Abby Green - Miłośc nie ma ceny
Cruz De Carrillo ogarnął wzrokiem duży pokój w swoim domu w Londynie, wypełniony lokalnymi sławami, najgłośniejszymi celebrytami i celebrytkami, którzy zjawili się tu, aby świętować jego powrót do Europy.
 Chociaż odniósł ogromne sukcesy finansowe w Ameryce Północnej, nie czuł ani dumy, ani nawet szczególnej satysfakcji, ponieważ doskonale zdawał sobie sprawę, że jego wola skupienia na pracy miała więcej wspólnego z chęcią uniknięcia spotkania z tą kobietą niż z ambicją.
 Nie podobało mu się, że musiał się do tego przyznać, przynajmniej przed samym sobą.
 Ta kobieta znajdowała się teraz w odległości zaledwie paru metrów od niego. Wysoka i smukła jak młoda brzoza, a jednak kusząco kształtna we wszystkich właściwych miejscach, o jasnej, bardzo jasnej skórze, podkreślonej kolorem sukni, której krój pozostawiał zdecydowanie zbyt mało grze wyobraźni.
 Cruz z niesmakiem zacisnął usta, chociaż krew w jego żyłach wrzała, jakby kpiąc z pożądania, które bynajmniej nie ochłodło, i to mimo upływu czasu. Uczucie to bardzo go irytowało, ponieważ było najzupełniej niewłaściwe, zwłaszcza teraz, gdy ta kobieta była jego bratową.
 Jasne włosy miała upięte w gładki kok, a po nagich plecach, odsłoniętych przez głęboki dekolt sukni, spływał złoty łańcuszek. Odwróciła się odrobinę w stronę Cruza, nieświadomie ukazując jego oczom prowokacyjną linię wysokich, jędrnych piersi, okrytych cieniutką, prawie przejrzystą satyną.
 Wyglądała krucho i delikatnie, lecz Cruz doskonale wiedział, że to tylko złudzenie. Przeklinał w myśli i ją, i siebie, bo przecież gdyby nie okazał się tak słaby, nie miałby pojęcia, jak to jest czuć ją tuż przy sobie, wtuloną w jego ciało. Nie pamiętałby wyrazu ciemnoniebieskich oczu, kiedy smakował jej słodycz tamtej niezwykłej nocy prawie półtora roku temu, w tym samym domu, gdy jeszcze pracowała tu jako pokojówka.
 W snach nadal słyszał jej zdławione, głębokie jęki i często budził się wtedy cały spocony, spragniony fizycznej ulgi i dotyku jej ciała, ciasnego, otaczającego go ze wszystkich stron ciepła.
 Reagował tak mimo tego, co teraz o niej wiedział. Kiedyś widział w niej ucieleśnienie niewinności – wystarczyło przecież jedno jego spojrzenie, aby jej policzki oblały się intensywnym rumieńcem – lecz wszystko to było tylko grą. Skąd brała się w nim ta pewność? Bo jego młodszy przyrodni brat z pozamałżeńskiego związku ojca, Rio, opowiedział mu, jaka naprawdę była. I opis ten nie miał nic wspólnego z niewiniątkiem, naprawdę.
 Próbowała go uwieść, a kiedy to nie wyszło, przeniosła uwagę na Ria, z którym Cruza łączyły dość skomplikowane stosunki, łagodnie mówiąc. Przepaść rozdzieliła braci już w dzieciństwie, gdy Cruz wszedł w posiadanie wszelkich możliwych przywilejów jako prawny spadkobierca fortuny rodziny De Carillo, natomiast Rio, syn pokojówki zatrudnionej w posiadłości De Carillo, nie dostał dosłownie nic, nawet nazwiska ojca.
 Jednak Cruz nigdy nie uważał, że Rio powinien ponosić odpowiedzialność za to, że ich pełen charyzmy i zdecydowanie zbyt przystojny ojciec nie potrafił opanować swojego seksualnego popędu, i właśnie dlatego po śmierci ojca zrobił wszystko, co było w jego mocy, aby naprawić krzywdy, jakich doznał młodszy brat. Postąpił nawet wbrew testamentowi ojca, w którym nie znalazł się żaden, choćby najmniejszy zapis na rzecz syna z nieprawego łoża – został prawnym opiekunem Ria, dał mu nazwisko i przyznał odpowiednie środki na ukończenie edukacji.
 Później, gdy Rio osiągnął pełnoletność, Cruz przekazał mu sporą część majątku i dał pracę, najpierw w banku De Carillo w Madrycie, a niedawno w Londynie, ku wyraźnemu niezadowoleniu konserwatywnego zarządu.
 W wieku dwudziestu jeden lat Rio został jednym z najmłodszych milionerów w Europie oraz centrum gorączkowego zainteresowania mediów, głównie dzięki swojej męskiej urodzie i tajemniczej przeszłości. I był tym zachwycony, wykazując zamiłowanie do stylu życia playboya, zupełnie inaczej niż Cruz. Rio szybko poślubił jedną z czołowych supermodelek, a ich weselne przyjęcie trwało blisko tydzień. Niestety, małżeństwo zakończyło się tragedią rok później, kiedy młoda żona Ria zginęła w wypadku niedługo po wydaniu na świat bliźniaków.
 Burzliwa egzystencja brata często irytowała Cruza, czuł jednak, że trudne dzieciństwo usprawiedliwiało wybryki Ria, przynajmniej w pewnym stopniu.
