– Zabieraj nas z tego przeklętego miejsca, niemądry chłopcze! Ale już!
– Spokojnie, ciociu, i bardzo cię proszę, nie krzycz na tego biedaka, bo tylko pogarszasz sytuację. Pip wpadnie w panikę i wywróci powóz albo kogoś stratuje.
– I bardzo dobrze! Niech stratuje tych dzikusów na śmierć! – krzyknęła Dorothea histerycznie.
– Cicho! – Joan nerwowo przyłożyła trzęsący się palec do ust. – Ci ludzie rozszarpią nas żywcem, jeśli ich rozwścieczymy.
Lady Joan Morland walczyła z własnym strachem i jednocześnie usiłowała uspokoić towarzyszkę. Joan wiedziała, że jest winna temu, co się teraz dzieje, ale bezduszne uwagi na temat tratowania napastników wydały się jej wstrząsająco niestosowne i irytujące. Zaledwie kilkanaście minut temu siedziała w tym samym pomieszczeniu, co potomstwo tych ludzi i wolałaby nie przyczyniać się do osierocenia któregokolwiek z ich dzieci.
Postanowiła odwiedzić skromną szkołę we wschodniej części Londynu, żeby pomóc przyjacielowi, wielebnemu Waltersowi, nauczać w jego plebanii. Z tego względu uznała, że sama ponosi winę za błąd niedoświadczonego stangreta, który wybrał niewłaściwy zakręt i zawiózł ich w sam środek dzielnicy nędzy. Pip był w trakcie przyuczania do zawodu i pozwalano mu kierować niedużymi powozami, ale ta omyłka dowodziła, że brakuje mu doświadczenia koniecznego do poruszania się po mieście. Chłopak niemal staranował tłum, który zebrał się tutaj, by oglądać uliczną bijatykę. Rozsierdzeni ubodzy momentalnie skupili całą uwagę na eleganckim pojeździe z herbem na drzwiach i zlecieli się do niego niczym muchy plujki do wołowiny.
– Precz stąd, ty… nędzniku!
Dorothea trzepnęła chusteczką bezczelnego ulicznika, który uczepił się powozu i wyciągał ku niej ubrudzoną dłoń.
– No, paniusie, dawać, co tam macie, bo jak nie, to sam se wezmę te błyskotki, co to się z nimi na dekoltach obnosicie!
Chłopak wyszczerzył w uśmiechu brązowe zęby i poruszył brudnymi palcami, naśladując pająka.
Dorothea pisnęła z przerażeniem i zasłoniła ręką perłową żałobną broszę, przypiętą do peleryny.
– Masz… Weź to i zostaw nas w spokoju, poczciwy chłopcze. – Joan pochyliła się i rzuciła natrętowi kilka wygrzebanych z sakiewki miedziaków.
Wyrostek chwycił je zwinnie, po czym zeskoczył z powozu.
Gdyby Joan odrobinę staranniej przemyślała swój plan, z pewnością uświadomiłaby sobie, że skutki jej poczynań będą odwrotne do zamierzonych. Chłopak zawył z radości, pokazując wszem wobec łup, na co reszta z miejsca obskoczyła powóz. Młode i wiekowe oblicza na wyprzódki zaglądały do okien, wszystkie z chciwymi uśmiechami. Rozdygotana Dorothea przywarła do bratanicy, a pojazd zachwiał się niebezpiecznie.
– Zamordują nas! – zaskrzeczała histerycznie wdowa i, omdlała, osunęła się na bok.
Joan przywarła plecami do oparcia eleganckiej kanapy w luksusowym powozie ojca. Co prawda trudno jej było wytrzymać zawodzenie i jęki ciotki, ale mimo wszystko wolała przytomną Dorotheę od zemdlonej. Teraz, nawet gdyby pojawiła się sposobność, nie mogłyby wysiąść i salwować się pieszą ucieczką. Porzucenie pozbawionej świadomości krewnej nie wchodziło w grę.
– Pip! – Joan starała się przekrzyczeć rozwrzeszczaną tłuszczę. – Czy mnie słyszysz? Nic ci nie jest?
– Ani w tę, ani we w tę nie mogę ruszyć, jaśnie pani! – odkrzyknął, bliski łez. – Utkwiliśmy na dobre, ot co!
Joan z przestrachem spojrzała na toporne rysy mężczyzny za oknem. Był chyba w średnim wieku, lecz nie dało się tego stwierdzić z całą pewnością ze względu na nagromadzoną na jego twarzy grubą warstwę brudu. Jegomość oblizał się lubieżnie i obejrzał Joan od stóp do głów.
