Heidi Rice - Kierunek Bahamy
Xanthe Carmichael wmaszerowała do lśniącego lobby ze stali i szkła w dwudziestosześciopiętrowym biurowcu mieszczącym Redmond Design Studios na West Side na Manhattanie dokładnie takim krokiem, jak chciała, przekonana, że uderzenia jej wysokich obcasów o wypolerowaną, kamienną posadzkę, które brzmiały niczym odgłosy wystrzałów z karabinu maszynowego, mówią, dokładnie to, co chciała przekazać wszystkim wokół: „Chłopaki, lepiej miejcie się na baczności, bo oto wzgardzona kobieta wstąpiła na wojenną ścieżkę!”.
Dziesięć lat po tym, jak Dane Redmond porzucił ją w obskurnym, motelowym pokoju na przedmieściach Bostonu, czuła się gotowa na ostatnią rundę rozgrywki, która zakończyłaby ostatecznie ich krótki, burzliwy i katastrofalny związek. A więc skąd ten rumieniec i pustka w głowie i w żołądku, mimo zbytniej efektywności klimatyzacji w luksusowym budynku?
Po sześciogodzinnym locie z Heathrow, spędzonym głównie na drzemaniu w bezdusznym komforcie business class, oraz po dwóch dniach i nocach rozmyślania o tym, jak zamierza poradzić sobie z tykającą bombą, którą szef zespołu prawników, Bill Spencer, upuścił u jej stóp w środę po południu, była przygotowana na każdą ewentualność. Bez względu na to, co Dane Redmond znaczył kiedyś dla jej siedemnastoletniego serca, potencjalnie katastrofalna sytuacja, którą odkrył Bill, nie była już wyłącznie osobista – dotyczyła interesów firmowych. A na drodze do sukcesu jej działalności nie miało prawa stanąć zupełnie nic.
Carmichael’s, firma przewozowa o dwustuletniej tradycji, należąca do jej rodziny od czterech pokoleń, stanowiła jedyną rzecz, która liczyła się teraz dla niej w życiu. Zrobiłaby wszystko, aby ochronić ją, podobnie jak i swoją nową pozycję jako akcjonariusza większościowego i CEO.
‒ Witam, jestem Xanthe… Sanders z Londynu ‒ powiedziała do nieskazitelnie ubranej kobiety w recepcji, podając fałszywe nazwisko, którego na jej własną prośbę użyła już asystentka, umawiając ją na spotkanie. Nieważne, czy czuła się pewnie, czy nie: nie chciała dać tak pozbawionemu skrupułów przeciwnikowi jak Dane żadnych forów. ‒ Mam się spotkać z panem Redmondem, żeby omówić zlecenie.
Recepcjonistka posłała Xanthe uśmiech tak samo nieskazitelny jak jej wygląd.
 ‒ Miło mi panią poznać, pani Sanders. – Wystukała coś na ekranie umieszczonym tuż przed nią i podniosła słuchawkę. ‒ Jeśli zechciałaby pani na chwilę zająć miejsce w lobby, asystentka pana Redmonda, Mel Mathews, przyjdzie tu za kilka minut i zaprowadzi panią na osiemnaste piętro.
Serce Xanthe zabiło mocniej, gdy przeszła przez atrium w holu pod naturalnej wielkości modelem ogromnego katamaranu, zawieszonym u sufitu. Polerowana plakietka z mosiądzu głosiła, że łódź dwa razy z rzędu zdobyła dla Redmond Design prestiżowe trofeum żeglarskie.
Bomba Billa okazałaby się dużo mniej problematyczna, gdyby Dane nadal był chłopakiem, którego jej ojciec z taką łatwością lekceważył jako „biednego szczura z przyczepy samochodowej, bez klasy, manier i perspektyw”. Nie chciała się jednak dać zastraszyć przez fenomenalny sukces Redmonda w ciągu ostatniej dekady. Przyjechała tu, by pokazać mu, z kim ma do czynienia.
Gdy jednak uświadomiła sobie ostatecznie nietuzinkowość siedziby firmy Dane’a, jej lokalizację w nowojorskim super trendy Meatpacking District, ze wzbudzającym podziw widokiem na rzekę Hudson, oraz treść napisów pod zwisającym z sufitu katamaranem, musiała przyjąć do wiadomości błyskawiczny rozwój jego kariery. Szczerze mówiąc, jego pozycja jako jednego z najlepszych na świecie projektantów łodzi żaglowych nie zaskoczyła jej wcale. Zawsze był inteligentny i ambitny – naturalny talent do żeglowania – lepiej czuł się w domu na wodzie niż na suchym lądzie ‒ i właśnie dlatego zarządca posiadłości jej ojca zatrudnił go przed laty w Martha’s Vineyard: aby przeprowadził rutynową konserwację małej floty złożonej z dwóch jachtów i niewielkiej łodzi motorowej, które ojciec trzymał w ich letnim domu. Przeprowadzenie rutynowych prac konserwacyjnych wrażliwej, wręcz naiwnej córki Charlesa Carmichaela dokonało się jakby przy okazji.
Bo nikt nigdy nie był w stanie zakwestionować etyki zawodowej Dane’a.
Cała jego energia i poczucie celu przyciągnęły ją do niego jak magnes. To i supermocarstwo, które odkryli razem… unikalną umiejętność dojścia do orgazmu w sześćdziesiąt sekund… a może i krócej.
