Susan Stephens - Kolacja z Sycylijczykiem
Co?! Dobry Boże…
Luka myślał, że już nic nie może okazać się gorsze od pogrzebu młodszego brata. A jednak… ich ojciec swymi najnowszymi rewelacjami zdołał przyćmić nawet i to.
Klnąc jak szewc, zatrzasnął za sobą drzwi do gabinetu ojca. Odciął się tym samym od niekończącej się procesji żałobników, którzy zjechali na Sycylię, by okazać lojalność wobec klanu Tebaldich. Bardziej chyba przez to niż z powodu żałoby po tragicznej śmierci nieokrzesanego Raula w niedorzecznym wypadku samochodowym. Ród Tebaldich był od tysiąca lat uważany za niekoronowanych władców Sycylii. W dniach takich jak ten Luka bardziej intensywnie odczuwał to, że porzucił swoją ojczyznę i tradycje rodzinne.
Uroczystości pogrzebowe odbywały się na ich prywatnej wysepce, nieopodal Sycylii. Luka już jako młodzieniec zbuntował się przeciw stylowi życia ojca i brata, uważając świat klanów i sycylijskiej mafii za koszmarny przeżytek. Swój sukces oparł wyłącznie na legalnych posunięciach w biznesie, do którego, jak się okazało, miał niebywałą smykałkę. Przy każdej okazji błagał ojca i Raula, by zmienili swe postępowanie, póki nie jest za późno. I cóż z tego, że miał rację?
‒ Gdybym się musiał martwić wyłącznie długami karcianymi Raula… ‒ Starszy człowiek, którego jego świat nadal nazywał Donem Tebaldim, opadł bezsilnie na skórzany fotel.
‒ Cokolwiek trzeba wyprostować, wszystko wyprostuję… nie musisz się o nic martwić – oświadczył Luka. Z pewnością nie zgadzali się na żaden temat, ale jednak płynęła w nich ta sama krew.
‒ Tego nie dasz rady odkręcić nawet ty – wysapał ojciec. Nigdy przedtem nie wyglądał na tak zmarnowanego i pokonanego. – Jakby mało było hazardu, Raul uznał za stosowne przepisać wszystko, co miał, na jakąś dziewczynę, którą poznał w londyńskim kasynie.
Luka nie okazywał po sobie niczego, lecz wewnątrz wszystko w nim wrzało. Jego młodszy brat był nałogowym hazardzistą i całkowicie się od niego zdystansował. Kiedy widzieli się ostatni raz, powiedział, że i tak nigdy się nie zrozumieją.
‒ Ja wkrótce przenoszę się na Florydę – kontynuował ojciec – więc to istotnie ty pojedziesz do Londynu posprzątać po Raulu. Zresztą… kto lepiej nadaje się do tej roli jak nie ty ze swoim głęboko moralnym, krytycznym podejściem do życia?
Brzydki grymas na twarzy Dona Tebaldiego ujawniał pogardę dla obu synów. Jednego – zbyt słabego, drugiego – rzec by można, zbyt silnego.
Luka od dawna nie potrafił zrozumieć, jak rodzic mógł żywić taką nienawiść do własnych dzieci. Przypatrywał się ojcu, po którym dopiero teraz zaczynało być widać podeszły wiek. I na nim wreszcie powoli będzie się mściło wieloletnie życie pełne ekscesów i brak umiaru w czymkolwiek. Współczuł mu, choć nigdy nie byli sobie bliscy. Patrząc zaś na sytuację praktycznie, Lukę – dzięki szczęśliwej passie w interesach – stać na krótką przerwę i załatwienie sprawy brata.
‒ To wszystko by się nie stało, gdybyś to ty się przyłączył do rodzinnego interesu – gderał starszy pan, ukrywszy twarz w dłoniach.
‒ Obaj dobrze wiemy, że „rodzinny interes” nigdy nie był opcją dla mnie. I nigdy nie będzie.
Don Tebaldi podniósł głowę i posłał Luce zawzięte, nienawistne spojrzenie, tak dobrze znane obu braciom od wczesnego dzieciństwa.
‒ Nie zasługujesz na moją miłość – wycedził. – Nie jesteś wart, by być mym synem. Raul był słabeuszem, ale ty jesteś jeszcze gorszy, bo masz tyle siły, że mógłbyś na nowo rozsławić nasz ród… Ale jesteś wyłącznie upartym głupcem.
Luka ignorował zaczepki ojca, myśląc już tylko o wyjeździe do Londynu. Przywykł do nich od małego. Don Tebaldi na okrągło powtarzał swoim synom, że nie byli go godni, bo żaden z nich nie odziedziczył po nim instynktu zabójcy. Tak jakby powinni się tego wstydzić i żałować.
‒ Bo nie robię tego, co mi każesz? – zagadnął uprzejmie.
‒ Owszem. A Raul… ‒ Ojciec wzdrygnął się z obrzydzeniem.
‒ Raul, ojcze, zawsze starał ci się przypodobać…
No to mu się nie udało! – wykrzyknął stary Tebaldi, waląc przy tym pięścią w stół.
Luka ostatnio zbyt długo nie angażował się w historie rodzinne, pochłonięty swymi nowymi projektami charytatywnymi. Teraz żałował, że aż tak bardzo wypadł z obiegu, zaniedbał Raula… Żałował też, że ojca nie stać na jakiekolwiek inne emocje poza nienawiścią w czystej postaci. Był gotów nawet okazać mu współczucie, lecz mina i gesty Don Tebaldiego wykluczały wszelkie formy normalnego ludzkiego kontaktu. Nie wspominając już o więziach rodzinnych.