– Coś mi się widzi, że twój tatulek chętnie wysupła parę garści monet, coby cię odzyskać, skarbeńku – wycedził z pazernym i obleśnym uśmieszkiem. – Jak na ciebie patrzę, to aż mi się ciepło robi. – Puścił do niej oko.
– Ta pannica nie będzie pensa warta, jak ją wyłomoczesz po swojemu – zabrzmiał chrapliwy damski głos.
Oblicze zbereźnika nagle znikło z okna, a ktoś szarpnął drzwi i otworzył je gwałtownie.
Joan rzuciła się w głąb powozu i zacisnęła pięści, gotowa do upadłego bronić siebie i ciotki.
– Co, u licha, robisz w tym miejscu? – rozległ się kulturalny, męski głos. – Mała głuptasko!
Joan zamrugała ze zdumienia i rozchyliła wargi na widok nagiego do pasa mężczyzny, którego muskularny tors i szerokie barki lśniły od potu. Jego ogorzała twarz pod gęstwiną zmatowiałych jasnych włosów również była wilgotna. Oblicze mężczyzny wydało się Joan znajome, choć go nie rozpoznała. Wstrząśnięta, nie była w stanie wydusić z siebie słowa, przez co nie udało się jej spytać go o godność.
Po chwili straciła nieznajomego z pola widzenia, lecz usłyszała jeszcze jego donośne krzyki, kiedy stanowczo rozpędzał napastliwą hołotę. Powóz zakołysał się po raz ostatni i jakby nigdy Joan dopiero po paru minutach ocknęła się z otępienia i energicznie poklepała ciotkę po policzku. Ten zabieg nie przyniósł spodziewanych rezultatów, więc wyjęła z torebki Dorothei sole trzeźwiące i podsunęła jej butelkę pod nos. Ale i to nic nie dało.
– Dobrze się spisałeś, Pip – powiedziała do stangreta. – Nawet bardzo dobrze.
Poczuła nieopisaną ulgę. Przysunęła się do okna, by wyjrzeć na domy, wozy i zajmujących się swoimi sprawami ludzi.
– Naturalnie, poinformuję tatę, jak szybko i sprawnie doskonalisz się w sztuce powożenia – dodała.
Tylko nie opowiadaj mu ze szczegółami o tym, co się dzisiaj zdarzyło, pomyślała z przerażeniem.
Gdyby książę Thornley dowiedział się, co spotkało jego córkę, z pewnością trzymałby ją pod kluczem aż do Bożego Narodzenia! Joan nie wątpiła, że ciotce bardzo trudno będzie trzymać język za zębami. Dorothea, największa plotkara pod słońcem, w te pędy donosiła bratu o wszystkim, co przeskrobała jego latorośl.
– Pip… – zaniepokoiła się Joan. – Czy jesteśmy już bezpieczni? Właściwie dokąd dotarliśmy?
– Do Cheapside. A teraz uspokój się wreszcie i siedź cicho – rozległ się głęboki baryton, który w niczym nie przypominał głosu Pipa.
Joan upuściła butelkę z solami i wysunęła głowę za okno, żeby sprawdzić, kto siedzi na koźle. Zobaczyła jednak tylko długą nogę, mocne przedramię i zaciśniętą na wodzach dłoń.
– Proszę się natychmiast zatrzymać! – zażądała. – Kimkolwiek pan jest, ma pan w tej chwili zjechać na pobocze! Nie pozwoliłam panu kierować powozem mojego taty!
Woźnica wykonał polecenie z taką werwą, że Joan upadła na kolana, a ciotka Dorothea niemal wylądowała na jej grzbiecie.
Joan gramoliła się nieporadnie, żeby wstać, gdy drzwi się otworzyły i nieproszony gość wsiadł do powozu. Potężnie zbudowany intruz, jakby nigdy nic usiadł w tej samej chwili, w której Joan ponownie udało się zająć miejsce na kanapie.
Wbiła w niego zaniepokojony wzrok. Kątem oka zauważyła, że Dorothea się porusza, najwyraźniej dochodząc do siebie. Nie ulegało wątpliwości, że gdy ciotka odzyska przytomność, natychmiast ponownie zemdleje, zbulwersowana widokiem obcego mężczyzny. Co prawda zdążył osłonić nagi tors, lecz niewiele to zmieniało.
