Przez kilka chwil milczenia wpatrywali się w siebie nawzajem.
– Niniver? – Jakoś zdołał odzyskać mowę, ale wątpliwość w głosie sprawiła, że czar prysł.
– Mogę wejść?
– Tak. Oczywiście. – Cofnął się, przytrzymując drzwi, dopóki nie weszła pierwsza, w czarnym aksamitnym żakiecie i brązowej spódnicy do jazdy konnej. Spojrzawszy na zewnątrz, zobaczył jej stałego wierzchowca, ogromnego gniadosza, starannie uwiązanego do pala. Zasępił się w myśli, choć nie pokazał tego na twarzy. Czyżby jeździła sama?
Nie na miejscu było pytać. Zreflektował się w porę, kiedy zamknął drzwi i ruszył za nią. Niniver szybkim krokiem przeszła prosto do salonu. Kiedy Marcus schylił się pod łukiem, zobaczył, że zatrzymała się przy stoliku, jakby oceniając jego starania. Odwróciła się, gdy szedł do niej przez długi pokój.
Była niska i drobna; on miał ponad metr osiemdziesiąt i ledwie sięgała mu do ramienia.
Zamiast nad nią górować, wskazał parę foteli w przestronnym miejscu przed kominkiem. Bardziej wyczuł, niż zobaczył jej pochwałę uprzejmości, kiedy podeszła i z szelestem ciężkiej spódnicy usiadła.
Usiadł w drugim fotelu. Ze wzrokiem na jej twarzy próbował sobie wyobrazić, co ona tu robi – dlaczego, po tylu miesiącach bez kontaktu, zechciała przyjechać. Milczała z badawczym spojrzeniem, jakby próbując przewidzieć jego odpowiedź na jakąś prośbę.
– Zaproponowałbym ci coś do picia, ale moja gospodyni i majordomus pojechali na zakupy. Wątpię, żebyś doceniła moje wysiłki przy parzeniu herbaty.
Zamrugała, wolno, i widział, jak dociera do niej wiadomość, że jest z nim w tym domu sama. Jeśli to wizyta towarzyska…
Potrząsnęła głową.
– Nie przyjechałam na herbatę. Ani na nic innego do picia.
Czyli nie, na pewno nie wizyta towarzyska. Mierząc go nadal wielkimi niebieskimi oczyma, przygryzła dolną wargę – zauważył wcześniej, że robi to, kiedy czuje się niepewnie albo myśli o czymś, co ją niepokoi. On? Co ją tu w ogóle sprowadziło?
Była tu teraz, twarzą w twarz z nim… Niniver targały wątpliwości, nawet poważne, czy mądrze to wymyśliła, ale nadal potrzebowała pomocy. Rozpaczliwie potrzebowała silnego opiekuna i oto miała go przed sobą, idealnego człowieka do takiego zadania.
Z czarnymi lokami wokół twarzy – nie kruczoczarnymi, tylko czarnymi z ukrytą nutą czerwieni, najgłębszego mahoniu – z jednym ciemnym kosmykiem opadającym zawadiacko na szerokie czoło, siedzący tak, jak sobie siedział, zrelaksowany i swobodny, z długopalczastymi dłońmi na ramionach fotela, muskularnymi udami jeźdźca, długimi nogami obleczonymi w koźlęcą skórę i buty z cholewami, założonymi jedna na drugą z przyrodzonym wdziękiem… powinien był się wydawać nie groźniejszy od pierwszego lepszego londyńskiego dandysa. Nic podobnego. Aż biła od niego aura kipiącej podskórnie, tłumionej siły, nawet tchnącej czymś niebezpiecznym.
Do odstraszania swych natarczywych zalotników nie wyobrażała sobie nikogo lepszego.
Głusząc w sobie całą rozwagę, spojrzała Marcusowi w granatowe oczy, tak ciemne, że trudno było, albo w ogóle nie sposób, odgadnąć jego myśli.