Nareszcie Xanthe, przemierzywszy całe lobby, zagubiona w myślach, oparła aktówkę o stolik i zapadła się w jednym ze skórzanych foteli stojących na obrzeżach ogromnego pomieszczenia.
Wow, Xan! Tylko nie myśl teraz za dużo o supermocy!
Nawet supermoc Dane’a nigdy nie byłaby w stanie zrekompensować bólu, który spowodował.
Gdy po krótkiej chwili, przez niezmierzone połacie polerowanego kamienia, skierowała się w jej stronę trzydziestoparoletnia kobieta, Xanthe musiała natychmiast ukryć swe nieuczesane myśli. Choćby pod płaszczykiem sztucznego uśmiechu. Chwytając teczkę z dokumentami, dla których przeleciała właśnie ponad pięć i pół tysiąca kilometrów, poderwała się energicznie, ucieszona dodatkowo, że nogi nie odmawiają jej posłuszeństwa.
Dane Redmond to nie jedyny taki gnojek na świecie. Po prostu nigdy więcej!
 
Pięć minut później Xanthe czuła się mniej jak twardzielka i bardziej jak baranek ofiarny. Asystentka Dane’a poprowadziła ją do windy, a potem przez ocean pracoholizmu. Wszędzie wokół widziały młodych, typowo korporacyjnych marketingowców, pochylonych nad biurkami, deskami kreślarskimi i komputerami. W tej świątyni pracy nawet obcasy straciły moc karabinu maszynowego, bo zostały wytłumione przez dywany przemysłowe.
Adrenalina, która pulsowała w jej żyłach przez ostatnie czterdzieści osiem godzin i pomagała utrzymać równowagę, nagle osłabła, bo zbliżyły się do przeszklonego, narożnego biura „akwarium” i mężczyzny w środku, którego potężna sylwetka zarysowywała się na tle widocznej z wysoka linii brzegowej stanu New Jersey. Szok rozpoznania zamienił nieprzyjemną pustkę w jej żołądku w prawdziwie bezdenną otchłań.
Szerokie ramiona i szczupłe biodra Dane’a były elegancko odziane w stalowoszare spodnie i białą koszulę, a ciemne włosy krótko i schludnie przycięte. Żaden ubiór jednak nie ukryłby jego imponującego wzrostu, masy mięśniowej, widocznej dzięki wysoko podwiniętym rękawom, ani tatuaży pokrywających lewe ramię w dół aż do łokcia. Nawet drogie, szyte na miarę stroje pozwalały się domyślić niesamowitej siły i sprawności właściciela.
Xanthe czuła, że zalewa się potem pod granatowym jedwabnym kostiumem oraz brzoskwiniową górą, które wybrała dwanaście godzin temu w Londynie, ponieważ pasowały do każdej pozy, od pewnej siebie, poważnej biznesmenki do czystej lanserki. Generalnie teraz obie delikatne kreacje ocierały się o skórę jak papier ścierny.
Internet nie oddał sprawiedliwości Redmondowi. Pamiętała dobrze parę nijakich fotek, które znalazła wczoraj podczas przygotowań do dzisiejszego spotkania. Kompletnie nie pokazywały tego, co widziała przed sobą.
Wtedy asystentka zapukała do drzwi szklanego gabinetu i po chwili znalazły się w jaskini lwa. Przerażające spojrzenie intensywnie niebieskich oczu utkwiło w twarzy Xanthe. Wyraz niedowierzania złagodził jego szorstkie rysy, po chwili jednak wszystko stężało. Jej serce wpadło w ziejącą przepaść.
Czy rzeczywiście usiłowała sobie wmówić, że wiek, pieniądze i sukces udoskonalą go, lub choćby poskromią, a przynajmniej uczynią znacznie mniej onieśmielającym? Jakże się myliła. Znów czuła się, jakby uderzyła ją błyskawica.
‒ To właśnie jest pani Sanders z...
‒ Zostaw nas, Mel. ‒ Dane bezpardonowo przerwał asystentce. ‒ I najlepiej zamknij starannie drzwi…
Chłodne polecenie sprawiło, że serce Xanthe zaczęło galopować jak oszalałe. Natychmiast stanęły jej przed oczami jak żywe wszystkie rozkazy, które wydawał w tym samym, nieznającym sprzeciwu tonie w najprzeróżniejszych okolicznościach. I upokarzająca szybkość, z jaką je wykonywała.
„Spokojnie, nie zrobię ci krzywdy. Przysięgam. Trzymaj się mocno, to będzie jazda twojego życia. Zawsze radzę sobie sam i dbam o własne, Xan, to nie podlega negocjacjom”.
Gdy za posłuszną asystentką zamknęły się drzwi, Xanthe chwyciła swą teczkę z siłą wystarczającą do złamania paznokcia i dumnie uniosła podbródek, wykorzystując tlącą się resztkę wewnętrznej siły, która przetrwała uderzenie pioruna.
‒ Cześć, Dane ‒ powiedziała, ciesząc się w duchu, że jej głos pozostał stosunkowo spokojny.
Nie zamierzała także stresować się dziwaczną reakcją fizyczną własnego organizmu na dawno niewidzianego rozmówcę. Reakcja ta była od dziesięciu lat nieaktualna i nie oznaczała niczego więcej niż niewygodnego powrotu do młodości. To minie. Ostatecznie.
