Zima 1792 r.
Paryż

Jeszcze ich nie widzi, ale już słyszy setki, tysiące głosów dobiegających spoza więziennych murów. Głosów młodych i starych, kobiecych i męskich, a wszystkie tak samo niecierpliwie domagają się, by nowa krew zwilżyła świeżo wyostrzony nóż gilotyny.
I czuje na karku chłód starych zardzewiałych nożyc wydających z siebie upiorne jęki i zgrzyty, gdy niemłody już i cuchnący winem strażnik szybko i zręcznie zacznie podcinać mu włosy na potylicy.
Przecież ostrze gilotyny nie powinno zaplątać się we włosy.
Cienkie wijące się kosmyki sfruwają na ziemię. Na ich widok robi mu się słabo, ale nie sposób sobie ulżyć, gdy ma się w żołądku idealną pustkę. Można tylko patrzeć na siwe zwiastuny tego, co stanie się z głową, na której wyrosły. Siwe, i takie właśnie zwykle opadają na tę kamienną posadzkę nawet z młodych głów, wszak terror szybciej przydaje człowiekowi lat, niż upływ czasu.
– Ruszaj się, stary łamago! Tam idź! – warczy strażnik, wysuwając pokrytą bliznami brodą w stronę odległego końca korytarza.
Tym sposobem Alexandre de Valière, wystrzyżony bardziej niż półroczne jagnię, wyrusza na ostatnią w swoim życiu przechadzkę. Powoli idzie spowitym w mrok więziennym korytarzem, z trudem przestawiając nogi zakute w ciężkie łańcuchy, a niewywołani tego dnia towarzysze niedoli popatrują za nim przez wąskie otwory w drzwiach i dziękują Bogu, że pozwolił im jeszcze jeden dzień spędzić w małej kwadratowej celi, która w porównaniu ze złowrogim mrocznym korytarzem wydaje się miejscem tak bezpiecznym, że niemal przytulnym.
A on już czeka na dziedzińcu, już stoi wśród innych skazańców, i podnosząc do ust to jedną, to drugą dłoń, dmucha w nią, by dać choć odrobinę ciepła skostniałym palcom.
– Ile ich tam jest… Chyba tysiące… – mamrocze młody mężczyzna, wlepiając w niego oczy. Nie może mieć więcej niż trzydzieści lat i niewątpliwie umiera ze strachu.
De Valière kiwa tylko głową, za to głośno włącza się inny skazaniec:
– Już ci za głośno, tak? A to jeszcze nic w porównaniu z tym, co usłyszysz na drugim brzegu rzeki! – Spluwa na zamarzniętą ziemię. Jest łysy jak kolano, czyli nie musieli mu podcinać włosów.
Ludzie już od świtu gromadzili się pod murami więzienia, dawnej siedzibie królów. Od kilku tygodni to rytuał. Zbierają się pod więzieniem i po obu stronach tej ostatniej drogi, która wiedzie przez niewielką wyspę na środku Sekwany, most przed ratuszem, ulicę Saint-Honoré, i kończy się na wielkim placu, kiedyś placu Ludwika XV, a niedawno przemianowanym na plac Rewolucji. Kończy się tam, gdzie oblegający szafot tłum wydaje ogłuszający ryk na widok nadjeżdżających skazańców.
– Już czas! Ruszać się! – woła strażnik, wskazując muszkietem dwukołowy wóz. – Madame Gilotyna nie powinna zbyt długo czekać!
– A tak… Przecież jego świętym obowiązkiem jest przewieźć potępione dusze przez rzekę piekielną – mamrocze pod nosem de Valière, któremu w pamięci nagle ożyły wersy Dantego.
– Nie pyskować! – wrzeszczy stojący tuż obok strażnik i podnosi muszkiet, jakby chciał kolbą uderzyć kogoś w twarz.
De Valière odruchowo krzywi się i przechyla głowę w bok, a jednocześnie przez głowę przemyka mu gorzka myśl: Bać się głupiej kolby? Właśnie teraz?!
