Caitlin Crews - Hiszpański opiekun

‒ Lily, to przyjęcie wreszcie wygląda tak, jak powinno! Jak prawdziwy prezent urodzinowy.
Współlokatorka Liliany, Kate, weszła do niewielkiej kuchni mieszkania, które wspólnie zajmowały w Bronksie, w Nowym Jorku.
‒ Właśnie przyszedł najprzystojniejszy facet, jakiego widziałam w życiu, i pytał o ciebie. Nie zapominaj, że obiecałaś odmienić swoje życie. – Kate uśmiechnęła się nieco lubieżnie. – Uwierz mi, ten facet jest wart grzechu.
Liliana Girard Brooks, znana jako Lily Bertrand, rzeczywiście powiedziała, że to przyjęcie, które zorganizowały z powodu jej dwudziestych trzecich urodzin, będzie w jej życiu początkiem czegoś nowego, zupełnie innego od szarej egzystencji, jaką wiodła do tej pory.
Tak naprawdę jednak nie sądziła, że uda jej się zrealizować ten postulat, a już na pewno nie w tę zimną listopadową noc.
‒ Może wreszcie stracisz dziewictwo! – krzyknęła znad pizzy Jules, jej kolejna współlokatorka. – Witaj w dwudziestym pierwszym wieku!
‒ Lily, nie słuchaj jej – zaoponowała Kay. – Nie musisz robić niczego, na co nie masz ochoty.
‒ Ale możesz też zrobić to, czego chcesz, i mieć to wreszcie z głowy – nie dawała za wygraną Jules.
‒ Nie martwcie się. – Liliana wiedziała, że jej przyjaciółki doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak skromne są jej doświadczenia w tym zakresie. – Zamierzam wreszcie przeobrazić się z brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia.
Wszystkie trzy się uścisnęły i Liliana pociągnęła spory łyk wina, do którego zresztą zupełnie nie nawykła. Od czasu, kiedy przełożona w jej szwajcarskiej szkole wmówiła im, że wino sprawia, że kobiety stają się dziwkami, jakoś za nim nie przepadała.
‒ Czy tak właśnie powinna się zachowywać spadkobierczyni ogromnej fortuny? – spytała Madame, kiedy Liliana została nakryta na popijaniu wina w jednej z knajpek nad Jeziorem Genewskim. Miała wtedy czternaście lat i przechodziła okres buntu.
‒ Możesz sobie poczytać o takich kobietach w kolorowych magazynach. Od ciebie zależy, czy chcesz pójść w ich ślady, czy nie.
Wspomnienie tamtej rozmowy sprawiło, że tym chętniej pociągnęła kolejny łyk. Słodkie białe wino, pomyślała uszczęśliwiona. Ono pomoże jej przeistoczyć się w pięknego białego łabędzia. Nawet jeśli miałoby się to wydarzyć tylko w jej głowie.
‒ Patrzycie na nową Lily Bertrand – oznajmiła, wznosząc kieliszek w stronę przyjaciółek. – Drżyjcie, piękni mężczyźni! Nadchodzę!
‒ Lily, ale żeby zacząć ich zdobywać, musisz wyjść z tej kuchni – zauważyła przytomnie Kay.
Liliana nie miała na to wielkiej ochoty. Nie przepadała za hałaśliwymi, pełnymi wstawionych młodych ludzi przyjęciami. Większości z nich nawet nie znała, bo byli to znajomi Kay i Jules. Ona sama nie miała wielu przyjaciół. Tak naprawdę to przyjaźniła się tylko z nimi. Wino – powtarzała sobie, idąc do zatłoczonego salonu. Ono mi pomoże. Upiła kolejny łyk. To dodało jej śmiałości i pozwoliło przystąpić do spełnienia przyrzeczenia, które tak pochopnie złożyła.
Im więcej piła, tym swobodniej się czuła i tym mniej się martwiła konsekwencjami tego, co zamierzała zrobić. Zupełnie, jakby to, co im powiedziała, rzeczywiście było prawdą, a nie tylko pobożnym życzeniem. Nie chciała teraz myśleć o Madame ani tym bardziej o swoim opiekunie, którego obecność wyczuwała, nawet gdy był daleko. Nie teraz i nie tutaj.
W głowie jej się lekko kręciło, a zarysy sprzętów i ludzi były nieco nieostre. Wreszcie czuła się tak, jak zawsze chciała się czuć: na luzie, nieskrępowana, rozbawiona. Być może byłaby taka, gdyby nie zamknięto jej w tej przypominającej klasztor szkole, w której spędziła samotne dzieciństwo i wczesną młodość. Może i ona miałaby mnóstwo romantycznych przygód, podobnie jak jej koleżanki, których życie pełne było takich wspaniałych historii. Może stałaby się podobna do swojej pięknej i szykownej matki, która była muzą wielu projektantów mody i obiektem westchnień niejednego mężczyzny. Wchodząc teraz do własnego salonu, kokietowała się myślą, że być może ona też ma w sobie ten potencjał i tylko nigdy nie nadarzyła się odpowiednia okazja, by go uwolnić. Musiało minąć kilka lat, zanim przestała się zastanawiać, co powiedziałaby Madame, wiedząc, jakie myśli chodzą jej po głowie.
