-19%
Każdemu wolno marzyć, Narzeczona z temperamentem Powiększ

Każdemu wolno marzyć, Narzeczona z temperamentem

Caitlin Crews, Cathy Williams

Sierpień 2018

Książka chwilowo niedostępna

14,50 zł

17,99 zł


Oszczędzasz:3,49 zł

Dodaj do listy życzeń

Caitlin Crews - Każdemu wolno marzyć
 
Było niewiele rzeczy, których Maggy Strafford nienawidziła tak bardzo jak szorowania podłogi w kawiarni – może borowania zębów czy wspomnień z dzieciństwa spędzonego w rodzinach zastępczych. A jednak teraz, na czworaka, zmagała się z jakąś niezidentyfikowaną plamą w Coffee Queen, w niewielkiej turystycznej miejscowości Deanville w Vermont, niedaleko jednego z najsłynniejszych kurortów stanu. Potem miała zamknąć lokal.
Po raz pierwszy od chwili, gdy znaleziono ją na poboczu drogi jako dziecko pozbawione pamięci o swojej przeszłości, Maggy pragnęła za wszelką cenę zachować tę posadę, nawet jeśli oznaczało to walkę z brudem w jakimś lokalu w Vermont.
Skrzywiła się na dźwięk dzwonka przy drzwiach, obwieszczającego przybycie jeszcze jednego złaknionego kawy turysty, który najwidoczniej nie zauważył wywieszki z napisem „Zamknięte” czy krzeseł ustawionych na stolikach. Ani samej Maggy, szorującej na kolanach podłogę.
‒ Nieczynne! – zawołała, kiedy wyczuła powiew zimowego powietrza.
Miała ochotę rzucić: „Nie umiesz czytać?”, ale tak zrobiłaby ta dawna pyskata Maggy. Ta nowa była bardziej uprzejma i miła. Dzięki temu miała od pięciu miesięcy pracę.
Pamiętając o tym, uśmiechnęła się, wrzucając ze złością gąbkę do wiadra. Nienawidziła uśmiechać się na zawołanie. Obsługa klientów nigdy nie była jej mocną stroną, ale ta nowa Maggy pamiętała, by nie okazywać prawdziwych uczuć nikomu, zwłaszcza ludziom, których obsługiwała. Należało skrywać wszelkie emocje, jeśli zamierzała utrzymać posadę. Tak właśnie zrobiła teraz, obracając się ku drzwiom.
W tym momencie głupkowaty uśmiech zniknął z jej twarzy jak kamfora.
Ujrzała dwóch potężnie zbudowanych i ponurych mężczyzn w ciemnych garniturach; mruczeli coś do swoich mikrofonów w języku, który nie przypominał angielskiego. Nie zwracając na nią najmniejszej uwagi, przeszli szybko tuż obok. Wiedziała, że musi wstać z podłogi i zrobić cokolwiek, ale instynkt samozachowawczy podpowiadał jej, że należy wiać zamiast stawać z nimi do konfrontacji. I tak właśnie postanowiła zrobić.
W tym momencie jednak do środka wkroczył jeszcze jeden mężczyzna w towarzystwie dwóch kolejnych osiłków z mikrofonami w klapach marynarek. Mieli zimne oczy i wielkie pistolety przy biodrach. Barczyści i niebezpieczni, zajęli pozycję przy oknie.
Trzeci mężczyzna wkroczył w głąb lokalu i stanął po prostu, po czym spojrzał z góry na Maggy wzrokiem groźnego mesjasza.
Maggy nie przepadała za aroganckimi mężczyznami, czy też za mężczyznami w ogóle, zważywszy na to, z czym miała przez lata do czynienia w systemie opieki zastępczej. Poczuła jednak, że jej mechanizm obronny – najpierw rzucić coś złośliwie, a potem zadawać pytania – zawodzi ją całkowicie.
Ponieważ stojący przed nią człowiek był... niezwykły. Jakby to, że wszyscy przed nim klęczą, stanowiło dla niego chleb powszedni. Na dobrą sprawę powinno to od razu wzbudzić w niej odrazę.
Tymczasem poczuła, że serce wali jej o żebra. Wmawiała sobie, że to nic szczególnego. Kolejny mężczyzna, w dodatku zarozumiały. Śmiesznie bogaty, jak tylu innych, którzy zjeżdżali w zimie do tego narciarskiego kurortu. Popisywali się swoimi lśniącymi SUV-ami i oślepiali ludzi bielą zębów. Zajmowali stoliki w najlepszych restauracjach i windowali ceny, gotowi zapłacić za podkoszulek ponad sto dolarów.
Ten facet nie ma w sobie nic niezwykłego, zapewniała się Maggy, patrząc w niego jak w obrazek. Jest taki sam jak inni.
Ale wiedziała, że to kłamstwo.
Był niezwykły.
Zdawał się emanować jakąś mocą czy wrodzoną pewnością siebie. To było coś więcej niż zwykła arogancja, coś więcej niż modna opalenizna, nieskazitelne uzębienie czy samochody najwyższej klasy. Trudno było oderwać od niego wzrok, jakby skupiał całe światło w tym lokalu – w całym mieście, w całej Nowej Anglii – wyłącznie na sobie. I musiała przyznać, że jego widok nie jest odstręczający. Nosił ciemne spodnie, wysokie buty, które kosztowały więcej niż SUV-y, jakimi jeździli amatorzy narciarstwa, i elegancki płaszcz. Mężczyzna był wysoki, miał szerokie ramiona i atletyczną budowę, która dowodziła, że poświęca mnóstwo czasu na ćwiczenie własnej siły i zwinności; znów poczuła ucisk w dołku, i to zdecydowanie przyjemny.