‒ Dzień dobry, pani Sanders…
Jego słabo zawoalowana pogarda wobec kłamstwa wywołała u niej głębokie oburzenie, które dołączyło do gamy innych emocji. Wszystkie je próbowała rozpaczliwie stłumić.
‒ Jeśli przyszłaś kupić łódź, to nie masz szczęścia. – Zmierzył ją od stóp do głów płonącym spojrzeniem. Nie starał się nawet ukryć wyników bezczelnej analizy, co irytowało podobnie jak reakcja jej ciała na napastliwy wzrok. ‒ Nie robię interesów z rozpieszczonymi bogatymi laskami. Zwłaszcza z tymi, które kiedyś przez głupotę poślubiłem.
 
Xanthe Carmichael.
Nie do wiary.
Dane Redmond otrzymał właśnie cios poniżej pasa i nawet jemu trudno będzie ukryć natychmiastową reakcję. Dziewczyna, która przez wiele lat nawiedzała go w snach, potem już tylko w koszmarach sennych. A teraz jakby nigdy nic – zjawia się w jego imperium, które zbudował od podstaw, gdy wykopała go ze swego życia. Tak jakby miała prawo wejść z butami w jego życie po raz drugi.
Zmieniła się trochę od czasu, gdy widzieli się ostatni raz. Zresztą… była wtedy nastolatką. Obecnie prezentuje się jak klasyczna biznesmenka. Lecz pozostało w niej wiele z tamtej dziewczyny. Tak wiele, że będzie się musiał trzymać na baczności.
Wciąż ma takie same niesamowite, kocie, odrobinę skośne oczy. Żywe, niebieskozielone jak morze wokół Wielkiej Rafy Koralowej u wybrzeży Australii. I podobnie brzoskwiniową cerę, z trudnymi do ukrycia piegami, nawet pod najbardziej profesjonalnym makijażem. A ta burza rudozłotawych włosów, co prawda upiętych obecnie wysoko w modnej, lecz dosyć klasycznej fryzurze? Tyle że nie wszystkie kosmyki chcą słuchać stylisty… Z zarumienionymi policzkami i błyskiem w oczach wygląda jak dobra wróżka. Tylko on jeden wie, że jest gorsza niż legendarne syreny wysyłane na pokuszenie mężczyznom. Ze swym ciałem bogini i charakterem żmii…
Dane zacisnął nerwowo pięści. Połowa jego „ja” chciała przerzucić Xanthe przez kolano i spuścić jej lanie, aż pośladki zarumienią się jak policzki. Druga połowa najchętniej schwyciłaby ją w ramiona i zaniosła w ciemne, ustronne miejsce, gdzie można byłoby zedrzeć z niej korporacyjne wdzianko i zobaczyć, czy pod spodem nadal jest tamta dawna, gorąca dziewczyna. Oba te impulsy były równie popaprane emocjonalnie, biorąc pod uwagę, że od dziesięciu lat nic już dla siebie nie znaczyli.
Dziesięć lat temu, gdy leżał pobity pod letnim domem ojca Xanthe, z połamanymi żebrami i większą liczbą siniaków, niż kiedykolwiek zaliczył nawet od swego własnego pijanego starego, poprzysiągł sobie, że żadna kobieta nie narazi go już nigdy na takie upokorzenie.
‒ Jestem tutaj, bo chyba mamy problem… przyjechałam, by go rozwiązać… ‒ powiedziała, nerwowo przygryzając wargę.
‒ A jakiż my możemy mieć wspólny problem? Skoro nie widzieliśmy się ponad dekadę! Poza tym nie zamierzałem się już z tobą spotykać.
‒ Ja też – odparła niespodziewanie obrażonym tonem.
Zaraz, zaraz… Przecież to on był stroną poszkodowaną w ich ultrakrótkim związku! To ona przysięgała szanować go i kochać do końca swoich dni, a przy pierwszym nieporozumieniu uciekła do tatusia. Nie znaczy to, że choć przez chwilę wierzył w puste obietnice. Życie już wcześniej, jeszcze w dzieciństwie, nauczyło go, że miłość jest wyłącznie słowem. Jednak na swój sposób zaufał Xanthe.
A teraz? Po tylu latach miała czelność zjawić się w jego firmie, pod fałszywym nazwiskiem, i oczekiwać, że będzie dla niej uprzejmy i wyrozumiały. Pod pretekstem „ich wspólnego” problemu. Należy więc pozwolić jej odegrać mały dramat, a potem pozbyć się, tym razem na zawsze.
           
Xanthe, ignorując wrogość emanującą z Dane’a, położyła aktówkę na stole, po czym wyjęła ich akta rozwodowe. Nie reagowała na jego zachowanie jaskiniowca, bo nie znała go innego. Już jako dziewiętnastolatek był mrukliwy, władczy i arogancki. Wtedy wydawało się to nadzwyczaj atrakcyjne, zwłaszcza gdy dorobiła do tego smutną historyjkę o chłopcu kryjącym się pod maską jaskiniowca, który potrzebuje ciepła i miłości. Na tym polegał jej pierwszy wielki błąd. Niestety za nim poszły następne. Wrażliwy chłopiec nigdy nie istniał, a jaskiniowiec wcale nie chciał żadnych prawdziwych uczuć.