 Co więcej, często dręczyły go wyrzuty sumienia, bo może to jego własne poczynania, w tym przyznanie Rio rodowego nazwiska i ogromnego majątku, wystawiły młodszego De Carillo na cel łowczyń fortun… Pierwsza żona Ria okazała się entuzjastką luksusowego stylu życia męża i wszystko wskazywało na to, że druga też od niego nie stroniła.
 Jakby wyczuwając jego spojrzenie, bratowa odwróciła się i zobaczyła go. Jej oczy rozszerzyły się gwałtownie i postąpiła krok w jego stronę z lekkim wahaniem, przytrzymując palcami wąską spódnicę satynowej sukni.
 Cruz próbował wziąć się w garść i nie reagować na jej uwodzicielski zapach. Musiał sobie przypomnieć, że niewinna twarz, jaką pokazywała światu, wyglądała zupełnie inaczej niż ta, którą starannie ukrywała.
‒ Witaj, Trinity – odezwał się chłodno, starając się nie patrzeć w jasnoniebieskie oczy, omijać wzrokiem pełne wargi, nadające zmysłowy ton jej urodzie niewinnej blondynki.
‒ Miło cię znowu widzieć, Cruz.
‒ Od naszego ostatniego spotkania twoja pozycja życiowa wyraźnie się poprawiła – rzucił.
 Przełknęła ślinę i smukła, delikatna kolumna jej szyi poruszyła się lekko.
‒ Co masz na myśli?
 Zacisnął zęby, rozwścieczony jej sztuczną niewinnością.
‒ O szybkim przejściu od stanowiska niani do żony i macochy moich bratanków.
 Rio poinformował go o skromnym ślubie krótkim esemesem: „To Tobie muszę podziękować za to, że ta piękna kobieta stanęła na ścieżce mojego życia. Mam nadzieję, że będziesz się cieszył naszym szczęściem, bracie”.
 Cruz przeżył głęboki szok, którego natury nawet nie starał się zgłębić. Nie było przecież żadnego powodu, by uznać nowy związek Ria za błąd, oczywiście jeśli nie liczyć jego własnych przeżyć z Trinity. Rio był wdowcem, więc nic dziwnego, że zbliżył się do opiekunki swoich synków.
 Teraz twarz Trinity była blada i pełna wahania.
‒ Szukałam cię – powiedziała. – Moglibyśmy zamienić parę słów?
 Cruz uniósł jedną brew.
‒ Na osobności? – zagadnął.
 Popatrzył na tłum gości za plecami Trinity i znowu przeniósł wzrok na nią, zastanawiając się, o co jej może chodzić.
‒ Tak.
‒ To miejsce jest równie dobre jak każde inne – rzekł obojętnie. – Nikt nam się nie przysłuchuje.
 Zarumieniła się gwałtownie.
‒ Może jednak nie jest to najlepszy moment…
 Cruz skrzywił się z niechęcią.
‒ Mów, co masz mi do powiedzenia, chyba że interesuje cię coś innego niż rozmowa.
 Rumieniec szybko odpłynął z jej policzków, zupełnie jak fala. Dawniej jej zdolność okazywania emocji bardzo go intrygowała, teraz jednak budziła wyłącznie irytację.
‒ Co masz na myśli? – wyjąkała.
‒ Doskonale wiesz, co mam na myśli. Próbowałaś uwieść mnie tutaj, w tym domu, a gdy ci się nie udało, zwróciłaś uwagę na mojego brata, który najwidoczniej okazał się bardziej podatny na twój urok.
 Potrząsnęła głową i poderwała do piersi drżącą dłoń, jakby chciała zapanować nad wstrząsem i niedowierzaniem.
‒ Naprawdę nie wiem, o czym mówisz…
 Cruza w jednej chwili ogarnął głęboki niesmak. Jak miała czelność stać przed nim i tak otwarcie kłamać, podczas gdy imponujący brylant, osadzony w pierścionku zaręczynowym, połyskiwał na jej palcu?
 Po powrocie do Wielkiej Brytanii Rio poinformował go, że kilka dni wcześniej znalazł się na skraju bankructwa. Stracił praktycznie cały majątek, a imię i nazwisko Trinity De Carillo znajdowało się na prawie wszystkich dyspozycjach wypłat z jego bankowego konta.
 Cruz nie mógł uwierzyć, że aż tak bardzo pomylił się w ocenie tej dziewczyny.
‒ Nie musisz już udawać niewiniątka – warknął. – Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, jaki jest twój cel, bo byłem głupi, ale teraz już wiem. Rio powiedział mi, jak przepuściłaś wszystkie jego pieniądze, by zaspokoić swoją chciwość. Dziś, gdy zrozumiałaś, że majątek Rio nie jest niewyczerpany, zaczęłaś może szukać jakiegoś wyjścia albo rozglądać się za nowym sponsorem, co?
 Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, z wyraźnym niedowierzaniem.
‒ Nie doceniłem twoich zdolności ‒ ciągnął cichym, pełnym goryczy głosem. – Uśpiłaś czujność Ria i wzbudziłaś jego ufność, zapewniając czułą opiekę jego synom. Doskonale zdaję sobie sprawę, w jaki sposób popchnąłem cię w ramiona mojego brata i nigdy sobie tego nie wybaczę. Nie muszę ci chyba mówić, że otrzyma ode mnie finansową pomoc, ale dni twojego wydawania jego pieniędzy dobiegły już końca. I nie myśl, że okażę ci współczucie.