‒ A teraz… zostaw mnie! – zagrzmiał starszy pan. – Nie masz nic pozytywnego do zaproponowania, to się wynoś!
‒ Nigdy. Rodzina jest najważniejsza, ojcze, czy stanowię część interesu rodzinnego, czy nie… ‒ odpowiedział z przekąsem Luka.
 ‒ Jaki tam… interes rodzinny! Dzięki twemu bratu nie pozostało już nic! Jestem tu skończony! – Wielki szef zaczął nagle szlochać niczym mały chłopiec.
Luka odwrócił się taktownie, by przeczekać kolejny groteskowy wybuch. Ani ojciec, ani Raul nie potrafili zaakceptować, że na swój sposób zawsze ich tolerował i kochał.
Człowiek wyglądający na wymarzonego następcę tronu imperium, którym przez ponad pięćdziesiąt lat władał żelazną ręką Don Tebaldi, Luka Tebaldi, prezentował się jak rzymski gladiator: niesamowicie przystojny, ponad metr dziewięćdziesiąt, mięśnie ze stali, spojrzenie wojownika, pozornie: urodzony, by rządzić. Tymczasem był to erudyta o intelekcie genialnego uczonego, który dzięki swej żelaznej konsekwencji stworzył całkowicie legalną korporację z dala od popadającego w ruinę mafijnego imperium ojca. Dodatkowo, nieokiełznany seksapil czynił Lukę superatrakcyjnym dla wszystkich kobiet. Młody Tebaldi jednak i na to potrafił się uodpornić, chociaż jego nieżyjąca matka, piękna i namiętna Włoszka, zaszczepiła mu uwielbienie dla „słabszej” płci.
‒ Jak mogłeś nie wiedzieć, co się dzieje z Raulem, skoro obaj macie nieruchomości w Londynie? – Po chwili przerwy starszy pan wznowił atak.
‒ Nie spotykaliśmy się za często. Czy jest coś jeszcze, co powinienem wiedzieć, zanim udam się do Anglii? – Luka postanowił skupić się wyłącznie na konkretach.
Ojciec wzruszył niechętnie ramionami.
‒ Raul wszędzie miał długi. Zostawił kilkanaście nieruchomości, wszystkie mają obciążone hipoteki. Ale martwi mnie wyłącznie jego fundusz powierniczy. Bo ona go dostanie!
Fundusz wart miliony. Jedyne źródło pieniędzy, którego Raul nie mógł roztrwonić, bo miał doń zyskać dostęp dopiero w swe trzydzieste urodziny. Za pół roku…
‒ Czy wiemy cokolwiek o tej dziewczynie?
‒ Wystarczająco dużo, by ją zniszczyć! – ożywił się Don Tebaldi.
‒ To nie będzie konieczne, ojcze. Raul z pewnością nie spodziewał się nagłej śmierci, a zatem prawdopodobnie spisał ten testament pod wpływem chwili. Pewnie gdy się o coś akurat poróżniliście. Z czasem sam by go zmienił.
‒ Bardzo pocieszające! Zwłaszcza teraz… I co zamierzasz z tym zrobić?
‒ Przede wszystkim chciałbym, żeby Raul żył.
‒ Wedle twoich zasad? Ciężko pracować i ufać bliźniemu, który ma cię w nosie. Wolałbym nie żyć, niż żyć tak jak ty!
‒ Na razie to Raul nie żyje.
Luka chwilowo miał dość wysłuchiwania mądrości ojca. Marzył już o tym, by zamknąć się gdzieś, zebrać myśli i powspominać lepsze czasy. Raul nie zawsze był słabeuszem i kryminalistą. Jako dziecko był ufny i radosny. Luka pamiętał go jako bardzo żywiołowego urwisa, który robił wszystko, by być akceptowanym przez starszego brata i jego kolegów. Wcześnie pływał, nurkował, szalał na rowerze. Kiedy Luka z przyjaciółmi powoli wyrastali z kompletnej dzikości, Raul pozostał pasjonatem ryzyka. Tak też zginął, w zderzeniu czołowym dwóch aut, bo na sam koniec swego tragicznie krótkiego życia wstąpił do gangu organizującego wyścigi uliczne samochodów.
‒ Tak! Czasami myślę, że gotów był zrobić wszystko, by mnie dobić! – zagrzmiał ojciec i chwycił bezmyślnie groźnie wyglądający nóż do papieru, leżący przed nim na biurku. Zdawało się, że za chwilę wbije go w rozłożony tam dokument, który mógł być wyłącznie testamentem Raula.
‒ Mogę zobaczyć jego ostatnią wolę, zanim ją zniszczysz?
‒ Proszę bardzo, nie krępuj się. Prawnik Raula odwiedził mnie tuż przed pogrzebem. Udawał coś… ale oczywiście chodziło mu wyłącznie o pieniądze.
‒ Nie ma go o co winić. Raul zazwyczaj nie płacił na czas. A teraz już na pewno nic nikomu nie zapłaci.
‒ Nie rozumiesz, Luka. Wizyta prawnika miała być ostrzeżeniem, żebym nie zrobił nic z tym testamentem, bo wszyscy wyczuli już kasę.
‒ Raul miał prawo robić, co chciał. Dokument sprawia wrażenie bardzo precyzyjnego. Ta dziewczyna musiała wiele dla niego znaczyć.