Jednak największe zaskoczenie budziła jego twarz.
Nie był klasycznie przystojnym, bogatym facetem, jak inni, którzy zjeżdżali o tej porze do Deanville w swoich wyszukanych kombinezonach narciarskich. Jego twarz wydawała się bezlitośnie i bezkompromisowo męska. Surowa. Nos przywodził na myśl wizerunki na starych monetach, a widok jego twardych, pozbawionych uśmiechu ust wywołał w jej brzuchu – a nawet jeszcze niżej, jeśli miała być szczera – dziwnie podniecający i uporczywy żar. Jego spojrzenie miało barwę burzy i emanowało przebiegłością. Tak samo aroganckie i wyniosłe jak bezwzględne, zdawało się wzbudzać coś w rodzaju prądu elektrycznego, gdy na nią patrzył. Jakby zawsze oczekiwał uwielbienia ze strony obiektu swego zainteresowania. Jakby i od niej niczego innego nie oczekiwał.
‒ Kim pan jest, u diabła? – spytała ostrym tonem.
Miała wrażenie, że działa pod wpływem instynktu samozachowawczego. Nie obchodziło jej, czy zostanie wywalona z pracy i będzie zalegać z czynszem za swój nędzny pokoik. Nie obchodziło jej, co się stanie; bała się tylko, że to coś dziwnego i gwałtownego, czego w tej chwili doznawała, porwie ją ze sobą.
‒ To doskonałe – oznajmił mężczyzna suchym tonem, który dowodził, że wcale tak nie uważa. – Prostackie i jednocześnie obraźliwe. Moi przodkowie przewracają się w grobie. – Jego głos dowodził wyrafinowania i ogłady, ale w tej jego angielszczyźnie wyczuwało się coś całkowicie innego. Maggy nie chciała się dowiedzieć, co to takiego, choć tego pragnęła. Patrzył na nią, marszcząc nieznacznie swe ciemne, aroganckie czoło. – Dlaczego jest pani blondynką?
Maggy zamrugała i, co gorsza, sięgnęła odruchowo do włosów, które ufarbowała przed trzema dniami na blond, ponieważ uznała ten kolor za bardziej atrakcyjny niż swój naturalny, kasztanowy. W jej sercu zrodziło się nagłe podejrzenie.
‒ Dlaczego pan mi się tak przygląda? – spytała zaniepokojona. – Jest pan stalkerem?
Zbiry przy barze za jej plecami parsknęły cichym śmiechem, ale stojący przed nią mężczyzna uniósł palec wskazujący. Nosił miękkie skórzane rękawiczki, których bałaby się dotknąć swoimi szorstkimi dłońmi; ten jego gest wystarczył. W lokalu zapadła cisza.
‒ Nie wie pani, kim jestem.
Zabrzmiało to jak oskarżenie.
‒ Zdaje pan sobie sprawę – Maggy przysiadła na piętach, zastanawiając się, czy w razie czego może się posłużyć wiadrem i gąbką jak bronią – że każdy, kto zadaje takie pytanie, robi z siebie skończonego dupka.
Uniósł brew, jakby słyszał to słowo po raz pierwszy, jednak błysk w jego oku dowodził, że jest świadomy obelgi.
Maggy żywiła dziwne przekonanie, że ten człowiek nie przywykł do takiego traktowania, i sama była zdumiona, że się na nie odważyła.
‒ Przepraszam. – Jego mroczny głos wibrował w niej, przyprawiając o ucisk w piersiach. – Dupek? Tak mnie pani nazwała?
Uniosła brodę, udając, że nie słyszy nacisku, z jakim wymówił słowo „mnie”.
‒ Kawiarnia jest zamknięta – oznajmiła beznamiętnie. – Proszę zabrać swoich bandziorów i odejść, a na przyszłość radzę pamiętać, że nie potrzeba armii uzbrojonych facetów, żeby zamówić kawę.
Mężczyzna przypatrywał jej się przez chwilę wzrokiem, który przyprawiał ją o dziwny dreszcz. Potem wsunął ręce w kieszenie płaszcza.
‒ Proszę mi powiedzieć... – zwrócił się do niej władczym tonem. – Czy ma pani za uchem małe znamię? W kształcie wykrzywionego serca?
Maggy zrobiło się zimno.
‒ Nie – odparła, choć miała takie znamię. Z trudem się powstrzymała, by go nie dotknąć.
Przyglądał jej się.
‒ Kłamie pani.
‒ A pan przyprawia mnie o gęsią skórkę – odcięła się i wstała z podłogi, znowu świadoma natychmiastowej reakcji jego ludzi, których ponownie uciszył nieznacznym ruchem palca. – O co chodzi? Przypuszczam, że nie o meksykańską latte.
‒ Czy przypadkiem nie ma pani na imię Magdalena?
Maggy pojęła, że ten mężczyzna zna już odpowiedzi na pytania, które zadawał. Fakt, że to robił, budził w niej niemal przerażenie.
‒ Nie – skłamała ponownie. Nie potrafiła wyjaśnić paniki, jaka ją ogarnęła. – Mam na imię Maggy. Żadne zdrobnienie. – Wyjęła z kieszeni dżinsów komórkę i ścisnęła ją mocno. – Jeśli nie wyjdzie pan natychmiast, wezwę policję.
