Tak jak na wcześniejszych punktach kontrolnych, pies skupił na sobie uwagę wszystkich również na mecie. Ludzie robili mu zdjęcia i filmowali jego finisz. Zdawało się, że pies dobrze się czuje w centrum zainteresowania. Mógłbym przysiąc, że popisuje się przed tłumem, jeszcze szybciej machając ogonem.
Tommy przekroczył metę minutę czy dwie przede mną i przyłączył się do aplauzu.
– Ten pies, człowieku! Biegł za tobą przez cały dzień!
– Dostał wodę? – zapytał jeden z wolontariuszy.
– Nie mam pojęcia – odpowiedziałem. – Może napił się ze strumienia po drodze. – Poczułem się trochę głupio. Nie chciałem, żeby pies był głodny albo spragniony.
Ktoś znalazł nieduże wiaderko i dał mu wody. Bardzo mu się chciało pić, bo natychmiast ją wychłeptał.
Odsunąłem się na bok. Myślałem, że pies wreszcie poszuka sobie innego towarzystwa, ale nic z tego. Gdy tylko skończył pić, podniósł głowę, skupił spojrzenie na moich żółtych ochraniaczach i podbiegł do mnie. Chodził za mną krok w krok.

W obozie było gorąco i cieszyłem się, że zostawiłem już za sobą okropny górski chłód. Od tej chwili podczas biegu miałem się zmagać z upałem, a nie z zimnem. Od jutra mieliśmy biec przez pustynię Gobi. Nie mogłem się już doczekać.
Gdy tylko usiadłem w namiocie, pies zwinął się w kłębek obok mnie, a ja zacząłem myśleć o zarazkach i chorobach. Podczas tygodniowego biegu zachowanie higieny jest bardzo ważne, bo nie mamy dostępu do pryszniców ani umywalek i łatwo można rozchorować się od czegoś, czego się dotknie. Pies patrzył mi prosto w oczy, tak jak rano. Do kolacji zaplanowanej na szóstą trzydzieści zostało jeszcze kilka godzin, więc wyciągnąłem paczkę orzechów i biltongu. Pies nie odrywał ode mnie oczu.
Już podnosiłem kawałek mięsa do ust, kiedy nagle dotarło do mnie, że przez cały dzień nie widziałem, żeby ten pies cokolwiek jadł. Przebiegł większą część maratonu, a mimo to nie próbował żebrać ani ukraść rozłożonego przede mną jedzenia.
– Masz – powiedziałem, rzucając połowę mięsa na plandekę. Instynkt podpowiadał mi, że nie powinienem ryzykować i karmić go z ręki. Pies przeżuł mięso, połknął, kilka razy obrócił się wokół własnej osi i się położył. Już po chwili chrapał, a potem zaczął drgać i skamleć, pogrążony w głębokim śnie.

Obudziłem się i usłyszałem głosy mężczyzn, którzy zachowywali się jak przedszkolaki.
– Jaki piękny widok!
– To chyba ten sam pies co wczoraj wieczorem.
– Zgadza się. Słyszeliście, że ta sunia biegła za nim przez cały dzień?
Ona, sunia... Ten pies biegł za mną przez cały dzień, a mnie nawet nie przyszło do głowy, żeby sprawdzić jego płeć.
Otworzyłem oczy. Pies patrzył prosto na mnie, zaglądał mi głęboko w oczy. Sprawdziłem. Mieli rację, to nie był on, tylko ona.
– Tak – powiedziałem do Richarda i pozostałych chłopaków. – Była przy mnie przez cały dzień. Ma niezły motorek.
Parę osób dało jej coś do jedzenia. Jadła wszystko, co dostała, ale robiła to z klasą, zupełnie jakby wiedziała, że ma tu dobry interes do zrobienia i musi się zachowywać jak dama.
Powiedziałem im, że zastanawiałem się, skąd ona się wzięła. Moim zdaniem należała do właścicieli jurty, w której spędziliśmy ostatnią noc.
– Chyba nie – odparł Richard. – Kilku uczestników wspominało, że widzieli ją wczoraj na wydmie.
To oznaczało, że w ciągu dwóch dni przebiegła osiemdziesiąt kilometrów. Byłem oszołomiony. Oznaczało to również, że nie należała do ludzi z poprzedniego obozu ani do nikogo z organizatorów biegu.
– Chyba wiesz, co musisz teraz zrobić, nie? – odezwał się Richard.
– Co?
– Musisz jej nadać imię.

***
Po pokonaniu półtora kilometra przestałem biec i przekląłem własną głupotę. W ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin mieliśmy wszystkie możliwe rodzaje pogody, od śniegu i deszczu w górach do suchego upału, który powitał nas na dole w obozie. Przez całą noc silny wiatr szarpał ścianami namiotu, a gdy wstałem, temperatura była najniższa ze wszystkich dotychczasowych startów.
Przeszkadzało mi to. Wyczekiwałem tego dnia, mając nadzieję, że trasa będzie bardziej płaska niż dotychczas, a pogoda bardziej upalna, a tymczasem na linii startu trząsłem się z zimna. Gdy pozostali biegacze dokonywali swoich przedstartowych rutynowych obrządków, ja zdjąłem plecak, pogrzebałem w nim i wyjąłem lekką kurtkę, zaburzając w ten sposób własną, precyzyjnie ustaloną rutynę.
A teraz znów musiałem zdjąć kurtkę. Po kilku minutach słońce wzeszło i temperatura zaczęła rosnąć. Powinienem się z tego cieszyć, ale w przeciwdeszczowej kurtce zacząłem się przegrzewać. Miałem przed sobą pięć godzin ostrego biegu, więc musiałem się zatrzymać.
Rozpiąłem suwaki i plastikowe klipsy, po czym wcisnąłem kurtkę do plecaka. Tommy, Julian i jeszcze dwóch biegaczy minęli mnie i objęli prowadzenie. Potem pojawił się jeszcze ktoś. Uśmiechnąłem się.
– Hej, Gobi – zwróciłem się do niej imieniem, które nadałem jej poprzedniego wieczoru. – Zmieniłaś zdanie?
Noc przespała zwinięta przy moim boku, ale na linii startu zniknęła wśród tłumu innych biegaczy. Byłem za bardzo skupiony na pogodzie, żeby się o nią martwić, a poza tym jeśli ostatnia doba czegoś mnie nauczyła, to tego, że Gobi jest bardzo uparta. Skoro miała inne plany na ten dzień, to kimże ja byłem, żeby ją zatrzymywać?
Ale oto znów mnie znalazła. Patrzyła na mnie, gdy zapinałem plecak, a potem przeniosła wzrok na moje ochraniacze. Była gotowa do biegu. Ja też.