‒ Nie wierzę! Pewnie jakaś podstawiona spryciara. Przez idiotyczne postępowanie Raula rodzina Tebaldich straciła władzę i wpływy, ale nadal mamy wrogów. Mówię ci, że ktoś ją podstawił!
‒ Czy została powiadomiona o śmierci Raula?
‒ Kazałem prawnikowi na razie się wstrzymać. Z mediów też się nie dowie, bo wiadomość o śmierci twojego brata z pewnością nie pojawi się w międzynarodowych serwisach. A więc… masz fory, jedź do Londynu, i rób, co trzeba!
Podczas gdy ojciec znowu się ożywił, węsząc zbliżające się porachunki, Luka starał się zapanować nad ogarniającym go przygnębieniem. W ostatnim czasie widywali się z Raulem sporadycznie i zupełnie się od siebie oddalili. Młodszy brat coraz bardziej pogrążał się w długach i hazardzie, coraz bardziej naśmiewał się ze sposobu życia Luki. Na ostatnim spotkaniu wydawało się, że dojdzie do jakiejś rozmowy, lecz ostatecznie Raul nie odważył się zaufać Luce. Może wbrew pozorom w rozwikłaniu zagadki pomoże dziewczyna z Londynu.
‒ Co w ogóle wiemy o tej kobiecie?
‒ To szara mysz. Nie sprawi ci żadnych kłopotów. Mieszka sama, nie ma pieniędzy ani rodziny. Nie wygra z nami.
‒ Tak ci powiedział ten prawnik?
‒ Mam jeszcze swoje własne kanały. Ta pani pracuje w Domu Aukcyjnym Smithers & Worseley, zajmującym się głównie drogimi kamieniami szlachetnymi. Takimi, jakie sam zbieram. Parzy tam herbatę i ściera kurz z obrazów, ale też podobno coś studiuje. Jak widzisz, nie traciłem czasu dziś rano. Pogadałem sobie z panem prezesem, w końcu jestem cenionym klientem…
Gdyby Luka nie znał swego ojca na wylot, mógłby się poczuć nieco zaszokowany, wiedząc, czym tatko był prawdziwie pochłonięty w dzień pogrzebu młodszego syna. Jednak skupił się na tym, by wykorzystać dobrze wszystko, co usłyszał. Don Tebaldi, gdy chodziło o kamienie, był jak sroka. Albo małe dziecko. Swe bezcenne kamyki trzymał ukryte gdzieś na wyspie… Powoli w głowie Luki rodził się pewien plan. Bo szczęśliwie przypomniał sobie, że czytał właśnie o pewnym „przeklętym” klejnocie, który wkrótce będzie sprzedawany w Londynie.
‒ Ta dziewczyna ma jeszcze jedną pracę, pracuje w ekskluzywnym barze przy kasynie, w którym grywał twój brat – opowiadał dalej ojciec. – Pewnie tam namierza klientów z kasą!
‒ Tego nie wiemy, ojcze. ‒ Lukę interesowały wyłącznie fakty. Poza tym wątpił, by jakakolwiek rozsądna kobieta zainteresowała się nałogowym hazardzistą. – Zobaczymy, jak ją odnajdę. Mówisz, że to szara mysz, ale na to również nie mamy dowodu. Tak czy siak, wkrótce będzie bardzo bogatą myszką… Przeszłość…
‒ Co mnie obchodzi jakaś przeszłość? Zwłaszcza gdy będę już na Florydzie. Sam jestem już przeszłością… A ty, Luka, bierz się do roboty. I uwiedź tę dziewuchę, jeśli będzie trzeba! – Starszy pan znów mocno się ożywił.
‒ Mam lepszy pomysł – zbył go syn, nie zamierzając uczestniczyć w chorych fantazjach starzejącego się ojca.
‒ To mów!
‒ Mamy sześć miesięcy do czasu, gdy fundusz będzie dostępny. Ona też wcześniej nie sięgnie po pieniądze. A na wypadek, gdyby prawnik miał do tej pory jakiś przebłysk dobroci…
‒ …przywieziesz ją tu na wyspę!
‒ Takie właśnie wydaje się najbardziej oczywiste rozwiązanie.
‒ Ale jak zamierzasz ją przekonać?
‒ Dzięki tobie… kupisz kolejny kamień do swej kolekcji…
Don Tebaldi powoli się rozchmurzał.
‒ Luka, jesteś genialny. Ale… obiecaj mi, że po drodze trochę się zabawisz. Życie nie składa się z samych obowiązków, zmartwień i zasad. Może ta dziewczyna okaże się całkiem ładna, a jest nam coś winna za stres, który wywołała.
Luka, całkowicie zdegustowany, powstrzymał się jednak od komentarza.
Czas było wyruszyć na polowanie… na szarą myszkę.
 
‒ Dzisiejsza noc to jedna jedyna taka noc w roku, Noc Retro! – wykrzykiwał przez mikrofon Jay-Dee, który zazwyczaj, podobnie jak Jen, obsługiwał klientów kasyna.
Na jedną noc w roku zamieniał się jednak w niepowtarzalnego Mistrza Ceremonii dorocznej imprezy charytatywnej. Był wtedy w swoim żywiole i wszyscy naprawdę go kochali, bo i na co dzień miał w sobie coś z prawdziwego aktora, niesamowitą werwę, ciepło i pozytywną energię.
