Morderca stał okrakiem nad leżącymi na brzuchu zwłokami. Wypatrując najmniejszych choćby oznak życia, przyglądał się bacznie ciału, którego rozrzuconymi rękami i nogami wciąż jeszcze wstrząsały dreszcze. Uniósł drewnianą pałkę, gotów w każdej chwili ponownie spuścić ją na głowę ofiary, jednak nie było takiej potrzeby. Mężczyzna nie żył, a pojedyncze spazmy były jedynie ulatującymi z trupa resztkami bytu. Z rozłupanej czaszki wypływała krew i tworzyła wokół głowy gęstą ciemnoczerwoną kałużę.
Morderca, do tej pory całkowicie pochłonięty odbieraniem życia, teraz począł się rozglądać. Zmierzchało, w zakamarkach zbierały się cienie. Nerwowo zerknął w prawo, potem w lewo. Tam! Czy coś czaiło się pod krzakami? Do kogo należały te błyszczące oczy? Do zwierzęcia, dzikiej bestii czy do człowieka? Do świadka? Ruszył niepewnie w stronę zarośli, kiedy nagle jakiś dźwięk kazał mu się odwrócić i stawić czoło zagrożeniu nadchodzącemu z innego kierunku. Podniósł pałkę, po czym ją opuścił.
Czekał, nerwowo łypiąc na truchło. Dotarło do niego, że powinien je ukryć. Niezdarnie, wciąż ściskając drewnianą pałkę, zaczął popychać zewłok w kierunku pobliskich zarośli. Nie miał czasu, by starannie pozbyć się ciała, przemyślnie je ukryć, toteż postanowił zostawić je na żer kaniom, wronom, niedźwiedziom i wilkom. Zwierzęta i ich żołądki załatwią sprawę.
Morderca byle jak przykrył trupa liśćmi, po czym zaczął oddalać z miejsca zbrodni. Szedł na palcach, jakby obawiał się, że pochłonie go ziemia. Naraz zatrzymał się.
Powoli, bardzo powoli skierował spojrzenie ku górze, i wtedy do niego dotarło. Nad głową miał sklepienie niebieskie, jego głęboki, ciemniejący granat. Przez cały ten czas, uświadomił sobie, patrzył nie w tę stronę. Wysunął do przodu żółtą brodę.
Wrogiem moim, jeśli w ogóle go mam, zdawała się mówić jego postawa, jest ten, który spogląda na mnie z góry. Teraz, w tej chwili. Obserwował mnie, kiedym sam sobie wydawał się niewidzialny. Widział każdy mój ruch. Co gorsza, czytał każdą moją myśl i zajrzał we wszystkie zakątki mojego serca. Ujrzał moją pustkę, moją arogancję i gniew.
Te refleksje dało się wyczytać ze skulonych ramion mordercy, z bezradności, z jaką trzymał drewnianą pałkę w opuszczonej dłoni. Sprawiał wrażenie, jakby spozierał jednocześnie w górę i w dół, jakby był strwożony i skruszony.
Opanował go strach. Obejrzał się i obrzucił spojrzeniem nieudolnie ukryty dowód popełnionej zbrodni. Przeszedł go zimny dreszcz. Morderca zamachnął się pałką, chcąc odrzucić ją od siebie, ale trzonek jakby przykleił mu się do palców i nie chciał się oderwać. Rzucił się więc całym ciałem. Obracał się i wirował, kręcił się w kółko z każdą chwilą coraz szybciej i gwałtowniej, aż w końcu legł na ziemi. Dopiero wtedy narzędzie zbrodni wypadło z jego zdrętwiałej dłoni. Chwycił się za twarz.
- Cóżem uczynił? – wyszeptał. - Boże, ukryj mnie przed świadomością tego, com narobił, ukryj mnie przed samym sobą.
I znów ten szept:
- Och Boże, ukryj mnie przed samym sobą.
Na próżno błagał. Wtedy po prawej stronie ukazał się Bóg.