Nie uśmiechnął się, można by pomyśleć, że nigdy tego nie robi, wciąż jednak miał ten błysk w oku, na którego widok utykał jej oddech w krtani.
‒ Obawiam się, że przeżyje pani frustrację i rozczarowanie – oznajmił, jakby jej groźba nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia. Jakby niemal się nią cieszył. – Proszę bardzo, nie będę pani przeszkadzał. Byłoby jednak zaniedbaniem z mojej strony, gdybym pani nie ostrzegł, że rezultat będzie niezgodny z tym, czego pani oczekuje.
Maggy nie potrafiła powiedzieć, dlaczego mu wierzy. Może dlatego, że tak stał, jakby nawykł do tego, że wszyscy widzą w nim dobrze ubrany posąg z granitu.
‒ Wobec tego może pan po prostu wyjdzie? – rzuciła, cały czas czując ten dziwny ucisk w dołku. Miejsce za uchem, gdzie skrywała znamię, paliło ją żywym ogniem. Nie śmiała go jednak dotykać w obecności tego człowieka. – Chcę, żeby się pan stąd zabrał.
On jednak, w tej swojej wyniosłej bezwzględności, nie słuchał jej nawet. Przesuwał po niej przenikliwym spojrzeniem swych szarych oczu, a najdziwniejsze było jej dziecięce pragnienie, by się zasłonić. Co ją obchodziło, że jakiś obcy facet tak na nią patrzy? Nie miała na sobie obcisłego i podkreślającego kształty ubrania.
‒ To nieprawdopodobne. – Jego głos miał burkliwy ton. – Mogłaby pani być jej bliźniaczką, pomijając te okropne włosy.
‒ Nie mam siostry bliźniaczki – odwarknęła Maggy, zaskoczona własną opryskliwością, jak zawsze, kiedy ktoś twierdził, że jest podobna do jego siostrzenicy, przyjaciółki czy kuzynki. W dzieciństwie podsycało to jej nadzieje, ale teraz była starsza i mądrzejsza. Takie komentarze nie robiły na niej wrażenia. – Jestem sama. Znaleziono mnie na poboczu drogi, kiedy miałam osiem lat, i nie pamiętam niczego, co wydarzyło się wcześniej. Koniec.
‒ Och, ale to tylko potwierdza moją teorię – zauważył, a w jego oczach pojawił się twardy błysk satysfakcji.
Zdjął rękawiczki, a gest ten przywodził na myśl jakąś pradawną ceremonię. Maggy nie potrafiła powiedzieć, jak mu się to udało – stał tylko i zdejmował rękawiczki, a mimo to emanował przemożną męskością. Kiedy już to zrobił, ona zaś zadawała sobie pytanie, jakim cudem jego nagie dłonie wydają jej się takie „zakazane”, wyjął z kieszeni smartfon, większy i nowocześniejszy niż jej własny, na którym teraz zacisnęła palce, po czym schowała go z powrotem. Przesunął kilkakrotnie po ekranie i podał jej telefon z nieodgadnionym wyrazem twarzy i tym odwiecznym błyskiem w oku.
Wpatrywała się w jego elektroniczny gadżet jak w gniazdo szerszeni.
‒ Nie chcę tego oglądać – powiedziała, ponieważ przytłaczał ją pod każdym względem, a ona była dość mądra, by nie dać się w nic wmanewrować; nie chciała być ofiarą. Nie wyjaśniało to jednak dziwnego wrażenia, jakie ją ogarnęło. – Niech pan wyjdzie. Natychmiast.
‒ Proszę spojrzeć na zdjęcie.
Nie brzmiało to jak prośba. Nie sprawiał wrażenia człowieka, który kiedykolwiek o coś prosi. Nie obiecał też, że zostawi ją w spokoju, jeśli ona zrobi to, co jej polecił.
Nie miała więc pojęcia, dlaczego wzięła od niego ten przeklęty smartfon ani dlaczego aprobata w jego surowym spojrzeniu... wywołała w niej taką, a nie inną reakcję. Popatrzyła na telefon w swojej dłoni, wciąż ciepły od jego dotyku, co przyprawiło ją o drżenie.
Skupiła wzrok na ekranie i zamarła.
Było to zdjęcie kobiety.
Stała w jakimś pięknym otoczeniu – blask świateł i pradawne kamienie; patrzyła na coś przez nagie ramię, z uśmiechem na ustach. Ciemne kasztanowe włosy miała zebrane w kunsztowny kok i nosiła niezwykłą suknię – długą i przetykaną diamentami.
Maggy – gdyby nie znała prawdy – powiedziałaby, że to właśnie ona jest na tym zdjęciu.
‒ Co to takiego? – wyszeptała, czując łomot serca. – Kto to taki?
Stojący przed nią mężczyzna nawet nie drgnął, a jednak miał w swoim spojrzeniu coś, co zdawało się pochłaniać cały świat.
‒ To Serena Santa Domini – oznajmił zimnym głosem, w którym jednak dosłyszała jakąś satysfakcję. – Znana powszechnie jako Jej Wysokość, królowa Santa Domini, która zginęła przed dwudziestu laty w wypadku samochodowym w Czarnogórze. – W jego wzroku pojawił się błysk, mroczny i nieodgadniony, który jednak uderzył Maggy jak obuchem. – Sądzę, że to była pani matka.
 