‒ To, co mówisz, nadaje się do rynsztoka – zwykła mawiać, gdy któraś z dziewcząt ją zawiodła. – Chyba nie chcesz się tam znaleźć, czyż nie?
Kolejnych kilka lat zajęło Lilianie zdobycie się na odwagę powiedzenia tego, co myślała, i to też tylko do kilku najbliższych osób. I dopiero teraz, kiedy minęło pół roku, odkąd skończyła Barnarda, zaczynała mieć świadomość tego, kim naprawdę jest i co chce robić w życiu. Nie była już tą smutną, zamkniętą w sobie dziedziczką dwóch ogromnych fortun Girardów i Brooksów, którymi miała kiedyś zarządzać.
We wczesnym dzieciństwie straciła oboje rodziców i wysłano ją do szkoły w Europie, a jej opiekunem został surowy człowiek, którego prawie nie znała. Po rodzicach odziedziczyła błękitną krew i ogromny majątek.
Jednak Liliana miała do siebie duży dystans. Dla niej ważne było prawdziwe życie, a nie to, co wypisywano o niej w gazetach, niejednokrotnie porównując ją do członka rodziny Onasisów. Przez ostatnie lata celowo używała jednego z mniej znanych nazwisk matki i mieszkała w Bronksie z przyjaciółkami, jak każda najzwyklejsza dziewczyna. Podobnie jak one skończyła studia i podjęła pracę. Nie afiszowała się ze swoim bogactwem, nie dawała powodu do plotek. Przepowiednie Madame się nie spełniły. Lily nie stała się jedną z tych próżnych bogatych panien, których życie stanowiło pożywkę dla brukowej prasy. Jeśli jej nazwisko już w ogóle się tam pojawiało, pisano, że wiedzie pustelnicze życie, co najzupełniej jej odpowiadało.
Najbardziej na świecie zależało jej na tym, by udowodnić swojemu opiekunowi, że nie jest pustą, bezmyślną istotą, której jedynym celem w życiu jest wydawanie pieniędzy.
Izar Agustin był człowiekiem szeroko znanym i uwielbianym nie tylko w rodzinnej Hiszpanii, ale w całej Europie. Jego kontakty z Lily były bardzo ograniczone i zdawkowe. Czasami nawet odnosiła wrażenie, że jest wobec niej niegrzeczny. Ulubioną formą porozumiewania się z nią były listy i mejle, w których wydawał jej lapidarne polecenia. Dla niego liczyło się tylko to, by Liliana nie dawała prasie tematu do plotek. Zajmował się zarządzaniem jej majątkiem do czasu, aż fortuna przejdzie pod jej kontrolę.
Ostatni raz widziała go, kiedy się jej przedstawił jako osobisty opiekun i wysłał do szkoły z internatem. Oczywiście nie zawiózł jej tam osobiście.
Okazało się, że nawet białe wino nie było w stanie sprawić, żeby zapomniała o Izarze. W ostatnim czasie myśli o nim nawiedzały ją nieustannie. W jej głowie powstało wyobrażenie jego osoby, mężczyzny silnego, dominującego, władczego. Niemal boga. Wszystkowiedzącego i wszechmocnego. Często widywała jego zdjęcia w prasie i zawsze na widok ciemnych oczu i wygiętych w drwiącym uśmiechu ust coś w jej wnętrzu się poruszało. Chociaż nie widziała go od lat, ten człowiek zdominował jej życie, zawładnął jej myślami i snami. Całymi miesiącami potrafiła niecierpliwie czekać na wiadomość od niego.
„Żadnych jachtów na Morzu Śródziemnym. Z tego, co wiem, nie jesteś dziewczyną na telefon” napisał, kiedy zapytała, czy może popłynąć z nowo poznanymi przyjaciółmi na rejs wzdłuż Riwiery Francuskiej i do Grecji. Miała wtedy siedemnaście lat. Spędziła to lato podobnie jak poprzednie, pracując wraz z innymi zapomnianymi przez Boga i ludzi studentami w chateau nad jakimś projektem.
Jak na człowieka, którego nie widziała od tylu lat i który skazał ją na przebywanie pod opieką Madame i pozostałych, równie surowych nauczycieli, Izar zadziwiająco skutecznie kontrolował jej życie.
Liliana zadrżała. Oparła się plecami o kamienną ścianę niewielkiego salonu i spojrzała na rozbawionych gości, których zaprosiły jej przyjaciółki. Jeśli rzeczywiście był wśród nich jakiś wspaniały mężczyzna, który miał odmienić jej życie, to ona go nie widziała. Ona widziała tylko Izara.
Miała już tego dosyć.
Niezależnie od tego, ile propozycji małżeństwa rocznie otrzymywał, a nie było tego mało, Izar wciąż pozostawał sam. Stał się już niemal legendą. Traktował kobiety jak słodycze. Szybko je konsumował i równie szybko o nich zapominał.
Liliana śledziła jego losy z wielkim zaangażowaniem. Na pamięć znała wszystkie szczegóły jego biografii, choć nie pomagało jej to znosić jego uciążliwej kurateli.