Czeka koło wozu na swoją kolej. Pomaga wsiąść staruszce, która stoi przed nim. Gdy ostatni z więźniów znalazł się na wozie, strażnik otwiera bramę, a woźnica strzela z bata i drewniane koła zaczynają powoli się obracać, skrzypiąc rozpaczliwie jak sztywne, obolałe kości zimnego poranka. Wóz posuwa się do przodu. Trochę trzęsie, dlatego de Valière chwyta za poręcz, uśmiechając się – ale jest to bardzo nikły uśmiech – do stojącej obok staruszki, która też się uśmiecha niemal niewidocznie, przy czym obiema rękami chwyta de Valiére’a za ramię. Jej drżące ręce zdradzają, jak wielki ogarnął ją strach.
Przejeżdżają przez otwartą bramę, której pilnują strażnicy. Są znudzeni, ale nic w tym dziwnego, skoro wóz ze skazańcami przejeżdżał tędy już wczoraj, i to niejeden raz, dziś też będzie kursował w obie strony, a jutro ma pojawiać się jeszcze częściej. Kiedy wyjeżdżają z bramy, spoza gęstych chmur nagle wysuwa się złocista tarcza i w jednej chwili całe miasto zostało skąpane w oślepiającym blasku słońca. De Valière mruży oczy, a kiedy po sekundzie przywykły do tej jasności, zobaczył gapiów, którzy przyszli popatrzeć na jego ostatni przejazd przez miasto. Nie, na pewno nie spodziewał się, że będą aż takie tłumy.
Tuż obok niego stara kobieta modli się do Najświętszej Maryi Panny, kurczowo ściskając różaniec z kości słoniowej, który jakimś cudem udało jej się ukryć przed strażnikami. Przez chwilę patrzy de Valière’owi prosto w oczy, który prawie niezauważalnie kiwa głową, żeby dodać jej otuchy, i nagle jego uszy wyłapują jakiś cichy dźwięk. Tak, na pewno coś przeleciało obok jego głowy i w coś uderzyło. Spogląda przez ramię, na więźnia, który stoi tuż za nim. Na szarej koszuli widać plamę zapewne z nadgniłego pomidora. Po pomidorze frunie główka sałaty, która odbija się od ramienia de Valière’a i uderza w starą kobietę, wytrącając jej z ręki różaniec, który przelatuje nad poręczą i spada w błoto ulicy.
– Mój różaniec! – krzyczy rozpaczliwie staruszka.
Tłum szydzi z niej, a jeden z gapiów zaczyna skwapliwie zbierać z grząskiej ziemi paciorki z kości słoniowej.
– Mój różaniec… – mamrocze staruszka. – Różaniec mojej matki…
– Stara suka! Do ostatniej chwili będzie się trzęsła nad swoim naszyjnikiem!
Jakaś kobieta z maleńkim dzieckiem na ręku chwyta garść kapusty i ciska w więźnia na przodzie wozu, a tłum znów krzyczy:
– Zgnijecie w piekle, bogate pasibrzuchy!
Strażnicy, uzbrojeni w stare muszkiety, a niektórzy w świeżo wyostrzone piki, starają się powstrzymać żądną zemsty ciżbę, pokrzykując:
– Zejdźcie z drogi, obywatele!
Woźnica podnosi bat, tłum rozstępuje się, a konni strażnicy eskortujący wóz ze skazańcami starają się opanować zaniepokojone hałasem wierzchowce. Gdy wóz przejeżdża przez stary most, tłum rusza za nim wąską wybrukowaną kocimi łbami ulicą prowadzącą na plac Rewolucji.
Żaden francuski monarcha, nawet Ludwik XIV, Król Słońce, nie był witany na tym placu tak głośno, jak ci skazańcy trzęsący się na wozie, który podskakuje na kocich łbach. Słychać głośne przekleństwa, a także nowy hymn Francji, przy czym każde słowo jest wykrzyczane i wywrzeszczane, po prostu słowa zlewają się w jeden ogłuszający i nasycony nienawistną groźbą ryk.
Zgromadzony wokół szafotu tłum jest tak gęsty, że de Valière nie może dostrzec ustawionego na drewnianym podwyższeniu morderczego narzędzia, którego lśniący i wysoko zawieszony nóż czeka tylko na to, by spaść na kark kolejnej ofiary.