Reza Argos, znany powszechnie jako Jego Królewska Wysokość, niepodzielny władca Konstantynii, nie ulegał sentymentom. To było przyczyną upadku jego ojca. Nie zamierzał powielać tego błędu.
Tak czy inaczej, nie ulegało wątpliwości, że jest królem. A to oznaczało, że nie ma miejsca na jakiekolwiek sentymenty w kraju, który był dumny ze swej „przyzwoitości”, pomimo przekazywanych szeptem plotek o wieloletniej kochance jego ojca, o której nikt nie śmiał wspomnieć wprost – zwłaszcza po tym, w jaki sposób umarł. Nikt nie wypowiedział słowa „samobójstwo”. Wydawało się zbyt nieprzyjemne i sugerowało istnienie czegoś mrocznego, czego nikt nie chciał.
Była to paskudna historia. Reza skupiał się na teraźniejszości. Pociągi jeździły punktualnie, ludzie płacili podatki, a siły zbrojne strzegły granic państwa. Władał wraz ze swoim rządem przejrzyście, mając na względzie dobro narodu. Nie uległ szantażowi wyrachowanej kochanki i z pewnością nie zamierzał ryzykować dobra całego kraju. Nie był jak jego ojciec. Co więcej, Konstantynia nie przypominała w niczym swego sąsiada, Santa Domini, z trapiącym go od trzydziestu lat kryzysem społecznym i gospodarczym.
Tylko pozbawiona sentymentów postawa władców zapewniała temu niewielkiemu krajowi dobrobyt, niepodległość i neutralność przez setki lat. W Europie mógł trwać bezustanny chaos, ale Konstantynia opierała mu się skutecznie, podobnie jak problemowi uchodźczemu prześladującemu mieszkańców Santa Domini.
Upadek ojca, który uległ porywom serca, co mogło doprowadzić do kryzysu konstytucyjnego, gdyby nie podjęto odpowiednich kroków, zanim szantaż spowodował rozpad królestwa, nie miał znaczenia. Tylko nieliczni poza rodziną królewską i najwyższymi dostojnikami zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji.
Reza panował skutecznie w swoim maleńkim alpejskim kraju od czasu swego wstąpienia na tron, kiedy miał dwadzieścia trzy lata – po niespodziewanym ataku serca, który rzekomo zabił jego ojca – jako ostatni z długiej linii monarchów domu Argosów. Konstantynia była niewielkim krajem i miała postać dwóch dziewiczych dolin w Alpach. Były one połączone krystalicznie czystym jeziorem w otoczeniu malowniczych wiosek, ośnieżonych szczytów i kurortów narciarskich.
Mieszkańcom podobało się to królestwo i jego nieskazitelność ‒ dziedzictwo minionej epoki, z wszelkimi jednak udogodnieniami dnia współczesnego. To jednak, że ich odwieczny sojusznik i sąsiad, Santa Domini, doznał brutalnego przewrotu wojskowego, kiedy Reza był dzieckiem, a kilka lat później stracił wygnanego władcę i większość królewskiej rodziny, nie wspominając już o uchodźcach uciekających przed brutalnymi rządami... budziło w Konstantyńczykach... niepokój.
Reza nie przejmował się tym, że jego rządy określane są jako „chwiejne”. Musiał poświęcać mnóstwo czasu na borykanie się z sytuacją w sąsiednim kraju, z ojcowskimi błędami, z szantażem, który omal nie doprowadził do wojny, z samobójstwem, które należało zataić przed narodem. Borykał się z koniecznym kłamstwem, z mściwą matką, nawet z koszmarną kochanką ojca. Nikt poza jego najwęższym kręgiem doradców nie wiedział, ile ma na głowie. Sprawy jednak przybierały pozytywny obrót. Rządzący w Santa Domini uzurpator, generał Estes, umarł. Powrót na tron prawowitego władcy przywrócił w regionie spokój.
Jeśli ta stojąca przed nim kobieta była zaginioną i uznaną za martwą księżniczką Magdaleną, to mogło to zmienić też wszystko inne. Ponieważ Reza został zaręczony z księżniczką z Santa Domini w chwili jej narodzin. I choć pochlebiał sobie, że jest wolny od wszelkich sentymentów, które pchnęły jego ojca w ramiona pozbawionej skrupułów kobiety, podejrzewał, że jego poddani spragnieni są królewskiej bajki. Wspaniałe wesele podsyciłoby ich fantazje i ożywiło gospodarkę, przynosząc ogólną satysfakcję, jak za czasów jego dziadka. Zadowolony naród rzadko myśli o rewolucjach.
Kobieta, która przed nim stała, patrzyła na zdjęcie; dostrzegał jej drżenie. Spodziewał się wcześniej okrzyków radości, co byłoby zrozumiałe w przypadku osoby, która wykonywała poślednią pracę, a która była stworzona do wyższych celów niż skrobanie podłogi na kolanach. Włosy koloru słomy podkreślały jej bladość i chudość. W dodatku była pyskata i opryskliwa.
A więc to była ta jego zaginiona od dawna królowa…
 