Cisnąłem ostro, żeby dogonić tych na przedzie, i wkrótce znalazłem się tuż za nimi. Wiedziałem, że przed nami jest długi odcinek biegnący między dużymi skałami, a także pamiętałem, jak lekko biegł Julian na podobnym terenie pierwszego dnia. Nie chciałem, żeby znów oddalił się ode mnie, więc minąłem trzeciego i czwartego biegacza, a potem Juliana i Tommy’ego.
Dobrze było znowu być na przedzie. Czułem moc w nogach, biegłem z wysoko uniesioną głową. Słyszałem, że odległość między mną a tamtą czwórką zwiększa się z każdą minutą. Byłem w stanie biec szybko, a za każdym razem, gdy zaczynałem odczuwać zmęczenie, wystarczyło, że zerknąłem na Gobi. Mała suczka nic nie wiedziała o technikach biegania ani o strategii wyścigu. Nie wiedziała nawet, jak daleko zamierzam dobiec tego dnia. Po prostu biegła. Biegła, bo do tego została stworzona.

Różowe znaczniki doprowadziły mnie do skalistego obszaru. Płaska ścieżka, którą biegłem do tej pory, skręcała w prawo, ale znaczniki prowadziły prosto między skały, które wyglądały na wielkie i niestabilne. Miałem wrażenie, że nie da się między nimi utrzymać przyzwoitego tempa, ale nie można było ich uniknąć, więc piąłem się w górę, czując, jak pod moimi stopami przesuwają się mniejsze kamienie. Miałem nadzieję, że nie skręcę sobie kostki, i zazdrościłem Gobi, która przemykała nad nimi bez żadnego wysiłku.
Wiedziałem, że na tym odcinku Julian będzie szybszy ode mnie, i gdy zbliżaliśmy się do szczytu, słyszałem, że zmniejsza dystans. Ale kiedy w końcu znalazłem się na szczycie, zamiast wyrwać do przodu i starać się utrzymać Juliana za sobą najdłużej, jak się da, znieruchomiałem.
Z góry widać było wszystko. Daleko przed nami widziałem punkt kontrolny, a przed nim wioskę, przez którą mieliśmy przebiec. Skaliste zbocze schodziło w dół przez następne trzysta metrów. Różowe znaczniki wyznaczały trasę, powoli zbliżając się do płaskiej ścieżki, która prowadziła do wioski i do punktu kontrolnego.
Ale nie to przyciągnęło moją uwagę.
Podobnie jak Julian i dwaj inni biegacze, którzy już się z nami zrównali, skupiłem wzrok na samotnej postaci biegnącej na prawo od nas.
To był Tommy.
– Coś takiego – powiedział Julian. – To nie w porządku.
Tommy ominął skały i w ten sposób zyskał trochę czasu, według moich obliczeń jakieś dziesięć minut.
Wszyscy trzej byliśmy wściekli, ale Tommy był za daleko i nie usłyszałby naszych okrzyków, więc ruszyliśmy dalej razem, pełni determinacji, żeby się z nim zrównać.

