Cathy Williams - Nieprzypadkowy gość

– Powtarzam ci, że u mnie wszystko dobrze!
Było to wierutne kłamstwo. U Becky Shaw dawno nie było gorzej.
Właśnie sprzedawano gabinet weterynaryjny, w którym pracowała od trzech lat; miano go przekształcić w jedną z tych dziwacznych kawiarni dla turystów zadeptujących Cotswolds wiosną i latem każdego roku.
W dodatku dach jej domu zdecydował się zbuntować i gdyby teraz nadstawiła uszu, doszedłby ją niepokojący dźwięk wody kapiącej do wiadra, które ustawiła w strategicznym miejscu, w korytarzu na górze.
– Zrozum, jesteś za młoda, żeby zakopać się na tym pustkowiu! Dlaczego nie przyjedziesz do Francji, nie odwiedzisz nas? Z pewnością w pracy mogliby się przez chwilę bez ciebie obyć…
Becky pomyślała ponuro, że już za trzy miesiące zupełnie będą mogli się bez niej obyć.
Ale nie zamierzała o tym mówić siostrze. Nie planowała też wyjeżdżać do Francji, by spotkać się z Alice i jej mężem, Freddym. Serce ścisnęło jej się mocno, jak zawsze, gdy o nim myślała. Zmusiła się, by odpowiedzieć siostrze lekko, tak by jej głos niczego nie zdradzał.
– Trudno byłoby mi się tu „zakopać”, Alice.
– Widziałam prognozę pogody, Becky. W Cotswolds w weekend będą śnieżyce. Zasypie cię tam w połowie marca, podczas gdy u nas już czuć wiosnę. Martwię się o ciebie!
– Nie ma potrzeby.
Wyjrzała przez okno i zastanowiła się, jak to się stało, że wciąż jest tutaj, w swoim domu rodzinnym, choć miała się tu wycofać tylko na chwilę, by trochę się pozbierać przed powrotem do życia. To było trzy lata temu. W tym czasie zdążyła zaakceptować propozycję pracy u lokalnego weterynarza i przekonała rodziców, by odłożyli plany sprzedaży domu. Tylko na chwilę…
Dotąd nie wspomniała rodzicom, którzy wyjechali do Francji pięć lat temu i do których wkrótce dołączyła Alice z mężem, o tym, że dom wymaga naprawy. Wiedziała, że gdyby to zrobiła, cała rodzina poderwałaby się i zjawiła przed jej drzwiami z herbatą, wsparciem i planem na ratunek.
Nie potrzebowała ratunku.
Była świetnym weterynarzem. Dostanie znakomitą rekomendację od Normana, starszego mężczyzny, który jest właścicielem sprzedawanego gabinetu. Bez najmniejszego problemu znajdzie pracę gdzie indziej.
Dwudziestosiedmioletnia kobieta nie potrzebuje ratunku, zwłaszcza gdyby miała go otrzymać od młodszego rodzeństwa i dwojga przesadnie troskliwych rodziców.
– Naprawdę nic mi nie będzie. – Becky zdecydowała się przełożyć niezręczne rozmowy na inny moment. – Nie będę paradować w pidżamie pośrodku zamieci, a jeśli ktokolwiek jest tak głupi, by w taką pogodę bawić się we włamania, na pewno nie zajrzy do Lavender Cottage. – Rzuciła okiem na zniszczony wystrój kuchni i nie mogła powstrzymać uśmiechu. – Cała wioska wie, że wszystkie kosztowności trzymam w banku.
Trochę starych ubrań, ubłocone kalosze, zestaw narzędzi do naprawy setek rzeczy, które wciąż psuły się w domu, godna pozazdroszczenia kolekcja wełnianych zimowych czapek… rzeczywiście, warto byłoby to ukraść.
– Po prostu myślałam, Becks, że mogłabyś się wyrwać na chwilę i wpaść się trochę zabawić. Mam wrażenie, że nie widziałam cię od wieków! W dodatku Freddy i ja…
– Jestem teraz strasznie zajęta, Ali. Wiesz, jak to jest o tej porze roku, kiedy owce już prawie zaczynają się kocić… Ale przyjadę, gdy tylko będę mogła. Obiecuję.
Nie chciała rozmawiać o Freddym, chłopaku, którego poznała na uczelni, w którym zakochała się po uszy i który widział w niej jedynie dobrego przyjaciela, a gdy poznał Alice, od razu stracił dla niej głowę i oświadczył się w rekordowym czasie.
A jej samej złamał serce.
– Kochanie, Freddy i ja chcemy ci coś powiedzieć i wolelibyśmy to zrobić osobiście…
– Co? Co takiego? – Becky usiadła, a jej myśli wypełniły się najgorszymi scenariuszami.
– Będziemy mieć dziecko! Czy to nie cudowne?

Tak, to było cudowne i emocjonujące. To było spełnienie marzeń jej siostry, snutych, odkąd tylko powiedziała „tak” przed ołtarzem.
Becky cieszyła się szczęściem siostry. Naprawdę. Ale gdy w jedną z tych rzadkich sobotnich nocy, kiedy nie musiała być na wezwanie, rozsiadła się w fotelu, nagle poczuła, jak przytłacza ją ciężar wyborów, których dokonała przez ostatnie lata.