 Była teraz tak blada, że dokładnie widział niebieskie żyłki pod jej skórą. Jakąś częścią serca pragnął, aby wpadła w gniew i stawiła mu czoło.
 Powoli opuściła dłoń i znowu potrząsnęła głową.
‒ Bardzo się mylisz – powiedziała.
‒ Na nic więcej cię nie stać? – zadrwił. – Bardzo się mylę? Skoro tak, to koniecznie zdradź mi, o czym chcesz ze mną rozmawiać.
 Wzięła głęboki oddech. Tętno u nasady jej szyi biło szybko jak w gorączce.
‒ Chciałam porozmawiać z tobą o Rio – zaczęła. – O jego zachowaniu, które staje się coraz bardziej nieobliczalne… Martwię się o chłopców.
 Cruz parsknął śmiechem.
‒ Martwisz się o chłopców? – powtórzył. – Próbujesz grać rolę zatroskanej macochy, by odwrócić uwagę od faktu, że najbardziej interesuje cię smętny koniec życia w luksusach? Nic cię przecież z nimi nie łączy, tak naprawdę. Posłużyłaś się chłopcami jako pionkami wyłącznie po to, by wskoczyć do łóżka mojego brata i zdobyć ten piękny i niewątpliwie cenny pierścionek…
 Trinity cofnęła się i otworzyła usta, z których wydobył się tylko krótki, pośpiesznie zdławiony jęk.
 Cruz musiał przyznać, że była całkiem niezłą aktorką.
‒ Powinnam była wiedzieć, że będzie starał się w jakiś sposób osłonić – powiedziała. – A ty uwierzysz raczej jemu niż mnie, to oczywiste.
 Cruz na moment poczuł się nieswojo, lecz zaraz odzyskał równowagę.
‒ Znam Ria od początku jego życia, całe dwadzieścia pięć lat – oświadczył dobitnie. – I mogę śmiało powiedzieć, że w każdej chwili zaufam raczej własnemu bratu niż podstępnej, fałszywej łowczyni majątków.
 Policzki Trinity zalała gorąca fala czerwieni.
‒ Nie jestem łowczynią majątków. Nic nie rozumiesz. Wszystko to nie tak, moje małżeństwo z Rio nie jest tym, co…
‒ Tu jesteś, kochanie! Wszędzie cię szukałem! Charlotte Lacey chce pomówić z tobą o tej imprezie charytatywnej, która ma się odbyć w przyszłym tygodniu.
 Cruz pobladł. Nie zauważył nawet, kiedy Rio dołączył do nich, bez reszty pochłonięty bliskością stojącej przed nim kobiety. Jego brat ujął żonę pod rękę i jego ciemnobrązowe oczy popatrzyły na Cruza ponad jej głową.
‒ Jeśli nie masz nic przeciwko temu, bracie, zabiorę na chwilę moją małżonkę.
 Cruz bez trudu odczytał wyraz oczu młodszego brata – malowała się w nich dobrze mu znana niechęć, wstyd oraz gniew.
 Nic nie mógł na to poradzić. Wiedział, że Rio ma mu za złe, że jest świadkiem jego upadku, spowodowanego chciwością stojącej u jego boku Trinity.
 Chwilę patrzył w ślad za nimi, obserwował, jak mieszają się z tłumem gości, oboje uśmiechnięci i rozbawieni, przynajmniej pozornie. Niedługo potem wyszli bez pożegnania.
 Cruz zdawał sobie sprawę, że jego determinacja, by Rio dostał w życiu to, co mu się słusznie należało, nie przyniosła żadnych dobrych owoców, bo dzieląca ich od zawsze przepaść nigdy nie została zasypana.
 Stojąc przy oknie ogromnego salonu, przyglądał się, jak jego brat pomaga Trinity wsiąść do ciemnego jeepa na dziedzińcu przed domem i sam zajmuje miejsce za kierownicą. Nie umiał powstrzymać naporu ponurych myśli. Teraz mógł jedynie zadbać, aby Rio miał szansę na nowy start, i aby jego żona nie położyła chciwych dłoni na jego pieniądzach.
 W ostatniej chwili Trinity zwróciła głowę w jego kierunku i zmierzyła go uważnym spojrzeniem, zupełnie jakby wiedziała, że o niej myślał. Gdy ich oczy spotkały się na parę sekund, mógłby przysiąc, że widzi łzy na jej rzęsach, nawet z tej odległości.
 Powiedział sobie, że muszą być wyrazem gniewu i frustracji – w końcu on wreszcie odsłonił jej prawdziwe motywacje i schwytał ją w pułapkę. Powinien czuć satysfakcję, ale czuł jedynie ogromny ciężar na piersi.
 Jeep Ria ruszył gwałtownie, wyrzucając falę żwiru spod opon.
 Cruz nawet nie podejrzewał, że widzi brata ostatni raz.
 
 
Trzy miesiące później, w kancelarii adwokackiej
 
Serce Trinity na moment przestało bić.
‒ Pan De Carillo ma do nas dołączyć? – spytała, z trudem wydobywając głos z kompletnie suchego gardła.
 Adwokat zerknął na nią z roztargnieniem, zajęty szukaniem jakiegoś dokumentu na biurku.
‒ Tak, oczywiście. Pan De Carillo jest wykonawcą testamentu swojego brata, no i na dodatek znajdujemy się w należącym do niego budynku.