Cathy Williams - Narzeczona z temperamentem
– Więc… – Leo Morgan-White podał ojcu kieliszek czerwonego wina i usiadł naprzeciw niego.
Harolda prosto z Devon przywiózł pół godziny temu jego szofer. O tej niespodziewanej wizycie powiedział synowi dopiero poprzedniego wieczoru. Pomimo tego nie doszli jeszcze do sedna sprawy i chociaż Leo wiedział, czego dotyczyła, zastanawiał się, dlaczego nie mogła poczekać do weekendu, kiedy to z chęcią odwiedziłby Devon. Jego ojcem kierowały jednak emocje i nagłe zrywy, Leo nie mógł więc wywnioskować, czy sprawa rzeczywiście była tak istotna. Nie podejrzewał, że będzie musiał udać się do Londynu, którego starał unikać za wszelką cenę.
– Za głośno. – Harold uwielbiał narzekać. – Zbyt tłoczno i brudno. Ileż tam sklepów sprzedających głupoty. Tam nie można nawet usłyszeć własnych myśli!
– Co się dzieje? – zapytał Leo, wyciągając się na fotelu. Postawił kieliszek na stoliku obok i splótł palce na brzuchu.
Dostrzegł błysk w oczach ojca, jakby ten miał zaraz wybuchnąć płaczem. Broda mu drżała i oddychał ciężko. Leo wiedział, że lepiej ignorować te sygnały nadchodzącego załamania i skupić się na sprawach istotnych. Harold łatwo wpadał w płaczliwy nastrój.
Leo na szczęście nie odziedziczył tej cechy. Można by śmiało stwierdzić, że tych dwóch nie łączyły żadne więzy krwi – ich temperamenty były całkiem odmienne. Różnili się nawet z wyglądu: syn, wysoki, szczupły, przystojny i śniady po matce hiszpańskiego pochodzenia, ojciec zaś średniego wzrostu, raczej pulchny. Leo zachowywał dystans i zimną krew, podczas gdy Haroldem zawsze targały emocje. Matka Lea zmarła ponad dekadę temu, kiedy ten miał dwadzieścia dwa lata. Została w jego pamięci jako wysoka, przepiękna kobieta, bardzo mądra i sprytna, świetnie zarządzająca rodzinną firmą, którą odziedziczyła w wieku dziewiętnastu lat. Wydawać się mogło, że nie miała z Haroldem wiele wspólnego, a jednak rozumieli się bez słów.
W czasach, kiedy to mężczyźni pracowali, a kobiety dbały o ognisko domowe, w ich rodzinie było zupełnie odwrotnie. Matka prowadziła rodzinny interes, który przeniosła z Hiszpanii, podczas gdy ojciec, uznany pisarz, tworzył w zaciszu ich domu. W tym przypadku przeciwieństwa się przyciągały.
Leo kochał swojego ojca i spojrzał podejrzliwie, kiedy ten ostrożnie wyjął z kieszeni kawałek papieru i przesunął go po stole w jego kierunku. Pomachał ręką i odwrócił wzrok.
– Ta kobieta przesłała mi mejlem to…
Leo spojrzał na kartkę, ale nie sięgnął po nią.
– Mówiłem ci już, żebyś się nie zadręczał, tato. Moi prawnicy już nad tym pracują. Będzie dobrze, musisz być tylko cierpliwy. Może walczyć, ile chce, ale i tak jej się nie uda.
– Po prostu to przeczytaj, synu. Mnie… nie przejdzie to przez gardło.
Leo westchnął.
– Jak ci idzie z nową książką?
– Nie próbuj odwracać mojej uwagi – odpowiedział ojciec ze smutkiem. – Nie byłem w stanie napisać ani słowa. Za bardzo martwiłem się tą całą sprawą, żeby myśleć, jak detektyw Tracey rozwiąże swoją zagadkę. Właściwie to w ogóle mnie to nie obchodzi! Jak tak dalej pójdzie, to chyba nigdy nie wezmę już do ręki pióra. Dla was, ludzi biznesu, to takie proste… dodawanie cyferek i siedzenie przy stołach konferencyjnych…
Leo powstrzymał się od uśmiechu. Miał miliardowe obroty i robił znacznie więcej niż w wyobrażeniach ojca.
– Ona rzuca groźbami – stwierdził roztrzęsiony Harold. – Przeczytaj to. Pisze, że będzie walczyć o prawa do opieki i wygra. Podobno rozmawiała z prawnikiem. Nawet jeśli Sean życzył sobie, żeby Adela została przy tobie, gdyby coś mu się stało, Louise nigdy się na to nie zgodziła, a teraz oboje odeszli. Najgorsze, że Adela może ucierpieć, jeśli zostanie z tą kobietą.
– Ja to wszystko wiem. – Leo wypił swoje wino i podszedł do wielkiego okna, które oddzielało ich od ruchliwego Londynu. Jego mieszkanie znajdowało się na dwóch najwyższych piętrach imponującego budynku z czasów georgiańskich. Zatrudnił najbardziej wziętego architekta, który stworzył elegancką mieszankę tradycji z nowoczesnością, zachowując łuki, kominki i sufity, a zmieniając pozostałe elementy. Przestronny apartament z czterema sypialniami zdobiły bezcenne dzieła sztuki współczesnej, a wystrój utrzymany był w stonowanych odcieniach szarości i beżów. Wnętrze robiło ogromne wrażenie na gościach, ale Leo nie zwracał na nie uwagi.
– Tym razem jest inaczej, Leo.
– Tato – odparł cierpliwie – nie jest. Gail Jamieson chce się przyssać do wnuczki, bo myśli, że to przepustka do mojej fortuny, ale zupełnie się nie nadaje do opieki nad pięciolatką. A już na pewno tak będzie, kiedy moje fundusze przestaną płynąć. A prawda jest taka, że… ja wygram. Nie chciałbym używać do tego pieniędzy, ale jeśli będę musiał, zrobię to. Ona weźmie je bez mrugnięcia okiem, bo jest taka sama jak jej córka: jest pospolitą naciągaczką, która nie stroni od manipulacji na swoją korzyść. Nie muszę chyba przypominać, co sprawiło, że Sean wyjechał do Australii?
Sean, młodszy od Lea o siedem lat, pojawił się w ich życiu w wieku lat szesnastu. Harold zakochał się w jego matce, Georgii Ryder, niecały rok po śmierci swojej żony. Sean, uroczy, złotowłosy chłopiec o niebieskich oczach, od samego początku był leniwy i rozpieszczony. Po ślubie Georgii i Harolda stał się jeszcze bardziej kapryśny i roszczeniowy. Nie przykładał się do nauki i spędzał czas z podobnymi sobie nastolatkami, które lgnęły do niego jak pszczoły do miodu. Wkrótce pojawiły się też narkotyki.
Ojciec Lea niedługo po ślubie przejrzał na oczy i zdał sobie sprawę ze swojego błędu. Nie chciał, żeby ta młodsza o dwadzieścia lat blondynka udawała, że go kocha, podczas gdy uczuciem darzyła tylko jego konto w banku. Chciał w spokoju przeżyć żałobę po ukochanej żonie.
Leo wziął Seana na rozmowę, jednak to niewiele pomogło, a wręcz pogorszyło sytuację. Po dwóch latach porzucił szkołę. Po czterech wplątał się w poważny związek z Louise Jamieson, która należała do jego klubu nieudaczników. Kiedy jego matka miała już za sobą kilka romansów z mężczyznami w swoim wieku, a małżeństwo z Haroldem się rozpadło, rozpoczęła walkę o jak najwyższe alimenty, a Sean przeniósł się do Australii ze swoją żoną w zaawansowanej ciąży.