Kiedy ostatnio bawiła się w klubie? Gdzie są zapierające dech miłosne przygody? Szalejący za nią mężczyźni? Gdy Freddy zaczął się zalecać do jej siostry, Becky pożegnała się z miłością. W przeciwieństwie do Alice spędziła swoje młodzieńcze lata z głową w książkach. Zawsze była dobrą dziewczyną, która ciężko pracowała. Rozpoczynając uniwersyteckie życie, uświadomiła sobie, że jej dotychczasowe pracowite zajęcia nie przygotowały jej do picia do późnej nocy, opuszczania wykładów i nocowania gdzie popadnie.
Nie była przystosowana do cieszenia się ze studenckiej wolności i niemal od razu zadurzyła się we Freddym, który studiował weterynarię na tym samym roku co ona.
On też spędził swoje lata dojrzewania na ciężkiej pracy. I był molem książkowym. Był jej bratnią duszą i uwielbiała jego towarzystwo, ale nieśmiałość powstrzymywała ją przed próbą zmiany charakteru ich relacji. Becky wciąż czekała cierpliwie na sposobny moment.
Uważała, że jest dla niej stworzony. Zrównoważony, pracowity, rozważny, twardo stojący na ziemi…
On za to nie szukał w kobietach tych samych zalet. Pragnął kogoś lekkiego i żywego. Kogoś, kto odłoży na bok jego książki i usiądzie mu na kolanach. Pragnął wysokiej, pięknej blondynki, nie niskiej, krągłej brunetki.
Gdy w ciemnościach wieczoru zaczęły opadać pierwsze płatki śniegu, Becky zastanawiała się, czy ucieczka do Cotswolds była dobrym pomysłem. Jej młodsza siostra jej żałowała. Niepostrzeżenie stała się typem osoby, nad którą ludzie się litują.
Dom się rozpadał.
Za parę miesięcy zostanie bez pracy.
Będzie zmuszona zrobić coś ze swoim życiem, porzucić schronienie na wsi i dołączyć do zdolnych młodych ludzi w jakimś mieście.
Musi podjąć wysiłek i znów zacząć chadzać na randki.
Dziwnie się czuła na myśl o tym. Z tych rozważań wyrwało ją ostre brzęczenie dzwonka i niemal się ucieszyła, że osoba szukająca pomocy dla chorego zwierzęcia zakłóca jej cenny odpoczynek.
Ruszyła do drzwi, chwytając po drodze torbę weterynaryjną, a także gruby, ciepły, wodoodporny płaszcz, który był niezbędny w tej części świata.
Popchnęła drzwi jedną nogą odzianą w kalosz, jednocześnie wsuwając głęboko na uszy ciepłą wełnianą czapkę.
Spoglądała w dół, dlatego najpierw zauważyła buty. Nie należały do farmera. Były zrobione z miękkiej skóry, która już zaczynała się odbarwiać od zbierającego się na zewnątrz śniegu.
Potem zauważyła spodnie. Drogie. Jasnoszare, zaprasowane w kant. Totalnie niepraktyczne. Ledwo zdawała sobie sprawę z tego, że jej oczy przesuwają się stopniowo w górę, nieświadomie taksując nieoczekiwanego przybysza. Jego kosztowny kaszmirowy czarny płaszcz był rozpięty i odsłaniał wełniany sweter, który otulał ciało… tak bezwstydnie męskie, że na kilka sekund odebrało jej dech.
– Czy długo jeszcze zamierza mi się pani przyglądać? Buty zaczynają mi przemakać.
Becky szybko podniosła wzrok i od razu ogarnęło ją niezwykłe wrażenie – połączenie olśnienia i zakłopotania. Miała przed sobą najbardziej oszałamiająco przystojnego mężczyznę, jakiego w życiu widziała.
Czarne, nieco dłuższe włosy otaczały twarz, która była czystą doskonałością. Srebrnoszare oczy, obramowane teatralnie długimi, grubymi czarnymi rzęsami, spoglądały wprost na nią.
Płonąc ze wstydu, Becky rzuciła się do działania.
– Sekunda – powiedziała. Wcisnęła drugą nogę w kalosz i zastanowiła się, czy będzie potrzebować torby. Pewnie nie. Nie poznawała tego mężczyzny, a sądząc ze sposobu, w jaki był ubrany, mogła podejrzewać, że nie przyszedł w sprawie owcy, której poród się komplikował.
A to prawdopodobnie znaczyło, że był jednym z tych bogatych mieszczuchów, którzy mieli domki letniskowe w którejś z tutejszych malowniczych wiosek. Pewnie przyjechał na weekend z paczką podobnie kiepsko zaopatrzonych przyjaciół i z domowymi zwierzętami. Któreś z nich zrobiło sobie krzywdę.
To się już nieraz zdarzało. Trudno byłoby zliczyć, jak często miała do czynienia ze szlochającymi właścicielami jakiegoś biednego psa lub kota, któremu właściwie nie dolegało nic poważniejszego niż rozcięta łapa.
Ale, prawdę mówiąc, ten mężczyzna nie wydawał się Becky skłonny do dramatyzowania, przynajmniej sądząc po jego chłodnym, niecierpliwym spojrzeniu.
– Dobra! – Cofnęła się o jeden krok, by ustanowić odrobinę dystansu między sobą i niepokojącą postacią na progu. Płatki śniegu zmieniały się w zamieć. – Jeśli nie wyjedziemy w ciągu pięciu sekund, trudno będzie tu wrócić. Gdzie ma pan samochód? Będę za panem jechać…
– Jechać za mną? Dlaczego miałaby pani za mną jechać?
Jego głos, jak z roztargnieniem pomyślała Becky, pasował do jego twarzy. Głęboki, uwodzicielski, niepokojący i z łatwością burzący spokój ducha.
