Ktoś próbował popełnić morderstwo tuż pod drzwiami jej domu. Odgłosy były zupełnie jednoznaczne: szuranie skórzanych butów o bruk, tępe odgłosy ciosów wymierzanych drewnianą pałką, szczęk metalu, rozpaczliwy urywany oddech.
Alessa westchnęła ze znużeniem, oparła wiklinowy kosz na biodrze i cofnęła się za róg budynku, w miejsce, gdzie głęboki mrok skrywał jej pakunek przed niepożądanymi oczami. O jedenastej wieczorem znajome uliczki miasta Korfu wydawały się ciche i puste, wiedziała jednak, że napastnicy czają się wszędzie. Jeden właśnie w tej chwili znajdował się na placyku utworzonym przez tylną ścianę kościoła Świętego Stefana, piekarnię Spira oraz dwa domy tak wysokie, że światło słońca docierało tu tylko przez kilka godzin dziennie.
Pochyliła się, wyjęła nóż z pochwy ukrytej w bucie z cielęcej skórki i znów wtopiła się w cienie. Przemknęła przez wąski przesmyk na podwórze i obejrzała się, sprawdzając, czy gdzieś za nią nie pali się jakieś światło, które mogłoby zdradzić jej obecność, rzucając cień. Ale wychodziła z mroku, a placyk był dobrze oświetlony: nad drzwiami piekarni wisiała latarnia, z okien kościoła sączył się słaby blask, a na schodach ich domu stał oliwny kaganek, który Kate postawiła tam o zmierzchu.
Tuż przed sobą zobaczyła czyjeś plecy. Zajmowały prawie całą szerokość zaułka, a ich właściciel, oparty o ścianę, dłubał w zębach. Alessa poczuła od niego ciężki zapach ryb, czosnku i niemytego ciała. Znała ten zapach tak dobrze, że nawet nie zmarszczyła nosa. Georgi, poławiacz kalmarów, zawsze pojawiał się tam, gdzie mógł coś zyskać bez nadmiernego wysiłku czy ryzyka.
Bezszelestnie stanęła za jego plecami i przycisnęła czubek noża do obnażonej skóry między skórzaną kamizelką a pasem spodni. Drgnął i znieruchomiał.
– Herete, Georgi – mruknęła po grecku. – Wydaje mi się, że powinieneś być teraz gdzieś indziej. – W odpowiedzi syknął coś grubiańsko. Alessa skrzywiła się i mocniej przycisnęła ostrze do fałdki tłuszczu. – Czy chcesz, żeby ludzie lorda komisarza dowiedzieli się, co dokładnie robisz, kiedy wypływasz swoją kaiki w bezksiężycową noc? Myślę, że bardzo by ich to zainteresowało.
Georgi wymamrotał jeszcze jedno przekleństwo, przemknął obok niej i zniknął w mroku. Alessa odczekała chwilę, a gdy tupot butów na bruku ucichł, zajęła jego miejsce.
Na malutkim placyku walczyło dwóch mężczyzn. Jednego rozpoznała: to był Wielki Petro, przestępca, który nawet nie udawał, że jest kimś innym. W jednej ręce trzymał pałkę, a w drugiej długi nóż. Obcy mężczyzna, zwrócony do niego twarzą, uchylał się zręcznie przed nadchodzącymi z dwóch stron ciosami. Przez chwilę Alessie wydawało się, że obcy uzbrojony jest w rapier, ale była to tylko cienka laska, którą parował ciosy noża, starając się jednocześnie trzymać z dala od pałki, by nie pękła.
Dobry szermierz, pomyślała, patrząc na szybkie ruchy laski oraz pracę nóg. Zaczęła się zastanawiać jednocześnie, co może zrobić, żeby nie pogorszyć jego sytuacji. Ubrany był w wieczorowy strój i wyglądał elegancko. Obok niego leżał odrzucony kapelusz. Radził sobie nieźle i gdyby chodziło o kogoś innego niż Petro, Alessa uznałaby, że nieznajomy ma całkiem spore szanse uciec i można go zostawić własnemu losowi. Ale przysadzisty bandyta był zabójcą, z którym wymuskany angielski dżentelmen, świeżo przybyły na Korfu, w żaden sposób nie mógł się równać.