Joan nagle przeszło przez myśl, że chyba jednak nie ma przed sobą zbira. Co prawda jego przyodziewek pamiętał lepsze czasy, lecz był niewątpliwie przyzwoitej jakości. Koszula wyglądała całkiem elegancko, choć widniały na niej liczne plamy, a bryczesy zrobiono z koźlej skóry, niegdyś płowej, obecnie burej.
Te przeciągające się oględziny najwyraźniej rozbawiły zagadkowego mężczyznę. Uniósł dłoń i rękawem otarł krew z policzka.
– I co? – spytał z nieskrywaną ironią.
– Co? – odpowiedziała pytaniem Joan i nagle wstrzymała oddech, uświadomiwszy sobie, z kim rozmawia. – Czy czuję niesmak, widząc, w co się zmieniłeś, Rockleigh? Jeśli oczekujesz odpowiedzi na to pytanie, brzmi ona… „tak”.
– A zatem mnie pamiętasz? To mi pochlebia.
– Niepotrzebnie – burknęła Joan. – Nie dostrzegam w tobie niczego interesującego. A teraz wynoś się z mojego powozu, gdyż chcemy spokojnie wrócić do domu.
– Czyli nie doczekam się choćby słowa podziękowania? Nie otrzymam żadnej nagrody za swój dobry uczynek? – spytał kpiąco Drew Rockleigh. – Kiedy poprzednio uratowałem cię przed samą sobą, też nie przeprosiłaś mnie za to, jakim byłaś utrapieniem.
– Nie prosiłam cię o ratunek, ani wtedy, ani teraz! – prychnęła Joan.
– W takim razie najlepiej będzie, jeśli odwiozę was z powrotem na Ratcliffe Highway. – Podniósł się z kanapy, jakby chciał ponownie zasiąść na koźle i spełnić groźbę.
Joan chwyciła go za rękę.
– Nie zrobisz tego, łotrze!
W tej samej sekundzie cofnęła dłoń jak oparzona, choć jego ciepła, wilgotna skóra nie była nieprzyjemna w dotyku. Chodziło o coś innego – Joan poczuła, jak mięśnie Rockleigh twardnieją i zamieniają się w stal. Nie zdołałaby go powstrzymać, gdyby zechciał pokierować powozem lub też skrzywdzić ją lub Dorotheę. Młody Pip również nie dałby mu rady.
– Wysiądź z powozu… Zanim ciocia się ocknie i cię zobaczy – oznajmiła wyniosłym głosem, ale zaraz zmieniła ton i dodała: – Proszę…
Drew Rockleigh zerknął na Dorotheę, która mrugała nieprzytomnie, usiłując dojść do siebie.
– Odejdę, kiedy tylko mi powiesz, co córka księcia robiła w tak nędznej okolicy jak Wapping – powiedział.
– To chyba oczywiste, że zabłądziliśmy – odparła Joan.
– Czyżby twój ojciec popadł w takie tarapaty finansowe, że musi zatrudniać abderytów do kierowania powozami?
– Wcale nie! – zirytowała się Joan. – Pip dopiero od niedawna może powozić, a ja wybrałam go jako dzisiejszego stangreta.
– Ach, tak… Więc postanowiłaś nie informować ojca o tej eskapadzie. Rozumiem. – Rozejrzał się wokół. – Ładny powóz, choć mniemam, że książę Thornley przeznaczył dla córki kilka lepszych pojazdów. Lat ci przybyło, moja droga, ale rozumu ani trochę.
Jego orzechowe oczy pojaśniały z rozbawienia.
– Z całą pewnością mogłabym to samo powiedzieć o tobie, Rockleigh – burknęła Joan. – Rzecz w tym, że nie mam ochoty przedłużać naszej rozmowy.
Aż poczerwieniała z irytacji. Z rozmysłem wybrała Pipa oraz niezbyt charakterystyczny powóz, ponieważ brak jednego i drugiego w domu nie rzucał się w oczy, w szczególności księciu. Stajenni z pewnością założyli, że córka ich mocodawcy pojechała z przyzwoitką na zakupy.
– Swego czasu utrzymywałeś dobre, by nie rzec: przyjacielskie relacje z moim szwagrem – dodała. – Jak widzę, sporo się zmieniło.
– Nie pokłóciłem się z Lukiem Wolfsonem – zapewnił ją Drew.
– O ile mi wiadomo, on unika twojego towarzystwa.
– Raczej ja unikam jego.
– Ha, zatem wstydzisz się za siebie – oświadczyła z satysfakcją. – Wcale mnie to nie dziwi.
– Nie mam powodów do wstydu. Uczciwie pracuję za godną płacę.