Jako nastolatek grał w piłkę nożną, ale kontuzja kolana przerwała jego doskonale zapowiadającą się karierę. Jednak to życiowe niepowodzenie nie załamało go. Wręcz przeciwnie, zmobilizowało do dalszego działania. Ku zdumieniu wielu zajął się handlem towarami luksusowymi. Tak poznał rodziców Liliany, z którymi z czasem zawiązał spółkę. Prowadzili wspólnie luksusowy dom mody, który od pokoleń należał do rodziny matki Liliany. Rodzina Brooksów zajmowała się handlem winami i tytoniem. Mieszkający z Afryce Południowej dziadek Liliany rozwinął ten interes w prawdziwie dochodowy biznes. Sam Izar produkował i sprzedawał kolekcje sportowe i wszystko, co wiązało się z tak zwanym zdrowym stylem życia. Wkrótce to konsorcjum stało się jednym z większych na światowym rynku. Niespodziewana śmierć rodziców Liliany sprawiła, że sam Izar musiał zająć się dosłownie wszystkim, włączając w to samą Lilianę, która była jedynym dzieckiem jego wspólników.
Do czasu ukończenia przez nią dwudziestu jeden lat Izar był jej prawnym opiekunem. Spełniał swoją rolę jako cień, unoszący się nad jej życiem. Prowadził jej firmę i miało tak być do chwili, gdy Liliana ukończy dwadzieścia pięć lat bądź wyjdzie za mąż.
Pocieszała się myślą, że z chwilą, kiedy nastąpi ten moment, będzie mogła traktować Izara tak, jak do tej pory on traktował ją. Jakby był osobą, którą napotkała przypadkowo, zdążając w kierunku czegoś, co było znacznie godniejsze jej uwagi i zainteresowania. Wyobrażała sobie, że raz na pół roku wyśle mu jakąś złośliwą uszczypliwą notatkę, która jasno zademonstruje jej brak zainteresowania jego osobą.
„Wolałabym wypić cyjanek, niż wesprzeć twoją propozycję. Niemniej jednak dziękuję”.
Być może było to z jej strony dziecinne, ale przecież dziesięć lat temu była dzieckiem. Co by mu szkodziło, gdyby okazał córce swoich wspólników odrobinę ciepła? Kiedy jej rodzice zginęli w katastrofie lotniczej gdzieś nad Pacyfikiem, miała dwanaście lat. Nagle znalazła się na świecie zupełnie sama, przepełniona bólem i rozpaczą. Czyż nie należała jej się odrobina ciepła, poczucia bezpieczeństwa? Rozumiała, że Izar był wtedy bardzo młody i zapewne opiekowanie się sierotą nie bardzo wpisywało się w jego styl życia, ale czy naprawdę musiał zabierać ją z jedynego domu, jaki miała, i wysyłać do tej okropnej szkoły w Szwajcarii? I nawet nie odwiedzić jej tam ani razu?
‒ Możesz mnie nienawidzić, jeśli musisz – powiedział po hiszpańsku. Stali w foyer domu rodziców Lily i Izar właśnie wydał polecenie służbie, żeby spakowała jej rzeczy. Dwunastoletnia Liliana była przekonana, że ma przed sobą wcielonego diabła. Czarne oczy, ostry nos i ten surowy sposób, w jaki na nią patrzył. – Czy ci się to podoba, czy nie, jestem twoim opiekunem i twoje uczucia nie mogą mieć wpływu na moje decyzje. Zrobisz dokładnie to, co ci każę.
Oczywiście miał rację. Nic innego jej nie pozostało.
‒ Trzymaj się – powiedziała do siebie na głos. Zdała sobie z tego sprawę dopiero, gdy usłyszała swój głos na tle głośnej muzyki. Miała nadzieję, że nikt jej nie usłyszał. Wiedziała, że i tak ma opinię osoby, delikatnie rzeczy ujmując, lekko dziwnej, i nie chciała nikogo w tym przekonaniu utwierdzać.
Izar nie był zadowolony, kiedy oznajmiła mu, że zamierza studiować w Stanach. Zgodził się dopiero wtedy, kiedy obiecała mu, że wybierze uczelnię, na której mogły studiować jedynie dziewczyny. Nie podobało mu się to, że Liliana miała mieszkać w Nowym Yorku, i wcale tego nie ukrywał.
Posunął się nawet do tego, że do niej zadzwonił.
‒ Jeśli usłyszę na twój temat choćby cień jakiejś plotki, pożałujesz tego – oznajmił cichym głosem, od którego wszystkie włosy na ciele stanęły jej dęba. – Osobiście po ciebie przyjadę i zabiorę cię stamtąd w jednej chwili. Nie będziesz zadowolona, zapewniam cię. Czy dobrze się rozumiemy?
‒ Wyrażasz się niezwykle jasno – oznajmiła spokojnie, starając się, żeby w jej głosie nie było słychać złości. Zdobyła się nawet na to, żeby na końcu dodać uszczypliwe „sir”.
Przez dłuższą chwilę Izar nie odpowiadał i zrozumiała, że posunęła się za daleko. Że za karę pośle ją do kolejnej szkoły, żeby nie powiedzieć klasztoru, i nigdy już nie będzie miała możliwości nauczenia się normalnego życia. Od Izara nie było ucieczki.
‒ Na razie się na to zgadzam. Zobaczymy, co będzie dalej – powiedział w końcu.
Liliana uznała to za zwycięstwo.