Alessa przemknęła za róg w stronę drzwi własnego domu, coraz bardziej zirytowana tym, że pojedynek odbywa się na jej podwórzu, pod oknami pokoju dzieci. Obcy napierał teraz na Petra, a raczej przebiegły Grek cofał się, ustępując mu pola, i Alessa po chwili zrozumiała, dlaczego to robił. U stóp fontanny stojącej pośrodku podwórza znajdowała się skryta w cieniu pułapka w postaci rynsztoka. Alessa stłumiła okrzyk, obawiając się rozproszyć nieznajomego. Już miała nadzieję, że uda mu się przejść nad rynsztokiem, ale w ostatniej chwili zahaczył butem o kamienną krawędź i opadł na jedno kolano. Natychmiast znów uniósł laskę, ale Petro złamał ją uderzeniem pałki, po czym zamierzył się jeszcze raz i tym razem trafił przeciwnika w głowę. Nieznajomy upadł, uderzając o kamienną fontannę. Petro zbliżył się do niego z zadowolonym pomrukiem. W jego ręku lśnił długi nóż.
Nie, tego już było za wiele, powiedziała sobie w duchu Alessa. Nie zamierzała tolerować pod swoim domem morderstw, nawet popełnianych na nikomu niepotrzebnych, lekkomyślnych angielskich turystach. Obróciła nóż w dłoni, odsunęła się od ściany i tak jak ją uczono, mocno uderzyła Petra rękojeścią w miejsce, gdzie szyja łączyła się z barkiem. Od siły ciosu zdrętwiała jej ręka, ale przysadzisty bandyta chrząknął i padł na ziemię między nogi swojej ofiary. A to oznaczało, że Alessa miała teraz na podwórzu dwóch nieprzytomnych mężczyzn, z których jeden, gdy się ocknie, zapewne wpadnie w szał, a drugi prawdopodobnie zacznie wzywać lorda komisarza, wojsko, marynarkę oraz swojego pokojowego, czyli cały tłum zupełnie zbędnych intruzów. Albo też jeszcze przed świtem, zanim odzyska przytomność, zamorduje go jakiś przechodzący tędy złodziej. Zwyczajna ludzka przyzwoitość nie pozwalała go tu zostawić.
Alessa westchnęła głęboko, weszła na schodki, otworzyła zniszczone drewniane drzwi i krzyknęła w głąb domu:
– Ela! Kate, jesteś tu?
Na górze rozległy się kroki i przez barierkę przechyliła się kobieta. Rude włosy miała potargane, obfite biodra rozsadzały gorset.
– Tu jestem, kochana. Pomóc ci z tym koszem?
– Nie, pomóż mi z tym człowiekiem – odrzekła Alessa, podnosząc głowę. – Czy Fred jest u ciebie?
– Jest. Właśnie kończy kolację. Czy ktoś cię niepokoił? Zdawało mi się, że słyszałam jakąś bójkę. Fred!
– Tak, kochana. – Obok głowy Kate pojawiła się druga. – Dobry wieczór, Alesso.
Obydwoje zeszli na dół i stanęli obok niej na schodkach.
– No i co my tu mamy? – Sierżant Fred Court z profesjonalną obojętnością popatrzył na zwał splątanych członków.
Kate, miłość jego życia, przyjaciółka i sąsiadka Alessy, poskrobała się po głowie, jeszcze bardziej targając bujne rude włosy.
– Kto to jest, Alesso? Czy oni nie żyją?
– Jeden to angielski milord, jakiś głupi turysta, który zawędrował tu prosto w pułapkę zastawioną przez Wielkiego Petra i jego przyjaciela Georgiego. Bóg jeden wie, czy żyje. Petro mocno mu przyłożył. A Petro będzie miał tylko zesztywniały kark i głowa go trochę poboli.
Sierżant Court potarł ręką nieogolony podbródek.
– Lepiej zabiorę tego Anglika do rezydencji lorda komisarza. Włożę tylko kurtkę.
– Z pewnością mógłbyś to zrobić – stwierdziła Alessa, patrząc na jego dobrze rozwinięte mięśnie. – Ale to zajmie jakieś pół godziny, a jeśli przerzucisz go sobie przez plecy głową w dół, z pewnością mu to nie posłuży. Chyba najlepiej będzie zabrać go do domu.
– Chcesz, żebym poszedł zawiadomić jego wysokość? – Fred butem odsunął na bok bezwładne ciało Petra i pochylił się, by podnieść jego ofiarę.
– Nie, nie zawracaj sobie tym głowy, bo się spóźnisz. Rano wyślę Demetriego, a teraz tylko przyniosę kosz z praniem.