Biegnąc przez wioskę, widzieliśmy Tommy’ego w punkcie kontrolnym, ale zanim sami tam dotarliśmy, zniknął już za skalnym grzbietem oddalonym o sto metrów.
Postanowiłem zatrzymać się na chwilę i dopilnować, żeby ktoś zwrócił uwagę na to, co się stało. Próbowałem to wyjaśnić jednej z organizatorek, ale popatrzyła na mnie jak na idiotę.
– Powtórz to, proszę.
– Tommy Chen ominął całe to skaliste zbocze za nami. To jest oszustwo i należy mu się kara.
– Zajmiemy się tym później – zbyła mnie.
– Tommy pobiegł na skróty – dodał Zeng, który był z nami i wszystko widział. – To nie w porządku.
Zdawało się jednak, że organizatorki to nie interesuje. Po chwili wyruszyliśmy z punktu kontrolnego, próbując dogonić Tommy’ego. Miał nad nami prawie półtora kilometra przewagi w trudnym terenie, ale mnie napędzała wściekłość. Zwiększyłem tempo do czterech minut i trzech sekund na tysiąc metrów. Julian i inni zostali nieco z tyłu, ale nie zwracałem na to uwagi. Miałem misję.
Ścieżka była kręta, więc tylko od czasu do czasu widziałem Tommy’ego. W pewnej chwili dzieliło nas zaledwie około ośmiuset metrów. Tommy odwrócił się, zobaczył, że próbuję go dogonić, i wyprysnął do przodu najszybciej, jak mógł.
Nie mogłem w to uwierzyć.
W tych biegach obowiązują określone zasady, swoista etykieta. Kiedy sobie uświadomisz, że zyskałeś nieuczciwą przewagę nad innym biegaczem, zatrzymujesz się i czekasz, aż się z tobą zrówna. W ten sposób porządek zostaje przywrócony. A gdy ktoś zostanie przyłapany na gorącym uczynku, tak jak Tommy, powinien zachować się przyzwoicie, od razu przeprosić i okazać nieco pokory.
Tymczasem Tommy pokazywał mi swoje pięty.
Zbliżałem się do niego, ale ponieważ włożyłem w ten pościg dużo wysiłku i pozwoliłem sobie na złość, szybko poczułem zmęczenie. Usłyszałem za sobą kroki i Julian mnie wyprzedził. Było coraz goręcej. Mieliśmy przed sobą długą, płaską drogę ciągnącą się całymi kilometrami, aż po horyzont. Dopadła mnie nuda, a potem frustracja.
Dotychczasowe doświadczenia nauczyły mnie, że takie uczucia są toksyczne, ale nauczyły mnie również, jak sobie z nimi radzić.
W moim pierwszym w życiu ultrabiegu, pełnym maratonie z dodatkową prawie dziesięciokilometrową pętlą na końcu, zacząłem się nudzić około trzydziestego kilometra. Zanim dotarłem do czterdziestego kilometra, było już po mnie. Bieg nie sprawiał mi żadnej przyjemności. Miałem dość tego, że wyprzedzają mnie kobiety i mężczyźni znacznie starsi ode mnie. Kontynuowałem tylko po to, żeby dotrzymać towarzystwa Lucji, i choć przebyłem dystans czterdziestu dwóch kilometrów i stu dziewięćdziesięciu pięciu metrów w przyzwoitym czasem trzech godzin i trzydziestu minut, moja psychika się poddała. Zszedłem z trasy przed dodatkową pętlą, ruszyłem do samochodu i czekałem na Lucję.
To czekanie trwało całe godziny.
Siedząc w samochodzie i patrząc, jak pozostali biegacze zdobywają się na wysiłek, na który ja nie potrafiłem się zdobyć, poczułem, że zawiodłem sam siebie.
Grupa przerzedziła się i w końcu pozostali już tylko biegacze, po których widać było, że ten bieg to dla nich jednorazowy wyczyn. Lucja była silniejsza, sprawniejsza i szybsza od nich wszystkich, więc zacząłem się zastanawiać, co się stało. W końcu wysiadłem z samochodu i przeszedłem ostatni odcinek trasy, wypatrując Lucji. Wkrótce ją znalazłem. Biegła powoli obok człowieka, który doznał poważnego urazu nogi. Lucja przy końcu trasy również walczyła ze zmęczeniem, ale dała sobie radę.
Patrząc, jak przebiega przez linię mety, poczułem, że coś zaczyna mnie dławić. Mentalna siła i empatia, jaką Lucja wykazała się tego dnia, pozostała ze mną już na zawsze. Często próbuję ją naśladować i w najlepszych chwilach potrafię przezwyciężyć nawet największy ból i niewygodę. Ale zdarzają się dni, kiedy głosy, które każą mi się poddać, brzmią głośniej niż te, które zachęcają do wysiłku. To są najtrudniejsze dni ze wszystkich.
Patrzyłem, jak Julian znika w oddali, próbowałem nie myśleć o tym, jak daleko jest już Tommy, i wiedziałem, że brakuje mi Lucji, ale szybkie spojrzenie na Gobi wystarczyło, żebym znów odzyskał koncentrację i wyrzucił z myśli sprawę Tommy’ego. Gobi wciąż była obok mnie i sama jej obecność wystarczyła, żebym miał ochotę biec dalej.