Ale teraz Xanthe dostanie to, po co przyjechała, bo czas kiedy mężczyźni robili z nią, co chcieli, i mogli łatwo ją zastraszyć, minął bezpowrotnie. Nie zagraża jej już ani ojciec, ani nikt z zarządu Carmichael’s, a już na pewno nie żaden narwany projektant łodzi, któremu coś się wydaje, bo kiedyś zauroczył ją swym nieprzeciętnego rozmiaru penisem!
‒ A problem polega na tym, że… ‒ zaczęła nerwowo, bo przypomniała sobie, jak wyglądał Dane rozebrany ‒ …że prawnik mojego ojca, Augustus Greaves, wcale nie sfinalizował naszego rozwodu dziesięć lat temu! ‒ Starała się przekazać mu swoje nowiny w miarę spokojnie. Przecież nie miała nic wspólnego z alkoholizmem pana Greavesa. – A zatem, formalnie nadal jesteśmy mężem i żoną.
 
‒ Naprawdę wolałbym, żebyś przyjechała robić sobie ze mnie żarty! – wysapał Redmond.
Wyglądał na całkowicie zaszokowanego. Xanthe roześmiałaby się chyba, gdyby nie czuła się tak roztrzęsiona całą sytuacją.
‒ Ale niestety tak nie jest. Przyjechałam z nowymi papierami, żebyś je podpisał i żebyśmy mogli jak najszybciej pozbyć się tej zmory. ‒ Sfrustrowana, przekładała dokumenty trzęsącymi się rękoma. Dodatkowo rozpraszał ją zapach jego perfum. Ten sam dawny cedr, ale w o wiele droższym wydaniu. Już na pewno nie z supermarketu… ‒ Jak tylko podpiszesz, gwarantuję, że więcej mnie nie zobaczysz.
Mówiąc to, wyjęła z aktówki ekskluzywny złoty długopis i cisnęła nim w stronę Dane’a, niczym sztyletem.
Redmond nie podjął jednak wyzwania.
‒ Tak jakbym miał podpisać cokolwiek, co ty mi przyniosłaś, bez dokładnego sprawdzenia… ‒ rzucił z niesmakiem.
Tylko spokojnie…
Westchnęła głęboko. Nauczyła się tak uspokajać, prowadząc spotkania zarządu. Dopóki Dane nie zna warunków testamentu jej ojca, nic w samych papierach, które przyniosła, nie wskazuje na prawdziwą przyczynę niespodziewanej wizyty w Nowym Jorku. A skąd miałby je znać, skoro nabrały mocy pięć lat po ich rozstaniu?
Wspomnienie tamtego dnia, kiedy wykonawca testamentu, odczytywał go w biurze, nie polepszyło jej nastroju. Pogrążona w żałobie musiała zmagać się z niedowierzaniem. To, co usłyszała, nie ułatwiało sytuacji.
„Pani ojciec miał nadzieję, że poślubi pani jednego z kandydatów, których sugerował. Jego pierwszą opcją było pozostawienie czterdziestu pięciu procent udziałów pani i pakietu kontrolnego pani współmałżonkowi jako nowemu CEO. Jako że do czasu śmierci pańskiego ojca, do zawarcia wyżej wymienionego związku nie doszło, pakiet kontrolny znajdzie się w truście do dyspozycji zarządu na czas pięciu lat, które będą stanowić dla pani okres próbny jako właściciela Carmichael’s. Jeśli po tym czasie zarząd uzna panią za wiarygodnego CEO, może on przegłosować przyznanie pani dalszych sześciu procent udziałów. Jeżeli nie, zarząd wybierze innego CEO, a udziały pozostaną w truście”.
Powyższe pięć lat minęło tydzień temu. Zarząd – bez wątpienia wbrew przewidywaniom ojca – zagłosował za nią. A potem Bill odkrył tykającą bombę… Oto w chwili śmierci ojca Xanthe była formalnie żoną Redmonda, a zatem mógł ją pozwać o pakiet kontrolny w jej rodzinnej firmie.
Brzmiało to jak żart, ale brak zaufania ojca wobec możliwości córki mógł zakończyć się obdarowaniem pakietem kontrolnym człowieka, którym od początku pomiatał. Niestety istniało wiele innych przesłanek, że stary Carmichael nie ufał córce. Mimo to ona uważała go za człowieka kultywującego tradycję i wierzyła, że kieruje się ojcowską miłością. Chce dla niej wyłącznie wszystkiego co najlepsze, jest typowym angielskim arystokratą i dlatego zakłada, że potencjalny kandydat na męża musi być absolwentem Eton lub Oxfordu. Gdy Xanthe w końcu zdobędzie podpis Dane’a, wyeliminuje ostatecznie wszelkie zewnętrzne zagrożenia dla firmy rodzinnej, obecnie jej własnej firmy i dowiedzie swe całkowite i bezgraniczne oddanie tradycji Carmichael’s.
W międzyczasie Redmond sięgnął po telefon i zaczął z kimś rozmawiać, niewątpliwie w związku z papierami. Skinął też na swą super uległą asystentkę, która od razu wsunęła się do biura.
 
Elizabeth Power - Wakacje w Prowansji
Conan Ryder usłyszał muzykę dochodzącą z sali fitness, jeszcze zanim dotarł na miejsce. Mocny, pulsujący rytm rozbrzmiewał w korytarzu. Po jednej stronie za szybą entuzjaści sportu ćwiczyli na bieżni, inni rozciągali mięśnie.