– Pamiętasz obietnicę, którą mi kiedyś złożyłeś?
Zamrugał, gęste czarne rzęsy na moment przysłoniły mu oczy, a potem utkwił w niej nieruchomo wzrok.
– Że gdybyś potrzebowała pomocy, możesz liczyć na mnie, że wystarczy, że powiesz słowo?
Kiwnęła głową – raz, zdecydowanie.
– Tak. – Zrobiła pauzę, żeby zebrać jak najlepiej słowa. – Potrzebuję pomocy w pewnej szczególnej sprawie, i myślę… wierzę, że ty jesteś najwłaściwszą osobą, która mogłaby mi pomóc… która najlepiej się nadaje, i byłaby w stanie pomóc mi rozwiązać ten problem.
Przyglądał się jej teraz dokładnie, tak jak ona chwilę wcześniej przyglądała się jemu.
– A twój szczególny problem to…?
– Mężczyźni – wymknęło jej się z ust, nim zdążyła pomyśleć. Skrzywiła się i brnęła dalej: – Konkretni mężczyźni… to znaczy mężczyźni z klanu, którzy zakładają, że na pewno szukam męża, i którzy proponują własną kandydaturę nadmiernie entuzjastycznie. – Z jej głosu biła niepohamowana irytacja.
Ku jej zaskoczeniu Marcus… zamarł. Nie było na to innego słowa. Nie oderwał od niej wzroku – wciąż na nią patrzył – miała jednak nieodparte wrażenie, że widzi coś innego, że ogląda coś poza nią.
Właściwie ledwo oddychał.
W końcu zaczął poruszać oczami i wydawał się powściągać, powstrzymywać przed czymś. Potem jeszcze krótko się wahał, nim zadał jedno pytanie:
– Na ile… entuzjastycznie oni się zachowują?
Odezwał się dużo niższym, głębszym głosem. Przez moment Niniver zastanawiała się, czy dobrze robi, napuszczając go na swoich biednych, niczego niepodejrzewających klanowych zalotników. Wtedy przypomniała sobie scenę z wybiegu dla koni. Uniosła wysoko podbródek.
– Powiedziałbyś, jak przypuszczam, że każdy z nich na swój sposób próbuje się do mnie zalecać, ale ciągle wchodzą sobie w drogę, potykają się o siebie, a potem jest awantura. Ale co gorsza, podpuszczają się wzajemnie do coraz żałośniejszych popisów, takich, że jest mi coraz trudniej tego… unikać.
Ubrana w słowa sytuacja nie wyglądała tak strasznie, ale dla niej to było naprawdę uciążliwe, i bardziej niepokojące, niż to umiała wyrazić.
– Wiem, że to zabrzmi głupio, ale mam do utrzymania pozycję w klanie, a przy tak napiętych sprawach jak w tej chwili… to, że muszę znosić idiotyczne zachowanie skierowane wobec mnie osobiście, zachowanie, które tak naprawdę… no cóż, przynosi mi ujmę… to wszystko jest nieznośne, przykre i czasem wyprowadza mnie z równowagi. Najgorsze, że wśród tych mężczyzn są synowie członków starszyzny klanowej, co w pewnym stopniu wiąże mi ręce… Po prostu nie mogę zbyt otwarcie odpierać ich awansów. – Odetchnęła ciężko. – Potrzebuję kogoś, kto zwyczajnie wkroczy i powie im wszystkim, żeby przestali. Kogoś, kogo posłuchają – bo na moje protesty żaden z nich nie zwraca ani krzty uwagi.
Ostatnie słowa wylały się na fali frustracji.
Głos instynktu popychał Marcusa do czynu, kazał reagować, spieszyć w jej obronie, zwłaszcza przeciw tego typu natrętom. Gdy zaś szło o nią, nie był pewien, czy mógł – czy powinien – ufać swemu instynktowi. Obawiał się, że zamiast bronić Niniver, mógłby ją w instynktownym odruchu niechcący zranić, a takiego ryzyka nigdy by nie podjął. Za nic w życiu.