Dla Jen jej znajomi z kasyna stanowili radosną, barwną odskocznię od uporządkowanej i poukładanej, szarej codzienności. Na co dzień, jeśli nie tkwiła godzinami w pogrążonym w ciszy domu aukcyjnym, to ślęczała nad książkami w malutkiej wynajętej klitce, gdzie ucząc się, musiała zawsze trzymać nogi na elektrycznym kaloryferze, co zresztą ratowało ją od nabawienia się odmrożeń. Studiowała gemmologię, naukę o kamieniach szlachetnych, chcąc w ten sposób kontynuować tradycję rodzinną po matce, która była znanym ekspertem od kamieni. Mama zaraziła swą rzadką pasją córki, gdy były jeszcze całkiem małe. Opowiadała im na okrągło niesamowite historie o skarbach ukrytych głęboko w ziemi, tak że młodsza Lidia dorastała, domagając się biżuterii do każdego stroju, a starsza Jen cały czas chciała czytać tylko na ten jeden temat. Dziewczynki nigdy nie wyzwoliły się z magii kamieni, zawsze wydawało im się, że gdzieś głęboko pod nimi znajdują się cenne minerały czy nawet diamenty.
Ale tak naprawdę to jedynie praca w kasynie dodawała życiu Jen jakiegokolwiek kolorytu, a może nawet zastępowała utracone życie rodzinne. Dziewczyny straciły rodziców w wypadku samochodowym, gdy Jen skończyła osiemnaście lat. Opieka społeczna chciała umieścić Lidię w odpowiednim ośrodku, lecz wtedy starsza siostra, przezwyciężywszy szok, zawalczyła o zatrzymanie jej przy sobie. Rodzice dziewcząt dali im tak wzorcowy przykład szczęśliwego domu rodzinnego, że postanowiła w ten sposób, niejako im w hołdzie, za wszelką cenę utrzymać Lidię przy sobie i kontynuować prowadzenie normalnego gospodarstwa domowego. Oczywiście początkowo urzędnicy upierali się, że nie powierzą osiemnastolatce pieczy nad parę lat młodszą nastolatką, jednak ostatecznie upór Jen się opłacił. Zabiorą ją do ośrodka dopiero po moim trupie! – myślała. – Tylko los może nas rozdzielić…
I tak się niestety stało…
‒ Sięgajcie do portfeli! – Przenikliwy głos Jay-Dee przywołał Jen do rzeczywistości. – Przecież wiem, że chcecie! Cele dobroczynne czekają na wasze wsparcie! Pamiętajcie, że sami pewnego dnia możecie potrzebować pomocy! Sięgajcie głęboko!
Spojrzenie i gorączkowe gesty Jay-Dee oznaczały, że zbliżał się nieubłaganie czas wejścia Jen na scenę.
‒ No i co mi dacie za tego pulchnego króliczka… Jesteście gotowi?
‒ O rany! – zaśmiała się nieoczekiwanie Jen. – Jak mam po takim wstępie wejść spokojnie na scenę?!
‒ Z charakterem – doradziła jej z uśmiechem Tess, stojąca obok niej menedżerka kasyna.
‒ Czy Jay-Dee naprawdę musi wprowadzać widownię w aż tak niezdrową ekstazę? Nigdy bym się nie zgodziła na te wygłupy, gdyby nie nasz zbożny cel…
Charytatywne, „zbożne” cele były wyjątkowo bliskie sercu Jen. To właśnie wolontariusze wsparli ją, gdy zmarła Lidia. Ktoś towarzyszył jej nieustannie od pierwszej chwili, gdy zobaczyła siostrę w śpiączce na OIOM-ie, aż do chwytającego za serce nabożeństwa żałobnego.
‒ Gdyby nie pieniądze na dobroczynność, nigdy bym nie pozwoliła temu sadystycznemu magikowi od gorsetów zamknąć się w tej uprzęży ani umocować pompona na tyłku! – gderała dalej pod nosem, w myślach zadedykowawszy już najbliższą godzinę pamięci swej siostry, która z pewnością, gdyby żyła, siedziałaby teraz na widowni i świetnie się bawiła.
‒ Im więcej wywołasz podniecenia, tym więcej kasy nam spłynie – oświadczyła bezlitośnie zawsze bardzo praktycznie nastawiona do życia Tess, chwilowo przebrana w toporny, kanciasty męski garniturek w stylu lat czterdziestych ubiegłego wieku, wzbogacony wielką muchą. – A kiedy znajdziesz się w świetle reflektorów, jak zwykle sama też zaczniesz się dobrze bawić. Poza tym powinnaś być dumna ze swych pięknych kształtów.
‒ Przynajmniej ze sceny nie widzę mężczyzn, którzy licytują, by wygrać obiad w moim króliczym towarzystwie… jeśli w ogóle ktoś już licytował…
‒ Licytowali, licytowali… a teraz zmykaj na scenę i wypinaj cycki!
Jen wiedziała, że nie da się dalej opóźniać idiotycznego występu.
 
 
Tara Pammi - Serce nie sługa
Melisa z Los Angeles, pracownica banku...
Chloe z eleganckiego klubu na Manhattanie...
Kelnerka z koktajlbaru...
Mia Rodriguez patrzyła na ekran komórki, czując w krtani gorycz żółci.
Lista romansów jej męża ciągnęła się w nieskończoność.
Warkot czerwonego sportowego wozu przypominał niewyraźne echo, kiedy oddalała się od wygłodniałej hordy reporterów.
Konferencja prasowa, podczas której miała ogłosić koniec swojej kariery sportowej, przerodziła się błyskawicznie w istny cyrk, którego głównym numerem była niewierność Briana. Od jego śmierci upłynął już rok, a on wciąż ją prześladował.