Z początku morderca, który zasłaniał oblicze rękami, nie dostrzegł swego Stwórcy. Potem jednak, zdawszy sobie sprawę, że nie jest sam, spojrzał między palcami.
I Bóg przemówił.
- Gdzie jest brat twój, Abel? – zagrzmiał.
Morderca zerwał się na nogi i ze zdumieniem spojrzał na Boga. Jaki brat? – zdawał się pytać jego wzrok.
Bóg nie dał się zwieść i ponowił pytanie.
- Gdzie jest brat twój, Abel?
- Nie wiem – padła odpowiedź. – Czyż jestem stróżem brata mego?
I morderca podążył za spojrzeniem Boga, które powędrowało ku zaroślom, gdzie leżały źle ukryte zwłoki.
- Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi.
Morderca nic nie odrzekł, tylko padł na kolana. Gdy boskie usta ogłaszały wyrok, głowa Kaina opadała coraz niżej, aż w końcu czołem dotknęła ziemi. Kain wygiął ciało w niezgrabny łuk.
- Bądź więc teraz przeklęty na tej roli, która rozwarła swą paszczę, aby wchłonąć krew brata twego przelaną przez ciebie. Gdy rolę tę będziesz uprawiał, nie da ci już ona więcej plonu.
Kain całym ciałem przywarł do podłoża. Nasz pierwszy morderca zdawał się brać w ramiona matkę swą, ziemię.
Lecz Bóg był nieugięty:
- Tułaczem i zbiegiem będziesz na ziemi.
- Zbyt wielka jest kara moja, abym mógł ją znieść – jęknął mężczyzna, wciąż leżąc na ziemi. – Skoro mnie teraz wypędzasz z tej roli i mam się ukrywać przed Tobą, i być tułaczem i zbiegiem na ziemi, każdy, kto mnie spotka, będzie mógł mnie zabić.
Uniósł głowę i spojrzał błagalnym wzrokiem na Stwórcę. Jego broda, jasna w swej żółci, znak Kaina i Judasza Iszkarioty, chwytała ostatnie drobinki znikającego światła.
- O nie – odpowiedział Pan. – Skazuję cię na wieczną tułaczkę, której nikt nie przerwie poza mną. Ktokolwiek by zabił Kaina, siedmiokrotnej pomsty doświadczy*.
W zapadającym zmierzchu Bóg zbliżył się do Kaina, aby dać mu znamię grzechu po to, by każdy mógł rozpoznać pierwszego mordercę i aby świadczyło ono, iż kara wyznaczona temu człowiekowi jest wyłącznym dziełem Boga i nikt nie może uzurpować sobie prawa do niej.
Bóg wyciągnął kciuk, ażeby naznaczyć czoło Kainowe.
Wtedy ktoś się roześmiał.
I nie był to przyjemny śmiech, tylko dziki, drwiący rechot. Wydał go ktoś po mojej lewej stronie, stojący bardziej z przodu. Bóg zatrzymał się w pół kroku, sprawiał wrażenie wytrąconego z rytmu. Szybko robiło się ciemno, tłum stał się zbitką kształtów i cieni. Scena była oświetlona. Bracia Paradise’owie*, a było ich trzech, liczyli, co zrozumiałe, że uda się doprowadzić przedstawienie o Kainie i Ablu do końca, zanim noc spuści na świat swą kurtynę. Wątpię, aby dysponowali pochodniami. Byli prości, goli i weseli, choć grali, trzeba im przyznać, przekonująco. Na przykład ten, który wcielał się w Kaina, bardzo dobrze oddawał wściekłość i wyrzuty sumienia swojego bohatera. Również Bóg został nieźle odegrany, choć tu niewątpliwie pomagała powierzchowność aktora, ta długa siwa broda i surowy wzrok. Ponownie rozległ się śmiech – śmiech rechotliwy i wybitnie drażniący – i Stwórca wlepił spojrzenie w ciemności spowijające rynek.