– Kim pan jest?
– Ach, prezentacje… Wreszcie do czegoś zmierzamy. Wystarczy, że zaprosi mnie pani do środka i będzie można normalnie to załatwić.
Ponieważ to nie było normalne.
Theo Rushing spędził ostatnie cztery i pół godziny, manewrując – nieustannie na drugim biegu – po śmiesznie wąskich dróżkach w coraz to gorszych warunkach pogodowych, przeklinając samego siebie za to, że wsiadł za kółko, zamiast wyręczyć się jednym ze współpracowników.
Ale ta podróż dotyczyła spraw osobistych i nie chciał ich na nikogo zwalać.
Załatwienie tego interesu nie powinno być trudne. Chciał kupić domek, do którego drzwi właśnie zadzwonił.
Nie sądził, by wymagało to wielkiego wysiłku. W końcu miał pieniądze, a według posiadanych przez niego wiadomości dom ten – położony w samym sercu Cotswolds, daleko od czegokolwiek, co można by określić mianem cywilizacji – wciąż stanowił własność pary, która pierwotnie go kupiła. Na pewno ci ludzie chętnie rozważą przeniesienie się w jakieś mniej odległe miejsce…
Była to jedynie kwestia ceny.
Theo zamierzał kupić ten dom, bo jest to jedyna rzecz, która może choć trochę ożywić jego matkę.
Oczywiście najwyżej na jej liście priorytetów znajduje się pragnienie, by jej jedyny syn wreszcie się ożenił. Pragnienie to nieustannie się potęguje, odkąd kilka miesięcy temu matka przebyła udar.
Ale ono nigdy się nie spełni. Theo naocznie się przekonał, do jakich spustoszeń może doprowadzić miłość. Jego matka wycofała się z życia, gdy jej mąż, a jego ojciec, zginął nagle w młodym wieku – w takim momencie życia, w którym powinni radośnie patrzeć w przyszłość. Theo miał wtedy dopiero siedem lat, ale był dość bystry, by zrozumieć, że gdyby matka nie uzależniła całego życia, całej jego esencji od tej kruchej rzeczy zwanej miłością, to nie spędziłaby kolejnych dziesięcioleci, żyjąc połową życia.
Dlatego on sam może doskonale obyć się bez magii i siły miłości. To było realistyczne podejście, którego matka nie pojmowała, a Theo zrezygnował z prób przekonywania jej do swojego punktu widzenia. Zdecydował też, że nigdy już nie przedstawi jej żadnej ze swoich niedoskonałych kobiet; z doświadczenia wiedział, że w jej oczach wszystkie były skreślone już na starcie.
A zatem pozostawał mu tylko ten domek, by jakoś ją ożywić.
Lavender Cottage… Pierwszy dom jego rodziców, miejsce, w którym go poczęli oraz dom, z którego matka uciekła, gdy jego ojciec zginął w wypadku. Mgła… Ciężarówka łamiąca ograniczenie prędkości… Ojciec jadący na rowerze nie miał żadnych szans…
Marita Rushing została młodą wdową i nigdy się z tego nie podniosła. Nikt nie mógł się równać ze zmarłym mężem, którego wyidealizowała w swojej pamięci. Matka Thea wciąż była piękną kobietą, ale gdy się na nią patrzyło, widziało się tylko smutek życia zagrzebanego we wspomnieniach.
Jednak niedawno zapragnęła wrócić do miejsca, które te wspomnienia zamieszkiwały. Ten powrót stanowił istotną część jej terapii – dzięki niemu chciała wreszcie pogodzić się z przeszłością i ją zaakceptować.
Obecnie od sześciu tygodni bawiła we Włoszech z wizytą u siostry. Marzenia o domku i pragnienie, by spędzić w nim resztę życia, zostały zastąpione przez niepokojące sugestie, że być może zdecyduje się powrócić do Włoch i pożegnać się z Anglią.
Gdyby Theo naprawdę wierzył, że matka będzie szczęśliwa w Italii, zachęcałby ją do zamieszkania na stałe w willi, którą kupił jej sześć lat temu, ale wiedział, że Marita spędziła zbyt dużo czasu z dala od małej wioski, w której dorastała i w której teraz żyła jej siostra. Po dwóch tygodniach pobytu we Włoszech zawsze z ulgą wracała do Londynu, zasypując syna opowieściami na temat irytująco apodyktycznej siostry.
Tymczasem Marita dochodziła do siebie po udarze, więc Flora krzątała się wokół niej z ogromną troskliwością. Jednakże gdyby jego matka zdecydowała się na stałe pozostać w kraju lat dziecinnych, Flora szybko na powrót stałaby się dominującą starszą siostrą, która doprowadzała ją do szaleństwa.
– Dlaczego się pani ubiera? – zapytał Theo z rozbawieniem, widząc, że Becky wcale nie kwapi się, by zaprosić go do środka. Była mała i krągła, ale i tak jej przejrzyste niebieskie oczy i cera bez skazy sprawiały, że trudno mu było się skupić. – I pani też jeszcze mi się nie przedstawiła.
– Nie ma czasu na pogawędki. – Robiło się coraz zimniej, a śnieg padał i padał coraz mocniej. – Pojadę z panem, ale musi mnie pan odwieźć z powrotem. – Minęła go i wyszła na mały placyk, na którym zaparkował swoje czerwone wyścigowe ferrari. – To jest pana samochód?
Theo obrócił się. Przemknęła koło niego jak petarda, aż kipiąc ze złości. A on nie miał pojęcia, o co jej, do licha, chodzi.