 Przez głowę Trinity przemknęła myśl, że wcale nie czuje potrzeby, aby jej o tym przypominano. Doskonale wiedziała, że kancelaria adwokacka mieści się w imponującym gmachu De Carillo w finansowym centrum Londynu, nie przypuszczała jednak, że Cruz weźmie udział w tym spotkaniu.
 Instynkt natychmiast podpowiedział jej, by sprawdziła, jak wygląda, czego naturalnie nie mogła zrobić, ale szybko uświadomiła sobie, że jeśli chodzi o strój, dokonała dobrego wyboru. Miała na sobie ciemne luźne spodnie i szarą jedwabną bluzkę koszulową, długie włosy splotła w warkocz, głównie z przyzwyczajenia, bo przebywanie w towarzystwie dwóch małych i tryskających energią chłopców zdecydowanie wykluczało bardziej wyrafinowane fryzury. Nie zdążyła się tylko umalować, czego szczerze żałowała, ponieważ bez makijażu wyglądała zazwyczaj najwyżej na osiemnaście lat.
 Ktoś lekko zapukał do drzwi i w progu stanęła asystentka adwokata.
‒ Pan De Carillo – zaanonsowała zdyszanym głosem, wyraźnie poruszona.
 Prawnik pośpiesznie podniósł się na powitanie Cruza i poprowadził go do krzesła obok Trinity.
 Wszystkie nerwy w ciele Trinity błyskawicznie ożyły, nawet drobne włoski na przedramionach podniosły się lekko. Kiedy stanął obok niej, ogarnęła ją fala gorąca. Starała się uniknąć kontaktu wzrokowego, zupełnie jak dziecko, ale bijący od niego zapach piżma, cytrusów i chyba mchu zmusił ją do powrotu myślami do tamtego przyjęcia przed trzema miesiącami, gdy w pełni zdała sobie sprawę, jak wielka była nielojalność Ria.
 Jeszcze teraz czuła echo szoku wywołanego świadomością, że Rio najwyraźniej wcale nie wyjawił bratu prawdy o ich małżeństwie. Na domiar złego to, że Cruz tak łatwo uwierzył we wszystko co najgorsze na jej temat, bolało ją dużo bardziej, niż powinno.
 Prawie siłą oderwała umysł od niepokojących wspomnień. Miała teraz ważniejsze sprawy na głowie, bez dwóch zdań. Głównie dlatego, że trzy miesiące temu, kiedy oboje z Rio wracali do domu z wydanego przez Cruza przyjęcia, ulegli wypadkowi, w którym jej mąż poniósł śmierć.
 Tamtego wieczoru została samotną matką, czy raczej macochą Matea i Sancha, dwuipółletnich bliźniaków. Pamiętała, jak ocknęła się w szpitalu, obolała i poobijana, lecz poza tym cała i zdrowa, i z ust ponurego Cruza o poszarzałej twarzy dowiedziała się, że Rio nie żyje.
 Podniosła się, by go przywitać, wewnętrznie przygotowana na to, co w myślach nazywała „efektem Cruza”, i natychmiast odkryła, że niepotrzebnie sama się okłamywała. Wystarczyło, że spojrzała na niego, i już poczuła się tak, jakby ktoś wymierzył jej mocny cios w splot słoneczny.
 Po wypadku widziała go kilka razy, na pogrzebie, rzecz jasna, i gdy wpadał na krótko, by się dowiedzieć, czy ona i jego bratankowie mają wszystko, co jest im potrzebne. Zawsze zamieniał z nią tylko parę nic nieznaczących zdań i teraz nagle ukłuło ją przeczucie, że czeka ją z jego strony coś złego.
 Przywitali się chłodno i spokojnie, i adwokat wrócił na swoje miejsce za biurkiem.
‒ Espresso, prawda, panie De Carillo?
 Trinity zamrugała i spojrzała na starszego człowieka, który podawał właśnie Cruzowi małą filiżankę ze spodkiem. Instynktownie, ponieważ znajdowała się bliżej i była dobrze wychowana, wyciągnęła rękę, by ułatwić prawnikowi zadanie, i dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że jej dłoń mocno drży.
 Modliła się, by Cruz tego nie zauważył. Jego dłoń była męska i kwadratowa, mocna, z długimi palcami i krótko obciętymi paznokciami. W jej głowie nagle pojawiło się wyraźne wspomnienie tej dłoni między jej nogami, pieszczącej najbardziej intymne zakamarki jej ciała.
 Zanim wziął od niej filiżankę, porcelana zabrzęczała lekko, dając dowód jej zdenerwowania. Och, do diabła z tym wszystkim, pomyślała.
 
 
Bella Frances - Amerykański sen
Stacey Jackson nie była niczyją zabawką. Próbowała sobie o tym przypomnieć, powstrzymując wzbierające w oczach łzy. Nikt nie będzie bawił się jej kosztem. Nie zamierzała też nikogo przepraszać, nawet jeśli był jednym z najlepszych klientów lokalu.
Tak więc straci pracę. Znowu. Miała dosyć Decker’s Casino, długich nocnych zmian i uśmiechu przyklejonego do twarzy. Jakby tego było mało, musiała nosić tę idiotyczną sukienkę. Jeśli można to w ogóle nazwać sukienką: kilka fragmentów materiału, które jakimś cudem trzymały się kupy, ale raczej nie w sprośnych fantazjach klientów kasyna.