Chronienie Niniver Carrick stało się jego prywatną busolą, przynajmniej w kierowaniu swoim postępowaniem wobec niej. Tak, ona go pociągała – namiętnie, do głębi trzewi. Tak bardzo, że gdy tylko zdał sobie sprawę z natury tej skłonności – na pogrzebie jej ojca, akurat tam – poprosił swą matkę i siostrę, by zobaczyły, co Pani, bogini, której służyła ich rodzina, ma do powiedzenia o jego przyszłości. Niestety, zobaczyły tylko tyle, że sądzona mu przyszłość leży gdzieś na ziemiach Pani, czyli gdzieś w okolicy, ale, na razie, były w stanie powiedzieć jedynie to, że sądzona mu przyszłość jest jeszcze przed nim.
Czy zaczęła spełniać się teraz? Czy to dlatego przyszła do niego Niniver? Czy dlatego w końcu przyszła skorzystać z obietnicy, którą jej złożył przed dwoma laty?
Czy to ona była sądzoną mu przyszłością, czy…?
Owo „czy” było tym, co trzymało go z dala od niej przez minione miesiące. To oraz jego nieodparta, niezaprzeczalna wola chronienia Niniver. Gdyby się do niej zbliżył, gdyby uwodził ją, tak jak tego pragnął, może by nawet z ochotą uległa, ale co, jeśli pisana mu przyszłość objawi się, a nie będzie to przyszłość z nią?
Nie mógł jej zranić, więc musiał utrzymywać dystans na wypadek, gdyby się okazało, że Niniver nie jest dla niego.
Znając kapryśność losu, Marcus skłonny był wierzyć, że ostatnią kobietą, którą los mu przeznaczy, będzie jedyna kobieta, której pragnął – przynajmniej w tym czasie pragnął ponad wszystkie inne.
Przekonał był samego siebie, że los ześle mu jakąś kobietę, której dotąd nie znał.
Tymczasem niespodziewanie do jego drzwi zapukała Niniver.
Czyżby los z niego drwił – czy sprawdzał jego siłę charakteru? Wystawiał na próbę jego zobowiązanie, że nie skrzywdzi Niniver?
Czy też był to zew jego przeznaczenia?
Nie spuszczała wzroku z jego twarzy w wyraźnym oczekiwaniu. Marcus poruszył się, wyprostował na krześle, szukając dla siebie – i dla niej – możliwych rozwiązań, zastanawiając się, czy mają jakieś inne wyjście.
– Rozumiem… twoją trudność. – Była taka krucha i cicha, i z tego, co wiedział, łagodnie usposobiona. Wiedział, że ma ogromne poważanie wśród ludzi z klanu – całkiem oczywiste, skoro wybrali ją na swoją Panią. Ale miała dobre serce i kochała charty; do tego, żeby się rozprawić z potężnymi, rozjuszonymi samcami, zdecydowanie się nie nadawała. – Potrzebujesz kogoś, kto budziłby w tych typach respekt, kogoś, czyich argumentów posłuchają.
Spojrzał jej w oczy; ani na sekundę nie odwróciła wzroku od jego twarzy.
– A Thomas? – spytał. – Znają go i szanują i, co więcej, on też jest z klanu.
– Thomas… – Lekko przymrużyła oczy – …co musisz wiedzieć równie dobrze jak ja, ma dość na głowie ze swoimi córeczkami. Nie poproszę go teraz, żeby przyjechał ratować mnie. Nie zrobiłabym mu tego, nie mówiąc o Lucilli.
Marcus poczuł się słusznie zganiony. Przed pięcioma miesiącami jego bliźniacza siostra urodziła dwie dziewczynki i rzeczywiście oni oboje, Lucilla i Thomas, byli bez reszty zajęci opieką nad maleńkimi, ale wymagającymi szkrabami.