Teraz jednak zdała sobie sprawę z tego, że tak naprawdę to on wygrał. Stała tu jak idiotka oparta o ścianę własnego salonu i czuła się jak intruz. Izar jeszcze przez dwa lata miał decydować o jej życiu, ale dziś go tu nie było. Nie wiedziała nawet, gdzie on mieszka, a zresztą nigdy jej nie odwiedzał. Od miesięcy się już z nią nie kontaktował.
Przekonywała samą siebie, że uczucie, którego doświadcza, myśląc o tym, to ulga.
Po co chcesz się z nim zobaczyć? Powinnaś marzyć jedynie o tym, by jak najszybciej zniknął z twojego życia na zawsze, przekonywała samą siebie. Nie mogła przecież pragnąć zainteresowania ze strony człowieka, który opuścił ją, gdy była dzieckiem. To byłoby żałosne. Żałosne i smutne. A ona nie chciała już dłużej być osobą godną pożałowania.
Ruszyła między gości, szukając wzrokiem tego, który, według Kay, był najpiękniejszym mężczyzną, jakiego widziała w życiu. Dostrzegła Jules stojącą obok biblioteczki, jak zwykle otoczoną wianuszkiem adoratorów. Kiedy spostrzegła Lilianę, w mało dyskretny sposób skinęła głową w kierunku przyległego pokoju. Prowadził do trzech oddzielnych sypialni, usytuowanych jedna za drugą, tak że tak naprawdę jedynie ta ostatnia zapewniała pełną prywatność. Kiedy się tu sprowadziły, ciągnęły losy, która ma ją zająć. Wygrała Liliana, ale potem niejednokrotnie tego żałowała. Miło było mieć spokojny kąt, ale często była zmuszona skradać się przez pokoje przyjaciółek i udawać, że nie widzi, co się dzieje w ich łóżkach.
Skinęła głową Jules i posłusznie ruszyła w stronę pierwszej sypialni. Na łóżku Jules leżało kilka dziewczyn, z których niektóre nawet znała. Rozchichotane oglądały coś na ekranie laptopa.
‒ Idź dalej – odezwała się jedna z nich. – Jules powiedziała mu, żeby zaczekał na ciebie w twoim pokoju.
Liliana zaczęła się zastanawiać, czy jej przyjaciółce nie przyszło do głowy wynająć dla niej jednego z tych striptizerów, o czym często w żartach wspominała. Na samą myśl zrobiło jej się gorąco. Widok nagiego tańczącego przed nią mężczyzny na pewno przyprawiłby ją o palpitację serca.
Otworzyła drzwi sypialni Kay. Tu, dla odmiany, nie było nikogo. Ogromne łóżko, zajmujące prawie całą wolną przestrzeń niewielkiego pokoju, było puste. Niemal na palcach przeszła obok niego i podeszła do drzwi swojej sypialni. Kiedy położyła rękę na klamce, ogarnęło ją złe przeczucie. Mimowolnie zadrżała. Miała nadzieję, że jej przyjaciółki nie zrobiłyby nic, co by ją zawstydziło. Choć zawsze była łatwym celem do żartów, one dwie nigdy nie sprawiły jej żadnej przykrości. Przez cały dzień nie zauważyła w ich zachowaniu nic podejrzanego, ale mimo to stała przed drzwiami własnego pokoju z walącym sercem, jakby jej ciało wiedziało coś, czego ona sama nie była świadoma.
Wcale jej się to uczucie nie podobało.
Ale przyrzekła sobie, że to zrobi i nie zamierzała się teraz wycofać. Miała już dość bycia tą inną, tą dziwną, za zachowanie której Kay i Jules często musiały się wstydzić. Skrytą w sobie, naiwną, pozostającą na uboczu. Nie była przekonana, czy kiedykolwiek uda jej się zmienić w pięknego łabędzia. Owszem, była córką pięknej kobiety, która budziła powszechny zachwyt. Wiedziała, jak wygląda prawdziwy łabędź i jak daleko jej do spełnienia tego wizerunku. Pogodziła się z tym, że będzie zwykłym wróblem. Chciała wreszcie wziąć rozwód z przeszłością i tragiczną historią swojej rodziny.
Z tą myślą nacisnęła klamkę i weszła do sypialni.


Susan Stephens - Wyspa dla dwojga

‒ To prywatna plaża… ‒ Rosie musiała podnieść głos. Potężny, groźnie wyglądający mężczyzna zacumował elegancki czarny jacht, ignorując jej wołanie i machanie rękoma.
„Przeklęci intruzi” powiedziałaby zapewne nieodżałowana Dona Anna, pracodawczyni Rosie, i pogroziłaby przybyszowi laską. „To moja wyspa!” – krzyczała na nieproszonych gości i wygrażała swą pomarszczoną, szczuplutką pięścią. Nagle mężczyzna z jachtu uniósł głowę i zmierzył Rosie przenikliwym wzrokiem. Jej ciało zareagowało natychmiast ‒ ogarnęło ją przedziwne, niezrozumiałe uczucie tęsknego pragnienia. Rozsądek podpowiadał jej, żeby uciekać, ale jej niesławny wśród opiekunek sierocińca upór nie pozwalał się poddać. Dawno temu obiecała sobie, że mimo trudnego startu w życie nigdy nie pozwoli się uwięzić w roli bezradnej ofiary. Poza tym obiecała świętej pamięci Donie Annie, że zadba o wyspę. Niestety onieśmielający intruz nie przejmował się jej protestami.