Wyglądała jak dziwka, nawet w porównaniu z tancerkami Bruce’a – o czym nie omieszkała mu powiedzieć, jak tylko zobaczyła sukienkę. Kazał jej się zamknąć i przebrać. Cóż, naprawdę potrzebowała tych pieniędzy.
Gdy tylko pochyliła się nad kołem ruletki i zobaczyła te obleśne wygłodniałe twarze klientów, poczuła narastającą wściekłość. No i nie potrafiła trzymać języka za zębami.
Jak zwykle.
Ma dwadzieścia sześć lat, jak długo jeszcze będzie mogła czerpać profity z tego, jak wygląda? To dzięki temu zdobyła pracę w Decker’s Casino – podobnie jak wszystkie prace do tej pory. Nie chciała wyglądać źle, ale wolałaby, żeby ludzie traktowali ją trochę poważniej.
Przejrzała się w lustrze. Miała wyraziste, błękitne oczy, dokładnie takie same, jak jej ojciec. „Zanim ktokolwiek cię pokocha, musisz pokochać sama siebie”, powtarzał. Łatwo mu mówić. Na do widzenia pogłaskał ją po włosach i odszedł.
Stacey zagryzła zęby, nie mogła się teraz rozkleić, nie zamierzała czekać, aż ją zwolnią. Wyjdzie stąd, spakuje rzeczy i złapie autobus do Nowego Jorku.
Musi wynieść się jak najszybciej.
Poprawiła włosy, sprawdziła, czy sukienka jest na miejscu, i ruszyła do wyjścia.
Minęła bar. Wszystko wydawało się brudne i zjełczałe, ale przecież sama ignorowała sposób, w jaki Bruce prowadził interesy. Dla niego wszyscy i wszystko było towarem. Nic i nikt się nie liczył.
Przeszła na palcach pod drzwiami prywatnej sali i kątem oka zobaczyła swoje odbicie w lustrzanych drzwiach. Sukienka przynajmniej miała metkę projektanta, więc będzie mogła ją sprzedać za jakąś przyzwoitą kwotę. I tak zrobi – jak tylko będzie w Nowym Jorku. Pokryje to część wypłaty i napiwków, które był jej winien.
Przed wyjściem leżała czarna wytarta mata z logo kasyna. Automatyczne drzwi otworzyły się, a Stacey wybiegła na zewnątrz. Kilka stopni po schodach i już była na ulicy.
Kiedy szła do pracy, była noc, rześka i chłodna. Teraz był środek gorącego dnia. Uniosła dłoń, żeby osłonić oczy, i poczuła na skórze ciepłe promienie słońca. Ciepło rozlewało się nie tylko po skórze – w środku poczuła lekkość i przyjemne wrażenie wolności. Wiedziała jednak, że nie jest dobrze. Nie miała pracy, ale za to długi do spłacenia – dzięki uprzejmości Marilyn Jane Jackson. Własnej matki.
Nie miała do niej pretensji. Matka była dumną kobietą, która nigdy nikogo o nic nie prosiła. Wiedziała, że próbowała tylko położyć kres tym wstrętnym plotkom. Marilyn nie miała przy sobie mężczyzny, jej życie rozpadło się na kawałki. Nie zamierzała jej oceniać. W Montauk czekało wystarczająco dużo osób gotowych wydać wyrok.
– Hej! A ty dokąd?
Cholera, okazja przepadła. Odwróciła się, na schodach stał Bruce, poczerwieniały z wściekłości.
Obróciła się na pięcie.
– Natychmiast wracaj. Na tę sukienkę musisz najpierw zarobić.
Stacey była wygadana, ale teraz poczuła, jak serce jej zamiera. Bruce’owi nikt nie pyskował, a już na pewno nie kobieta. Wygarnęła mu, zanim pobiegła do łazienki. Przy klientach, obsłudze, jego obrzydliwych sługusach.
Nie musiała się oglądać za siebie, wiedziała, że szedł w jej stronę. Światła na przejściu dla pieszych jarzyły się na czerwono, ale co jeszcze jej pozostało?
Zaczęła biec.
Odgłos klaksonów i krzyków był ogłuszający. Obcas zaplątał jej się w czarną suknię i, upadając, zastanawiała się, ile podarte ubranie straci na wartości, gdy zechce je sprzedać. Wtem z przerażeniem zobaczyła zbliżającą się czarną limuzynę. Jakimś cudem była cała. Potykając się, ruszyła przed siebie, przy dźwięku klaksonów i krzyku wściekłych kierowców – wtedy zobaczyła tego mężczyznę.
Wysiadł z limuzyny – wysoki i ciemny – i ruszył w jej kierunku.
– Chodź. – Nie powiedział nic więcej.
Podeszła do niego, nie miała wyboru. Jakiś podświadomy impuls kazał jej to zrobić.
Wokół pełno było samochodów, i był jeszcze Bruce, ale do jej świadomości docierały przede wszystkim ciepło i siła bijące od mężczyzny, potem otwarte drzwi samochodu i chłodna skórzana tapicerka. Po zamknięciu drzwi odgłosy ucichły.
– Jedź – wyszeptała. – Proszę.
– Tyle mogę zrobić – powiedział mężczyzna i nacisnął pedał gazu. Siła przyspieszenia wbiła ją w fotel i automatycznie sięgnęła, żeby zapiąć pas.