– Co takiego?
– Czy pan zupełnie oszalał? – Becky poczuła lekką ulgę, mogąc wejść wobec nieznajomego w rolę poirytowanej, krytycznej weterynarz zatroskanej o własne bezpieczeństwo. – Nie ma mowy, żebym do tego wsiadła. Nie trzeba być geniuszem, żeby się zorientować, że nikt tutaj nie odśnieża dróg, a kiedy jest ślisko, można się zabić, jeżdżąc takim idiotycznym autkiem!
– Idiotycznym autkiem?
– Tutaj drogi są niebezpieczne, mój samochód jest do nich dostosowany.
– To idiotyczne autko to najwyższej klasy ferrari, które kosztuje zapewne więcej, niż zarobiła pani w ciągu ostatnich pięciu lat! – Theo z frustracją przeczesał włosy palcami. – I nie mam zielonego pojęcia, dlaczego stoimy tu w środku zamieci, rozmawiając o samochodach.
– A jak, do diaska, mamy się dostać do pańskiego zwierzęcia, jeśli nie samochodem? Chyba że ma pan gdzieś helikopter?
– Zwierzęcia? Jakiego zwierzęcia?!
– Pańskiego kota!
‒ Nie mam kota. Dlaczego miałbym mieć kota? Dlaczego miałbym mieć jakiekolwiek zwierzę?
– Chce pan powiedzieć, że nie przyjechał pan tu w sprawie chorego zwierzęcia?
– A, pani jest weterynarzem…
Wyblakła torba, warstwy ciepłych, outdoorowych ubrań, kalosze do przedzierania się przez błoto. Teraz to wszystko miało sens.
Theo przyjechał tu, żeby spojrzeć na dom i ustalić, ile jest gotów za niego zapłacić. Jak najmniej się da – tak to sobie zaplanował. Dom kupiono od jego matki za grosze, bo była tak zdesperowana, by szybko się stąd wynieść, że przyjęła pierwszą propozycję, jaką jej złożono. On miał zamiar zrobić teraz to samo – ocenić stan zniszczeń i zaoferować najniższą możliwą cenę, przynajmniej na początek.
– No właśnie. A skoro pan nie ma zwierzęcia i nie potrzebuje moich usług, to co pan tu robi?
– Bez żartów. Zaraz tu zamarznę. Nie będę rozmawiał w takich syberyjskich warunkach.
– Obawiam się, że nie mogę pana wpuścić do swojego domu. – Becky zmrużyła oczy. Był wysokim, mocno zbudowanym obcym, a ona była tutaj sama. Nikt nie usłyszałby jej wołania o pomoc.
– Co pani właściwie insynuuje? – zapytał zimno, a Becky zaczerwieniła się, ale nie dała się zbić z pantałyku.
– Nie znam pana. – Uniosła podbródek, jakby wyzywając go, by jej zaprzeczył. Tymczasem każdy nerw jej ciała był przez niego postawiony w stan gotowości. To było tak, jakby po raz pierwszy w życiu miała świadomość swojego ciała, swojej kobiecości, nagości skrytej pod grubą warstwą ubrań. Ten dyskomfort oszałamiał ją i przerażał. – Może pan być kimkolwiek. Dlaczego miałabym pana wpuścić do swojego domu?
– Swojego domu? – Chłodne szare oczy spoczęły na zrujnowanym budynku i otaczających go terenach. – Nie jest pani trochę za młoda, by być dumną właścicielką tak dużego domu?
– Jestem starsza, niż pan myśli. – Becky przeszła do defensywy. – I chociaż to nie jest pańska sprawa, to tak, ten dom jest mój. A przynajmniej odpowiadam za niego, gdy moi rodzice są za granicą, a w związku z tym nie mogę pana wpuścić. Nawet nie wiem, jak się pan nazywa.
– Theo Rushing. – Niektóre elementy układanki natychmiast wskoczyły na swoje miejsce.


Annie West - Wakacje z szejkiem

‒ Pozwól, że pogratuluję ci jako pierwszy, kuzynie. Żyj długo i szczęśliwie ze swoją księżniczką – powiedział Hamid z promiennym uśmiechem.
Wzruszony serdecznością kuzyna, Idris przywołał uśmiech na twarz. Chociaż nie łączyła ich bliska więź, brakowało mu go, gdy obaj ułożyli sobie życie w odległych miejscach: Idris w Zahracie, a Hamid na uczelni w Stanach Zjednoczonych.
‒ Jeszcze nie jest moja – przypomniał półgłosem, świadomy, że mimo gwaru rozmów ktoś ciekawski mógłby ich podsłuchać.
Hamid zrobił wielkie oczy za okularami bez oprawek.
‒ Czyżbym popełnił nietakt? Słyszałem...
– Dobrze usłyszałeś – uciął krótko Idris.
Nikt go nie zmuszał do małżeństwa. Szejk Idris Baddour rządził niepodzielnie swoim państwem, Zahratem. Był opiekunem narodu i obrońcą uciśnionych. Jego słowo stanowiło prawo nie tylko w kraju, lecz również i tu, w okazałej ambasadzie w Londynie.
Lecz decyzję o małżeństwie podjął niezupełnie z własnej woli. Los mu wybrał narzeczoną. Planował ją poślubić ze względów dyplomatycznych, by zapewnić stabilizację w regionie, a dynastii spadkobierców, i mimo nowoczesnych poglądów przekonać konserwatywnych oponentów, że zasługuje na tron.