Z mocno bijącym sercem patrzyła, jak nieznajomy wyskakuje lekko z łodzi i nurkuje w szmaragdowej wodzie. Wyglądał jak gladiator, potężnymi ramionami rozgarniał wodę, błyskawicznie zbliżając się do brzegu. Nie mogła od niego oderwać wzroku, nigdy wcześniej nie zaparło jej tchu na widok mężczyzny. Z drugiej strony, miała dopiero dwadzieścia lat, a jej życiowe doświadczenia ograniczały się do przedziwnego wyizolowanego świata domu dziecka, a potem pustego domu ekscentrycznej staruszki na niewielkiej hiszpańskiej wyspie. Kiedy organizacja charytatywna zajmująca się pomaganiem wychowankom sierocińców w osiągnięciu samodzielności zaproponowała jej pracę na Isla del Rey, Rosie nie posiadała się z radości. Miała opiekować się domem i jego właścicielką, starszą panią, z którą nie wytrzymało sześć poprzednich wysoko wykwalifikowanych kandydatek na gosposię. Jednak dla sieroty dorastającej w opresyjnej państwowej instytucji każda szansa wyrwania się na wolność wydawała się darem od losu.
Mimo to na pewne rzeczy nie była gotowa, stwierdziła, patrząc, jak nieznajomy wynurza się z wody, wychodzi na brzeg i zmierza w jej kierunku. Krople wody spływały po jego oliwkowej skórze, błyszcząc jak rozsypane brylanty… Rosie zebrała się w sobie ‒ miała dług wdzięczności wobec Dony Anny, nie mogła jej zawieść. Nawet w najśmielszych snach nie spodziewała się, że starsza pani w ostatnim akcie hojności zapisze jej w spadku połowę wyspy. Testament bogatej arystokratki wywołał skandal na skalę międzynarodową, a Rosie stała się nagle przedmiotem pogardliwej wrogości. Nikt nie rozumiał więzi, która je połączyła. Dowód wdzięczności i zaufania, którym obdarzyła Rosie jej podopieczna, okazał się w równej mierze błogosławieństwem, co przekleństwem. Rosie pokochała wyspę, ale bez grosza przy duszy i jakiegokolwiek stałego źródła dochodu nie potrafiła się o nią właściwie zatroszczyć. Na wysyłane przez nią listy do potencjalnych inwestorów nie otrzymała ani jednej, choćby odmownej odpowiedzi. Domyślała się, że dla bogaczy była jeszcze jedną żebrzącą sierotą.
Mężczyzna strząsnął wodę z włosów i zmierzył ją zimnym wzrokiem. Musiała go odprawić, tak jak ją tego nauczyła Dona Anna. No, może nie dokładnie w ten sam sposób, zamiast krzyku postanowiła użyć perswazji. Z bijącym sercem, przyciskając do piersi ręcznik, czekała, aż intruz podejdzie do niej. Musiała przyznać, że wybrał najlepszy moment, by ją zaskoczyć ‒ zawsze pływała wczesnym rankiem, by w samotności zebrać siły na resztę wypełnionego licznymi obowiązkami dnia. Nawet gdyby zaczęła krzyczeć, nikt by jej nie usłyszał ‒ od posiadłości dzielił ją ponad kilometr… Ale przecież była u siebie, przypomniała sobie, nie było powodu się bać, w końcu wyspa należała do niej, przynajmniej jej połowa. Drugą połowę odziedziczył jakiś hiszpański krewniak Dony Anny, który ani razu nie zaszczycił ciotki odwiedzinami. Don Xavier Del Rio nie pojawił się nawet na pogrzebie, nie odezwał się też po ujawnieniu treści testamentu. Według ciotki był playboyem i hulaką, a także niezwykle skutecznym biznesmenem zarabiającym miliardy. Według Rosie, miliarder czy nie, nie zasługiwał na taką cudowną ciotkę, skoro nie znalazł czasu, by ją czasami odwiedzić w jej samotni.

Nie wierzył własnym oczom. Dziewczyna zachowywała się, jakby był intruzem!
‒ Masz rację ‒ odwarknął. ‒ To jest prywatna plaża. Co tu robisz?
‒ Ja jestem właścicielką, to znaczy, mieszkam tu ‒ poprawiła się. Zadarła głowę, żeby spojrzeć mu w oczy, ale górował nad nią wyraźnie. Była młodziutka i drobna, blada ze strachu, ale nieustępliwa. Zastanawiał się, czy spływające na jej ramiona płomiennie rude włosy świadczyły o ognistym temperamencie. Domyślił się natychmiast, z kim miał do czynienia. Prawnik uprzedził go, że mimo pozorów niewinności mogła sprawiać trudności.
‒ Przysłał cię siostrzeniec Dony Anny? ‒ zapytała podejrzliwie.
‒ Nikt mnie nie przysłał ‒ wycedził, nie spuszczając z niej wzroku.
‒ To po co tu przypłynąłeś?
Jedynie mocno zaciśnięte pięści zdradzały jej zdenerwowanie. Miała odwagę stawić mu czoło, doceniał to.