Zdawał sobie sprawę, że w ciemnym garniturze, białej koszuli i krawacie wygląda dość osobliwie, podobnie jak miał świadomość, że dwie młode kobiety grające w squasha na jednym z boisk, obok którego przechodził, przerwały grę, żeby na niego popatrzeć.
Wysoki i potężnie zbudowany, z czarnymi włosami i surowymi rysami, które były dziedzictwem po celtyckich przodkach, budził zainteresowanie u płci przeciwnej. W innym okolicznościach pewnie odwzajemniłby ciekawskie spojrzenia, ale tym razem umysł zaprzątały mu inne sprawy.
Zignorował jawne zainteresowanie młodych sportsmenek i szedł prosto przed siebie, skupiając uwagę na uchylonych drzwiach sali, skąd dochodziła rytmiczna muzyka. Mimowolnie napiął mięśnie, starając się zapanować nad wzburzeniem. Nikt nie był w stanie wyprowadzić go z równowagi, więc tym bardziej nie mógł pozwolić, żeby zrobiła to taka kobieta jak Sienna Ryder! Miał tylko jedną ważną sprawę do załatwienia, jedną małą prośbę, której prawdopodobnie nie będzie chciała spełnić. To oznaczało walkę, aby mógł dostać to, czego chciał, ale oczywiście na końcu i tak wygra on. Zawsze wygrywał.
‒ Dobrze, Charlene. Biodra też muszą pracować. Świetnie. Kołysz nimi…
Usłyszał jej stanowczy, dodający otuchy głos, gdy tylko otworzył drzwi. Dwadzieścia par oczu spoczęło na nim, ale on patrzył na jedną kobietę, odwróconą do niego tyłem ‒ drobną, szczupłą, ubraną w czerwony trykot bez rękawów i czarne legginsy. Krótka, chłopięca fryzura paradoksalnie dodawała jej uroku. Doskonałe proporcje smukłego ciała podkreślał dopasowany strój. Nie przypominał sobie, żeby była tak wysportowana, gdy wychodziła za mąż za jego brata.
Podchodząc bliżej, pozwolił, by jego wzrok przesunął się po wdzięcznej linii szyi i ramion aż do małego tatuażu w kształcie motyla, tuż nad prawą łopatką.
‒ Przykro mi, że muszę przeszkodzić ci w zajęciach, ale ostatnio jesteś nieuchwytna – powiedział głośno. – Nie odbierasz telefonu. Mogłem jeszcze próbować wysłać gołębia pocztowego albo zastosować telepatię.
Gdy odwróciła się ku niemu, w jej wielkich błękitnych oczach dostrzegł przerażenie, które za wszelką cenę próbowała ukryć.
‒ Cześć, Conan. – Uśmiech był pogodny, choć wymuszony. – Miło znów cię widzieć – dodała z wyraźnym sarkazmem.
Nagle jednak jej twarz straciła obojętny wyraz, a na policzki wystąpił krwisty rumieniec. Podeszła bliżej i spytała:
‒ Przyjechałeś z powodu Daisy? Coś się stało?
Musiał przyznać, że jej troska o dziecko była oczywista. Szkoda, że wobec jego brata nie była taka opiekuńcza.
‒ Skąd mam wiedzieć? Nie widziałem jej przecież od trzech lat. – Obserwował, jak jej czarne rzęsy rzuciły cień na policzki, gdy po chwilowej panice spuściła z ulgą wzrok. – Próbowałem się z tobą skontaktować od wielu dni, ale nie odbierałaś telefonu.
‒ Byłam zajęta. O co chodzi?
Kiedy muzyka ucichła, z jeszcze większą intensywnością poczuł spojrzenia uczestniczek aerobiku. Nigdy nie widziały mężczyzny, czy co?
‒ Moglibyśmy porozmawiać gdzie indziej? – spytał poirytowany.
Sienna gestem dłoni dała znak, by grupa kontynuowała ćwiczenia, po czym skierowała się w stronę otwartych drzwi. Szła wyprostowana, poruszając się lekko niczym baletnica.
‒ Czego chcesz? – wypaliła, gdy oboje wyszli na korytarz.
Nie spodziewała się, że go zobaczy. Nie była na to przygotowana. Conan Ryder był dokładnie taki, jak go zapamiętała – surowy i bardzo przystojny. Wpływowy biznesmen, milioner i przyrodni brat jej męża.
Miał rację. Minęły trzy lata, odkąd wyjechała z Surrey do rodzinnego miasta niedaleko Londynu. Uciekła z osiemnastomiesięcznym dzieckiem przed okrutnymi drwinami i oskarżeniami tego mężczyzny. Minęły trzy lata od tragicznego wypadku Nialla, który z niej zrobił wdowę, a z córki półsierotę.
Sądząc po aroganckim zachowaniu Conana, jego opinia o niej nie uległa zmianie. Teraz, kiedy była z nim sam na sam, nie czuła się tą pewną siebie, niezależną kobietą, jaką się stała po wyjeździe. Miała wrażenie, że zmieniła się w zastraszoną dziewczynkę, która nie potrafi obronić się przed słownym atakiem.
‒ Powiedz wreszcie, dlaczego chciałeś się ze mną widzieć?
‒ Nie z tobą. – Ugodził ją ostry ton głosu. – Z Daisy. Domagam się, żebyś pozwoliła jej z mną wyjechać.