Długi płaski odcinek skończył się i przeszedł w teren porośnięty krzewami. Zauważyłem podczas pierwszego etapu, że gdy na drodze pojawił się strumień albo kałuża, Gobi czasami odbiegała na bok, żeby się napić, ale już od skalistego zbocza nie widziałem żadnej wody i zacząłem się zastanawiać, czy powinienem podzielić się z nią własnymi zapasami. Nie chciałem się zatrzymywać, ale czułem się za nią odpowiedzialny. Nie była duża, nogi miała niewiele dłuższe niż moja dłoń i ten bieg musiał ją kosztować wiele wysiłku.
Toteż gdy zobaczyłem przed nami strumienie, w pierwszej chwili poczułem ulgę. Gobi odbiegła i napiła się. Ale gdyby mogła zobaczyć to, co ja widziałem, aż tak bardzo by się nie cieszyła.
Za strumieniem zobaczyłem Juliana. Był już po drugiej stronie rzeki, która musiała mieć co najmniej pięćdziesiąt metrów szerokości. Przypomniałem sobie, że organizatorzy coś o tym wspominali kilka godzin temu, gdy ja trząsłem się z zimna na linii startu. Woda podobno sięgała do kolan. Miała być na tyle płytka, że dało się przejść.
Widok Juliana dodał mi energii i bez wahania wszedłem do rzeki, sprawdzając tylko, czy plecak mam przymocowany wystarczająco wysoko. Woda była zimniejsza, niż sądziłem, ale dobrze było trochę się ochłodzić.
Wkrótce stało się jasne, że woda z całą pewnością sięgnie mi do kolan, a może wyżej. Prąd był silny i niepewnie stąpałem po dnie pokrytym śliskimi kamieniami. Mogłem biec dalej w mokrych butach, bo wiedziałem, że szybko wyschną, ale gdybym się pośliznął, przewrócił i zamoczył plecak, to nie tylko stałby się ciężki i niewygodny, ale zniszczyłbym wszystkie swoje zapasy jedzenia. Jeden niewłaściwy krok, jeden drobny upadek i byłoby po biegu.
Byłem tak zaabsorbowany przekraczaniem rzeki, że nawet nie przyszło mi do głowy pomyśleć o Gobi. Chyba zakładałem, że sama sobie poradzi, podobnie jak nad kanałem poprzedniego dnia.
Ale tym razem szczekanie i skamlenie nie ustawało i z każdym moim krokiem stawało się bardziej rozpaczliwe.
Przeszedłem już ćwierć szerokości rzeki, a potem zrobiłem coś, czego nie zrobiłem jeszcze podczas żadnego biegu w życiu: odwróciłem się.
Gobi biegała po brzegu w jedną i w drugą stronę, patrząc prosto na mnie. Wiedziałem, że Julian ma nade mną kilka minut przewagi, i zastanawiałem się, jak daleko za mną jest następny zawodnik. Gdybym wrócił, czy oprócz cennych minut straciłbym również pozycję?
Pobiegłem do brzegu, wetknąłem Gobi pod lewą pachę i znów wszedłem do zimnej wody. Wcześniej nigdy nie brałem jej na ręce. Była znacznie lżejsza, niż przypuszczałem, mimo to forsować wraz z nią rzekę było o wiele trudniej. Brnąłem przed siebie, używając tylko prawego ramienia do zachowania równowagi.
Kilka razy się potknąłem, a raz mocno przechyliłem na lewą stronę, mocząc siebie, Gobi i zapewne również skraj plecaka. Ale suczka nie skarżyła się, nie próbowała się wyrywać ani uciekać. Zachowywała spokój, pozwalała mi zrobić swoje i zapewnić jej bezpieczeństwo.
Postawiłem ją na niewielkiej wysepce pośrodku rzeki, a ona zaczęła biegać w kółko, jakby to wszystko było wielką przygodą. Sprawdziłem plecak. Nie zmoczył się za bardzo. Podciągnąłem go jak najwyżej i zawołałem Gobi. Natychmiast do mnie podbiegła. Znów wziąłem ją pod pachę i szedłem dalej.
Po drugiej stronie wybiegła na brzeg o wiele szybciej niż ja. Nim oczyściłem się z błota i wodorostów, Gobi już otrząsnęła się z wody i patrzyła na mnie, gotowa biec dalej.
Droga gruntowa doprowadziła nas wkrótce do następnego kanału, znacznie większego niż ten, przez który Gobi przeskoczyła. Tym razem nie zatrzymywałem się, tylko szybko wziąłem ją na ręce.
Przez chwilę jej oczy znalazły się na poziomie moich oczu. Mógłbym przysiąc, że patrzyła na mnie ze szczerą miłością i wdzięcznością.
– Jesteś gotowa, dziewczynko? – Nie byłem w stanie powstrzymać uśmiechu. Postawiłem ją na drugim brzegu i patrzyłem, jak podskakuje. – No to chodźmy.
Podniosłem wzrok i zauważyłem staruszka na ośle, który obserwował nas z twarzą zupełnie pozbawioną wyrazu.
Ciekawe, jak wyglądam, pomyślałem.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 11,90 zł 13,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 10,90 zł 12,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień
Opcje dostawy:
Paczka w ruchu
Płatność online:
4,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Paczka 48 do domu
Płatność online:
11,90 zł
Płatność przy odbiorze:
13,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej
Płatność online:
10,90 zł
Płatność przy odbiorze:
12,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w paczkomacie InPost
Płatność online:
9,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-2 dni
Opcja dostawy:
Mini paczka do domu InPost
Płatność online:
7,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-5 dni
Opcja dostawy:
Przesyłka kurierska InPost
Płatność online:
13,90 zł
Płatność przy odbiorze:
15,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień
Opcja dostawy:
Kurier DPD
Płatność online:
14,90 zł
Płatność przy odbiorze:
16,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Odnaleźć Gobi
Autor Dion Leonard
Wydawnictwo HarperCollins
Data premiery 24-01-2018
Ilość stron 256
Oprawa Miękka
ISBN 9788327635082
Tłumaczenie Alina Patkowska
Projekt okładki Emotion Media
Ocena 
22-02-2018

Mała Gobi

Historia Diona i Gobi to praktycznie gotowy scenariusz do filmu. Nie zdziwiłabym się wcale, gdyby za jakiś czas pojawiła się w kinach opowieść o nich. Książka jest napisana lekkim i przystępnym językiem. Czyta się ją z przyjemnością. Czytając książkę poznajemy historię poznania Gobi oraz jej poszukiwań. Autor wspomina również swoje dzieciństwo i wydarzenia poprzedzające udział w ultramaratonie. Są to jakby migawki, które pojawiają się w przerwach opowieści o wyścigu w Azji. To daje pełniejszy obraz charakteru Diona oraz pozwala zrozumieć jego podejście do kilku kwestii poruszanych w książce. Dowiadujemy się też trochę o zasadach organizacji tak ekstremalnych wyścigów, jak ultramaratony pustynne. W swojej opowieści Dion przedstawia też dość dokładnie formalności, jakie trzeba załatwić, żeby sprowadzić psa do Wielkiej Brytanii z innego kraju.

http://www.czytajac.pl/2018/02/odnalezc-gobi-dion-leonard/

Ocena 
21-02-2018

http://miedzypolkami-ksiazki.blogspot.com/2018/02/odnalezcgobi-dionleonard.html

Dion Leonard to mężczyzna kochający rywalizację. Przez chęć zaciętej walki, postanowił wziąć udział w długodystansowym maratonie, który odbywał się w roku 2016, a trasa prowadziła uczestników przez pustynię Gobi w Azji Wschodniej. Maratończyk nie spodziewał się, że miejsce to postawi mu na drodze małego przyjaciela na czterech łapkach, który postanowił potowarzyszyć człowiekowi w jego niezwykle długiej, niebezpiecznej trasie do mety. Mężczyzna oczarowany zaciętością małej Gobi, postanowił zaopiekować się nią, by po zakończeniu maratonu wrócić razem do domu. Niestety życie utrudni sytuację dwójki nierozłącznych już przyjaciół...

"Nie ma na świecie przyjaźni, która trwa wiecznie. Jedynym wyjątkiem jest ta, którą obdarza nas pies" - Konrad Lorenz

Znalezione obrazy dla zapytania dion leonardPies uważany jest za najlepszego przyjaciela człowieka. Książka ta utwierdza nas w tym przekonaniu, ponieważ historia napisana na faktach opowiada o pięknej i niespodziewanej przyjaźni między Dionem Leonardem, a malutką Gobi, która najwidoczniej również chciała zostać gwiazdą ciężkiego maratonu, jednak u boku człowieka, którego sama sobie wybrała.