Przeprowadził reformy w Zahracie, lecz starzy politycy nadal postrzegali go jako niedoświadczonego młokosa, jak wtedy, gdy objął władzę w wieku dwudziestu sześciu lat. Nie ulegało wątpliwości, że przez aranżowane, dynastyczne małżeństwo zyska autorytet, którego nie zapewniły mu ani mocne rządy, ani najzręczniejsze zabiegi dyplomatyczne.
‒ Jeszcze się oficjalnie nie zaręczyliśmy – wyjaśnił Hamidowi. – Wiesz, jak powoli idą negocjacje.
‒ Mimo wszelkich przeszkód uważam cię za szczęściarza. Księżniczka Ghizlan jest piękna i inteligentna. Będzie wspaniałą żoną.
‒ Z całą pewnością. Dziękuję, Hamidzie.
Idris zerknął na przyszłą małżonkę. Krwistoczerwona suknia opinała doskonałą figurę klepsydry. Jej znajomość sytuacji politycznej, urok osobisty i pewność siebie gwarantowały aprobatę narodu.
Szkoda tylko, że nie czuł radości nawet na myśl o nocy poślubnej z tą pięknością.
Zbyt wiele godzin spędził na żmudnych negocjacjach z dwoma sąsiadującymi krajami. Zbyt wiele wieczorów walczył o przeprowadzenie reform staroświecko zarządzanego państwa. A wcześniej przeżył zbyt wiele nic nieznaczących, powierzchownych romansów.
Lecz wysoko cenił sobie korzyści, jakie przynosił ten związek. Księżniczka Ghizlan, córka władcy sąsiedniego kraju, zapewniała długo wyczekiwany pokój pomiędzy zwaśnionymi narodami. Zdrowa i piękna, stanowiła też wymarzony materiał na matkę następców tronu. Krajowi nie groziłby już kryzys dynastyczny jak po przedwczesnej śmierci jego wuja. Tłumaczył sobie, że w noc poślubną pożądanie samo przyjdzie. Spróbował sobie wyobrazić czarne włosy na poduszce, lecz zamiast nich oczami wyobraźni zobaczył złociste.
‒ Zorganizuj ceremonię w Zahracie, a nie w tym zimnym, pochmurnym kraju – doradził Hamid.
‒ Anglia ma wiele zalet.
‒ Oczywiście. Przede wszystkim piękne kobiety. Chciałbym, żebyś poznał jedną z nich.
Idris osłupiał.
‒ Chyba wyjątkową, skoro cię zainteresowała.
‒ O tak – potwierdził Hamid. – Dzięki niej zweryfikowałem poglądy na życie.
‒ Studentka czy uczona?
‒ Nie. O wiele bardziej interesująca.
Idris zaniemówił z wrażenia. Mężczyźni z jego rodu zwykle unikali poważnych związków. Sam do nich wcześniej należał. Jego ojciec romansował na potęgę nawet po ślubie. A poprzedni szejk, wuj Idrisa, tak zasmakował w niezliczonych kochankach, że nie zdążył przed śmiercią spłodzić legalnego następcy. Dlatego wybrano Idrisa, ponieważ Hamida, równie bliskiego krewnego zmarłego szejka, władza nie interesowała. Zafascynowany historią, został na uniwersytecie i postanowił poświęcić życie badaniom naukowym.
‒ Czy poznam dzisiaj to cudo? – zażartował Idris.
‒ Wyszła do łazienki. O, już wraca. Prześliczna, prawda?
Tylko zakochany potrafił wypatrzyć obiekt swych westchnień w gęstym tłumie. Idris podążył za jego wzrokiem, ale nie potrafił odgadnąć, czy kuzynowi chodzi o wysoką brunetkę w czerni, czy o blondynkę z mnóstwem biżuterii. Bo chyba nie o roześmianą kokietkę z wielkimi pierścieniami na prawie każdym palcu? W pewnym momencie dostrzegł jeszcze jedwab czyjejś seledynowej sukni, cerę białą jak mleko i złociste włosy, lśniące jak niebo o brzasku. Zaparło mu dech na ten widok, a serce przyspieszyło do galopu. Lecz zaraz zasłoniła ją grupa ludzi.
‒ Która to? – zapytał Hamida, zmienionym, jakby nie swoim głosem.
Postać nieznajomej przypomniała mu jedyną kochankę, którą musiał porzucić, zanim namiętność wygasła. Pewnie dlatego zrobiła na nim tak piorunujące wrażenie. Ale tamta nosiła kręcone włosy rozpuszczone, a nie spięte ciasno w konwencjonalny kok.
‒ Znikła mi z oczu. Zaraz jej poszukam, chyba że zechcesz zrobić sobie chwilę przerwy od wymogów dyplomatycznego protokołu.
Tradycja wymagała, by władca witał gości na złoconym tronie, umieszczonym na podwyższeniu. Idris zamierzał odmówić, ale pod wpływem impulsu zmienił zdanie. Od niepamiętnych czasów nie pozwolił sobie na luksus spontaniczności. Zatęsknił za chwilą wytchnienia od wypełniania obowiązków.
Zerknął na Ghizlan, zajętą zabawianiem rozmową dygnitarzy. Doskonale sobie radziła. Spojrzała na niego, posłała mu uśmiech, po czym wróciła do przerwanej konwersacji. Nie wątpił, że będzie doskonałą królową i świetną dyplomatką. Nie będzie za wszelką cenę zabiegała o jego uwagę jak większość byłych kochanek.