‒ Żeby się z tobą spotkać ‒ odpowiedział.
‒ Ze mną?
Przycisnęła mocniej ręcznik do piersi, niewielkich, ale krągłych, rysujących się lekko pod miękkim materiałem. Morska bryza uniosła kosmyki wilgotnych włosów i odsłoniła smukłą szyję. Miał niewyjaśnioną ochotę przycisnąć usta do bladej jedwabistej skóry, posmakować jej. W jego głowie natychmiast rozdzwonił się alarm. Może i wyglądała na niewinnego anioła, ale jeśli potrafiła przekonać jego upartą ciotkę do zapisania jej sporego majątku, musiała mieć niezły charakterek.
‒ Musimy pogadać o interesach. ‒ Spojrzał wymownie w kierunku domu na klifie.
‒ W takim razie wiem już, kim jesteś ‒ odpowiedziała powoli, przeszywając go przenikliwym spojrzeniem ametystowych oczu. ‒ Don Xavier. Dziwne, twoi prawnicy nie znaleźli czasu, żeby się ze mną spotkać i omówić plany ocalenia wyspy…
Xavier zachował kamienną twarz. Firma prawnicza pracująca dla rodziny zapewniała go, że istnieją solidne podstawy do podważenia testamentu. Domyślał się, że prawnicy zacierali już ręce na myśl o prowizji od odzyskanego majątku. Xavier natychmiast odrzucił ich propozycję. Sam wiedział, jak załatwić sprawę.
‒ To przez ciebie inwestorzy ignorują moje listy? ‒ zapytała butnie dziewczyna.
‒ Nie ‒ odpowiedział zgodnie z prawdą. Ciotka słynęła z przekory i zapewne dlatego postanowiła rzucić mu wyzwanie. Żeby otrzymać należny mu spadek, musiał się postarać. ‒ Zapewne uważają, że jedna młoda dziewczyna nie udźwignie ciężaru odpowiedzialności za całą wyspę.
‒ Cóż, podejrzewam, że moje zdanie na ten temat nie ma znaczenia ‒ odparowała.
Podejrzewał, że i tak je mu zdradzi.
‒ Każdy, kto ma na szczęście posiadać rodzinę, powinien o nią dbać, nawet jeśli wymaga to wysiłku ‒ oświadczyła.
‒ Pijesz do mnie? ‒ zapytał rozbawiony. ‒ Sugerujesz, że nie mam prawa do wyspy?
‒ Należysz do rodziny ‒ przyznała niechętnie. ‒ To wyjaśnia, dlaczego twoja ciotka zapisała połowę wyspy mężczyźnie o twojej reputacji.
Bezczelność jej uwagi na chwilę odebrała mu głos. Jej odwaga zdumiała go, ale i zrobiła na nim wrażenie. Podejrzewał, że dorastanie w trudnych warunkach zahartowało ją. Nie znał wielu osób, które odważyłyby się stawić mu czoło.
‒ Zatkało, Don Xavier?
Uniósł wysoko brwi, ale w głębi duszy musiał jej przyznać rację ‒ żył szybko i intensywnie, nie interesowała go stabilizacja, a tym bardziej miłość i rodzina, które w przeszłości przyniosły mu jedynie ból i rozczarowanie. Rodzice wybili mu z głowy młodzieńczą wiarę w miłość. Dlatego właśnie unikał ciotki i odwiedzin na wyspie. Zresztą spełniał jedynie prośbę Dony Anny ‒ miał ciężko pracować i zarobić wystarczająco dużo pieniędzy, żeby sfinansować projekty, z których byłaby dumna. Okazało się jednak, że jego psotnej ciotce to nie wystarczyło. Postanowiła się z nim zabawić, stawiając na jego drodze do odziedziczenia wyspy zaskakującą przeszkodę.
‒ Czy sprowadzają cię warunki postawione w testamencie przez Donę Annę? ‒ zapytała, jakby czytała w jego myślach. Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że za chwilę utonie w głębinie jej przepastnych oczu…
‒ Wygląda na to, że znaleźliśmy się tu z tych samych powodów. Musimy się dogadać.
‒ Ja tu mieszkam ‒ zauważyła trzeźwo.
No tak, pomyślał, przechodzimy do sedna sprawy. Jeśli zapoznała się z treścią testamentu, wiedziała o haczyku umieszczonym w nim przez ciotkę. Jeśli w przeciągu najbliższych dwóch lat Xavier nie doczeka się potomka, straci prawo do swojej połowy wyspy.
‒ Wyobrażam sobie, jaka ciąży na tobie presja ‒ dodała dziewczyna.
W jej oczach dostrzegł cień rozbawienia. Ona nie musiała spełniać żadnych warunków, by zachować swą połowę spadku. Z drugiej strony, brakowało jej środków na utrzymanie wyspy, i tu miał nad nią przewagę.
‒ Widzę, że zapoznałaś się z treścią testamentu ‒ zauważył od niechcenia.