– Nie trzeba, ze mną jesteś bezpieczna – powiedział, przyglądając jej się, gdy już oddalili się od kasyna Decker’s.
Z żadnym mężczyzną nie jestem bezpieczna, pomyślała. Skupiła się na rozmytym krajobrazie za oknem pasażera. W głowie roiło jej się od myśli. Może Bruce spisał numer rejestracyjny. Wtedy nie upłynie dużo czasu, a jakiś zaszantażowany glina zdradzi mu nazwisko właściciela. Mężczyzna nie zdaje sobie sprawy, że choć oddalają się szybko od tamtego miejsca, Bruce’a nie tak łatwo się pozbyć.
– Wszystko w porządku? – spytał nieznajomy.
Stacey próbowała uspokoić myśli i oderwać wzrok od mijanego neonu. Zostawiła Bruce’a na chodniku przed kasynem i musiała teraz działać, i to szybko.
Spojrzała na dłoń mężczyzny, spokojnie spoczywającą na drążku do zmiany biegów. Jego skóra miała chłodny, karmelowy odcień. Ciemny jedwabny garnitur wyglądał na bardzo drogi. Pewnie był bankierem albo należał do jakiegoś ekskluzywnego klubu dla dżentelmenów. A jego zapach – tak pachną tylko miliarderzy z listy najbogatszych.
Wyprostowała się lekko i odwróciła głowę, żeby wyłapać jeszcze kilka szczegółów. Sama nigdy nie była bogata, ale potrafiła ocenić liczbę zer na koncie mężczyzny. Ten na pewno miał sporo.
Nie peszyło jej to. Niektórym wydawało się, że dzięki pieniądzom mogą wszystko. Próbowała się bardziej obrócić, ale poczuła silny ból w szyi.
– Wszystko jest w porządku. Spróbuj się rozluźnić, zabieram cię do szpitala. Lepiej to sprawdzić.
Stacey wyglądała z niepokojem przez okno. Nie miała pieniędzy na lekarza i z pewnością nie przyjmie pieniędzy od kogoś obcego, kto nie jest jej nic winien.
– Nie ma potrzeby – powiedziała. – Wysadź mnie na dworcu autobusowym.
– Jasne, ale najpierw musi obejrzeć cię lekarz. Jedziemy do szpitala St Bart’s. Zbada cię moja znajoma. Jeśli wszystko będzie w porządku, podrzucę cię, dokąd zechcesz.
Stacey przycisnęła dłonie do uszu i pokręciła głową.
– Naprawdę nic mi nie jest. Nie potrzebuję żadnych prześwietleń.
– Sama nie wiesz, czego ci potrzeba, Stacey Jackson. Nigdy nie wiedziałaś.
Podskoczyła, jakby uderzył w nią samochód. Spojrzała na tajemniczego kierowcę, który uniósł jedną brew w sposób, który doskonale znała. Wtedy wszystko stało się jasne. Poczuła, jak serce wędruje jej do gardła.
Wspomnienia przesuwały się przed jej oczami jak taśma filmowa, najpierw cudowne scenerie pełne słońca i rozkoszy, a potem ostry ból. Marco Borsatto. Chłopiec z dobrego domu, w którym zakochała się na zabój. Myślała, że z wzajemnością.
Była głupia i naiwna.
– Marco, no cóż. Świat jest naprawdę mały.
Wróciła do rzeczywistości. Próbowała unieść się na siedzeniu i odsunąć od niego, ale klamka drzwi wpijała jej się boleśnie w ciało.
– Rzeczywiście – odparł – najpierw nie byłem pewny, czy to ty, ale kto inny mógłby pokusić się o równie dramatyczne wejście?
– Dramatyczne?
Uniósł brew i zerknął na nią.
– Tak, dramatyczne – odparł współczująco.
– Racja – powiedziała. – Nigdy nie potrafiłam udawać kruchej księżniczki.
Spojrzała na jego profil. Wyglądał jeszcze lepiej, niż zapamiętała, a zawsze był najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego znała.
Marco Borsatto. Jak na ironię, gdy widzieli się ostatni raz, ona uciekała po raz pierwszy. Tego dnia pęknięcie w sercu przerodziło się w gorejącą pustkę bólu. Marco był źródłem jej siły. Jedyną osobą w mieście pełnym snobów i plotkarzy, któremu naprawdę ufała, i w końcu to przez niego uciekła.
– Tak więc, pomijając twoje dramatyczne wtargnięcie pod koła samochodów, wszystko u ciebie w porządku? Wyglądasz… no cóż…
Posłał jej kolejne spojrzenie. Sukienka, która wcześniej balansowała na granicy przyzwoitości, teraz w miejscu publicznym byłaby ledwie legalna.
– Tak, w porządku. Daję sobie radę – powiedziała, naciągając sukienkę na tyle, na ile było to możliwe.
– Nie musiałaś rzucać się pod koła, żeby zatrzymać ruch na ulicy. Dobrze, że światła się właśnie zmieniały.
– Nie ubieram się tak na co dzień. Właśnie wychodziłam z pracy – odparła zaczepnie, ale w tym momencie samochód podskoczył na wyboju, a Stacey jęknęła z bólu.
– Nie musisz mi się tłumaczyć – powiedział szybko. Głos miał spokojny, jak zwykle był opanowany, tak jak zapamiętała, a teraz do tego stanowczy. – I o nic nie musisz się martwić. Zajmę się wszystkim.