Wysoko… I stąd kolejna gorzka myśl. Wysoko, a więc śmierć wspięła się już na wyżyny!
Gdy wóz zatrzymuje się, strażnik spuszcza klapę z tyłu wozu.
– Wysiadać! Żywo, żywo, ruszać się!
Wszyscy na wozie znieruchomieli jak posągi, dopiero po dłuższej chwili de Valière robi ten pierwszy krok. W dół, na bruk.
Ludzie przepychają się, każdy chce być jak najbliżej skazańców, wyrwać arystokracie kosmyk włosów, a przynajmniej przeorać paznokciami szlachetnie urodzone ciało. Strażnicy na koniach starają się ich powstrzymać, a piesi strażnicy, wywijając kolbami muszkietów, zmuszają skazańców, by podeszli jak najbliżej szafotu.
– Ty pierwszy – oznajmia strażnik młodemu mężczyźnie, który przedtem wlepiał w de Valière’a oczy i jęczał, że tak wielki jest ten tłum.
Nieszczęśnik przyciska ręce do piersi, jakby pytał bezgłośnie:
– Ja?!
Strażnik kiwa głową, machając niecierpliwie ręką.
– Wchodźcie, mości książę – mówi, naturalnie tytuł wymawiając z naciskiem. – Lepiej nie kazać im zbyt długo czekać.
Młody mężczyzna, czyli książę, o czym de Valière właśnie się dowiedział, zamyka oczy i zaczyna płakać. A na jego spodniach, w kroczu, pojawia się zdradliwa mokra plama.
De Valière zwraca oczy ku niebu, śląc w przestworza krótką modlitwę: Proszę, nie pozwól, Boże, bym też musiał się tak wstydzić. Spraw, bym odszedł z tego świata, zachowując resztki godności.
Młody książę, cały rozdygotany, faktycznie zostaje wniesiony po skrzypiących schodkach i mimo że tłum nadal jest bardzo głośny, słychać jego łkanie i protesty.
– Ale dlaczego mam być pierwszy? Właśnie ja? Na Boga, co ja takiego wam zrobiłem?
– A co to za różnica, seigneur? – Ostatnie słowo, to „wielmożny panie”, zabrzmiało z okrutną drwiną.
Ale co się dziwić, skoro strażnik bardzo się już zniecierpliwił. Histeryczne jęki słyszy każdego dnia i bardzo go znudziły. Poza tym ma za zadanie dopilnować, by przedstawienie zaczęło się, zanim tłum ogarnie jeszcze większe szaleństwo.
De Valière widzi, jak związują księciu gładkie, wypielęgnowane ręce i prowadzą na sam środek szafotu. Widzi też pleciony kosz ustawiony poniżej miejsca, w które celować będzie ostrze gilotyny. Książę klęka. Mocne grube palce strażnika zakleszczają się na jego szyi, zmuszając, by obrócił twarz ku ziemi i oparł się szyją o półkoliste wyżłobienie w desce przed nim. Z góry spuszczona zostaje druga deska z identycznym wyżłobieniem, i kiedy obie się zetkną, owe żłobienia tworzą coś w rodzaju drewnianej pętli wokół szyi skazańca, skutecznie unieruchamiając głowę. Książę szlocha, stara się oswobodzić, ale na próżno, bo szyja tkwi już w drewnianych kleszczach.
De Valière wstrzymuje oddech, ale nie może oderwać oczu. Patrzy, jak ksiądz robi znak krzyża nad wijącym się księciem. Rozgrzesza, ale do skazańca zapewne to już nie dociera. Kiedy kat zwalnia zatrzask i ostrze opada, de Valière ma oczy zamknięte, ale przecież słyszy cięcie, a potem tak głośny ryk z tysięcy gardeł, że nie słychać, jak odcięta głowa spada do kosza.
– Jeszcze!
– Następny!
Tłum, kiedy poczuł już zapach krwi, wpada w coraz większy szał. Strażnik wywołuje tę starą, kruchą, rozmodloną kobietę, która opierała się na ramieniu de Valière’a, a on już nie jest w stanie na to patrzeć. Nie chce wiedzieć, co malować się będzie na drobnej, pomarszczonej twarzy, gdy przy akompaniamencie przekleństw i szyderstw motłochu wprowadzać będą starą damę na szafot. Powieki ma zaciśnięte, ale nie może nie słyszeć upiornego odgłosu świadczącego o tym, że coś zostało przekrojone. A zaraz potem przeraźliwe okrzyki największej radości:
– Jeszcze jeden! Następny!
Strażnik wskazuje palcem na niego, a on wydaje z siebie długie, powolne westchnienie. Bo już wie, jak to jest, kiedy stoi się w obliczu śmierci.
Powoli podchodzi do szafotu i wstępuje na schodki. Nóg, choć go przecież niosą, już nie czuje. Wrzaski tłumu cichną, bo ten tłum jest coraz dalej, bo coraz dalej jest on jakby ulatujący z samego siebie. Niby jest, ale już go nie ma.
Nie czeka na opryskliwe ponaglenia strażnika. Klęka sam, z własnej woli, i przemyka spojrzeniem po otaczającym go morzu twarzy wykrzywionych w szyderczym uśmiechu. Ci ludzie bardzo się niecierpliwią, nie mogą już się doczekać, co zaraz nastąpi. Patrzy i wyławia wzrokiem tę właśnie twarz. Wyblakłe oczy, skóra i włosy białe jak pergamin. A więc przyszedł napawać się tym widokiem i triumfować do ostatniej chwili.
Czuje, że drży, bo ta właśnie blada twarz budzi w nim gniew, a jednocześnie jest nią bardziej przerażony niż ostrzem gilotyny. Lazare. Lazarus. Łazarz. Tamten wskrzeszony przez Jezusa, a ten Łazarz wysyła ludzi na śmierć.
Na sekundę ich spojrzenia spotykają się i de Valière mógłby przysiąc, że blade wargi Lazare’a rozciągają się w złowieszczym uśmiechu. Zaraz potem de Valière odwraca wzrok. Nie chce, by widok tego człowieka był tym ostatnim, co ujrzy na tej ziemi. Patrzy więc przed siebie, na machinę gotową każdemu ofiarować śmierć.
Jemu też. Głowę ma już zakleszczoną w deskach. Przed sobą, w dole, widzi pleciony koszyk. Głowa starej kobiety zwrócona jest twarzą do ziemi. Widać tylko rzadkie siwe włosy przetkane czerwienią i wyprostowane, jakby starały się sięgnąć ciała, od którego zostały odłączone. Ale obok widać twarz młodego księcia, już stężałą, oczy są nieruchome i pozbawione blasku.
Nie czuje już otaczającego go tłumu, nie słyszy monotonnego bicia w bębny. Prosi, błaga swój umysł, by podsunął mu obraz czegoś całkiem innego niż to, co tu i teraz, czyli piekło. Chce zapomnieć o białych włosach i bezbarwnej twarzy nienawistnego człowieka, chce zapomnieć o zastygłych w największym przerażeniu oczach młodego księcia.
I stało się. Teraz ma przed oczami słodką, prześliczną twarz żony, nietkniętą przez upływ czasu ani troski. Widzi też to, co zawsze było dla niego powodem do największej radości i dumy. Dwie głowy obsypane lokami, dwie roześmiane twarze. Dwóch niedużych jeszcze chłopców biega po ogrodzie, ścigając się w wesołej rywalizacji. Pokrzykują i piszczą, jak to dzieci.
Radosne chwile. Tak, było ich pod dostatkiem, dlatego twarz pojaśniała mu w uśmiechu. Tym ostatnim, trwającym ułamek sekundy, bo przed oczami już ciemność. Nie widzi nic, nie czuje nic, nie słyszy, jak motłoch po raz trzeci tego dnia z największym entuzjazmem wita śmierć.
Śmierć starego arystokraty Alexandre’a de Valière’a.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł W cieniu gilotyny
Autor Allison Pataki, Owen Pataki
Wydawnictwo HarperCollins
Data premiery 11.04.2018
Oprawa Miękka
ISBN 9788327632562
Tłumaczenie Hanna Hessenmuller
Projekt okładki Emotion Media
Ocena 
25-05-2018