Początkowo wziąłem ten rechot za oznakę zniecierpliwienia przedstawieniem odgrywanym na prowizorycznym rusztowaniu, które wzniesiono w rogu placu. Może tym, kto go z siebie wydał, był ktoś, kogo znudziła dobrze znana biblijna opowieść o zamordowaniu brata przez brata i kto wolałby obejrzeć gigę albo jakieś sprośności. Londyńska publika z pewnością nie pozwoliłaby na tak długie widowisko nieprzerywane tańcem albo nieprzyzwoitym żartem. No, ale Londyn to wielkie miasto, a my byliśmy na wsi.
Dostrzegłem jakieś poruszenie w tłumie. Ktoś przecisnął się do rusztowania i wspiął na scenę, po czym ustawił przodem do widowni. Bóg stał tam, gdzie stał, i nadal trzymał wyciągniętą prawą dłoń, którą miał naznaczyć Kaina. Bratobójca wciąż klęczał z uniesionym czołem, czekając na znamię.
Patrzyłem, co się stanie, i zastanawiałem się nad brakiem doświadczenia, nad niedojrzałością tej skromnej trupy. I o tym, że wytrącało ich z rytmu byle wtargnięcie na tę prowizoryczną scenę. I że nie potrafili powiedzieć śmiałkowi dosadnie, na co może spadać. Podczas naszych, Trupy Lorda Szambelana, występów od czasu do czasu trafiały się indywidua – przeważnie pijacy i pozerzy – którym wydawało się, że publiczność Globe’u wolałaby oglądać ich zamiast nas, aktorów. Pozbywaliśmy się tych uzurpatorów sceny, podstawiając im nogę, spychając z desek albo bezlitośnie komentując i wystawiając na pośmiewisko ich niedostatki.
Ci jednak wiejscy aktorzy sprawiali wrażenie sparaliżowanych. Po prostu czekali, podobnie jak tłum, co wymyśli intruz. Nawet brat Paradise grający martwego Abla i leżący na skraju podwyższenia, obrócił głowę, żeby widzieć, co się zadzieje. Stojący obok mnie Jack Wilson szturchnął mnie w żebra. „To będzie niezłe” – oznaczał ów gest. Gość, który wybrał sobie miejsce dokładnie pośrodku sceny, zatoczył się lekko i zza pazuchy wyciągnął butelkę.
Poczułem się rozczarowany. Aktor grający pijaka potrafi być zabawny, ale prawdziwy pijak to zupełnie inna bajka, tym bardziej nużąca i męcząca, im silniejsze owego człowieka przekonanie, że to, co chce powiedzieć, ma jakiekolwiek znaczenie.
I rzeczywiście.
- To niewpsządku. Nie mossze tak być – oświadczył, a następnie zamilkł, być może po to, abyśmy przetrawili mądrość płynącą z jego ust.
- Jegomość jest zdania, drogi Nicku, że to nie w porządku – szepnął mi do ucha Jack Wilson.
- I że nie może tak być, drogi Jacku.
Potem, spojrzawszy na Boga, gość dodał:
- To niewpsządku. Szauujesz Abela i jego ofjjare ciało… całopalnom, a Kania... Kaina i jego owoców n…nie szauujesz.
- Mówi, że Bóg nie szanuje… – szepnął Jack.
- Zamknijże się – mruknąłem. – Doskonale rozumiem, co mówi ten pijaczyna.
- N…nie szauujesz owocóów Kaina, o nie – rzekł mężczyzna, wygrażając Stwórcy butelką.
Siwobrody Pan cofnął się o krok i zmarszczył brwi. Tymczasem Abel zdążył podnieść się z martwych. Policzek miał czerwony od baraniej krwi, która nadawała koloru pierwszemu w dziejach ludzkości morderstwu. Trójka aktorów – Bóg, Kain i Abel – wyglądała na głęboko urażoną. Może jednak niesłusznie posądziłem ich o brak doświadczenia. Wyglądało to tak, jakby nie byli przygotowani na przerywniki, bo przyzwyczaili się, że publiczność słuchała ich i oglądała w nabożnym skupieniu.