Zajmę się tobą.
Stacey szybko odwróciła się do okna. Wspomnienie przeszyło ją boleśnie niczym bicz. Marco był dla niej taki dobry, ale ona odrzuciła jego dobroć. Dziewczyny takie jak Stacey nie zadają się z mężczyznami takimi jak Marco. Nie była na tyle głupia, żeby wierzyć w bajki. W jej królestwie książęta znikali lub okazywali się leniami, dręczycielami lub wiecznie pijanymi nierobami.
– Ile czasu minęło? – spytała. – Miałeś chyba jakieś dziewiętnaście lat, kiedy widziałam cię po raz ostatni w Montauk.
– Tak, dziewiętnaście. To było tuż przed tym, jak uciekłaś. A ty chyba wciąż byłaś w liceum?
– Tak. Miałam szesnaście lat i wydawało mi się, że wszystko wiem najlepiej.
Miała szesnaście lat, była całkiem pogubiona. Tamtego wieczoru wróciła do domu i dowiedziała się, że matka sprzedała samochód – ostatnią pozostałość po dawnym dobrobycie. Stacey wyleciała z pracy, bo napyskowała klientowi, który ją obraził, dowiedziała się też, że koledzy ze szkoły okrzyknęli ją zdzirą roku. Tak, była zupełnie pogubiona, więc kiedy Marco ją dogonił i spytał, czy te plotki są prawdziwe, roześmiała mu się w twarz.
Oczywiście, że to prawda. Czy wydawało mu się, że jest dla niej kimś szczególnym?
Odwrócił się od niej i odszedł, a ona zrobiła to, co każda porzucona córka. Poszła szukać swojego ojca.
– Obojgu nam wydawało się, że pozjadaliśmy wszystkie rozumy – powiedział Marco. – Nic dziwnego, w tych okolicznościach. Czy nie tak właśnie wygląda dorastanie? Nie chcesz nikogo słuchać i popełniasz błędy.
Przewróciła oczami.
– Mówisz o mojej ucieczce z domu?
– Nie tylko. Choć doskonale pasuje – dodał z uśmiechem.
– W porządku, podróż stopem nie była moim najlepszym pomysłem, ale skąd mogłam wiedzieć, że matka zaangażuje w poszukiwania każdego, kto ma latarkę i resztkę przyzwoitości? Nie było mnie raptem trzy dni.
– Wiem, byłem tam. Miałem latarkę i trochę przyzwoitości. I bilet do Rio w kieszeni.
Na to wspomnienie Stacey skrzywiła się. To był najgorszy weekend jej życia. Wpadała z jednych kłopotów w kolejne. Jej plan odnalezienia ojca okazał się całkowitą porażką, wróciła więc do domu spłukana i pozbawiona jakichkolwiek złudzeń. Pożałowania godna, samolubna kreatura.
– Przykro mi, że przeze mnie musiałeś odłożyć wyjazd, ale w końcu poleciałeś do Rio, prawda?
Pokręcił głową.
– Nie, w tamtym roku nie poleciałem. Zmiana planów. Ale to nie ma znaczenia. Pojechałbym gdziekolwiek, byle z dala od Montauk.
Stacey skinęła głową. Wiedziała doskonale, o co mu chodzi.
– Mam nadzieję, że już nigdy nie zobaczę Long Island – powiedziała.
Jechali przez chwilę w milczeniu. Dotarli na przedmieścia i wjechali do bardziej ekskluzywnej części miasta. Tam, gdzie Marco pasował, w przeciwieństwie do Bruce’a.
Czerwony krzyż i elegancki srebrny napis „Centrum Medyczne St Bartholomew’s” nie pozostawiały złudzeń, że jest to miejsce dla elit. Wyłącznie. Budynek z białej cegły wydawał się solidny i bezpieczny i Stacey poczuła, jak ogarnia ją spokój. Siedziała w milczeniu.
– To pewnie nie zajmie dużo czasu. Potem możesz ruszać w drogę. Jednak jeśli coś ci dolega, nie martw się, pokryję koszty leczenia.
– Dzięki – powiedziała z trudem. – To miło z twojej strony.
Chwyciła za klamkę.
– Zaczekaj chwilę, Stacey.
Odwróciła się. Siedział za kierownicą z ręką niedbale opartą o kolano. Idealne ucieleśnienie ekskluzywnego uroku. Jak ciepły, słoneczny dzień po ponurej, zimnej nocy. Coś pewnego, trwałego i bezpiecznego. Tak właśnie czuła się dawniej w jego towarzystwie. Bezpiecznie i z dala od ciągłych problemów swojej matki.
Kiedyś miał wszystko, w tym dobre serce. W odróżnieniu od swoich przyjaciół nie wydawał się płytki, powierzchowny i arogancki. Wręcz przeciwnie. Jakimś cudem sprawił, że czuła się więcej warta, jakby miała coś do zaoferowania. Okazało się jednak, że to wszystko była ułuda, bo gdy tylko dowiedział się, że nie jest idealna, wyrzucił ją ze swojego życia jak worek ze śmieciami.
Był taki przystojny. Stracił resztki chłopięcości i stał się bardzo męski. Jego czarne oczy przyglądały jej się z uwagą. Zawsze miała słabość do ciemnookich mężczyzn i teraz wiedziała już, skąd to się wzięło. Nikt jednak nie dorównywał Marcowi – krótkie, gęste rzęsy i szerokie brwi, które tworzyły idealną ramę dla jego czarnego, zagadkowego spojrzenia. Ciemny cień zarostu doskonale podkreślał zarys szczęki.