– Rzeczywiście. Masz rację. – Tu nie miała na co liczyć. Zmarszczył brwi. – A Norris? – Pochylił się, opierając łokcie na udach. Jej ostatni żyjący brat był na pewno właściwą osobą do jej obrony. – Wiem, że jest od ciebie młodszy, ale niedużo, coś około roku… czyli ile ma lat? Dwadzieścia pięć? – Wystarczająco dorosły.
Jej usta zacisnęły się w kreskę, oczy jeszcze bardziej zwęziły.
– Ja mam dwadzieścia pięć, on nie skończył dwudziestu czterech. Ale wyjechał. Prowadzi własne życie w St. Andrews i nie mam zamiaru ściągać go do domu; poza tym żaden mężczyzna w klanie nic by sobie z niego nie robił… – Niniver urwała, ale nie myślała dać za wygraną. – Potrzebuję kogoś z pozycją. Ze statusem, który wymusi chociaż uwagę, jeśli nie całkowity posłuch.
Potrzebowała kogoś takiego jak on; to było tak oczywiste, że nie wymagało specjalnych zapewnień.
Wstała raptownie z fotela. Kiedy on też zaczął się podnosić, odwiodła go od tego ostrym machnięciem ręki; ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła, był kurcz szyi. Zaczęła chodzić w tę i z powrotem wzdłuż ściany kominkowej. Robiła to wyłącznie, kiedy coś ją wzburzyło lub zaniepokoiło, i długo pracowała, żeby się pozbyć tego nawyku – zbyt wiele demaskował – ale w tym momencie było jej wszystko jedno.
Przygotowywała się do tego – żeby nie okazywać, jak Marcus na nią działa, lekceważyć ciarki przechodzące falami po całym ciele, ilekroć on był blisko. Powiedziała sobie, że jest zdolna stanąć z nim twarzą w twarz i poprosić, by spełnił swą obietnicę, nawet jeśli nie pociągała go, tak jak on – bezsprzecznie – pociągał ją. Zdobyła się na odwagę i zrobiła to, i poprosiła, ale z jakiegoś powodu on okazał się niechętny.
To nie była przyjemna świadomość. Skoro już tu przybyła, ze sprawą do załatwienia, zamierzała spróbować każdego możliwego podstępu, jaki jej wpadnie do głowy.
– Miałam nadzieję… – Robiąc pauzy i patrząc mu w twarz, wypowiadała słowa płaskim, równym tonem, usiłując pozbawić je wszelkich emocji. – …że zgodzisz się mi pomóc w rozwiązaniu tej sytuacji… traktując to jako przysługę sąsiedzką.
Miał twarz o ostro rzeźbionych rysach, wydatne kości policzkowe nad szczupłymi policzkami. Jego usta były wiecznie ruchliwe, przez to fascynujące, ale gdy spojrzał na nią w górę, jego kanciasty podbródek nie dawał cienia wątpliwości, że jest zdolny zachować całkowite opanowanie. Wpisana w rysy twarzy arogancja brała się z wyjątkowej pewności siebie, a jednak… Gdy Niniver przyszpiliła go wzrokiem, zobaczyła, że jej słowa przebiły się przez kamienną fasadę; choć nawet nie mrugnął okiem, miała pewność, że trafiła go w czuły punkt. Sąsiedzka pomoc, jeśli ktoś prosił, była na wsi rzeczą świętą.
Unikała Marcusa przez wiele miesięcy, i jeśli jej zmysłowe zainteresowanie jego wyglądem, w każdym najmniejszym szczególe, było pewną wskazówką – postępowała najmądrzej, jak mogła. Mimo że pamiętała o jego obietnicy, najpierw długo się wahała poprosić go o pomoc, właśnie z powodu irytującego pociągu, namiętnego i nieodpartego, jaki do niego czuła. Dlatego że ów pociąg był najwyraźniej jednostronny. On był Cynsterem; wiedziała, jakiego to rodzaju mężczyzna – dżentelmen z arystokratycznej linii, z całą naturalną arogancją i pewnością siebie, jaką dawało mu pochodzenie. Gdyby żywił nią zainteresowanie, starałby się zbliżyć, dałby jej znać.