Wtedy też ojciec Lea się poddał. Przestał pisać i zerwał kontakty z wydawcą, stając się samotnikiem. W tym czasie Georgia, wciąż mając dostęp do jego konta, wydawała krocie na swoje zachcianki: brylanty, konie, samochody i egzotyczne wakacje. Hojnie obdarowywała też syna. Leo, który zajęty był wtedy własną karierą, nie zdążył tego zatrzymać. Kiedy już zakończyła się cała rozwodowa batalia, Harold wyszedł z niej z mocno uszczuplonym kontem i utrzymującym się zastojem twórczym.
Wkrótce potem Georgia zginęła w wypadku we Włoszech, w których wypoczywała za pieniądze wyciągnięte od byłego męża. Gdyby to Leo decydował, Sean nie dostałby niczego, jednak jego ojciec o miękkim sercu wciąż przesyłał pieniądze swojemu byłemu pasierbowi. Dbał o to, żeby jego córka miała wszystko, co mógł zapewnić, i cieszył się z każdej jej fotografii, jaką dostawał. Próbował ich też odwiedzić, ale Sean zawsze miał jakąś wymówkę.
Leo nie zamierzał angażować emocji w tę dziwną walkę o prawa rodzicielskie. Wygra. Zawsze wygrywał. Matce Louise, którą spotkał raz, kiedy odwiedził Australię, najmniej zależało na dobru wnuczki. Była odrażającą kobietą i z pewnością nie miała z nim szans w sądzie.
– Mówi, że nieważne, ile masz pieniędzy, Leo. Twierdzi, że wygra, bo ty nie nadajesz się na ojca dla Adeli.
Leo ucichł i z niechęcią uniósł papier, żeby uważnie przeczytać mejl od pani Jamieson.
– Teraz rozumiesz, o co mi chodzi – powiedział Harold drżącym głosem. – I ta kobieta ma rację. Musisz to przyznać.
– Nic takiego nie przyznam.
– Nie prowadzisz odpowiedzialnego życia. Przynajmniej, jeśli chodzi o wychowanie małego dziecka. Przecież ciągle jesteś w rozjazdach.
– A jak mam kierować moimi firmami? – wtrącił Leo. Przecież ta kobieta o moralności szczura nie miała prawa go krytykować. – Z fotela przy kominku?
– Nie o to chodzi. Rzecz w tym, że ty naprawdę spędzasz połowę czasu za granicą. Przecież to nie będzie dobre dla pięciolatki. Poza tym nie myli się, mówiąc, że… – Zamachał rękami, jakby się chciał wycofać z tego, co powiedział.
Leo zacisnął usta. Wiedział, że jego decyzje co do kobiet nie spotykały się z aprobatą ojca. Harold chciał dla syna stabilizacji i szczęścia u boku miłej, porządnej dziewczyny, która stworzyłaby mu dom. Ale tak się nie stanie. Leo wiedział, jak kończy się słuchanie emocji zamiast rozsądku. Ojciec, który nad życie kochał swoją żonę, po jej śmierci się załamał. Może i są jacyś idioci, którzy wierzą w porzekadło, że lepiej kochać i stracić, niż nigdy nie kochać, ale Leo do nich nie należał.
Harold nie pochwalał jego wyborów, ale od dawna już nie poruszał tej kwestii. Dziś po raz pierwszy od lat wyraził swoje rozczarowanie.
– W ogóle nie wstajesz od papierów. I zawsze jest jakaś… trzpiotka uczepiona twojego ramienia.
– Już o tym dyskutowaliśmy – odgryzł się Leo z irytacją.
– I będziemy dyskutować, synu. – Harold pociągnął nosem. Wyglądał, jakby cała energia została z niego wyssana. Był starzejącym mężczyzną, który utracił wolę życia. – Robisz, co uważasz za słuszne, jeśli chodzi o… kobiety – powiedział cicho. – Wiem, że nie powinienem w to ingerować. Ale teraz nie chodzi tylko o ciebie. Ta kobieta twierdzi, że pod względem moralności nie nadajesz się na opiekuna.
– Zajmę się tym – odparował ponuro Leo, przeczesując włosy palcami.
Teoretycznie mogli po prostu odciąć jej dopływ gotówki. W końcu Sean nie był ich krewnym, jednak Leo uważał, że dziecko nie powinno cierpieć z powodu błędów swoich rodziców. Czuł się odpowiedzialny za ich córkę.
– To najgorszy scenariusz. – Harold pokręcił głową.
– Niepotrzebnie się tym denerwujesz, tato.
– A ty byś się nie przejmował na moim miejscu? Adela jest dla mnie ważna. Nie możemy przegrać.
– Jeśli się nie uda, nie mogę nic więcej zrobić. – Leo bezradnie uniósł ręce. – Nie mogę jej porwać i ukryć do czasu, aż skończy osiemnaście lat.
– Nie, ale jest coś, co możesz zrobić…
– Jakoś ciężko mi sobie wyobrazić, co.
– Mógłbyś się zaręczyć. Nie mówię, żebyś się od razu żenił, ale zaręczył. Przed sądem pokazałbyś, że jesteś odpowiedzialny i może uznaliby cię za dobry materiał na ojczyma dla Adeli.
Leo patrzył na ojca w milczeniu. Zastanawiał się, czy w końcu oszalał ze zgryzoty.
– Mógłbym się zaręczyć…?– Pokręcił głową z niedowierzaniem. – Może mam kupić odpowiednią kandydatkę w butiku?
– Nie bądź głupi, synu!
– W takim razie nie nadążam za tobą.
– Powinieneś się pokazać jako stały, godny zaufania, normalny człowiek z poważną i odpowiednią kobietą u boku i nie rozumiem, dlaczego miałbyś tego nie zrobić. Dla mnie. Dla Adeli.
– Poważną i odpowiednią kobietą? – prychnął Leo. Nigdy nie szukał tych cech w kobietach. Wolał raczej te frywolne i niestosowne. Bez zobowiązań. Nawet jeśli leciały na jego pieniądze, nie przeszkadzało mu to. Nie zamierzał się z nimi żenić. Znikały z jego życia tak szybko, jak się w nim pojawiały.
– Samanta – rzucił jego ojciec.
– Samanta… – powoli powtórzył za nim Leo.
– Mała Sammy Wilson – dopowiedział Harold. – Wiesz, o kim mówię. Byłaby idealna do tej roli!
– Chcesz, żebym wciągnął Samantę Wilson w tę maskaradę, żeby zdobyć prawa rodzicielskie?
– To ma sens.
– Dla kogo?
– Nie bądź nieuprzejmy, synu – zganił go ojciec.
– A ona o tym wie? Czy uknuliście już we dwoje spisek za moimi plecami? – Leo był zszokowany.
– Nic jej nie mówiłem – przyznał Harold. – Wiesz, że przyjeżdża do Salcombe tylko w weekendy.
– Nie, nie wiem. Niby skąd miałbym to wiedzieć?
– Będziesz musiał z nią o tym porozmawiać. Masz taki dar przekonywania i na pewno uda ci się go użyć. Przecież nigdy nie proszę cię o przysługi. Przynajmniej to mógłbyś dla mnie zrobić. Chciałbym, żeby Adela była bezpieczna, z dala od tej wariatki Gail. Drżałbym o nią do końca życia…
– Gail może i nie jest idealna, ale czy ty aby trochę nie przesadzasz?
– I skazałbyś biedne dziecko na życie z taką kobietą? – Harold zignorował słowa syna i spojrzał mu w oczy ze smutkiem. – Oboje znamy plotki na jej temat… Nie mogę cię do niczego zmusić, ale tak bardzo się boję, że… Po co miałbym żyć?
 