Dotknęła drżącymi palcami ekranu.
„Brian był nienasycony, jeśli chodzi o seks...”
„Zawsze dawał mi do wiwatu...”
„Jego żona, Mia, miała czas tylko na futbol, nic więc dziwnego, że chciał ode mnie tego, czego nie dostawał od niej...”
‒ Wyłącz to.
Zacisnęła powieki. Łzy przyniosłyby ulgę; oznaczałyby, że czuła coś do mężczyzny, którego kiedyś poślubiła.
„Mia Rodriguez nie wystarczała swojemu mężowi”. – W jej umysł wdzierał się głos gospodarza programu.
‒ Wyłącz to draństwo!
Wóz gwałtownie zahamował, a Mia poleciała w stronę tablicy rozdzielczej i sapnęła gwałtownie, czując ucisk pasów na piersi. Wielka dłoń chwyciła jej komórkę i rzuciła na tylne siedzenie.
‒ Popatrz na mnie!
Podniosła wzrok, kiedy chwycił ją za podbródek.
Spojrzenie niebieskich oczu pozbawiło ją tchu. Orli nos, szerokie śmiejące się usta, twarz, która przyprawiała o omdlenie kobiety na całym świecie. Taki mężczyzna i tak blisko...
Nie byle jaki. Książę.
Nikandros Drakos.
Nieustraszony książę Drakonu, drugi w kolejce do tronu, wielbiciel sportów ekstremalnych i seksowny jak grzech...
Chcąc się wyswobodzić, objęła jego nadgarstek. Pokryta ostrymi włosami skóra otarła się o opuszki jej palców... Ten dotyk wyrwał z głębokiego snu każdą komórkę jej ciała.
Popatrzyła na jego drugą dłoń na kierownicy i dostrzegła zegarek, Patek Phillipe. Zegarek sportsmena. Też taki dostała, kiedy jej drużyna zdobyła przed czterema laty mistrzostwo świata, a Nikandros wciąż był właścicielem zespołu.
Powędrowała spojrzeniem w górę, ku szerokim ramionom i długim ciemnym włosom zakręconym przy kołnierzu...
‒ Przestań słuchać tych koszmarnych i żenujących wywiadów.
Zamrugała i odwróciła wzrok.
Wydawał się w ciasnym wnętrzu samochodu przytłaczająco męski i zbyt bliski. Był przyjacielem Briana, a ona żywiła do niego odrazę, ponieważ jej lekkomyślny mąż traktował go jak boga – człowieka, który zawsze uważał, że nie jest dość dobra dla Briana, który uwielbiał kusić śmierć i nie panował nad swoimi impulsami.
Nienawidziła go z całego serca.
Nic jednak nie mogło stłumić w niej świadomości, że ten mężczyzna, tuż obok, czeka i wpatruje się w nią tymi intensywnie niebieskimi oczami.
Milczenie stało się prawie namacalne, jakby zdradzało jej reakcję na jego obecność. Boże, chyba by umarła, gdyby się zorientował. Nawet to poniżenie, jakiego doznała przed całym światem ze strony mediów, byłoby mniej bolesne niż pogardliwe lekceważenie malujące się w lodowatych oczach.
Ta myśl przywróciła jej rozsądek.
Uległa ludzkiemu pragnieniu pocieszenia wobec przeciwności losu. Nic więcej.
Upłynęły miesiące... nie, trzy lata, od chwili, gdy dotknął jej jakiś mężczyzna.
Ta prawda dodała jej odwagi.
Popatrzyła przed siebie, dopiero teraz dostrzegając otoczenie. Zostawili już za sobą śródmieście Miami i dotarli do eleganckiego osiedla. Widok wieżowca jeszcze bardziej podkreślał surrealistyczność sytuacji.
Zerknęła na niego i odwróciła się, udając zainteresowanie okolicą.
‒ Przepraszam, powinnam była ci powiedzieć, jak jechać. Musiałbyś się cofnąć, ale byłabym wdzięczna, gdybyś podrzucił mnie pod dom. – Starała się panować nad głosem.
‒ Twoja matka i siostra mieszkają w Huston, prawda?
Skinęła głową, zaniepokojona, że wie tak dużo. Wydawało się, że ilekroć patrzą sobie w oczy, ożywa jakiś podskórny prąd. Nigdy nie sądziła, że antypatia między dwojgiem ludzi może być tak fizyczna.
‒ Pilot mojego odrzutowca może zatankować.
Jeśli ona i Brian uchodzili wśród kibiców za pomniejszych celebrytów, to Nikandros uosabiał królewskość. Był właścicielem prywatnych samolotów, drużyn piłkarskich, klubów sportów ekstremalnych, nie wspominając już o bogactwie, które odziedziczył jako potomek królewskiego rodu Drakonu.
Książę, który odrzucił swoje dziedzictwo...
‒ To niepotrzebne – wydusiła z siebie. Ilekroć się odzywał, jego głęboki głos poruszał w niej struny, o których istnieniu już dawno zapomniała. – I tak już dużo dla mnie zrobiłeś.
‒ Mówisz, jakbym był jednym z tych szakali na konferencji prasowej i twoim wrogiem.
Dosłyszała u niego nutę zniecierpliwienia, ale nie tylko. Jakby istniało między nimi coś więcej niż tylko wieloletnia animozja.
Był księciem – uprzywilejowanym, przystojnym, lekkomyślnym.