‒ Tak ‒ odpowiedziała z rozbrajającą szczerością. ‒ Chociaż prawnicy twojej ciotki utrudniali mi dostęp do dokumentu. A przecież chciałam się jedynie przekonać na własne oczy, że Dona Anna rzeczywiście zapisała mi połowę Isla Del Rey. Ale przeczytałam oczywiście całość i rozumiem, że ciotka postanowiła wywrzeć na tobie presję. Miała dość niestandardowe poczucie humoru, ale tym razem przeszła samą siebie. Może gdybyś jej nie zaniedbywał…
‒ Przyjmuję naganę ‒ uciął. Nie miał zamiaru wdawać się w dyskusję na osobiste tematy, zwłaszcza z obcą osobą.
‒ Dziwi mnie tylko jedna rzecz ‒ powiedziała. ‒ Wydawało mi się, że Dona Anna ceniła ponad wszystko rodzinę, a teraz wygląda na to, że chce ci wymierzyć karę. ‒ Jej piękne oczy spoważniały.
‒ Tak to wygląda ‒ przyznał jej rację.
Przyglądała mu się teraz z autentycznym zainteresowaniem.
‒ Musiałeś jej naprawdę zaleźć za skórę.
W ogóle nie bała się mówić, co myśli, zauważył z podziwem. Intrygowała go coraz bardziej. Początkowo zamierzał ją przekupić, ale teraz miał poważne wątpliwości, czy skusiłyby ją pieniądze. Była inteligentna, niepokorna i niezwykle atrakcyjna. Z łatwością mogła sprawić, że zboczyłby z kursu, a na to nie mógł sobie pozwolić. Testament wprowadził w jego życie wystarczającą dawkę chaosu. Ciotka, ze wszystkich osób na świecie, powinna najlepiej zdawać sobie sprawę z jego ograniczeń! Potrafił zarabiać pieniądze, ale na rodzica się nie nadawał. Dlaczego uparła się, by ukarać jakieś Bogu ducha winne dziecko rodzicem niezdolnym do miłości?
‒ Lepiej wejdźmy do domu ‒ zaproponował.
‒ Co? Nie!
‒ Słucham?
‒ Pojawiasz się o świcie na plaży i wpraszasz się do domu? Umów się najpierw na spotkanie.
Pochylił głowę, żeby ukryć uśmiech. Ludzie miesiącami zabiegali o spotkanie z nim, a ta pannica, gdyby miała laskę jego ciotki, pogoniłaby go bez zastanowienia. Była zabawna, ale nie miał czasu do stracenia, jego cierpliwość się wyczerpała. Ruszył ścieżką w stronę domu. Dziewczyna podbiegła i zagrodziła mu drogę. Nie wierzył własnym oczom. Nie chciała go wpuścić do jego własnego domu!
‒ Możemy się umówić na inny termin ‒ spuściła z tonu. ‒ Kiedy by ci pasowało?
‒ Teraz ‒ odparł lodowatym tonem i wyminął ją.

Powinien był przewidzieć, że za nim pobiegnie. Kiedy złapała go za ramię, dotyk jej drobnej dłoni zelektryzował go. Stanął i odwrócił się. Rosie Clifton, mimo jego ewidentnej przewagi, nie zamierzała się poddać. Była nieustraszona. Nie potrafił jej za to nie podziwiać.
‒ Możesz przyjść w innym terminie ‒ powiedziała, trzymając go mocno za ramię. ‒ Obiecuję.
‒ Czyżby? ‒ uśmiechnął się ironicznie.
Zauważył, że jej źrenice powiększyły się, a oczy pociemniały. Czyżby też czuła to dziwne elektryzujące napięcie, które zrodziło się pomiędzy nimi? Cóż, tym gorzej; jego celem były negocjacje, nie romans.
‒ Nie jesteśmy nawet ubrani ‒ zauważyła trzeźwo Rosie. ‒ Nie będziemy się czuć swobodnie, a przecież mamy do omówienia ważne sprawy…
Musiał przyznać, że udało jej się znaleźć przekonujący argument. Jej ślicznie wykrojone, lekko nadąsane wargi rozchyliły się, gdy czekała w napięciu na jego odpowiedź.
‒ Wrócę innego dnia ‒ zgodził się.
‒ Dziękuję ‒ zawołała z ulgą.
Oczywiście zdawał sobie sprawę, że popełnia błąd ‒ dawał jej czas na przygotowanie się. Ciotka zapewne patrzy na niego z góry i zaciera ręce. Naprawdę nieźle to rozegrała, stawiając naprzeciw siebie dwie osoby o tym samym celu, ale skrajnie różnym podejściu do życia: idealistkę bez grosza przy duszy i potentata biznesowego bez złudzeń. Ciotka uwielbiała takie konfrontacje.
‒ Zanim odpłyniesz… ‒ Rosie wyglądała uroczo, gdy przygryzała niepewnie dolną wargę.
‒ Tak?
‒ Chciałabym, żebyś wiedział, że naprawdę uwielbiałam twoją ciotkę.
Wzruszył ramionami. Co go to obchodzi? Czego się spodziewała? Podobnego wyznania z jego strony? Nie miał ochoty kłamać. Miał serce z kamienia i wolał, żeby tak zostało.
‒ Ciotka cię wychowała, prawda? ‒ Rossie nie dawała za wygraną.
‒ Tylko dlatego, że moi rodzice woleli spędzać czas w kasynach w Monte Carlo ‒ warknął.
‒ Musiało ci ich brakować ‒ powiedziała ze współczuciem, które wyglądało na autentyczne.