‒ Chodźmy, kuzynie – zadecydował w mgnieniu oka. – Chętnie poznam damę twego serca.
Przedarłszy się przez tłum, w końcu dotarli do blondynki o mlecznej cerze i subtelnej figurze w dopasowanej sukni, przylegającej do bioder i podkreślającej jędrność pośladków. Gdy zwróciła głowę ku Hamidowi, rozpoznał jej głos i profil: pełne wargi, drobny nosek i smukłą, długą szyję. Ją jedną zapamiętał wśród wielu kobiet, które przeszły długim szeregiem przez jego życie. Ogarnęła go zazdrość, że należy teraz do Hamida.
‒ Pozwól, Arden, że przedstawię cię mojemu kuzynowi, Idrisowi, szejkowi Zahratu.
Arden dokładała wszelkich starań, żeby nie okazać zdenerwowania spotkaniem pierwszego w życiu szejka. Już samo uczestnictwo w przyjęciu dla sławnych i bogatych stanowiło nie lada wyzwanie. Dzieliła ją od nich przepaść. Zwróciła ku niemu głowę i omal nie upadła na widok twardych rysów, wyglądających jak wyrzeźbione przez pustynny wiatr. Świat przestał dla niej istnieć, nogi odmówiły posłuszeństwa.
Nie potrafiła oderwać oczu od wysokich kości policzkowych, orlego nosa, mocnej linii żuchwy i gęstych, czarnych brwi. Nozdrza mu zafalowały, jakby wyczuł coś nieoczekiwanego. Oczy, czarne jak pustynna burza, obserwowały, jak drgnęła, chwytając za ramię Hamida w poszukiwaniu oparcia.
Nie wierzyła własnym oczom. Tłumaczyła sobie, że to nie on, że niemożliwe, żeby go znała, ale żaden argument nie trafiał jej do przekonania. Bezbłędnie rozpoznała człowieka, który radykalnie odmienił jej życie. Ukradkiem zerknęła w kierunku obojczyka w poszukiwaniu blizny po upadku z konia, ale zakrywał ją kołnierzyk. Najchętniej poprosiłaby, by go rozpiął, ponieważ mimo władczej postawy i poważnej miny do złudzenia przypominał Shakila.
‒ Arden, czy dobrze się czujesz? – wyrwał ją z osłupienia pełen troski głos Hamida.
Dotyk ciepłej dłoni wyrwał ją z osłupienia i uświadomił, że traktuje ją jak kogoś więcej niż koleżankę. Mimo wdzięczności nie mogła go zwodzić.
‒ Zaraz dojdę do siebie – zapewniła nieco drżącym głosem, nie odrywając wzroku od szejka.
Tłumaczyła sobie, że nawet gdyby to faktycznie był Shakil, to żaden cud, lecz kolejna gorzka lekcja. Ten człowiek wykorzystał ją i porzucił. Uprzejmie skłoniła głowę.
‒ Miło mi poznać Waszą Wysokość. Mam nadzieję, że Wasza Wysokość dobrze się czuje w Londynie.
Czy powinna się ukłonić? Sroga mina i napięta postawa szejka nasunęły jej podejrzenie, że go obraziła. Wyglądał jak wojownik, gotowy do walki. Długo milczał, zanim w końcu przemówił:
‒ Witam w mojej ambasadzie, panno...
‒ Wills, Arden Wills – podsunął Hamid, ponieważ Arden odebrało mowę.
‒ Panno Wills – powtórzył tak wolno, jakby wypowiedzenie łatwego nazwiska sprawiało mu trudność.
Arden z trudem dochodziła do siebie po szoku. Jego głos brzmiał jak głos Shakila. Wyglądał też niemal identycznie, albo raczej tak jak wyglądałby Shakil, gdyby porzucił beztroski tryb życia i spoważniał po upływie kilku lat. Miał tylko nieco bardziej pociągłą twarz i srogą minę, jakby zaraz miał zrzucić doskonale skrojony zachodni strój, wsiąść na bojowego rumaka i wyruszyć na wojnę.
Coś powiedział, ale zamęt w głowie nie pozwolił jej wychwycić sensu jego słów. Zamrugała powiekami i spróbowała zrobić krok do przodu, ale się zachwiała. Hamid natychmiast przyciągnął ją do siebie.
‒ Wybacz, nie powinienem nalegać, żebyś przyszła ze mną. Nie jesteś w formie.
Arden zesztywniała, spostrzegłszy, że szejk gwałtownie nabrał powietrza. Bardzo lubiła Hamida, ale nie miał prawa traktować jej jak podopiecznej. Poza tym od dawna nie pragnęła dotyku mężczyzny.
‒ Już wyzdrowiałam – wymamrotała z wysiłkiem.
Niedawno przeszła grypę, co stanowiło doskonałe wytłumaczenie nagłego osłabienia i zawrotów głowy.
Odstąpiła od niego, tak żeby musiał opuścić rękę i ponownie spojrzała w ciemne oczy. Tłumaczyła sobie, że nie może znać egzotycznego szejka. Shakil był studentem, a nie władcą państwa.
‒ Dziękuję Waszej Wysokości za zaproszenie na to wspaniałe przyjęcie – odpowiedziała uprzejmie, choć najchętniej umknęłaby choćby na koniec świata. Zmobilizowała wszystkie siły, żeby nie upaść.
Badawcze spojrzenie szejka wskazywało, że odczytał jej myśli, bo zapytał:
‒ Czy na pewno dobrze się pani czuje? Wygląda pani, jakby nie mogła ustać na nogach.