Ona – wszystko zawdzięczała ciężkiej pracy. Nie pamiętała już nawet, kiedy sprawiła sobie jakąś przyjemność. Miała dwadzieścia sześć lat i kariera, która stanowiła treść jej życia, właśnie dobiegła końca.
Nic ich nie łączyło.
Ta rozmowa wydawała się zbyt osobista.
‒ Znam cię za słabo, byś mógł wzbudzać we mnie tak silne uczucie.
‒ Mia Rodriguez Morgan nie okazuje uczuć, prawda? Zapomniałem o twojej reputacji.
‒ Nic o mnie nie wiesz, pomijając to, co piszą media, Wasza Wysokość. Twoja przyjaźń z Brianem nic ci o mnie nie mówi.
‒ Masz rację, nie znam cię. – Znowu ten ton irytacji. – Chcesz, żebym zadzwonił do pilota?
‒ Dzięki za propozycję, ale wezwę taksówkę. – Sięgnęła po komórkę na tylnym siedzeniu. – Byłabym wdzięczna, gdybyś zaczekał do jej przyjazdu. Nie chcę stać tu sama.
‒ A ja byłbym wdzięczny, gdybyś zechciała na mnie patrzeć, kiedy do ciebie mówię, Mia. Znamy się od dziesięciu lat.
‒ I od dziesięciu się nie lubimy.
Zapanowała cisza.
Nie mylił się. Poznała go wcześniej niż Briana. Miała siedemnaście lat i grała w drużynie młodzieżowej, gdy zetknęła się po raz pierwszy z młodym księciem Drakonu.
Jak wszyscy, była zauroczona czarującym arystokratą. Krążyły legendy o jego sporach z rodziną, o eskapadach z kobietami, ryzykownych wyścigach samochodowych i ekstremalnych sportach, jakie uprawiał. Zawsze była nieśmiała wobec mężczyzn, zwłaszcza takich jak on.
Co nie znaczy, by nie marzyła o nim w skrytości ducha. Jego męskość wydawała się nieodparta.
Otoczony modelkami i aktorkami, ledwie ją zauważał, a ona oddawała się dziewczęcym fantazjom. Gdy godny zaufania Brian zaproponował jej randkę, przestała myśleć o księciu.
Ten solidny i pracowity człowiek, w jakim się zakochała, zniknął niemal natychmiast, kiedy jego piłkarska kariera nabrała rozmachu. Każdy nowy kontrakt i każda przyjaźń z celebrytami w rodzaju Nikandrosa sprawiały, że dawny Brian oddalał się coraz bardziej, by nigdy nie powrócić.
A jednak Nikandros zawsze krążył w tle niczym duch – i zawsze z inną kobietą u boku i nowym przedsięwzięciem inwestycyjnym w planach.
Jego przyjaźń z Brianem stanowiła pożywkę dla legend. Mia nigdy jednak nie znalazła się w ścisłym kręgu znajomych tego człowieka. Im bardziej ryzykował, tym bardziej Brian starał się go naśladować. Bez powodzenia.
Wiedziała, że z racji genów czy jakiegoś innego powodu nikt nie może być podobny do Nikandrosa Drakosa.
Wydawało się, że ich wzajemna niechęć dojrzewa latami.
Spojrzała na niego.
‒ Miałam ciężki dzień. Chyba to rozumiesz.
Popatrzył na nią znużony. Zważywszy, że media zdrowo ją przeczołgały, on wyglądał jak ktoś, kto otrzymał najbardziej upokarzającą wiadomość w życiu.
Czy zdrada Briana była rzeczywiście dla niego takim szokiem?
‒ Nie powinnaś być sama przez tych kilka dni. Brian chciałby...
‒ Brian chciał niewątpliwie wielu rzeczy, których nie mogłam mu dać, Wasza Wysokość.
Zacisnął usta.
‒ Nie zwracaj się tak do mnie.
‒ Ale przecież jesteś potomkiem królewskiej rodziny Drakonu. Nie dziwię się, że twój doradca się wściekał, kiedy wziąłeś mnie do samochodu. Po co mam cię wciągać w ten medialny cyrk?
‒ Ktoś powinien się tobą zająć...
‒ Zajmuję się sama sobą już bardzo długo.
‒ Obawiasz się, że twoja rodzina powita cię niezbyt serdecznie z powodu tych... obrzydliwych historii w mediach?
‒ Historii? – Poczuła gorycz w ustach. – Gdybym uznała je za zmyślone, zasnęłabym dziś w nocy.
Popatrzył na nią.
‒ Mogłabyś ze względu na jego pamięć... okazać trochę wyrozumiałości. Przynajmniej teraz.
‒ Przynajmniej teraz... podczas gdy nie robiłam tego, kiedy żył? – Poczuła, jak wzbiera w niej wściekłość. – Wytłumacz się, Wasza Wysokość.
Coś błysnęło w lodowatych niebieskich oczach.
‒ To nie jest odpowiednie miejsce ani odpowiednia chwila.
‒ Ponieważ nie wyobrażam sobie miejsca i chwili, w których chciałabym znów cię zobaczyć albo kontynuować tę rozmowę, proszę, uracz mnie podsumowaniem mojego małżeństwa. Cały świat to robi. Ty też możesz ogłosić swój werdykt. Zwłaszcza że twój przyjaciel nie może się bronić.