‒ Co? – Znów powróciło do niej koszmarne wspomnienie. „Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby zabrać od ciebie Daisy”. – Domagasz się? Ty się domagasz?!
‒ To dziecko mojego brata – przypomniał szorstko. – Ma również babcię, której nie zna.
‒ Ma także matkę, która nigdy nie była wystarczająco dobra dla żadnego z was, pamiętasz? – zawołała przejmująco, zawierając w tych słowach nie tylko gorycz, ale również oskarżenie.
Conan popatrzył na nią spod długich czarnych rzęs, których mogłaby mu pozazdrościć niejedna kobieta. Jego intensywnie zielone oczy zalśniły.
‒ Przyznaję, że były między nami nieporozumienia.
‒ Nieporozumienia? – O mało nie parsknęła mu w twarz gorzkim śmiechem. – Tak to nazywasz, Conan? Oskarżyłeś mnie, że jestem beznadziejną matką i niewierną żoną!
‒ No tak… Co było, to było. – Nie zamierzał dyskutować o dawnych zarzutach. – To jednak nie zmienia faktu, że nie miałaś prawa odrywać Daisy od jej rodziny.
‒ Miałam pełne prawo. – Konfrontacja z Conanem nie należała do łatwych, nie tylko z powodu spraw, które przyszło im omówić. Przy nim czuła się mała i bezbronna. Gdyby chociaż nie był tak męski i potężnie zbudowany. – Niall był jedyną rodziną, jaką moja córka miała. Niall i ja.
Sienna zdawała sobie sprawę, że nie jest to zgodne z prawdą. Byli przecież jeszcze jej rodzice, ale odkąd przeprowadzili się do Hiszpanii, rzadko się widywali.
‒ Niall był moim bratem.
‒ Tak, no cóż… Szkoda tylko, że nie pamiętałeś o tym, kiedy jeszcze żył.
Z satysfakcją spostrzegła, że uderzyła w czuły punkt. Widziała, jak Conan zaciska mocno zmysłowe wargi, a jego irlandzkie oczy ciemnieją niczym leśne rozlewisko po zmroku. Nie miała wątpliwości, że przypomniał sobie moment, gdy on, milioner, który mógł mieć wszystko, odmówił własnemu bratu pomocy, gdy ten znajdował się w rozpaczliwej sytuacji finansowej.
‒ Zamierzasz mi to wypominać aż do śmierci? – spytał z pozorną łagodnością, za którą krył się złowieszczy syk.
Sienna spuściła wzrok. Coś jej mówiło, że powinna się mieć na baczności. Walcząc i zrażając go do siebie, narażała się na niepotrzebne ryzyko. A jednak nie potrafiła zapomnieć i wybaczyć tego, o co ją kiedyś oskarżył.
‒ Daj mi spokój, Conan. Nie chcę mieć z tobą nic do czynienia.
Jego wzrok rozpoczął wędrówkę od jej twarzy przez ramiona, aż wreszcie spoczął na małych kształtnych piersiach.
Sienna mimowolnie zadrżała. Brat jej męża był bezwzględnym i pozbawionym skrupułów mężczyzną i szczerze go nie znosiła, nie rozumiała więc, dlaczego nagle poczuła uderzenie gorącej fali rozlewającej się po ciele.
‒ A czy ja kiedykolwiek chciałem mieć do czynienia z tobą? – odparł aksamitnym głosem, z wyraźną jednak drwiną, która nie pozostawiała żadnych wątpliwości, co miał na myśli.
To prawda, nigdy nie chciał mieć ze mną nic wspólnego, pomyślała z niewytłumaczalnym dreszczem, który przeszedł jej po kręgosłupie. Zawsze widziała w nim tylko starszego brata swojego męża, nikogo więcej. Oczywiście w trakcie trwającego dwa i pół roku małżeństwa była świadoma jego licznych zalet. Która kobieta mogłaby tego nie zauważyć? Był przystojny, atrakcyjny i nieprawdopodobnie bogaty. Poza tym należał do tych tajemniczych i skrytych mężczyzn, których trudno było rozgryźć, ale którzy wzbudzali zaciekawienie. Naprawdę musiałaby być ślepa, żeby tego nie dostrzec, ale przecież to Niall był jej miłością. Kochała go tak bardzo, że była gotowa wiele wybaczyć.
‒ Jeśli dobrze pamiętam – zaczął lodowato – byłaś zbyt zajęta łamaniem przysięgi złożonej mężowi i bez mojej pomocy. Nie jesteś w moim typie i nawet gdybyś nie miała kochanka…
‒ On nie był moim kochankiem! Jak zwykle nic nie rozumiesz, poza tym…
Kochałam twojego brata, zamierzała powiedzieć, gdy drzwi do sali otworzyły się gwałtownie. Na korytarz wyszła młoda kobieta w krótkich szortach i fikuśnie zawiązanej pod biustem bluzce. Idąc w stronę toalety, uśmiechała się zachęcająco do Conana, który, aby przepuścić dziewczynę, musiał przysunąć się bliżej do Sienny.
Zesztywniała natychmiast, czując zapach jego wody po goleniu. Nie pomagał także fakt, że był ubrany, jakby dopiero co wrócił ze spotkania na wysokim szczeblu, na którym podejmował decyzje warte miliony funtów. Przy nim, w swoich obcisłych legginsach i lekkiej koszulce na ramiączkach, czuła się niemal naga.