– Okładasz się z innymi po twarzy na ulicy jak pospolity bandzior! – Joan nie posiadała się z oburzenia.
Przypomniało się jej, kiedy Fiona powiedziała, że Drew Rockleigh ma złą passę. Przyrodnia siostra Joan niewiele sobie jednak z tego robiła. Joan doszła do wniosku, że Fiona najprawdopodobniej nie ma pojęcia, jak nisko upadł przyjaciel jej męża.
– Walka na pieniądze zapewnia mi utrzymanie – odparł. – A w jaki sposób ty możesz wyjaśnić swoją obecność w tej zakazanej dzielnicy? Uznałaś, że warto dla rozrywki i taniej uciechy popatrzeć, jak mieszkają biedacy? Jeśli tak, to dostałaś za swoje.
– Wcale nie! To nieprawda! Pomagałam przyjacielowi uczyć czytać biedne dzieci…
Joan poniewczasie ugryzła się w język. Była na siebie wściekła, gdyż wcale nie zamierzała tłumaczyć się przed Rockleigh.
Gdy rozległ się przenikliwy wrzask, aż podskoczyła. Wyglądało na to, że jej owdowiała ciotka w końcu odzyskała przytomność.
Rockleigh posłał Joan tak przeciągłe i intensywne spojrzenie, że się wzdrygnęła, po czym bez słowa wysiadł z powozu. Usłyszała jeszcze tylko, jak przyciszonym głosem rozmawia z Pipem.
– Kto to był? – wydukała Dorothea, przyciskając dłoń do falującego dekoltu.
– Ten… ten dżentelmen okazał się bardzo uczynny i pomógł nam wydostać się z dzielnicy nędzy – wyjaśniła Joan pośpiesznie i pogłaskała ciotkę po dłoni.
Dorothea opadła na poduszki.
– Twój ojciec obedrze cię żywcem ze skóry, kiedy się dowie, co robiłaś dzisiejszego popołudnia – oznajmiła oskarżycielskim tonem.
– Nie ma powodu, by go o tym informować. Wszystko skończyło się dobrze i nikomu nie stała się krzywda.
– Tylko szczęśliwym zrządzeniem losu! – zauważyła Dorothea nie bez racji. – Jak się nazywa nasz dobry samarytanin? Twój ojciec będzie chciał to wiedzieć, żeby go stosownie nagrodzić.
– Ja… On… On się nie przedstawił – wyjąkała Joan zgodnie z prawdą.
W skrytości ducha odetchnęła z ulgą, że ciotka nie dostrzegła w ich obrońcy kogoś, kto jeszcze całkiem niedawno bywał na salonach.
Swego czasu Rockleigh miał dom w Mayfair i domek myśliwski w West Country, nieopodal rodowej siedziby ojca Joan. Obracał się w najwyższych kręgach, chociaż rzadko uczestniczył w przyjęciach. Wiele gospodyń ubolewało, że nie zjawia się na debiutanckich balach ich córek. Jednak któregoś razu, gdy Joan wybrała się z ojcem i macochą do opery, w loży naprzeciwko zauważyła Drew Rockleigh w towarzystwie kobiety. Ojciec Joan udawał, że nie zna tożsamości ładnej blondynki, gdy Joan o nią spytała. Wtedy uświadomiła sobie, że Rockleigh przyszedł z kochanką. Było to mniej więcej rok temu. Joan doszła do wniosku, że w tym czasie Drew musiał stracić wielką część majątku.
Powóz ruszył bardzo powoli. Domyśliła się, że Pip boi się popędzić konie i woli jechać stępa. Rozejrzała się po chodnikach w poszukiwaniu wysokiego, muskularnego mężczyzny o jasnych włosach, lecz zniknął bez śladu.
Joan nie wątpiła, że będzie musiała ponieść konsekwencje swojego czynu. Pomoc wielebnemu Vincentowi Waltersowi, który uczył dzieci czytać i pisać w St George’s, miała ją sporo kosztować.
Joan rozmasowała skronie, żeby złagodzić ból głowy, po czym przewróciła się na brzuch i przykryła głowę poduszką. Nie mogła już dłużej słuchać podniesionych głosów.
Właśnie odpowiadała na list Fiony, kiedy donośne krzyki ojca wypełniły całą posiadłość w Mayfair. Nie mogąc się skupić, Joan odsunęła papier oraz pióro, wstała od biurka i skuliła się na łóżku. Uświadomiła sobie, że ciotka właśnie wypaplała księciu Thornley wszystko o nieudanej wyprawie ostatniego popołudnia.