Samanta weszła do mieszkania, które wynajmowała, jakieś pół godziny temu. Usłyszała przenikliwe brzęczenie dzwonka do drzwi i skrzywiła się z irytacją. Miała za dużo do zrobienia, żeby marnować czas na akwizytorów. Albo, co gorsza, na wizytę sąsiadki z góry, która zwykła zjawiać się o tej porze bez zapowiedzi na lampkę wina. Samanta nie miała serca jej wyrzucać i spędziła już wiele godzin na słuchaniu o jej sercowych rozterkach. Ale dziś po prostu miała za dużo roboty. Musiała sprawdzić zadania domowe swoich uczniów, przygotować lekcje i wypełnić tonę papierów. Nie mówiąc już o banku, który od trzech miesięcy dopominał się o spłatę rat kredytu hipotecznego. Jednak ktokolwiek to był, nie zamierzał się poddać zbyt ławo, wciąż przyciskając dzwonek. Odsunęła zeszyty na bok i wstała, zastanawiając się, jak odmówić gościowi, zależnie od tego, kto to był. Uchyliła drzwi i szczęka jej opadła. Dosłownie. Wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia, bo ostatnią osobą, którą spodziewałaby się tu zobaczyć, był on.
Stał przed nią, swobodnie opierając muskularne ciało o framugę drzwi, z dłońmi włożonymi do kieszeni kaszmirowego płaszcza. Ostatni raz widziała Lea Morgan-White’a kilka tygodni temu. Kiwnął do niej głową, pośród tłumów w salonie posiadłości jego ojca, gdzie co roku organizowane było przyjęcie świąteczne dla lokalnej społeczności. Nawet nie zamienili ze sobą ani słowa. Towarzyszyła mu długonoga brunetka, ubrana dosyć skąpo jak na środek zimy, czym skupiała na sobie uwagę wszystkich mężczyzn.
– Przyszedłem nie w porę?
 