- Owocóów! – zawył ochlapus i rozpoczął nieskładną paradę po deskach, kontynuując tyradę i opluwając tych, którzy mieli pecha i zajęli miejsca pod samą sceną. – Owocóów, które zdobył usziwom i cieeszkom pracom. Kain to proosy czowiek. Kain to rolni…hik!
Machnął ręką w kierunku Kaina. Przyszło mi na myśl, czy aby nie pomylił aktora z odgrywaną przezeń postacią.
- Jaa… proosy szowiek. Ja rolni…hik jak Kain.
- Racja, Tom – krzyknął ktoś po mojej prawej stronie. – Znamy cię.
- Szemu Buk nie szauuje rolników? Szemu nie szauuje Kaina? – zawodził pijaczyna.
- Kain był mordercą – syknął ktoś po mojej lewej.
Z tłumu padły różne słowa i aprobaty, i sprzeciwu.
- Mam peedzieć, jak nas nie szauuje?
Kolejne okrzyki i szepty.
Przypomnę, że mieliśmy do czynienia z tłumem zgromadzonych na rynku wieśniaków, z pozoru wyglądających jak banda ciołków i durniów. Ale miałem wrażenie, że podpuszczali naszego drogiego Toma, bo spodziewali się z jego strony niezłego przedstawienia. Czyli przynajmniej pod tym względem nie różnili się niczym od naszej londyńskiej publiczności.
- Oto co robi: jak chsszemy desszu, daje nam szu… ss… susszę. A jak chszemy sońse… no, no c…co nam daje?
Zamilkł, jakby oczekiwał odpowiedzi. Kiedy jej nie uzyskał, dodał z satysfakcją, opluwając pierwsze rzędy:
- Dessszsz… grad… busszę…
Zrobiło się już tak ciemno, że prawie nie było nic widać na scenie. Myliłem się jednak, sądząc, że zespół Paradise’ów nie dysponuje nawet pochodnią. Mieli ich kilka, a teraz zapłonęły na skraju podwyższenia. Nie wiem, kto je zapalił. Ciekawe, czy naprawdę chcieli rzucić nieco światła na to, co działo się na deskach. Kopcące pochodnie zalały scenę ostrym, migotliwym blaskiem i wydobyły z mroku postaci Kaina, Abla i Boga, nerwowo skupione wokół Toma.
- Buk nie zasuuguje na naszą sześć…
Publiczność jak jeden mąż nabrała powietrza. Żarty się skończyły, niewiele dzieliło Toma od bluźnierstwa. Poczułem lekki niepokój, a stojący obok mnie Jack nagle zastygł.
- Nie zasuuguje na sześć, móówię, ale na…
Nie skończył myśli, bo Kain zdzielił go pałką, tą samą, którą zamordował swego brata w sztuce. Drewniana pałka, mimo iż była tylko teatralnym rekwizytem, okazała się na tyle solidna, że jeden cios powalił ubzdryngolonego rolnika. Tom upuścił butelkę, zachwiał się, upadł i o mały włos nie zleciał z rusztowania.
Nastąpiło poruszenie w tonącym w ciemnościach tłumie.
- Zostawcie go! – krzyknął ktoś.
- Dobrze gada! – dodał inny.
- Zabiliście Toma!
To ostatnie, na szczęście, nie była prawdą, bowiem Tom zaskakująco szybko podniósł się z desek i rozejrzał półprzytomnym wzrokiem, jakby nie bardzo wiedział, gdzie i jak się znalazł. Potem, niestety, zainterweniował Bóg. Odebrawszy, jak sądzę, słowa rolnika jako zniewagę, podszedł do nieszczęsnego Toma, przyłożył kciuk do jego czoła i zostawił na nim znamię upadłego, grzesznego człowieka. Tom poczuł się dotknięty zarówno dosłownie, jak i w przenośni, i w odpowiedzi zamachnął się na Boga. Bracia Paradise’owie rzucili się na chwackiego rolnika i na scenie zapanował chaos. Należy dodać, że bracia byli rosłymi mężczyznami. W powietrzu latały pięści, a z nimi przekleństwa i jęki.