‒ Dziękuję za troskę, ale to tylko skutek zmęczenia po ciężkim tygodniu. Bardzo przepraszam, ale najlepiej będzie, jak wrócę do domu. Ty, Hamidzie, zostań. Dam sobie radę sama.
Ale Hamid nie słuchał.
‒ Wykluczone. Idris nie będzie miał nic przeciwko temu, że cię odprowadzę i wrócę.
Arden spostrzegła, że szejk zmarszczył gęste brwi, ale nie dbała o to, czy go nie urazi przedwczesnym opuszczeniem przyjęcia. Miała poważniejsze problemy do rozstrzygnięcia: jak uprzejmie, ale stanowczo zahamować romantyczne zapędy Hamida, żeby nie zerwać przyjaźni?
Jak to możliwe, że szejk tak bardzo przypominał pod każdym względem mężczyznę, który postawił jej świat do góry nogami? I co najważniejsze: jak to możliwe, że nadal tęskniła za kimś, kto zrujnował jej życie?

Bezsenna noc nie przyniosła Arden ukojenia. W niedzielę mogłaby sobie pozwolić na dłuższy odpoczynek po całym tygodniu pracy w kwiaciarni, ale wolałaby pracować niż roztrząsać wynikłe poprzedniego dnia problemy.
Życie nauczyło ją, jak niebezpieczną pułapką bywa pożądanie, a zwłaszcza miłość i wiara, że coś dla kogoś znaczy.
Cztery lata temu pojęła, że była naiwna. Udowodniła to brutalna rzeczywistość. Ale doświadczenie nie stłumiło tęsknot, które obudziło jedno spojrzenie w oczy władcy Zahratu.
Nawet teraz, o pierwszych promieniach brzasku, była niemal pewna, że to Shakil, że nie rozpoznał jej tylko dlatego, że stracił pamięć wskutek jakiegoś wypadku, ale wcześniej szukał jej po całym świecie. Rozsądek podpowiadał, że to czyste mrzonki. Przecież Shakil mógłby ją znaleźć, gdyby tylko zechciał. Nie ukrywała swej tożsamości.
Lecz on uwiódł niedoświadczoną, niewinną Angielkę na pierwszych zagranicznych wakacjach i bez skrupułów porzucił. I tylko jej romantyczna dusza szukała podobieństwa w każdym młodym mężczyźnie, pochodzącym z tamtych okolic. Czyż nie odnalazła go w rysach Hamida tamtego dnia w British Museum? Ujął ją miłym uśmiechem i poważnym podejściem do dzieł sztuki, gdy opowiadał o flakonikach na perfumy i biżuterii na czasowej wystawie zabytków Zahratu. Stanowił jakby spokojniejszą, bardziej powściągliwą wersję Shakila. Nic dziwnego, że jego kuzyn zrobił podobne wrażenie. Być może sztywne, ciemne włosy i szerokie ramiona stanowiły wspólną cechę mieszkańców tego kraju?
Obecnie miała dość mężczyzn z Zahratu, łącznie z Hamidem, który z gospodarza domu i przyjaciela nieoczekiwanie zaczął kandydować na sympatię. Jak to się stało? Dlaczego wcześniej nie dostrzegła oznak osobistego zainteresowania?
Zacisnąwszy zęby, narzuciła stary sweter i ostrożnie, żeby nikogo nie obudzić, otworzyła szafkę ze środkami czystości. Ponieważ zawsze najlepiej myślała przy pracy, wzięła szczotkę i pastę do wyrobów mosiężnych, żeby wyczyścić kołatkę przy drzwiach i skrzynkę na listy.
Ledwie zaczęła, usłyszała, że ktoś schodzi z klatki schodowej na chodnik ponad jej sutereną. Rozpoznała kroki mężczyzny. Cichutko otworzyła puszkę i nałożyła trochę pasty na kołatkę. Postanowiła przeczekać, aż Hamid sobie pójdzie.
‒ Arden! – zawołał z góry aksamitny głos.
Arden zamrugała powiekami i wbiła wzrok w czarną powierzchnię drzwi. Chyba ponosiła ją wyobraźnia, ponieważ przez cały wieczór wspominała Shakila.
Lecz teraz odgłos kroków zabrzmiał na schodach prowadzących na maleńkie podwórko przed jej mieszkaniem w suterenie. Zamarła w bezruchu. Nie, nie uległa złudzeniu. Odwróciła się i puszka pasty z brzękiem spadła na płyty chodnikowe.

Idris popatrzył w wielkie oczy, błękitne jak akwamaryny z królewskiego skarbca, głębokie jak morze przy wybrzeżach Zahratu. Ileż razy o nich marzył? I o tych złotych włosach, spływających jedwabistymi falami na mleczne ramiona.
Przez chwilę nie mógł wydobyć głosu ze ściśniętego gardła. Choć był przygotowany na to spotkanie, gdy zobaczył Arden, zwątpił, czy potrafi zapanować nad sobą.
Żeby ją zobaczyć, odwołał śniadanie z Ghizlan i ambasadorami obu krajów.
Jak mógł pragnąć kobiety należącej do innego? Do jego własnego kuzyna! Gdzie jego zdrowy rozsądek, skoro przyszedł tu, zamiast towarzyszyć przyszłej żonie? Od lat nie zrobił nic pod wpływem impulsu czy kaprysu. Lecz teraz nie odparł pokusy sprawdzenia, czy Arden mieszka z Hamidem, jak zasugerował poprzedniego wieczora. Zżerała go zazdrość.