‒ Moja matka musi zobaczyć Daisy – powiedział, gdy znów zostali sami na korytarzu. – Ja również. Mama ostatnio nie jest sobą… ‒ Nie mógł się zmusić, żeby wyznać jej prawdę, jak bardzo martwił się o Avril Ryder. Nie zamierzał błagać. – Obecność jedynej wnuczki dobrze by jej zrobiła. Kiedy widziała ją ostatni raz, Daisy miała zaledwie półtora roku. Zresztą od tamtego czasu nikt z nas jej nie widział.
‒ I myślisz, że możesz, ot tak, przyjechać i zabrać ją ze sobą? Tak po prostu? I że ja na to pozwolę? Ona cię przecież w ogóle nie zna, Conan.
‒ A czyja to wina?
‒ Nie zna cię – powtórzyła, ignorując celną uwagę.
‒ Na litość boską, jestem jej jedynym wujkiem. Nie dałaś nam żadnej szansy, żeby się o tym dowiedziała. Przez trzy lata nie przysłałaś ani jednego zdjęcia, urwałaś kontakt. Wiesz, jak to źle wpływało na Avril? Przypominam: babcię twojej córki. Nie uważasz, że wystarczająco wycierpiała, gdy straciła syna? Przez ciebie straciła także wnuczkę!
‒ Zapominasz, że ja także kogoś straciłam. – Na sekundę zamknęła powieki, ciężkie, jak gdyby przygniecione ciężarem wspomnień. – Straciłam męża. Jednak zamiast współczucia i wsparcia otrzymałam bezlitosne oskarżenia, że to, co go spotkało, to moja wina. Przeze mnie pił, przeze mnie się stoczył i popadł w długi. Chyba rozumiesz, że i bez tych bezpodstawnych zarzutów było mi bardzo ciężko. – Westchnęła ciężko. – Wiem, co o mnie myślisz. Wystarczająco często dawałeś mi do zrozumienia, że Niall nie ożenił się z dziewczyną na swoim poziomie.
‒ Nigdy nic takiego nie powiedziałem!
‒ Nie musiałeś. Wystarczyło, że na każdym kroku krytykowałeś wszystko, co mówiłam, co robiłam. Twoja matka przecież z trudem otrząsnęła się z szoku po tym, jak jej syn poślubił barmankę. I nie miało znaczenia to, że jest to tylko krótki przystanek w mojej zawodowej karierze. Od początku byłeś zdeterminowany, by nie dać mi szansy. Pogardzałeś mną i wcale się z tym nie kryłeś.
‒ Nie jestem odpowiedzialny za odczucia mojej matki, a jeśli chodzi o mnie, wyciągałem wnioski na podstawie tego, co widziałem.
‒ A co takiego widziałeś? Nie licząc mojej domniemanej niewierności.
‒ Dobrze wiesz, o co chodzi. Niall żył ponad stan, a robił to, żeby spełnić twoje oczekiwania. Nie zrobiłaś nic, żeby go powstrzymać.
‒ Tak, oczywiście! – rzuciła z sarkazmem. ‒ Pamiętam, jak powiedziałeś, że doprowadziłam go do ruiny.
Nie zaprzeczył, nie próbował się usprawiedliwiać. Sienna zrozumiała, że nie może liczyć choćby na cień skruchy. Dla Conana była winna wszystkich nieszczęść, które spadły na rodzinę. Przypuszczała, że gdyby nawet przed tragedią poskarżyła się, że Niall pije za dużo, często wpada w szał albo że nigdy nie można przewidzieć jego nastroju, też zostałaby obarczona odpowiedzialnością za taki stan rzeczy.
‒ Nie mogę dłużej rozmawiać. Muszę wracać do grupy na zajęcia. ‒ Nawet po najcięższym treningu nie czuła się tak wyczerpana, jak po krótkiej wymianie zdań z Conanem. – Nie nachodź mnie więcej – dodała, ruszając w stronę drzwi.
‒ Zrobisz to, o co cię poprosiłem, Sienno.
Zatrzymała się i odwróciła ku niemu.
 ‒ Och, czyżby? A jak zamierzasz mnie do tego zmusić? Szantażem? Groźbami? Wymyślisz bajeczkę, że jestem niewydolną matką i będziesz mnie straszył, że zdobędziesz nakaz sądowy, aby mi odebrać córkę? Już raz próbowałeś! – Mówiła głośno i wyraźnie, ale za drapieżną pewnością siebie skrywała lęk, że Conan tym razem może się naprawdę do tego posunąć, że użyje swoich wpływów i pieniędzy, by zabrać siostrzenicę.
‒ Nie przyjechałem tu po to, żeby cię straszyć.
‒ Oczywiście, że nie. Oczekujesz, że oddam ci Daisy, nie robiąc przy tym szumu. Przykro mi, ale moja odpowiedź brzmi: nie. Moja córka nigdzie z tobą nie pojedzie. Nie puszczę jej do tej paszczy lwa.
‒ Myślę, że jednak to zrobisz, Sienno.
‒ A skąd ta pewność?
‒ Uważasz się przecież za dobrą matkę.
‒ I odwołasz się do mojego zdrowego rozsądku?
‒ Nie, do sumienia, kochanie. Jeśli je posiadasz.
Zadarła podbródek.
‒ A ty je posiadasz?
Weszła do sali, zanim Conan zdążył rzucić zjadliwą odpowiedź.