Złapał przynętę. Harold użył sprytnego fortelu, zasłaniając się swoim zdrowiem i widmem nawrotu depresji, żeby przekonać Lea. Oczywiście zależało mu na Adeli i nie chciał, żeby Gail miała na nią wpływ, jednak dopiero argument o słabym zdrowiu przekonał jego syna. Dwa dni później stał przed swoją potencjalną narzeczoną, ubraną w jakiś nudny, szary zestaw i idiotycznie kolorowe kapcie.
– Leo? – Sammy zamrugała i zaczęła się zastanawiać, czy nie ma halucynacji pod wpływem stresu. – Czego chcesz? Skąd wiesz, że tu mieszkam? I co tu w ogóle robisz?
– To sporo pytań i odpowiem na nie, jeśli tylko zaprosisz mnie do środka.
Sammy zbladła, kiedy w jej głowie pojawiła się nagła myśl.
– Coś się stało? Wszystko dobrze z twoim tatą? – Trudno jej było poskładać myśli przy tym zabójczo przystojnym facecie. Był taki… przytłaczający.
Wysoki, seksowny niczym rozpustny pirat, zawsze wyróżniał się na tle męskiej populacji. Sądząc po ilości kobiet, jakie pojawiły się u jego boku przez te lata, nie była jedyną, która tak uważała. Jednak w przeciwieństwie do nich, nie pozwalała się ponieść emocjom.
Wciąż się wstydziła tego, co zaszło wiele lat temu. Poszła wtedy na imprezę w „wielkim domu”, jak mieszkańcy wioski nazywali rezydencję Morgan-White’ów na wzgórzu. Rezydencja pełna była gości świętujących urodziny Lea. Bóg tylko wiedział, dlaczego ona też dostała zaproszenie. Nie chciała iść, ale przekonało ją to, że kilka innych osób z okolicy też było na liście gości. Długo dobierała właściwą sukienkę. Zobaczyła go w ogrodzie, a on pojawił się u jej boku i długo rozmawiali. Była w siódmym niebie, kiedy podeszła do niej jakaś wysoka blondynka.
– Robisz z siebie idiotkę – wysyczała do niej, lekko wstawiona. – Nie widzisz, że Leo nigdy, przenigdy się tobą nie zainteresuje? Może dorastaliście razem, ale jesteś biedna, gruba i nudna. Wystawiasz się na pośmiewisko.
Wtedy jej oczarowanie Leem zniknęło. Odtąd zawsze trzymała się z boku, a jego podejście do kobiet wydało jej się odrażające. Podrywał je, a kiedy już mu się znudziły, rzucał bez mrugnięcia okiem.
Sammy, niepoprawna romantyczka ceniąca rodzinne wartości, zastanawiała się, jak w ogóle mogła się zachwycać kimś takim jak on. Ostatecznie była młoda, a on – zabójczo przystojny.
– Miewa się lepiej. Zaprosisz mnie, czy będziemy rozmawiać przez drzwi?
– No dobrze, wejdź.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 11,90 zł 13,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 10,90 zł 12,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień
Opcje dostawy:
Paczka w ruchu
Płatność online:
4,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Paczka 48 do domu
Płatność online:
11,90 zł
Płatność przy odbiorze:
13,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej
Płatność online:
10,90 zł
Płatność przy odbiorze:
12,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w paczkomacie InPost
Płatność online:
9,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-2 dni
Opcja dostawy:
Mini paczka do domu InPost
Płatność online:
7,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-5 dni
Opcja dostawy:
Przesyłka kurierska InPost
Płatność online:
13,90 zł
Płatność przy odbiorze:
15,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień
Opcja dostawy:
Kurier DPD
Płatność online:
14,90 zł
Płatność przy odbiorze:
16,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Każdemu wolno marzyć, Narzeczona z temperamentem
Autor Caitlin Crews, Cathy Williams
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 10-08-2018
Ilość stron 320
Oprawa Miękka
ISBN 9788327636690

Napisz recenzję