‒ Co Wasza Wysokość tu robi? – spytała schrypniętym głosem, jak wtedy, gdy wykrzykiwała jego imię w miłosnej ekstazie.
Pamiętał, że w takich chwilach przestawał być beztroskim, samolubnym młodzieńcem. Jak to możliwe, że jedno zdanie przywołało tak wyraziste, tak nieodparcie kuszące wspomnienia? Przecież nie łączyło ich nic prócz przelotnego, wakacyjnego romansu, jakie przeżył niezliczoną ilość razy. Dlaczego zapamiętał akurat ten?
Odpowiedź przyszła sama: ponieważ był inny niż wszystkie. Po raz pierwszy w życiu planował go przedłużyć. Nie był jeszcze gotowy, by zakończyć znajomość.
‒ Hamid wyszedł – poinformowała, nerwowo zaciskając palce.
Idrisa ucieszyła jej reakcja. Nie tylko on się denerwował. Zawsze panował nad sobą. Nie wiedział, co to rozterki.
‒ Nie przyszedłem do Hamida – odrzekł.
Arden zrobiła wielkie oczy. Odniósł wrażenie, że jeszcze pobladła. Hamid wspominał o jej słabej kondycji. Czyżby była w ciąży? Dlaczego wyglądała tak krucho?
Znów poczuł bolesne ukłucie zazdrości, choć nie miał do niej prawa. Obudził się w środku nocy, około czwartej rano. Usiłował sobie wmówić, że nic nie czuje do Arden Wills, ale wiedział, że to nieprawda. Jako człowiek praktycznie myślący przyszedł tu, żeby dojść do ładu ze swymi uczuciami i położyć kres niestosownym pragnieniom.
‒ Powinnaś usiąść. Słabo wyglądasz ‒ zauważył.
‒ Nic mi nie jest.
Skrzyżowała ramiona, dzięki czemu jego uwagę przykuły piersi pod workowatym swetrem. Pamiętał ich doskonały kształt. Nie mógł oderwać od nich wzroku, póki nie zamachała mu ręką przed oczami i nie zawołała:
‒ Ejże! Wasza Wysokość! Tu jestem!
Zawstydziła go, chyba po raz pierwszy w życiu. Poczuł, że płoną mu policzki. Gdy podniósł wzrok, spostrzegł, że Arden też poczerwieniała. Z gniewu czy ze wstydu? A może odwzajemniała jego pragnienia?
‒ Przyszedłem do ciebie – oświadczył.
‒ Do mnie?
‒ Tak. Mogę wejść?
‒ Nie. Lepiej porozmawiajmy tutaj.
‒ Chyba nawet w Wielkiej Brytanii ludzie zapraszają gości do środka.
‒ Wolę zostać na dworze.
Zaskoczyła go. Czyżby wątpiła w jego dobre maniery? Czyżby naprawdę bała się zostać z nim sam na sam?
‒ Mam klucz do domu Hamida. Jeżeli Wasza Wysokość sobie życzy, mogę go tam wprowadzić. Chyba nie będzie miał nic przeciwko temu. Przecież jesteście krewnymi.
Idris podniósł wzrok na lśniące czarne drzwi. Dopiero teraz zauważył mosiężny numer z niewielką, lecz wyraźną literką A obok. Odczuł ogromną ulgę.
‒ Mieszkasz w piwnicy, nie z nim?
Arden nieznacznie wyprostowała plecy.
‒ Nie. Wynajmuję u niego mieszkanie.
Co nie oznaczało, że nic ich nie łączy. Namiętność Hamida do historii i starych ksiąg nie wykluczała zainteresowania płcią przeciwną. Jak wszyscy mężczyźni z ich rodu zawsze zauważał ładną buzię i zgrabną figurkę. Zresztą otaczał Arden opieką i przedstawił mu ją jako wyjątkową osobę, która wiele dla niego znaczy.
‒ Przyszedłem do ciebie – powtórzył.
Arden pokręciła głową tak energicznie, że złote loki zawirowały wokół twarzy. Poprzedniego dnia spięła je w ciasny kok, lecz teraz lśniły jak dawniej, niczym piasek pustyni w słońcu. Idrisa kusiło, żeby zanurzyć w nich dłoń.
‒ Dlaczego? – wyrwał go z odrętwienia jej głos.
‒ Może żeby powspominać dawne czasy?
‒ Więc to jednak ty! To ty byłeś na Santorynie!
Idris osłupiał.
‒ A myślałaś, że ktoś inny? Nie pamiętasz mnie?

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 11,90 zł 13,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 10,90 zł 12,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień
Opcje dostawy:
Paczka w ruchu
Płatność online:
4,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Paczka 48 do domu
Płatność online:
11,90 zł
Płatność przy odbiorze:
13,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej
Płatność online:
10,90 zł
Płatność przy odbiorze:
12,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w paczkomacie InPost
Płatność online:
9,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-2 dni
Opcja dostawy:
Mini paczka do domu InPost
Płatność online:
7,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-5 dni
Opcja dostawy:
Przesyłka kurierska InPost
Płatność online:
13,90 zł
Płatność przy odbiorze:
15,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień
Opcja dostawy:
Kurier DPD
Płatność online:
14,90 zł
Płatność przy odbiorze:
16,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Nieprzypadkowy gość, Wakacje z szejkiem
Autor Cathy Williams, Annie West
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 13-04-2018
Ilość stron 320
Oprawa Miękka
ISBN 9788327634467

Napisz recenzję