnym, jak większość lekarzy zgłaszających się na zastępstwo.
- Witam. Może zechce pan usiąść. – Wskazała na fotel wciśnięty między kartotekę i framugę drzwi.
Wcale nie miała pewności, czy zmieszczą się tam jego długie nogi. Nie skorzystał z zaproszenia. I chyba słusznie.
W jego zachowaniu było coś dziwnego. Obawia się, że nie jest nam potrzebny?
- Doktorze, pańska obecność tutaj jest bardzo mile widziana. - Gdy zwlekał z odpowiedzią, nieco się zrelaksowała. To jest jej domena, nie ma powodu do zdenerwowania, tłumaczyła sobie. – Kamień spadł nam z serca, kiedy dowiedzieliśmy się, że znalazł się ktoś, kto chce nas wesprzeć.
Nie zrobiło to na nim wrażenia.
Westchnęła.
- Witamy w Lighthouse Bay – powtórzyła. – Ludzie najczęściej nazywają mnie Swift, bo tak brzmi moje nazwisko i podobno szybko się przemieszczam. Jestem położną oraz mediatorem między lekarzami i pielęgniarkami.
Gdy podała mu rękę, popatrzył na nią obojętnie. Ups! Nie należy oczekiwać poczucia humoru?
Na jego obliczu pojawił się wyraz zainteresowania.
- Potrzebujecie mediacji? – Nie ujął jej dłoni, więc ją opuściła. Dziwny facet, bardzo dziwny.
- Przepraszam, żartowałam. – Doświadczenia w małym szpitalu nauczyły ją, że siostra przełożona to ktoś, kto zajmuje się tymi wszystkimi sprawami, którymi inni nie chcą sobie zaprzątać głowy. Oraz tego, że ma być wszystkim dla innych.
Lubiła przyjmować nowych członków do zespołu, chociaż zanim doktor Rodgers odszedł na emeryturę, nie zdarzało się to często.
Okolice Lighthouse Bay sprzyjały drobnemu rolnictwu, czym zajmowali się głównie uciekinierzy z wielkich miast. Prowadzili niewielkie plantacje kawy albo lawendy. Działały tam też internetowe butiki prowadzone przez grupy kobiet, które wybrały wybrzeże. Dla odmiany.
Z tych właśnie kręgów wywodziły się jej klientki, kobiety, które doskonale wiedziały, jak oraz gdzie chcą rodzić. To wszystko spadło na jej głowę.
Marzyło jej się, że nie będzie potrzebowała żadnego lekarza, ale teraz przydałby się chociaż jeden położnik, którego mogłaby wezwać w nagłych przypadkach.
Może uda się tego faceta do tego przekonać.
Zerknęła na niego. Profesjonalista w każdym calu, ale mało rozmowny. Jednak ona jest uparta, więc to z niego wyciągnie. W końcu.
Posiada najnowszą wiedzę w swojej dziedzinie, bezpiecznym położnictwie. To idealna okazja, by przekonać twardogłowych, by słuchali pacjentek zamiast iść na łatwiznę i kierować je gdzie indziej.
Najpierw jednak należy go wywabić z pokoju, ale żeby to zrobić, musiała się obok niego przecisnąć.
- Oprowadzić pana po oddziale?

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 11,90 zł 13,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 10,90 zł 12,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień
Opcje dostawy:
Paczka w ruchu
Płatność online:
4,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Paczka 48 do domu
Płatność online:
11,90 zł
Płatność przy odbiorze:
13,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej
Płatność online:
10,90 zł
Płatność przy odbiorze:
12,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w paczkomacie InPost
Płatność online:
9,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-2 dni
Opcja dostawy:
Mini paczka do domu InPost
Płatność online:
7,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-5 dni
Opcja dostawy:
Przesyłka kurierska InPost
Płatność online:
13,90 zł
Płatność przy odbiorze:
15,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień
Opcja dostawy:
Kurier DPD
Płatność online:
14,90 zł
Płatność przy odbiorze:
16,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Miesiąc z Ellie
Autor Fiona McArthur
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 28-09-2018
Ilość stron 160
Oprawa Miękka
ISBN 9788327637970

Napisz recenzję