Gdy wróciła, Fred już przerzucił sobie nieznajomego przez ramię i niósł go po schodach. Kate wzięła od niej kosz i skrzywiła się, zdumiona jego ciężarem.
– Myślałam, że to delikatne rzeczy. Czy koronki teraz nosi się na wagę? Przytrzymaj mu głowę, Alesso. Fred nie jest zbyt ostrożny.
Alessa weszła na schody za sierżantem i podtrzymała głowę nieprzytomnego Anglika, mrucząc coś pod nosem na widok kropel krwi skapujących na drewniane schody, które obie z Kate codziennie szorowały do białości. Fred okazywał nieprzytomnemu mężczyźnie milczącą pogardę, jaką większość żołnierzy czuła do swoich panów i władców. Alessa nie mogła go za to winić. Co ten lekkomyślny dureń sobie myślał, włócząc się o tej porze po zaułkach? Tyle mu z tego przyszło, że wpakował się w kłopoty i dołożył trosk ciężko pracującym ludziom.
– Połóż go tutaj. – Zgarnęła z wysłużonej skórzanej kanapy stertę szycia oraz szmacianą lalkę. – Kate, czy dzieci już śpią?
– Jak aniołki. Zaglądałam tam niecałe dziesięć minut temu. Sprawdzałam, czy żar z kominka się nie wysypał. – Ruchem głowy wskazała kopułę z poczerniałego żelaza, która osłaniała żar na ceglanym palenisku w kącie.
Alessa zajrzała do malowanej skrzyni, znalazła poduszkę i koc i popatrzyła na leżącego nieruchomo obcego. Przestał już krwawić, ale nadal nie odzyskiwał przytomności.
– Chyba obejrzę go dokładniej. Upadł z dużym impetem i do tego skręcił sobie kostkę. A Petro oczywiście przyłożył mu pałką po głowie, żeby go ogłuszyć, zanim użyje noża.
– Zajmijmy się nim. – Kate podwinęła rękawy, odsłaniając mocne przedramiona. – Na co tak patrzysz, Fred?
Jej kochanek cofnął się od okna.
– Wielki Petro właśnie się podźwignął, rozcierając głowę. Wątpię, czy jutro będzie cokolwiek pamiętał. Potrzebna wam jakaś pomoc, dziewczyny? Niedługo muszę być w twierdzy.
– Poradzimy sobie. Dziękuję ci, kochany. – Kate wyszła za Fredem na schody i Alessa została sama z niechcianym gościem. Dlaczego była taka pewna, że to Anglik? Po pierwsze, świadczył o tym kolor skóry. Był opalony, zapewne po kilku tygodniach spędzonych na morzu, ale była to jasnozłota opalenizna świadcząca o jasnej cerze. Włosy miał brązowe, a zatem nie mógł być Szkotem, bo zdaniem Alessy wszyscy Szkoci byli rudzi; Walijczykiem też nie, bo ci z kolei mieli czarne włosy, jeśli sądzić na podstawie regimentu, który stacjonował w starej twierdzy. Naturalnie brązowe włosy nieznajomego, rozjaśnione słońcem, przybrały odcień miodu, toffi i jesiennych liści. Końce długich rzęs opadających na policzki były złociste.
– Dobre angielskie ubranie – zauważyła Kate, która wróciła już do pokoju i wzięła między palce skraj granatowej kurtki. – Ładny chłopak.
– Nie taki znowu chłopak. – Dobiegał trzydziestki, a może już ją przekroczył. W tym wieku powinien być mądrzejszy. Trudno też było nazwać go ładnym. Był na to zbyt męski, choć rysy twarzy miał regularne, a sylwetkę elegancką, szczególnie w porównaniu z mocnym, krępym Fredem.
– Dla mnie to chłopak. Nie zapominaj, że jestem od ciebie parę lat starsza. Obandażujemy mu głowę czy najpierw go rozbierzemy? Przyniosłam starą koszulę Freda, może w niej spać.
– Dziękuję. Obejrzyjmy najpierw ranę. – Wspólnymi siłami udało im się rozebrać obcego do koszuli i krótkich kalesonów. Alessa odrzuciła na bok krawat i pończochy, a wytworny frak i atłasowe spodnie sięgające kolan powiesiła na oparciu krzesła. – Pewnie był wieczorem na przyjęciu u lorda komisarza – powiedziała, patrząc na eleganckie ubranie i skórzane pantofle. – Bardzo odpowiedni strój na błąkanie się po zaułkach.