Nie mogła oderwać od niego wzroku. Jego usta – tak pełne i doskonałe – rozchyliły się lekko. Poczuła narastające napięcie. Wszystko zniknęło, został tylko cień pomiędzy nimi, bicie jej serca i oczekiwanie, które pulsowało boleśnie pomiędzy jej udami.
– Marco… – westchnęła.
Nie poruszył się. Jedynie krótki błysk w jego oczach, gdy przebiegł wzrokiem po jej twarzy. Nie wziął jej w ramiona, nie musnął niby przypadkiem jej nogi – nawet nie zerknął na jej dekolt. Był zupełnie bierny i, co gorsza, miała wrażenie, że z niej drwi.
– Zanim wysiądziemy, może lepiej okryj się moją marynarką. Będziesz się czuła bardziej swobodnie.
Otworzył drzwi, a ona odetchnęła głęboko. Ale z niej idiotka! Naprawdę miała ochotę go pocałować! W dodatku myślała, że on też tego chce. Musiała postradać rozum. Po tych wszystkich latach? Musi wziąć się w garść albo całkiem się rozklei, a kobieta bez domu i pieniędzy naprawdę nie może sobie na to pozwolić.
Marco otworzył drzwi i czekał, gotowy okryć ją marynarką. Wysunęła nogi z samochodu i zauważyła, że rozcięcie sukienki nie pozostawiało wyobraźni zbyt dużego pola do działania. Pewnie jeszcze bardziej straciła w jego oczach. Ignorując ból, wysiadła z samochodu.
– Jesteś zbyt miły – powiedziała, wsuwając ramiona w rękawy marynarki i okrywając się granatowym jedwabiem. Marco zamknął drzwi i włączył automatyczną blokadę.
– Nie ma sprawy – odparł bez cienia emocji.
Droga marynarka ciążyła jej na ramionach, w każdym włóknie jedwabnej tkaniny czuła ekskluzywność świata, do którego należał. Jakby podszewka wykonana była ze złota, a z rękawów w każdej chwili mogły wypaść wypowiedziane życzenia. Życie nie było sprawiedliwe.
– Najwyraźniej bardzo dobrze ci się powodzi, Marco. Kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, jeździłeś starą, rozklekotaną ciężarówką. Jakaś mała wygrana na automatach do gry?
Od razu pożałowała swoich słów. Przecież jego ojciec był hazardzistą. Cholera.
– Nie mam nic wspólnego z hazardem, Stacey. Trzymam się od tego z daleka.
– Przepraszam. – Tylko tyle zdołała wydusić. – Zapomniałam.
– Nie mógłbym. Przez nałóg ojca straciliśmy dosłownie wszystko.
Wiedziała o tym. Właśnie to w pewnym momencie zbliżyło ich do siebie. Upadek rodziny Marca, ze szczytu prawie na sam dół. Prawie, bo w końcu nazywał się Borsatto.
– Gdybym mógł, zamknąłbym każde cholerne kasyno w tym mieście. I w innych też.
– Dobrze, że nie każdy tak myśli. Przez ostatnich dziesięć lat utrzymywałam się, pracując w tego typu miejscach.
– Masz prawo do własnego zdania. – Ton jego głosu sugerował, że przed chwilą powiedziała coś naprawdę głupiego.
Przyglądała się jego plecom, rysującym się na tle białej ściany szpitala.
I co z tego, że wszystko stracił? Ona na przykład nigdy nic nie miała.
Ruszyła za nim, a obcasy grzęzły jej w żwirowanej nawierzchni parkingu.
– Nie każdy, kto gra w kasynie, musi być nieudacznikiem – wypaliła w stronę jego pleców.
– Pewnie nie. – Zatrzymał się i spojrzał na nią z dezaprobatą. – Z mojego doświadczenia wynika jednak, że dużo więcej jest grzeszników niż świętych.
– Więcej dziwek niż Madonn? Czy o to ci chodzi? Że wyglądam jak dziwka?
Uśmiechnął się leciutko i pokręcił głową.
– Miałem na myśli klientów, Stacey. Nie obsługę.
Znów to samo – zawsze musi coś palnąć bez zastanowienia. Spojrzała na niego groźnie, ale nawet się nie skrzywił.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 11,90 zł 13,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 10,90 zł 12,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień
Opcje dostawy:
Paczka w ruchu
Płatność online:
4,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Paczka 48 do domu
Płatność online:
11,90 zł
Płatność przy odbiorze:
13,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej
Płatność online:
10,90 zł
Płatność przy odbiorze:
12,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w paczkomacie InPost
Płatność online:
9,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-2 dni
Opcja dostawy:
Mini paczka do domu InPost
Płatność online:
7,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-5 dni
Opcja dostawy:
Przesyłka kurierska InPost
Płatność online:
13,90 zł
Płatność przy odbiorze:
15,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień
Opcja dostawy:
Kurier DPD
Płatność online:
14,90 zł
Płatność przy odbiorze:
16,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Miłość nie ma ceny, Amerykański sen
Autor Abby Green, Bella Frances
Wydawnictwo Harlequin
Data premiery 12-10-2018
Ilość stron 320
Oprawa Miękka
ISBN 9788327637178

Napisz recenzję