Tak jak to robili idioci z jej klanu, choć na pewno z większym polotem.
Marcus wbił w nią ciemne oczy.
– Jak, dokładnie, sobie wyobrażasz, że jako sąsiad mógłbym ci pomóc?
Obróciwszy się na pięcie, chodziła dalej w tę i we w tę. Tak naprawdę nie przemyślała tego jeszcze, ale skoro zapytał…
– Gdybyś do nas przyjechał i pobył jakiś czas we dworze … na tyle długo, żeby inni zauważyli albo żebyś ty miał szansę… – Wykonała nieokreślony gest.
– Przestawić ich myślenie?
– Tak. Właśnie. – Spojrzała na niego po następnym obrocie. – Postraszenie też byłoby nie od rzeczy.
Marcus zacisnął usta, powstrzymując uśmiech. Potem wybiegł myślami dalej i otrzeźwiał.
– Jak sądzisz, ile czasu zajmie to… uświadamianie twoim zalotnikom, że nie masz woli do małżeństwa?
Zmarszczyła czoło.
– Tydzień? Dwa?
Dwa dni byłoby dla niego za długo. Rozumiał zamysł Niniver, ale podjęcie się jej ochrony oznaczałoby, z konieczności, spędzanie tego czasu dosłownie u jej boku – a mógł z łatwością przewidzieć skutek takiej wymuszonej bliskości. Wstrzymywane pożądanie to nie jest to, o czym marzy większość mężczyzn, a on nie był wyjątkiem.
Patrzyła na niego z nadzieją. Kazał milczeć sercu i poruszył sprawę, na którą ona zdawała się nie zważać.
– Powiedziałaś, że masz dwadzieścia pięć lat. Skoro jesteś teraz panią klanu, przypuszczam, że rozważałaś swoje perspektywy małżeństwa. Może lepiej po prostu wybrać teraz i mieć to za sobą?
Zatrzymała się raptownie i zmierzyła go wzrokiem; niczego nie zdołał wyczytać z wyrazu jej twarzy.
– Nie mam zamiaru wychodzić za mąż – oświadczyła. – Ani teraz, ani później.
Coś go w środku tknęło, ale natychmiast to zagłuszył. Nie czas było porywać się na wyzwania – zwłaszcza nie na takie wyzwania. Zrobił zdziwioną minę.
– Dlaczego nie? – Nonszalancko, choć nieco łagodniej zadał pytanie: – Nie chcesz mieć męża i dzieci? – Jego siostry, kuzynki, te na wydaniu, prawie nie rozmawiały o niczym innym.
Odwróciła się gwałtownie i znów zaczęła chodzić; kiedy wracała w jego stronę, była opanowana.
– To, czego chcę, jest bez znaczenia. Jako głowa klanu nie mogę wyjść za mąż.
Patrzył na nią z coraz mocniej ściągniętymi brwiami.
– Wciąż nie rozumiem dlaczego – oświadczył tonem bez wyrazu, bez zachęty, żeby cokolwiek wyjaśniała.
Niniver westchnęła z grymasem na ustach.
– Jestem jedyną osobą, która trzyma klan razem. Gdyby nie mieli do wyboru mnie jako pani, klan by się podzielił. Nie zdawałam sobie sprawy, jak niewiele brakowało, ale Sean i Ferguson w końcu mi powiedzieli. – Urwała na dłuższą chwilę, wbijając wzrok w kafle posadzki. – Tata poświęcił klanowi swoje życie. Utrzymał go w całości, i ja nie mogę, z pełną świadomością, nie postarać się z całych sił dokonać tego samego. – Uniosła wzrok. – A to, że jestem kobietą, wyklucza małżeństwo, bo każdy mężczyzna, którego poślubię, będzie chciał mnie zastąpić jako głowa klanu. Gdyby taka rzecz się zdarzyła, klan niemal na pewno by się rozpadł.