 
Upewniwszy się, że Daisy zasnęła, Sienna ucałowała miękki policzek dziecka i zanim zgasiła nocną lampkę, pogłaskała jeszcze jej kasztanowe, jedwabiste w dotyku loki, wijące się wokół głowy na poduszce.
Ma włosy po Niallu, pomyślała ze wzruszeniem, naciągając kołdrę na pulchne ramionka córki, która tuliła do piersi różowego hipopotama. Daisy odziedziczyła karnację po ojcu, była bardziej podobna do niego niż do Sienny.
Gdy zeszła po schodach na parter, najpierw otworzyła drzwi od ogrodu, wpuszczając do środka dużego kudłatego psa, napełniła miskę karmą, a następnie wzięła się za prasowanie. Zwyczajne rutynowe czynności, a jednak tego dnia nic nie było zwyczajne. Po spotkaniu z Conanem powróciły do niej bolesne wspomnienia z przeszłości. Znów zaczęła rozmyślać o ranach, które wydawały się już dawno zabliźnione.
Miała niespełna dwadzieścia lat, gdy poznała Nialla. Kiedy rodzice sprzedali dom i postanowili wyprowadzić się za granicę, ona zdecydowała się pozostać w Anglii i żyć na własny rachunek, choć oczywiście cieszyła ją perspektywa wakacji w słonecznej Hiszpanii.
Pracowała jako recepcjonistka w lokalnej siłowni, gdy poznała Nialla. Był stałym klientem, a po treningu często przychodził do baru, gdzie pomagała obsłudze, kiedy było dużo gości. Od razu zwróciła na niego uwagę. Był dowcipny, czarujący, trochę zwariowany i nie ukrywał, jak bardzo mu się podoba. Zakochała się po uszy.
Szalony intensywny romans znalazł swój finał w urzędzie stanu cywilnego. Na skromną uroczystość przybyli jedynie jej rodzice oraz matka Nialla, wdowa po cenionym adwokacie. Już podczas ślubu widać było, że o ile Faith i Barry Swann starają się nawiązać życzliwe relacje z nową rodziną córki, o tyle Avril Ryder zachowuje dystans. Sienna od początku wiedziała, matka Nialla ma ją za wyrachowaną uwodzicielkę, która złapała jej najmłodszego syna na dziecko. Z cichą satysfakcją udowodniła teściowej, że myliła się co do niej, bo Daisy przyszła na świat dokładnie rok po ślubie.
Conan także przybył na uroczystość, przerywając jakąś ważną biznesową konferencję, gdzieś w Europie. Podobnie jak matka nie wyglądał na zadowolonego, ale złożył jej życzenia. Wciąż pamiętała chłodny dotyk jego ust na policzku, gdy wypowiadał zdawkową formułkę. Wiedziała, że Niall podziwia starszego brata, ale dopiero gdy go poznała, zrozumiała dlaczego. Conan Ryder mimo młodego wieku odnosił spektakularne sukcesy, był inteligentny, charyzmatyczny i budził respekt. Niall starał się naśladować jego sposób mówienia, zachowania, próbował nawet silić się na zimne opanowanie, które charakteryzowało Conana. Po tym, jak pogrzebał nadzieje matki na kontynuowanie działalności ojca i rzucił studia prawnicze, brat zatrudnił go w swojej firmie na stanowisku dyrektora handlowego. Okazało się, że jest w tym naprawdę dobry. Zarabiał dużo, ale równie dużo wydawał i nie liczył się z kosztami. Nie stronił też od imprezowego stylu życia, przypomniała sobie Sienna, po raz trzeci prasując bluzkę Daisy. Na kilka tygodni przed śmiercią okazało się, że ma poważne problemy finansowe. Zwrócił się o pomoc do brata, ale ten odmówił. Niall był przerażony i dopiero wtedy wyznał jej, jak dramatyczna jest ich sytuacja, jak wielkie mają długi. Może gdyby nie była tak naiwna i ufna, zorientowałaby się wcześniej.
Zarówno Conan, jak i teściowa twierdzili, że to przez jej zachcianki i wymagania Niall popadł w tarapaty. Oskarżali ją, że przez nią pił, co w konsekwencji doprowadziło do tragicznego wypadku.
‒ To nie była moja wina! – wykrzyczała do Conana, tydzień po pogrzebie.– Może gdybyś pomógł mu, gdy błagał cię o pożyczkę, nie upiłby się tak, że nie wiedział, co robi.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 11,90 zł 13,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 10,90 zł 12,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień
Opcje dostawy:
Paczka w ruchu
Płatność online:
4,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Paczka 48 do domu
Płatność online:
11,90 zł
Płatność przy odbiorze:
13,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej
Płatność online:
10,90 zł
Płatność przy odbiorze:
12,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w paczkomacie InPost
Płatność online:
9,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-2 dni
Opcja dostawy:
Mini paczka do domu InPost
Płatność online:
7,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-5 dni
Opcja dostawy:
Przesyłka kurierska InPost
Płatność online:
13,90 zł
Płatność przy odbiorze:
15,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień
Opcja dostawy:
Kurier DPD
Płatność online:
14,90 zł
Płatność przy odbiorze:
16,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Kierunek Bahamy, Wakacje w Prowansji
Autor Heidi Rice, Elizabeth Power
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 27-07-2018
Ilość stron 320
Oprawa Miękka
ISBN 9788327636683

Napisz recenzję