Mimo że zwierzęta kocham, podeszłam do tej książki z pewną "niechęcią". Od początku wiedziałam, że historia ta wyciśnie ze mnie litry łez i w tej kwestii się nie pomyliłam. Z jednej strony jest to historia, która pokazuje jak cudowna jest relacja pomiędzy tą specyficzną dwójką co wywołuje u czytelnika uśmiech na twarzy. Z drugiej natomiast strony mamy do czynienia z nieprzyjemnymi wydarzeniami, które zmuszą Leonarda do podjęcia kolejnej zaciętej walki. Cała książka jest dla mnie mieszanką wybuchową uczuć!

Mimo że nie przepadam za książkami na faktach i czytam je bardzo, bardzo rzadko, ta powieść całkowicie skradła moje serce. Po pierwsze - okładka przedstawiająca Gobi bije przyjemną prostotą. Po drugie - sama treść jest naprawdę cudowna! Dion Leonard w bardzo ciekawy sposób opisał swoje przygody i bez zbędnego owijania w bawełnę! Historia mocno chwyta za serce oraz pokazuje niesamowitą chęć walki za rzecz przyjaźni.

Ocena 
21-02-2018

Gobi to nie tylko pustynia

Kocham wszelkie zwierzęta. Od dziecka lgnęłam do psów nie zważając na nic. Koty od zawsze były mi bliskie, a konie to mój świat. Dlatego też książki z nimi w roli bohatera są przeze mnie czytane nałogowo. I nie ważne jest czy są dokumentalne czy fikcyjne. Są w nich czworonogi i inne żyjątka, więc muszą poszerzyć moje czytelnicze horyzonty. Wiem jednak, że nie każdy zwierzęta lubi, a już na pewno nie musi ich kochać. Warto jednak by je szanował, bo one na to zasługują - niejednokrotnie dużo bardziej niż my ludzie.

Z pochodzenia Australijczyk, ale znany jako brytyjski ultramaratonczyk Leonard Dion chyba nigdy nie dopuścił do siebie myśli, że bieganie może aż tak zmienić jego życie. Okazuje się, że jednak może. Jeszcze kilka lat temu był mężczyzną z nadwagą, który nie wiele miał w życiu celów. Za sprawą żony i jej znajomych wziął się za siebie i w dość krótkim czasie uzyskał znakomitą formę. Dziś jest wysokim i szczupłym mężczyzną, który dąży do celu, a raczej do mety. Przebiegł tysiące kilometrów. Występując w charakterystycznej żółtej koszulce sam nazywał się przez swój wzrost "bananem". Każdy z biegów coś dla niego znaczył, ale ten był wyjątkowy. Miał szansę wygrać - wybrał pomoc innemu zawodnikowi co okazało się być decydujące jeśli chodzi o czas. Mógł wbiec na metę pierwszy, ale się nie udało. Za to udało się coś innego, zyskał więcej niż złoty medal. Zyskał wyjątkowego przyjaciela, przepraszam przyjaciółkę.

Mała sunia, mieszaniec border terriera po prostu go wybrała. Na początku jednego z etapów biegała to tu, to tam. Zatrzymała się nagle, spojrzała, a raczej zmierzyła Leonarda od dołu do góry i z powrotem. A potem jak gdyby nigdy nic, zafascynowana jego żółtymi ochraniaczami na buty zaczęła z nim biec. Tuż za nim, tuż obok, a czasami przed. Mieli na siebie oko. On dzielił się z nią marnym jedzeniem i wodą, ona dawała mu wsparcie i motywację. Sypiali w tym samym namiocie. A skoro tak mały piesek na krótkich łapkach dawał radę biec w upale sięgającym 40 kilku stopni Celsjusza, to on, wysoki mężczyzna z długimi nogami też powinien. Razem pokonali ponad 120 kilometrów i chyba nikt nie spodziewał się, że mała sunia wytrwa do końca. Nazwana Gobi na cześć pustyni, którą przebiegła dostałą od Diona pewną obietnicę. Że zamieszka razem z nim.

Gdy Leonard składał tę obietnicę nie wiedział co będzie musiał zrobić by jej dotrzymać. A przede wszystkim ile go to będzie kosztować zarówno pieniędzy jak i emocji. Do domu musiał wrócić sam, ale robił wszystko by Gobi do niego dołączyła. Po drodze mała sunia się zgubiła. Dion się nie poddał. Szukał jej za pomocą telewizji, ulotek i portali społecznościowych. Pomagali mu obcy ludzie. Jego upór i determinacja pomogły. Psinka na stałe zamieszkała u niego w domu. Mały piesek o wielkim sercu oraz mądrych oczach zamieszkał u wybranego przez siebie pana.

"Odnalezienie jej było dla niego jedna z najtrudniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek zrobił. Ale to, że ona odnalazła jego było jedną z najlepszych rzeczy, jaka mu się przytrafiła." *

Kiedy sięgałam po tą książkę po prostu czułam, że się nie zawiodę. Mogłam spodziewać się, że styl nie urwie głowy, ale historia na pewno. I tak było. Czytałam, bo musiałam dowiedzieć się jak potoczą się losy Leonarda i Gobi. Lektura niezwykle lekka w odbiorze choć gra na uczuciach. Ja przeżywałam wszystko wraz z Dionem, czułam się jak by to wszystko dotyczyło mnie. Na szczęście swojego pupila nie musiałam nigdzie szukać i martwić się jak go do siebie ściągnąć. Leonard jednak z pomocą innych spisał się na medal. Złoto mu się należy nawet jeśli nie za wygrany ultramaraton!

* - cytat z "Odnaleźć Gobi" Leonard Dion, okładka

Ocena 
20-02-2018

Historia po prostu niesamowita...