Kate popatrzyła na długie nogi wyciągnięte na zniszczonej skórzanej kanapie.
– Nie podoba mi się ta kostka. Czy tylko mi się wydaje, czy ma zakrwawione biodro?
– Nie wydaje ci się – stwierdziła Alessa ponuro, również patrząc na złowieszczą plamę rozszerzającą się na lewej stronie koszuli i kalesonów. – Upadając, uderzył o podstawę fontanny. Mam tylko nadzieję, że niczego sobie nie złamał. Pewnie musimy całkiem go rozebrać, żeby się przekonać…
Bardzo ostrożnie zdjęły mu kalesony. Alessa podciągnęła koszulę, zakrywając twarz obcego, i wstrzymała oddech na widok paskudnego stłuczenia. Siniec wielkości dużego talerza przybierał już purpurowy odcień, a pośrodku znajdowała się krwawiąca, szarpana rana.
– Do diabła. – Przyklękła u stóp kanapy, próbując poruszyć jego nogą. Kostka była z całą pewnością skręcona, zaczynała już puchnąć i ciemnieć, ale kości wydawały się całe. Powiodła palcem po kształtnej łydce i muskularnym udzie, a potem poruszyła nogą, przyciskając drugą dłoń do biodra.
– Bardzo ładny – powiedziała Kate takim tonem, jakby patrzyła na soczystą pieczeń przy kolacji. – Chyba nie widziałam nikogo takiego ładnego od…
– Kate, na litość boską! Jesteś niemal zamężną kobietą, a ja wychowuję syna. Żadna z nas nie powinna wpadać w zachwyt na widok nagiego mężczyzny. – Alessa oderwała wzrok od obrażeń i popatrzyła na całą sylwetkę obcego. No cóż, rzeczywiście nagi dorosły mężczyzna wyglądał inaczej niż chudy ośmiolatek. Nie przypominał również marmurowych posągów zdobiących rezydencję lorda komisarza. To nie był niedojrzały chłopiec ani zimny biały kamień z listkiem figowym, lecz długonogi, dobrze umięśniony, zupełnie dojrzały mężczyzna. Kręcone ciemne włoski porastały jego pierś i…
– Z całą pewnością jest dobrze…
– Nie waż się tego powiedzieć na głos, Kate Street! Powinnaś się wstydzić. Jesteś przecież przyzwoitą kobietą, a ja zajmuję się nim tylko dlatego, że trzeba mu opatrzyć rany. – Alessa sięgnęła po odrzucony na bok krawat, strategicznie przykryła nim miejsce, w które Kate wpatrywała się z podziwem, a potem z płonącymi policzkami dokończyła badanie. – Jestem pewna, że nie ma żadnych złamań, chociaż jutro nie powinien wstawać z łóżka. Położę mu kompres na to biodro.
Kate, która zakończyła wreszcie swoją bezwstydną inspekcję, pozbierała rozrzuconą bieliznę i wrzuciła ją do wiadra z wodą przy ścianie.
– Te inne rzeczy też mam namoczyć?
– Tak, proszę. – Alessa kątem oka spoglądała na delikatną bieliznę dam z rezydencji komisarza, którą Kate wrzucała do wiader. To było dla niej ważne źródło dochodu i nie mogła ryzykować, że coś zostanie zniszczone. Ale Kate, choć miała szorstkie ręce, traktowała koronki bardzo ostrożnie.
Alessa rozłożyła na podłodze maści i bandaże, a także stare koszule z komody. Rany nie były trudne do opatrzenia, ale musiała zabezpieczyć opatrunek wokół szczupłych bioder. Gdy skończyła, policzki miała ciemnoróżowe. Weź się w garść, pomyślała, zabierając się do bandażowania skręconej kostki. Głowa była mocno stłuczona, ale bandaż nie wydawał się konieczny. Zanim skończyła opatrunki, Kate zdążyła już namoczyć wszystkie koronki.
Założyć nieprzytomnemu mężczyźnie koszulę było równie trudno, jak ją zdjąć. Gdy wreszcie Anglik leżał z głową na poduszce, przyzwoicie okryty, obydwie kobiety dyszały z wysiłku.
– Nie masz nic przeciwko temu, że zostaniesz z nim sama? – zapytała Kate, z wdzięcznością przyjmując od Alessy kubek wina rozcieńczonego wodą. – Jeśli chcesz, mogę przyjść tutaj na noc.