Nie wyglądał już jak czarujący książę ani jak ktoś, kto ma w nosie swoją rodzinę czy rozstanie ze starym ojcem, czy też obowiązki wobec kraju. Zaciskał mocno dłonie na kierownicy. Wyczuwała w nim te same emocje, które i nią targały.
‒ Jesteś rozgniewana i zraniona. Nigdy nie zamierzałem wdawać się w tę rozmowę.
Przez trzy lata patrzyła, jak gaśnie jej małżeństwo. Od roku zmagała się z poczuciem winy wywołanej śmiercią Briana. I dzisiaj, kiedy zaczęła układać sobie na nowo życie, znów się rozsypało.
‒ Nigdy nie należało sugerować, że zamierzasz się w nią wdawać.
Odwrócił się do niej, a ona poczuła się jak uderzona obuchem. W tej białej koszuli kontrastującej ze śniadą skórą wyglądał jak pogański bóg.
‒ Nie zamierzam usprawiedliwiać tego, co robił Brian. Jeśli to prawda.
‒ Ślepa lojalność wobec drugiego mężczyzny i wina kobiet... Jakie to przyziemne, zważywszy na twoją błękitną krew, Wasza Wysokość.
W jego niebieskich oczach zapłonął gniew.
‒ Wiem tylko, że... szalał na twoim punkcie. Chciał naprawić wasze małżeństwo, ale go odpychałaś. To nie on pragnął odejść. Czy to nic nie znaczy?
Wiedział zatem, że poprosiła Briana o rozwód.
‒ Słowa miłości, obietnice oddania to banał. Liczą się czyny. Od chwili, gdy jego kariera nabrała rozpędu, zmienił się. Od chwili, gdy znalazł się w twoim kręgu i postanowił cię naśladować... był dla mnie stracony. – Przez trzy lata, kiedy nikt nie podpisywał z nią kontraktu, a ona klepała biedę, Brian obiecywał jej wieczne szczęście i miłość, by zniknąć w momencie, gdy pojawił się sukces. – Postanowił mnie opuścić. Wsiadł za kierownicę tego twojego cholernego wozu i pojechał, choć był pijany.
‒ Mia, ja...
‒ Nigdy nie miałeś nawet dziewczyny. Zmieniasz modelki i aktorki niczym rękawiczki. Jak śmiesz mnie sądzić za to, że chciałam przerwać toksyczny związek? Mam dość ciebie i twoich opinii.
‒ Mia...
Sięgnęła do drzwi. Do diabła z tym człowiekiem! Poczuła ciepło jego dotyku, zanim sobie uświadomiła, że nachylił się, by sięgnąć do klamki po jej stronie. Twardy mięsień otarł się o jej unoszoną oddechem pierś.
Zamknęła oczy, w uszach łomotała jej krew. Miała wrażenie, że się roztapia w dole brzucha, a ciało wibruje napięciem. Starała się nad sobą zapanować, uciec od jego przemożnej męskości. Frustracja, poczucie winy, głębokie pragnienie... Broniła się przed tą huśtawką emocji.
W końcu drzwi ustąpiły, a ona prawie wypadła na zewnątrz.
Coś jej podpowiadało, że zachowuje się irracjonalnie, że nie może odejść od niego w środku nocy. Że jego opinie, wbrew temu, co twierdziła, znaczą zbyt dużo.
Czy Brian mówił mu wszystko? O tym, jak nie chciała już z nim być, jak trudno jej było znieść jego dotyk, kiedy dowiedziała się o jego pierwszej zdradzie?
Stanął przy niej na ciemnej ulicy.
‒ Zachowujesz się niepoważnie, Mia.
Przywarła do drzwi wozu. Wszystko, byle uniknąć jego zapachu. Wszystko, byle stłumić pragnienie jego objęć.
‒ Odejdź.
Rozłożył ręce, czarne włosy opadały mu na czoło.
‒ Nie powinienem był mówić o Brianie. Nie w sytuacji, gdy zmagasz się z...
Dźgnęła go w pierś, drżąc z wściekłości.
‒ Nie masz prawa mówić o naszym związku, teraz czy kiedykolwiek. Jeśli to miały być przeprosiny, to cuchną.
Chwycił ją za nadgarstek i przysunął się bliżej; jego smukłe ciało wypełniło sobą cały świat. Ujął ją pod brodę, żeby na niego spojrzała.
‒ Nigdy w życiu nie przeprosiłem kobiety. Z wyjątkiem swojej matki.
‒ Więc jestem zszokowana tym, jak wiele kobiet jest gotowych cię znosić, Wasza Wysokość.
‒ Wsiadaj do samochodu. Możesz mi przez całą noc powtarzać, jak bardzo cuchnę.
‒ Dlaczego zrobiłeś się nagle taki miły?
Zbladł, jakby sam to sobie dopiero uświadomił.
‒ Zwykle nie jestem niemiły. Zostałem na tej konferencji prasowej, ponieważ sądziłem, że może... przydać ci się przyjaciel. – Przesunął dłonią po włosach. – Ale jak zwykle... wyszło inaczej, niż zamierzałem. Zostań w moim penthousie, dopóki ta wrzawa wokół Briana nie ucichnie.
‒ Nie. – Pod jednym dachem z tym mężczyzną, czując burzę emocji... – Dzięki za propozycję, ale potrzebuję spokoju. Nie towarzystwa kogoś, kto mnie ocenia, nie mając pojęcia o związkach.
‒ Ty wiesz mnóstwo o moich. Albo o ich braku.
Poczuła żar na skórze, modląc się, by tego nie zauważył.