Historia po prostu niesamowita, a przy tym tak łapiąca za serce, że od lektury nie mogłam się oderwać, mimo, iż wiedziałam, jaki będzie finał.
Spójrzcie na tę mordkę na okładce. To Gobi, malutki kiedyś bezpański piesek, który nagle wybrał (bo tylko tak to można określić) swojego przyjaciela. Był nim Australijczyk z pochodzenia, biegacz Dion Leonard. Pewnego dnia sunia pojawiła się obok niego w trakcie biegu przez..Pustynię Gobi, stąd imię pieska. Przebiegli razem 124 km przez pustynię, piesek na krótkich łapkach i człowiek każdym kilometrem coraz bardziej zadziwiony pieskiem, jego siłą, determinacją i coraz bardziej w Gobi zakochany.
Razem pokonywali wszystkie przeszkody, spali w jednym namiocie i dzielili się posiłkami. Gdyby Dion nie czekał na Gobi, aż dobiegnie, nie przenosił jej przez strumień, nie zwalniał, żeby biegli równo, zapewne by wygrał bieg. Nie zdobył co prawda głównej nagrody, ale zdobył największego przyjaciela, jakiego można sobie wymarzyć.
Jednak wielodniowy maraton przez pustynię, to dopiero początek. Druga częścią i pokazem wielkiej przyjaźni i człowieczeństwa są poszukiwania Gobi, która nagle zgubiła się w labiryncie gwarnych ulic jednego z chińskich miast. Szukały jej cale Chiny, póżniej cały świat. Istniało niebezpieczeństwo, że piesek zostanie..zjedzony. Ta rasa należy bowiem wg. wielu Chińczyków do (o matko, nie wierzę, że to piszę) najsmaczniejszych. Koszmarne, wiem.
Gobi udało się znaleźć.
Czyta się rewelacyjnie. Historia i obydwoje jej bohaterowie wzruszają, wywołują całą gamę uczuć i sprawiają, iż choć przez chwilę odrobinę inaczej patrzy się na ten nie ukrywajmy, niezbyt przyjazny świat.
Gorąco zachęcam do lektury. Warto poświęcić na lekturę kilka godzin. Zarezerwujcie jednak sporą porcję chusteczek, wzruszenia gwarantowane.

Ocena 
14-02-2018

Gobi z pustyni Gobi

Dion Leonard nigdy nie lubił biegać, ale od zawsze kochał rywalizację, dlatego, za namową swojej partnerki, postanowił spróbować swoich sił w biegach długodystansowych. Wyjeżdżając do Chin na kolejny ultramaraton, nie spodziewał się, że spotka go taka przygoda. Początkowo mały, zabłąkany pies nie zrobił na nim żadnego wrażania, ale gdy suczka pokazała swój hart ducha i przebiegła z nim wiele kilometrów w koszmarnym upale, pokochał ją i postanowił zrobić wszystko, aby sprowadzić ją do Szkocji, w której mieszkał. Okazało się, że to droga o wiele trudniejsza niż trasa, którą musiał przebiec na nieprzyjaznym, pustynnym terenie.

Życie pisze najlepsze scenariusze. Jednak nawet najbardziej fascynującą opowieść można po prostu źle opisać i właśnie tego się bałam, sięgając po „Odnaleźć Gobi” Diona Leonarda. Na szczęście moje obawy rozwiały się już po przeczytaniu kilku pierwszych stron tej książki. To doskonale spisana historia prawdziwej przyjaźni między psem a człowiekiem, w której czytelnik znajdzie tu nie tylko opis losów uroczej suczki Gobi, ale także informacje o zwyczajach ultramaratończyków, relację z morderczego biegu przekazaną z pierwszej ręki, a także opis procedur, przez które należy przejść, żeby sprowadzić psa z Chin do Europy.

Ocena 
13-02-2018

„ODNALEŹĆ GOBI”

Zwierząt nie trzeba lubić, ale należy je szanować. Psy mają w sobie ogromne pokłady uczuć, o czym wiedzą wszyscy opiekunowie tych niesamowitych istot. Wydaje nam się, że to my wybieramy pupila — a może jednak on nas?

Dion Leonard jest znanym maratończykiem, który nie spodziewał się, że bieganie aż tak zmieni jego dotychczasowe życie. W 2016 roku zechciał wyruszył poprzez słynną pustynię Gobi, sprawdzić swe możliwości. Przypadek — albo przeznaczenie — sprawił, iż na jego drodze stanęła ona. Zwykła suczka, o nieokreślonej rasie. Podbiła serce Diona, choć początkowo nie rozumiał, dlaczego tak się na niego uparła. Malutka, drobna, ale o wielkiej sile walki i energii. Towarzyszyła Leonardowi podczas biegu, dodając mu otuchy. Bez słów. Gobi, bo tak została nazwana na cześć pustyni, niezwykle wpłynęła na swojego nowego przyjaciela. Maratończyk przestał skupiać się na zwycięstwie, a zaczął czerpać radość z samego sportu. I opieki nad psiakiem, gdy ciągle musiał pilnować, czy suczka dobrze się czuje, jest zdrowa i zadowolona. Postanowił wrócić z nią do Szkocji, gdzie mieszka. I tu nastąpiło całe pasmo przeszkód, wartych pokonania, ponieważ taka przyjaźń zasługuje na poświęcenie…

Książki o psach zawsze wzbudzają we mnie skrajne emocje. Sądzę, że muszę przeczytać każdą, a jednocześnie obawiam się potoku łez. Zwierzęta potrafią totalnie wzruszyć, co w mym przypadku spotęgowało się po śmierci mojego ukochanego psiaka. Ten, kto przez to przeszedł, zrozumie. Gdy trafiłam na zapowiedź „Odnaleźć Gobi”, to aż sama się do siebie uśmiechnęłam. Historia tego malucha okrążyła świat jakoś dwa lata temu, była dosłownie wszędzie. Pamiętam, że pomyślałam, iż z pewnością powstanie powieść lub dobry film. Przeczucie okazało się być słuszne, ponieważ literatura już przygarnęła Gobi, a ekranizacja też się tworzy. Wielu znajdzie w tym sprytny marketing. Nic tak nie porusza jak małe dzieci i słodkie zwierzaczki. Ale te czasy są tak wypełnione smutkiem — nie ma powodu, aby odmawiać sobie poprawienia nastroju, choćby ktoś miał zarobić.