W cieniu gilotyny

Francja zazwyczaj kojarzy się z Paryżem, a ten z miejscem dla zakochanych, pięknymi malowniczymi uliczkami i parkami, mostami oblepionymi kłódkami, zazwyczaj w kształcie serduszek. Ale nie zawsze tak było. Francja również ma krwawą historię. Tą z czasów rewolucji francuskiej, gdzie na każdym placu stała gilotyna...

Francja 1792-1805. Paryż w czasach rewolucji to najbardziej niebezpieczne miejsce. Na Placu Republiki ustawiono gilotynę- udoskonalone narzędzie do ścinania głów arystokracji i wrogów nowego porządku. Egzekucje są tak częste, że woda w Sekwanie zmienia kolor od spływającej do niej krwi. Ale życie toczy się dalej, niezależnie od tego kto dziś zginął. Ludzie nie przestają kochać i marzyć o lepszym życiu, chociaż codzienna walka o przetrwanie wystawia ich na ciężką próbę.

Jean-Luc i Marie często nie mają co jeść, ale są szczęśliwi. Są dobrymi ludźmi. Andre i Sophie mają potężnych wrogów i muszą ukrywać swoje uczucie, jednak są gotowi zrobi wszystko, by spędzić resztę życia razem. Losy tych czworga splatają się i są najlepszym odzwierciedleniem ówczesnej epoki. Czasu, kiedy nikt nie był pewny jutra, anarchia i terror łamały nawet najsilniejszych i tylko nielicznym udało się zachować godność i ocalić marzenia.

Ta książka jest niezwykła! Niesamowita... Sama nie wiem jak ją jeszcze opisać. Zakochałam się w bohaterach, zakochałam się w całej fabule. Podziwiam autorów za to jakie arcydzieło potrafili stworzyć, że na tle rewolucji francuskiej stworzyli takie dwie historie miłosne. Przecież to graniczy z cudem, a oni właśnie takiego cudu dokonali. Już miałam okazję przeczytać książkę autorstwa Alison Pataki- Samowolna Cesarzowa i byłam nią zachwycona, ale teraz widzę, że nie dorasta do pięt W cieniu gilotyny.

Ocena 
24-05-2018

Wyjątkowa książka

Jest mi bardzo ciężko ubrać słowa swoje wrażenia po lekturze książki W cieniu gilotyny. Pomimo tego, że powieść dotyka rzeczy poważnych, czytało mi się ją lekko i bez żadnych problemów. Z zapałem obserwowałam ówczesną sytuację we Francji, śledziłam losy przedstawionych na tle tych wydarzeń, wyrazistych bohaterów, którzy zapadają w pamięć na długi czas. Jest tutaj sporo opisów bitew, ale wystarczyło miejsca na zarysowanie wspaniałego wątku miłosnego. W cieniu gilotyny czyta się błyskawicznie i możecie wierzyć mi na słowo, takie poważniejsze lektury, też mogą być genialnym pomysłem na odskocznię od codziennych trosk. Akcja rozwija się stopniowo, autorzy zręcznie napędzają całą machinę zdarzeń, by totalnie zaskoczyć nas na samym końcu.

https://czytambolubieo.blogspot.com/2018/05/w-cieniu-gilotyny-allison-pataki-owen.html

Ocena 
23-05-2018

„W CIENIU GILOTYNY”

Wolność wymaga poświęceń, a jej uzyskanie sprawia, że ludzie odczuwają, iż otacza ich zupełnie nowe powietrze. Niestety, czasami podstępem pojawia się zamęt, który w krwawy sposób przypomina o potrzebie kolejnych ofiar…

Rok 1792, Francja. André Valière urodził się jako szlachcic, ale finalnie porzuca wszystko, co związane z jego pochodzeniem i zostaje żołnierzem, co ratuje go od śmierci. Ojca zgilotynowano, a André popiera nowy ład. Życie się komplikuje, gdy przełożony mężczyzny, generał Kellermann zostaje postawiony przed sądem, oskarżony o sympatyzowanie z rojalistami. Jean-Luc St. Clair jest młodym adwokatem w pełni poświęconym rządowi, hołdujący wolności i równości. Rozpoczyna pracę w Paryżu, rzucając intratną posadę u boku teścia, głównie po to, aby żyć w zgodzie ze swoimi poglądami. Jego żona, Marie, boryka się z brakiem żywności i próbuje jak najlepiej wychować ich syna. Losy Jean-Luca i André łączą się, gdy adwokat postanawia bronić Kellermanna, walcząc o prawo do wypowiadania myśli, mimo możliwości awansu pod patronatem mściwego prokuratora Lazare’a, poplecznika Robespierre’a. To właśnie Valière ma być świadkiem w sprawie. Na domiar złego, mężczyzna zakochuje się w młodej wdowie, Sophie de Vincennes, spokrewnionej z wrogiem jego rodziny, generałem Muratem. Bohaterowie zaczynają zauważać, że są tylko pionkami w cudzej grze…