‒ Dawno i nieprawda ‒ uciął.
Nie drążyła tematu, ale spojrzała na niego, jakby się nad nim litowała, co rozzłościło go jeszcze bardziej.
‒ Powiedziała mi, że wyrzuciła cię z domu, kiedy byłeś nastolatkiem. ‒ Rosie zaśmiała się pod nosem. ‒ Twierdziła, że wyszło ci to na dobre. Uwielbiała stawiać przed ludźmi wyzwania, dzięki którym mogli się czegoś nauczyć, prawda?
‒ Najwyraźniej ciebie nie nauczyła trzymać języka za zębami ‒ mruknął.
Zignorowała go i kontynuowała:
‒ Dona Anna twierdziła, że każde nowe pokolenie powinno samo do wszystkiego dojść, zamiast liczyć na to, że odziedziczy fortunę po przodkach. Tobie udało się osiągnąć ogromny sukces. ‒ Na jej twarzy malował się nieudawany podziw. Jej niewinność rozczuliła go. ‒ Najpierw zbudowałeś imperium technologiczne, potem hotelarskie. Za cokolwiek się weźmiesz, osiągasz sukces. Podobno jesteś miliarderem.
Xavier ponownie wzruszył ramionami.
‒ Co z tego? ‒ Ruszył w stronę wody.
‒ Nic. Ciotka mówiła, że masz nonszalancki stosunek do pieniędzy ‒ zawołała za nim.
Zatrzymał się i spojrzał na nią przez ramię.
‒ Czy jest coś, czego ci o mnie nie powiedziała?
‒ Na pewno coś pominęła…
Miał taką nadzieję.
‒ Często o mnie mówiła? ‒ Nagle zapragnął wiedzieć, choć nie rozumiał dlaczego. Oparł się o jedną z wielkich skał na brzegu plaży. Rozmowa z Rosie obudziła w nim wspomnienia dzieciństwa, czy tego chciał, czy nie.
‒ Często ‒ potwierdziła. Po chwili dodała: ‒ Muszę wracać.
‒ Pływasz tu każdego ranka? ‒ zapytał, jakby jej nie usłyszał. Nagle wcale nie chciał się z nią rozstawać.
‒ Tak, odkąd przyjechałam na wyspę. Rozpieszczam się ‒ uśmiechnęła się nieśmiało.
Po sierocińcu wyspa musiała jej się wydawać rajem, domyślił się. Nie potrafił sobie nawet wyobrazić dorastania w państwowej instytucji. On przynajmniej miał ciotkę. Byłby potworem bez serca, gdyby nie docenił gestu Dony Anny wobec Rosie.
‒ Pływasz sama? W morzu?
‒ Dlaczego nie? ‒ nastroszyła się.
Kiedy szykowała się do obrony, wyglądała uroczo. Musiał szybko wziąć się w garść, bo zaczynał tracić zdolność trzeźwej oceny sytuacji.
‒ Myślisz, że to rozsądne? A jeśli coś się stanie?
‒ Na lądzie też się coś może stać.
Nie wątpię, pomyślał, prześlizgując się wzrokiem po jej nagich ramionach ozdobionych jasnymi złotymi piegami. Na jej mokrych włosach połyskiwało słońce, spływały na jej ramiona złocistą kaskadą. Uśmiechnął się lekko.
‒ Ryzykujesz niepotrzebnie ‒ ostrzegł ją.
‒ Nie. Wystarczy dobrze poznać tutejsze wybrzeże, czyż nie, Don Xavier?
‒ Trafiony, zatopiony ‒ roześmiał się mimo woli. ‒ Masz rację ‒ przyznał. ‒ Pływałem tu jako młody chłopak, ale to nie znaczy, że nic ci się nie może stać.
‒ Sugerujesz, że pływam gorzej od ciebie? ‒ W jej oczach połyskiwały wesołe chochliki.
‒ Dość! ‒ Wycofał się, zanim całkowicie go rozbroiła. ‒ Pozwól, że się przedstawię jak należy. Don Xavier Del Rio, do usług.
‒ Nie potrzebuję niczyich usług ‒ mruknęła z przekąsem. ‒ Ale cieszę się, że się w końcu poznaliśmy. Może zaczniemy od nowa? ‒ Wyciągnęła do niego rękę. ‒ Rose Clifton.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 11,90 zł 13,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 10,90 zł 12,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień
Opcje dostawy:
Paczka w ruchu
Płatność online:
4,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Paczka 48 do domu
Płatność online:
11,90 zł
Płatność przy odbiorze:
13,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej
Płatność online:
10,90 zł
Płatność przy odbiorze:
12,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w paczkomacie InPost
Płatność online:
9,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-2 dni
Opcja dostawy:
Mini paczka do domu InPost
Płatność online:
7,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-5 dni
Opcja dostawy:
Przesyłka kurierska InPost
Płatność online:
13,90 zł
Płatność przy odbiorze:
15,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień
Opcja dostawy:
Kurier DPD
Płatność online:
14,90 zł
Płatność przy odbiorze:
16,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Hiszpański opiekun, Wyspa dla dwojga
Autor Caitlin Crews, Susan Stephens
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 27.04.2018
Ilość stron 320
Oprawa Miękka
ISBN 9788327635037

Napisz recenzję