Samo wydanie jest śliczne! Trudno wybrać lepszą fotografię na okładkę. Gobi wygląda uroczo, lecz z jej oczy bije zadziorność, hart ducha w małym ciałku. Egzemplarz należy do tych lżejszych, idealnych do torby, gdy mamy ochotę na szybką lekturę w komunikacji miejskiej. W środku znajdziemy więcej zdjęć, co uznaję za spory plus. Wydrukowane na papierze kredowym, w dobrej jakości. Zdecydowanie umilają czas, chwilkę się nad tym pozachwycałam, bo Gobi okrutnie przypomina mi mojego, wcześniej wspomnianego, zmarłego psa. I jak tu się nie zakochać? Momentami miałam wrażenie, że czytam o swoim Pingusiu. Cóż, moja opinia jest aż na wskroś subiektywna.

Całość została napisana językiem prostym oraz zrozumiałym. To też autobiografia Leonarda, gdyż przytacza on dzieciństwo, przedstawia początki historii z bieganiem. Te fragmenty nie zapychają osi fabuły, są jej interesującym dopełnieniem. Dion to fascynująca osoba, od razu wzbudza sympatię, podobnie jego żona, Lucja. Świetny materiał na inspirację, kiedy chcemy ruszyć się ze swoim życiem, zacząć jakąś przygodę. To może brzmieć nieco banalnie, ale bardzo chciałabym poznać tych ludzi. I, oczywiście, ich pupilkę. Tworzą zgrany zespół, są zwyczajnie nadzwyczajni.

Wszystkie problemy przeszkadzające w zabraniu Gobi z Azji powierzchownie mogą wydawać się śmieszne, lecz ogrom biurokracji aż zatrważa. Myślę, że większość z nas, nawet ja, zrezygnowałoby w trakcie. Ileż można walczyć z systemem? Tym bardziej zawziętość Diona budzi respekt. Maratończyk w ciekawy sposób opisał Chiny, dość dwojako. Spotykały go pewne nieprzyjemności, ale uzyskał też sporo pomocy, bezinteresownej. Czyż to nie wspaniały materiał na scenariusz? Naprawdę, nie mogę doczekać się filmu, bo czuję, iż będzie świetnym uzupełnieniem tej publikacji. Pochłonęłam ją w jeden wieczór, teraz pożyczyłam mamie podzielającej me zachwyty, a chciałabym, aby ten egzemplarz jeszcze trochę powędrował — niczym Dion i jego psiak.

„Odnaleźć Gobi” to książka, której nie da się zapomnieć. Jest idealną lekturą dla każdego zwierzoluba. Przepięknie skonstruowana, z jej kart po prostu uderza miłość, nadzieja, wszystko to, co w człowieku i psie najlepsze. Bardzo się cieszę, że w końcu mogłam zobaczyć tę historię oczami samego Diona, na co czekałam od chwili, gdy pierwszy raz usłyszałam o nim i cudownej Gobi. Serdecznie polecam, będziecie zadowoleni!

Ocena 
12-02-2018

Poruszająca opowieść...

Kiedy tylko spojrzałam na okładkę książki Odnaleźć Gobi wiedziałam, że to lektura dla mnie. Mam w domu trzy psy, więc obwoluta z wizerunkiem uroczej mordki, trafiła do mojego serducha w tempie natychmiastowym. Przygotowanie graficzne powieści, stoi na bardzo wysokim poziomie. Duża czcionka, odpowiednio wyrazisty podział na rozdziały i "wkładka" z autentycznymi zdjęciami - mnie nie potrzeba niczego więcej. Książkę czyta się błyskawicznie, a taki miłośnik psów jak ja, będzie ją pożerał, a nie delektował się lekturą przez kilka dni. Mnie jeden wieczór na czytanie Odnaleźć Gobi wystarczył w zupełności. W sumie nie spodziewałam się, że dzieło będzie dla mnie tak atrakcyjne, tak ciekawe. No majstersztyk moi kochani!

http://czytambolubieo.blogspot.com/2018/02/odnalezc-gobi-dion-leonard.html

Ocena 
12-02-2018

Przyjaźń człowieka i psa

Lubicie psy? Ja bardzo! Dlatego kiedy dowiedziałam się, że Wydawnictwo Harper Collins Polska wydaje powieść pt."Odnaleźć Gobi" to strasznie się ucieszyłam. Uwielbiam filmy o czworonogach, ale książek o opowiadających o nich przeczytałam bardzo mało. Nie licząc oczywiście kultowej historii pt. "O psie, który jeździł koleją". Dlatego mam nadzieję, że z chęcią zapoznacie z moją opinią na temat słodziutkiej Gobi!
To jak? Czytamy?

Dion Leonard jest maratończykiem, który po ciężkiej kontuzji wraca na długodystansowe biegi. Po długiej przerwie, mężczyzna wyjeżdża do Chin, aby tam zmierzyć się ze swoimi lękami. Nie planuje tam zawierać żadnych przyjaźni - dla niego liczy się tylko wygrana.
Jednak w życiu nie da się wszystkiego zaplanować. Podczas biegu do Diona przyłącza się pies, który wraz z maratończykiem postanawia przebiec całe sto dwadzieścia cztery kilometry. Mężczyzna z dnia na dzień coraz bardziej przyzwyczaja się do bezdomnego psiaka. Niestety pewnego dnia na gwarnych ulicach Chin, mała Gobi znika.

Jak już wcześniej wspominałam bardzo lubię czworonogi i historie o nich, dlatego postanowiłam się zapoznać z najnowszą publikacją Harper Collins Polska. Nigdy wcześniej nie słyszałam o Dionie Leonardzie i Gobi, ale przed przystąpieniem do lektury postanowiłam troszkę poszperać w internecie i znalazłam naprawdę wiele artykułów o nich. Do teraz jestem pod ogromnym wrażeniem wytrzymałości psa i oczywiście samego maratończyka. Ta dwójka to po prostu dynamit! Jednak jeśli mogę Wam coś poradzić to najpierw przeczytajcie książkę, a potem zacznijcie szperać w internecie, bo na pewno większość z Was nie przepada za spojlerami.