Wytrzymał jej spojrzenie, rozpatrując tę zagadkę. Wyzwanie stało się właśnie jeszcze trudniejszym wyzwaniem… Co on myślał? Naprawdę nie był pewien, a kiedy ona tak chodziła w tę i z powrotem w zasięgu jego ramion, wcale nie był przekonany, czy wróci mu w jakimś bliskim czasie normalna umysłowa sprawność.
Niniver czuła, że Marcus się wycofuje; nie umiałaby powiedzieć skąd – po prostu wiedziała. I podczas gdy gwałtownie szukała argumentów, którymi dałby się przekonać, opadła ją szkaradna myśl. Zbyt okropna, żeby poświęcać jej teraz czas; upchnęła ją głęboko w umyśle, ale samo jej istnienie tylko uwydatniło potrzebę Niniver – jej rosnącą desperację, by uzyskać pomoc Marcusa. Nie czekając, aż straci odwagę, zapytała obcesowo:
– Pomożesz mi?
Nie odpowiadał. Po sekundzie odwrócił od niej wzrok.
Wtedy puściły jej nerwy.
Boleśnie wypróbowana zdarzeniami dnia – zirytowana i umęczona awanturą na wybiegu stajennym, przybita świadomością, że nie poradzi sobie sama z coraz kłopotliwszą sytuacją i że naprawdę musi błagać o pomoc, potem przejęta nagłą myślą o tym, co może się stać, jeśli nie uzyska skutecznej pomocy i nie powstrzyma swoich niedoszłych konkurentów, i teraz ugodzona do żywego, z poczuciem, że wszystko, na co się odważyła, by znaleźć się w tym miejscu, wszystko, co wyjawiła… na nic się nie zdało – Niniver wyszła z siebie.
Kiedy z zaciśniętymi wargami, z wściekłym szelestem spódnicy odwróciła się i odeszła kilka kroków, sam stukot jej obcasów o kamienną posadzkę zdradzał kłębiące się w niej uczucia.
– Niniver.
Przystanęła. Sądząc po głosie, był zmęczony. Znudzony? I zrezygnowany.
Stojąc do niego tyłem, nabrała do płuc powietrza i uniosła głowę. Zamierzał odmówić pomocy.
Wszystko w niej kipiało. Spojrzała w sufit, wyciągnęła ręce i drżącym głosem wzniosła błaganie:
– Czy ja nie mogę liczyć na żadnego mężczyznę?
Obróciła się, żeby posłać Marcusowi wzgardliwe spojrzenie…
Opadającą w dół ręką, z energią wzmocnioną przez gwałtowność jej obrotu, zahaczyła o wysoki świecznik stojący na półce nad kominkiem. Świecznik poszybował.
Obracając się jeszcze, usłyszała potężny głuchy łoskot. Kiedy stanęła pewnie w miejscu, ciężki świecznik brzęknął o kamienną podłogę.
Marcus, z zamkniętymi oczami, siedział rozparty bezwładnie w fotelu.
– O mój Boże! – W odruchu przerażenia pomyślała, że go zabiła.
Rzuciła się do niego z łomoczącym sercem. Zwisała mu głowa. Łapiąc go za ramiona, próbowała docisnąć je do oparcia, ale był dla niej za ciężki. Zebrała spódnicę, uklękła przy fotelu i próbowała zajrzeć mu w twarz.
Nie wyglądał na martwego. Miała niemal pewność, że jeszcze oddycha.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Dobrana para
Autor Stephanie Laurens
Wydawnictwo HarperCollins
Data premiery 10-08-2016
Ilość stron 384
Oprawa Miękka
ISBN 9788327619976
Tłumaczenie Maria Sadoleska
Projekt okładki Robert Dąbrowski

Napisz recenzję