– Dziękuję, ale nie ma takiej potrzeby. On z pewnością nie jest w stanie mi zagrozić. Nie z tą skręconą kostką. – Alessa z niechęcią popatrzyła na nieruchomą postać. – To tylko kolejny kłopot i jeszcze jedna gęba do wykarmienia przy śniadaniu.
– Sir Thomas jutro na pewno go stąd zabierze – oznajmiła Kate z przekonaniem. – Kimkolwiek jest, lord komisarz z pewnością nie zechce, żeby angielski dżentelmen poniewierał się po zaułkach. Dobranoc.
Alessa wsunęła kołek w skobel na drzwiach i po wyjściu przyjaciółki zajęła się wieczornymi obowiązkami. Musiała wyczyścić ubrania na jutro, znaleźć tabliczkę Demetriego, wyprasować niezgrabne szycie Dory, żeby zakonnice nie wpadły w zbyt wielkie oburzenie, i sprawdzić, czy przy palenisku jest dość drewna.
Uświadomiła sobie, że praca jej nie idzie. Była zbyt zmęczona, żeby zasnąć, i zbyt niespokojna, by choćby próbować. Od strony kanapy rozległo się głębokie westchnienie. Alessa drgnęła, ale mężczyzna nie odzyskał przytomności. Popatrzyła na niego z wahaniem. Dlaczego ten widok tak ją niepokoił? Ten człowiek oznaczał dla niej tylko dodatkowe obowiązki. Przez to, że mu pomogła, być może wpakowała się w kłopoty i naraziła nieprzyjemnym ludziom. Do tego łączył w sobie trzy cechy, które budziły w niej największą nieufność: był Anglikiem, arystokratą i mężczyzną.
Nie chcąc osądzać go pochopnie, usiadła i przyjrzała się jeszcze raz. Być może nie był Anglikiem ani arystokratą, choć bardzo w to wątpiła. I również nie wszyscy mężczyźni byli źli. Biorąc to wszystko pod uwagę, najbezpieczniej było traktować go z głęboką nieufnością i pozbyć się jak najszybciej.
Niepokoiło ją jeszcze jedno. Miała dziwną ochotę go dotknąć, wsunąć palce w te intrygujące włosy, poczuć pod dłońmi czystą, lekko pachnącą, zdrowo umięśnioną skórę. Z przerażeniem zaplotła ręce na kolanach. To musiały być jakieś czary. Ale Alessa nie wierzyła w takie rzeczy, bez względu na to, co mówiła stara Agatha, sąsiadka na wsi. Nie, nie było tu żadnych czarów, wyłącznie wpływ obecności przystojnego, tajemniczego obcego na zmęczoną i zniecierpliwioną kobietę, która już dawno straciła nadzieję, że gdzieś na świecie istnieje mężczyzna przeznaczony właśnie dla niej.
– A nawet gdyby taki mężczyzna istniał, to z pewnością ty nim nie jesteś – poinformowała go krótko, po czym wstała i zabrała z paleniska kociołek z nagrzaną wodą.
W sypialni przez chwilę stała zwrócona plecami do drzwi, patrząc przed siebie. Tu w każdym razie panował spokój i wszystko pozostawało takie jak zawsze. To było jej jedyne źródło zadowolenia. Za parawanem spał Demetri, zwrócony twarzą w dół. Pomięte prześcieradła świadczyły o tym, że przez sen walczył z piratami. Po drugiej stronie pokoju na wielkim łóżku spała zwinięta w kłębek Dora.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 11,90 zł 13,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 10,90 zł 12,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień
Opcje dostawy:
Paczka w ruchu
Płatność online:
4,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Paczka 48 do domu
Płatność online:
11,90 zł
Płatność przy odbiorze:
13,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej
Płatność online:
10,90 zł
Płatność przy odbiorze:
12,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w paczkomacie InPost
Płatność online:
9,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-2 dni
Opcja dostawy:
Mini paczka do domu InPost
Płatność online:
7,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-5 dni
Opcja dostawy:
Przesyłka kurierska InPost
Płatność online:
13,90 zł
Płatność przy odbiorze:
15,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień
Opcja dostawy:
Kurier DPD
Płatność online:
14,90 zł
Płatność przy odbiorze:
16,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Honorowe rozwiązanie
Autor Louise Allen
Data premiery 12-01-2018
Ilość stron 384
Oprawa Miękka
ISBN 9788327629302
Tłumaczenie Krzysztof Dworak

Napisz recenzję