‒ Nie jesteś znany z dystansu do mediów. Nic dziwnego, że twój biedny doradca wyglądał jak ktoś, kto wykonuje najgorszą robotę pod słońcem. Chcę jechać do domu.
‒ Zastaniesz tam tłum reporterów. Mój apartament ma całodobową ochronę. Będziesz się czuła bezpieczna.
Pomyślała o wycelowanych w nią obiektywach, o brudnych szczegółach romansów Briana... Oparła się o zimną karoserię.
Schronienie u nieustraszonego księcia jawiło się jak ratunek.
‒ Nie jest to sytuacja, której byśmy oboje pragnęli, ale było jasne, że nie mogłem cię tam zostawić.
‒ Dlaczego w ogóle zjawiłeś się na tej konferencji?
Po niemal roku jej agent przekonał ją, że ze względu na fanów musi ogłosić koniec piłkarskiej kariery publicznie. Wszelkie określane przez kontrakt związki z zespołem Nika zerwały się przed miesiącami, kiedy się dowiedziała, że kontuzja, jakiej doznała, uszkodzi trwale jej kolano, jeśli nadal będzie grała.
Ta druzgocąca wiadomość i wypadek Briana sprawiły, że jej życie znalazło się na równi pochyłej. Ogłoszenie końca kariery na konferencji miało być nowym początkiem. Tyle że prasa przypuściła na nią atak w związku z wyskokami jej męża.
A Nikandros tam był.
‒ Wiedziałeś o romansach Briana? Dlaczego mnie nie uprzedziłeś? – Zacisnęła palce na jego koszuli. – A może zdecydowałeś, że zasługuję na poniżenie ze względu na domniemane grzechy wobec swojego męża?
Ścisnął jej ramiona, a ciepło jego ciała dziwnie ją pobudzało.
‒ Nie wiedziałem, co wyjdzie na jaw. Nie wiedziałem, co... robił z tymi wszystkimi kobietami. Ja... powiedziałbym mu, że ma problem.
‒ Nie chce mi się uwierzyć, że przysięga małżeńska znaczy cokolwiek dla takiego kobieciarza jak ty.
‒ Kto teraz osądza?
Patrzył na nią twardo, zaciskając palce na jej ramionach. Uwolnił długo wstrzymywany oddech. Zraniła go?
To była najbardziej bezsensowna myśl podczas tego najbardziej dziwacznego wieczoru w jej życiu.
Z drugiej strony, gdyby był takim człowiekiem, jak sądziła, nigdy by jej nie zaproponował pomocy. Zwłaszcza że w jego przekonaniu odepchnęła Briana.
Ale Nikandros nigdy nie udawał, że się z nią przyjaźni. Zawsze zachowywał stosowny dystans.
‒ Więc dlaczego tam byłeś? Sprzedałeś drużynę. Mówi się, że opuszczasz Florydę, może nawet Stany. Rzuciłeś swoją ostatnią dziewczynę. – Dowiedziała się tego wszystkiego z mediów społecznościowych. – Musiałeś wiedzieć... Nie okłamuj mnie. Błagam, nie zniosę więcej kłamstw.
Zamknęła oczy. Musiała zmierzyć się z czymś, czemu próbowała zaprzeczyć – że coś w niej ożyło tego wieczoru, w samochodzie. Z powodu nieustraszonego księcia.
Więc kiedy się odezwał, a jego oddech owionął jej skórę, kiedy przyciągnął ją do siebie, kiedy jego siła i żar rozbudziły w niej rozpaczliwą tęsknotę, zanurzyła się w niej bez reszty.
Czuła na sobie jego mocne ramiona, gwałtowne westchnienie, gdy zanurzył twarz w jej włosach, i zapragnęła przywrzeć do niego bezwstydnie całym ciałem.
‒ Przyszedłem, bo musiałem się pożegnać.
Parsknęła śmiechem.
‒ Nie wierzę ci. Nigdy się nawet ze mną nie przyjaźniłeś. Nie mogłeś znieść myśli, że Brian mnie poślubił. Ty...
Odepchnął ją od siebie z gwałtownością o wiele bardziej przerażającą niż ta, jaką okazywał wobec niej Brian.
‒ Nie mogłem znieść tej myśli, bo... chciałem cię dla siebie. Gdy przed laty po raz pierwszy wyszłaś na boisko niczym błyskawica, z radością na twarzy i pasją do gry... zapragnąłem tego wszystkiego.
Mia gapiła się na niego. Zapomniała nagle o fiasku swojego małżeństwa, zdradach Briana.


Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 11,90 zł 13,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 10,90 zł 12,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień
Opcje dostawy:
Paczka w ruchu
Płatność online:
4,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Paczka 48 do domu
Płatność online:
11,90 zł
Płatność przy odbiorze:
13,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej
Płatność online:
10,90 zł
Płatność przy odbiorze:
12,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w paczkomacie InPost
Płatność online:
9,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-2 dni
Opcja dostawy:
Mini paczka do domu InPost
Płatność online:
7,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-5 dni
Opcja dostawy:
Przesyłka kurierska InPost
Płatność online:
13,90 zł
Płatność przy odbiorze:
15,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień
Opcja dostawy:
Kurier DPD
Płatność online:
14,90 zł
Płatność przy odbiorze:
16,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Kolacja z Sycylijczykiem, Serce nie sługa
Autor Susan Stephens, Tara Pammi
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 28-09-2018
Ilość stron 320
Oprawa Miękka
ISBN 9788327637185

Napisz recenzję