Oto moje drugie spotkanie z Allison Pataki, lecz tym razem towarzyszy jej brat. Przyznam, że zawsze trudno mi było wyobrazić sobie wspólne pisanie książek i nadal nie do rozumiem tego konceptu, choć podziwiam. Ciężko oceniać całość pod kątem każdego autora osobno, więc postanowiłam, iż nie będę rozdzielać rodzeństwa, a wszystkie plusy i minusy muszą wziąć na dzielone konto. Przed miesiącem zauważyłam w zapowiedziach to charakterystyczne nazwisko, wspomniałam niesamowitą przygodę z „Sisi”, którą przeczytałam prawie dwa lata temu, automatycznie zamówiłam egzemplarz najnowszej powieści. Czy wysoko postawiłam poprzeczkę? Nie do końca, ponieważ do „Sisi” podchodziłam bardziej emocjonalnie, z powodu mojego zainteresowania postacią. Aczkolwiek Wielka Rewolucja Francuska również intryguje, zwłaszcza okres z „W cieniu gilotyny”, gdy mamy szansę obserwować niepokojące zmiany społeczne, które wówczas zachodziły. Jednak warto także docenić odpowiedni styl.

Książkę czyta się szybko i lekko, pomimo dość poważnej tematyki. Przyjemny język, bez udziwnień potrafiących wyprowadzić z rytmu. Dużo pracy włożono w odmalowanie dobrego tła, odtworzenia atmosfery Francji pogrążonej w bezładzie. Można odnieść wrażenie, że podróżuje się razem z postaciami, wspólnie obserwując wiele tragicznych wydarzeń, ale też tych pięknych, jak zakochanie. Na uwagę zasługuje zachowanie proporcji między smutkiem a radością, omijając zbytnie przytłaczanie. Niektórych mogą znudzić opisy bitew, jednak zaręczam, iż warto przez nie przebrnąć, bo akcja nieustannie się rozwija, a z każdą kolejną stroną losy bohaterów ciekawią coraz bardziej. Są zgrabnie nakreślone, wzruszające, acz nie melodramatyczne.

Jeśli chodzi o fakty historyczne, to jak w przypadku „Sisi” — nie bierzcie wszystkiego za pewnik. Autorzy ponaginali różne daty i sytuacje, co nie przeszkadza, gdy jesteśmy świadomi. Gorzej, jeżeli ktoś zacznie je powtarzać w formie prawdy absolutnej. Doskonale wiem, że wielu poczuje fascynację epoką, co rozumiem. Wówczas należy sięgnąć po pozycje skupione na tematyce dziejów Francji, porównać sobie fikcję z rzeczywistością. Myślę, iż powieść Patakich może być świetnym zachęceniem do zainteresowania historią, w każdym jej wymiarze.

Fabuła toczy się głównie wokół Andre i Jean-Luca, aczkolwiek zdradzę, że najbardziej spodobały mi się postacie kobiece. Mocno żałuję, iż nie dano im więcej miejsca! To one, mimo grania w tle, stały się siłą napędową wielu chwil. Antagonistów również porządnie skonstruowano, dobrze spełnili swoje role, wzbudzając we mnie mnóstwo negatywnych emocji, co w tym przypadku jest wskazane, oczywiście! Trzeba nadmienić! Natkniecie się na kilku bohaterów istniejących w naszym świecie, ładnie wplecionych w akcję. Nawracając na moment do Marie, czyli żony Jean-Luca — symbolizuje te kobiety, których wartość była niegdyś umniejszana, tylko ze względu na płeć. I trochę przykro, że nie poświęcono jej całej książki.

„W cieniu gilotyny” to świetna propozycja przede wszystkim dla osób, które uwielbiają powieści historyczne osadzone w romantycznej fabule. Allison Pataki po raz kolejny udowodniła, że wspaniale czuje się w takim klimacie, natomiast praca jej brata pokazuje, iż kooperacje bywają interesujące. Rodzeństwo dobrze nakreśliło chaos tamtych czasów, a na niedociągnięcia można przymknąć oko.