Gdy wrzaski osiągnęły szczytowe natężenie, Joan opuściła nogi na podłogę i wsunęła stopy w pantofelki.
Spodziewając się, że rozjuszony ojciec lada moment wezwie ją przed swoje oblicze, wygładziła suknię i upięła niesforne kosmyki kasztanowych włosów. Książę miał prawo wpaść w szał, więc postanowiła iść do niego z własnej woli zamiast czekać, aż któryś ze służących z pełną współczucia miną zapuka do jej drzwi. Wiedziała, że musi chronić ciotkę oraz Pipa przed gniewem ojca. Zwłaszcza Pipa. W zasadzie nie żałowała Dorothei. Przecież prosiła ją o dyskrecję. Gdyby ciotka siedziała cicho, nikomu nie stałaby się krzywda.
Joan domyśliła się, że Dorothea i książę znajdowali się w małej bibliotece, gdyż właśnie stamtąd dobiegały krzyki. Westchnęła i ruszyła wprost do ojca, pogodzona z nieuchronną karą.
– A więc tu jesteś – warknął książę, gdy jego córka weszła do pokoju. – Bardzo dobrze. Oszczędziłaś mi fatygi. Nie musiałem po ciebie posyłać. Philip Rook jest już w drodze; słyszałem, że to on zabrał cię na tę szaloną wyprawę. W oczekiwaniu na niego chętnie wysłucham twojej wersji tego, co się zdarzyło dzisiejszego popołudnia.
– Nie ma potrzeby, aby Pip opowiadał ci, co zaszło, tato. Ciotunia też nie musi. – Spojrzała na ciotkę z wymownym rozczarowaniem. – Powiem wszystko, ale przede wszystkim musisz wiedzieć, że tylko ja jestem temu winna.
– Bardzo to szlachetne z twojej strony – wycedził książę zjadliwie i przeniósł surowe spojrzenie na pochlipującą siostrę. – Możesz już przestać ronić łzy, moja droga. Sprowadziłem cię po to, byś otoczyła opieką Joan pod nieobecność mojej żony. Twierdziłaś, że to nie wykracza poza zakres twoich umiejętności. – Alfred Thornley spacerował tam i z powrotem przed bogato zdobionym kominkiem. – Nie pierwszy raz muszę cię upomnieć za nieporadność wychowawczą. Po prostu nie umiesz zapanować nad sytuacją.
– Robię, co w mojej mocy, Alfredzie – jęknęła Dorothea zza koronkowej chustki. – Usiłowałam przekonać ją do rozluźnienia relacji z pastorem, bowiem to nie jest odpowiednie towarzystwo dla osoby tak szlachetnie urodzonej jak Joan. Tym bardziej nie powinna mieć styczności z prostakami, którzy go otaczają.
– Wielebny to przemiły człowiek! – zaprotestowała Joan z mocą. – I w dodatku niezwykle dobry i szlachetny, gdyż poświęca swój cenny czas potrzebującym.
– Czy Vincent Walters poprosił cię o wyłożenie funduszy na wskazane przez niego cele? – spytał bezceremonialnie książę, boleśnie świadomy, jak łakomym kąskiem jest jego córka dla wszelkiego typu łowców fortun.
– Ależ skąd, tato – odparła Joan stanowczo. – Sama zaproponowałam, że będę uczyć dzieci czytania i pisania. Moim zdaniem to najlepszy sposób na poprawę losu tych biednych istot. Dzięki czytaniu i pisaniu znajdą w przyszłości zatrudnienie jako subiekci lub urzędnicy.
Książę spojrzał na córkę nieco łagodniej.


Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 11,90 zł 13,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 10,90 zł 12,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień
Opcje dostawy:
Paczka w ruchu
Płatność online:
4,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Paczka 48 do domu
Płatność online:
11,90 zł
Płatność przy odbiorze:
13,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej
Płatność online:
10,90 zł
Płatność przy odbiorze:
12,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w paczkomacie InPost
Płatność online:
9,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-2 dni
Opcja dostawy:
Mini paczka do domu InPost
Płatność online:
7,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-5 dni
Opcja dostawy:
Przesyłka kurierska InPost
Płatność online:
13,90 zł
Płatność przy odbiorze:
15,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień
Opcja dostawy:
Kurier DPD
Płatność online:
14,90 zł
Płatność przy odbiorze:
16,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Na przekór zasadom
Autor Mary Brendan
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 05-10-2018
Ilość stron 272
Oprawa Miękka
ISBN 9788327638045

Napisz recenzję