Na tę chwilę czekał tłum. Na to, kiedy w końcu pobożność przedstawienia trafi szlag, a jej miejsce zajmie radocha szalonej burdy. Kilku gapiów wspięło się na ledwie trzymające się pionu rusztowanie, aby wtrącić swoje trzy grosze do zamieszania. W ciemnościach, częściowo rozpraszanych migocącym światłem pochodni, kłębiły się męskie ciała. Wkrótce znajdujące się na scenie proste rekwizyty – garść gałęzi robiących za zarośla, w których Kain ukrył zwłoki Abla; płócienna skała, za którą Bóg czekał na swoje wejście – znalazły nowe zastosowanie jako podręczna broń. Było widać, że ci, którzy jeszcze nie włączyli się do walki, zastanawiają się, w którym momencie najlepiej to zrobić, pozostali zaś próbowali ich powstrzymać, tak więc nie tylko na scenie, ale również wśród publiki wybuchały przepychanki.
Pociągnąłem Jacka za rękaw i powiedziałem:
- Zmywamy się.
Widziałem wystarczająco dużo bijatyk na ulicach Londynu, w których brali udział nabuzowani alkoholem młodzi chojracy i emerytowani weterani, niemający żadnych innych zdolności poza tymi najbardziej przydatnymi w nawalance, by wiedzieć, że co jak co, ale awantury najlepiej ogląda się z odpowiedniego dystansu.
- Zaczekaj, zobaczymy, co się stanie – odparł Jack.
- Jack, nie.
- Robi się ciekawie.
- Jack, nie – powtórzyłem i dodałem tonem, który, gdy dziś o tym myślę, musiał tam i wtedy zabrzmieć bardzo arogancko: – Nie wydarzy się nic ciekawego. Toż to wsiochy i kmioty. Spójrz na nich. Zobacz, w jakich sztukach gustują. Zobacz, jak na nie reagują.
- Coś ty powiedział? – usłyszałem z prawej strony.
Był to głos nie tylko bełkotliwy. Był to głos wsiowy, głos kmiocki.
- Nic takiego – odparłem, przesuwając się w lewo i pozwalając, by Jack, skoro taki chętny, to proszę bardzo, wypił piwo, którego nawarzyłem.
Jednak zewsząd napierał tłum, więc trudno było wykonać jakikolwiek ruch i szybko wymanewrować się stamtąd, toteż po chwili poczułem, jak ktoś chwyta mnie za kołnierz.
- Powtórz, co powiedziałeś – zażądał głos zza mojego ramienia.
- Najpierw proszę mnie puścić.
- Żebyś dał nogę? Gadaj, co powiedziałeś.
Ścisnął mocniej, na karku poczułem gorący oddech.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 5,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 11,90 zł 13,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 10,90 zł 12,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień
Opcje dostawy:
Paczka w ruchu
Płatność online:
4,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Paczka 48 do domu
Płatność online:
11,90 zł
Płatność przy odbiorze:
13,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej
Płatność online:
10,90 zł
Płatność przy odbiorze:
12,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w paczkomacie InPost
Płatność online:
9,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-2 dni
Opcja dostawy:
Mini paczka do domu InPost
Płatność online:
7,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-5 dni
Opcja dostawy:
Przesyłka kurierska InPost
Płatność online:
13,90 zł
Płatność przy odbiorze:
15,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień
Opcja dostawy:
Kurier DPD
Płatność online:
14,90 zł
Płatność przy odbiorze:
16,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Śmierć nocy letniej
Autor Philip Gooden
Wydawnictwo HarperCollins
Data premiery 07-10-2015
Ilość stron 288
Oprawa Miękka
ISBN 9788327614582

Napisz recenzję