Ocena 
23-05-2018

Rewelacyjna powieść historyczna

Nie wiem jak Wam, ale mi Francja od zawsze kojarzy się z pięknem, delikatnością, subtelnością i z perfumami. A co powiecie na Francję "pachnącą" zdradą i krwią? Bo ta cudowna Francja i tak chętnie odwiedzany Paryż takie właśnie były, z to za sprawą Wielkiej Rewolucji Francuskiej.

Francja 1792 - 1805 to jak pamiętamy z historii, czasy rewolucji spowodowanej brakiem reform, wojnami i ogólnym ubóstwem. Kiedy arystokracja opływała w dostatki, biedni szykowali się do walki o zmiany, oczywiśćie odpowiednio buntowani prze bardziej fanatycznych, samozwańczych przywódców. Zdobyli Bastylię, a króla Ludwika XVI najpierw wtrącili do lochu, by następnie zgładzić go za pomocą gilotyny. Ciężkie to były czasy i szczerze mówiąc nie jestem do końca przekonana czy biedni stając do walki, nie wpadli przypadkiem z deszczu pod rynnę, ale nie mnie to oceniać.

W tych dramatycznych latach przeplatają się losy czwórki młodych ludzi. Małżeństwo Marie i Jean-Luc wiedzie biedne ale szczęśliwe życie. Przybyli do Paryża, by dołożyć swoją cegiełkę w walce o wolną Francję. On jest prawnikiem, ona opiekuje się domem i dzieckiem, a równocześnie pisze artykuły do gazety o czym nikt nie wie, bo kobieta pisze pod pseudonimem. Jean-Luc jest dobrym człowiekiem, który nigdy nie odmawia pomocy bliźniemu, jest też wyśmienitym prawnikiem. Niestety jego umiejętności zostają zauważone przez człowieka, którego nikt nie chciałby mieć za wroga, a nasz prawnik nadepnął mu na odcisk...

Kolejną parą jest Andre i Sophie. On żołnierz, szybko pnący się po szczeblach kariery, pech chce, że Andre jest też byłym arystokratą, który zrzekł się swego tytułu, a arystokraci nie są w tych czasach mile widziani. Ona jest siostrzenicą jednego z wysoko postawionych wojskowych. Poznają sie przypadkiem i zakochują od pierszego wejrzenia, ale ich uczucia nie pochwala wuj dziewczyny, który w mściwy i okrutny sposób próbuje zniszczyć Andre, doprowadzając nawet do tego, że chłopak zostaje aresztowany i oskarżony o zdradę, za co grozi śmierć. A jednak przy pomocy prawnika udaje mu się uniknąć śmierci, co jest wielkim sukcesem. Zostaje za to odesłany do walki pod wodzaą samego generała Bonaparte. W tym momencie i Andre i Jean-Luc "zyskują" potężnego wroga... Takim oto sposobem młodzi musza się rozstać, a zanim znów przyjdzie im trzymać się za ręcę, oboje będą musieli przejść drogę przez piekło. Będą ginęli najbliźsi, będzie krew i okrucieństwo w imię chorych idei. Mimo to losy całej czwórki nieustannie będą się przeplatać...

... nie wiem co napisać... Na pewno to, że nie mogłam się oderwać od lektury od początku, do samego końca. Mimo, że nie jest to "mój klimat" to zdecydowanie warto było znaleźć się w tamtejszej Francji i wraz z bohaterami przeżywać miłość i tęsknotę, strach i oddanie, ból i udrękę oraz wraz z nimi starać się zrozumieć ówczesny świat, pełen zdrad, kłamstwa i obłudy polanej obficie krwią w wielu przypadkach niewinnych ludzi. Autorzy mają niesamowitą zdolność ubierania w słowa wszelkich uczuć i scen. Chwilami były one tak realistyczne, że wręcz namacalne. Nie ma tu zbędnych opisów, a dialogi stanowią spójną całość z fabułą. To ambitna powieść, a zarazem trafiająca w serca i gust czytelników również mniej wymagających. I przede wszystkim "W cieniu gilotyny" niesie ze sobą przesłanie, a jakie? O tym musicie przekonać się sami.

Napisz recenzję

Napisz recenzję