Ostatnio mam spore szczęście, bo trafiam na same wspaniałe książki i "Odnaleźć Gobi" z pewnością się do nich zalicza. Chociaż muszę przyznać, iż sam początek szedł mi troszkę opornie, ponieważ autor bardzo często przeskakiwał do z teraźniejszości do przeszłości. Jednak z czasem się do tego przyzwyczaiłam i później było już było dobrze. Narrator ujął mnie niesamowitą szczerością, ponieważ bez żadnych zahamowań opisał swoje trudne dzieciństwo i młodość. Po prostu obnażył przed nami całą swoją duszę i zdradził nam wiele wątków ze swojego życia. A wierzcie mi na słowo, iż nie było ono usłane różami. Jednakże Pan Leonard nie użalał się nad sobą i pokazał nam jak można zawalczyć o lepszą przyszłość dla siebie. Aczkolwiek główne skrzypce w tej powieści gra maraton i słynna Gobi, której nie da się oprzeć. Ten psiak udowodnił chyba wszystkim, że dla chcącego nic trudnego.

Nie chciałabym Wam za dużo zdradzać szczegółów tej książki, ponieważ moim zdaniem najlepiej jest tę powieść odkrywać powoli i dać się wciągnąć w wir biegów, maratonów i poświęcenia. "Odnaleźć Gobi" zaczęłam czytać po południu, a późnym wieczorem już byłam po jej lekturze, bo czyta się ją w zaskakującym tempie. Akcja może początkowo nie jest aż tak żwawa, ale autor pisze z taką lekkością, że po literach się dosłownie płynie. Oczywiście, nie zabranie też momentów kiedy czytelnik będzie czuł napięcie, wzruszenie i inne emocje. W szczególności kiedy zaczną się długodystansowe biegi i maratończycy będą wystawiani na wiele różnych prób. A główny bohater niejednokrotnie Was zadziwi.

Trochę się rozpisałam na temat Diona, a mało powiedziałam Wam o relacji między nimi a Gobi. Ich przyjaźń rozwijała się powoli, ponieważ nasz główny bohater nie chciał się z nikim "wiązać" na dłużej. Aczkolwiek kto oparłby się psu, który z pełną determinacją pokonuje wiele kilometrów na pustyni i jeszcze się do tego uśmiecha? Z pewnością nikt! Jednak przyjaźń tych dwojga zostanie wystawiona na wielką próbę, ponieważ prawo nie jest tak "gorące" jak uczucia. Jednakże nie tylko przepisy będą dzielić Diona i Gobi. Jedna z opiekunek psa będzie bardzo utrudniać przewóz suni do Wielkiej Brytanii. Więcej Wam jednak nie zdradzę.

Z całego serca polecam Wam powieść "Odnaleźć Gobi", bo to świetna książka opowiadająca o przyjaźni, poświęceniu i determinacji. To również wspaniała i autentyczna historia maratończyka Diona Leonarda i jego piaskowej przyjaciółki. Jeżeli poszukujecie powieści ciepłej, uczuciowej i prawdziwej to powinniście odnaleźć Diona i Gobi i poznać ich wersję wydarzeń.

Ocena 
09-02-2018

Historia pewnego maratończyka i małego psa

Przechodząc do autora, zauważyłam, że powieść ta powstała z pomocą Craiga Borlase'a. Stwierdziłam, że również muszę o tym wspomnieć, należy się. :) Cieszę się, że mogłam poznać tę historię, bo pewnie gdyby nie ta książka, nie poznałabym jej. A uwielbiam takie... rozczulające, życiowe sytuacje. Na pewno dużą zasługą jest tłumaczenie książki, które należy do Aliny Patkowskiej.

Pióro autora jest lekkie, czyta się szybko, ale nie zawsze przyjemnie. Czytając "Odnaleźć Gobi" nie wiemy, czy spodziewać się happy endu, czy też nie.

Książka jest na tyle wciągająca, że nie sposób się o niej oderwać. A zapewne jest to za sprawą prawdziwości wydarzeń. Jest to niezwykle interesująca historia, która zostanie w mojej głowie na długo. Uważam, że nikt nie ma przeciwwskazań do sięgnięcia po tę lekturę. Jest ona niebywale piękna i być może przez to nie potrafię jakoś składnie i ładnie o niej napisać. Bo wciąż czuję mnóstwo emocji i przeżywam wydarzenia, jakich doświadczyłam wraz z Dionem i jego małą pustynną suczką.


Powieść ta to prawdziwe świadectwo przyjaźni na linii zwierzę-człowiek. Przyjaźń, która trwa bardzo długo, aż do śmierci jednego z dwojga. Uczucie, które łączy pupila i człowieka, które jest na wagę złota. Nie każdy ma takie szczęście, by tak mocno zaprzyjaźnić się ze zwierzęciem, a Dionowi udało się to niemal bez jakichkolwiek starań. Ciesze się, że w odpowiednim czasie pojawiła się Gobi, bo prawdę mówiąc była potrzebna - dodawała mu otuchy w trudnych chwilach, a przecież między innymi po to są przyjaciele, prawda?


Cała recenzja dostępna na blogu :)

Ocena 
09-02-2018

Przyjaźń, która nie znała granic....

Książka stanowi wzruszająca i zarazem motywująca historię niecodziennej przyjaźni, która zrodziła się w ekstremalnych warunkach. Uznany brytyjski ultramaratończyk Dion Leonard w trakcie wyczerpującego biegu przez pustynię Gobi napotkał na swojej drodze małego pieska. Mieszaniec border teriera towarzyszył mu do mety. Nie wygrali maratonu, ale zyskali coś więcej- prawdziwą przyjaźń. I tutaj stop...

Odnaleźć Gobi nie jest w żadnym razie ckliwą historią z happy endem. W mojej ocenie mimo niewielkich rozmiarów książka zawiera ponadczasowe przesłanie o tym, co w życiu jest najistotniejsze. Niecodziennie zadajemy sobie pytania dlaczego do czegoś dążymy i co jest w naszym życiu najważniejsze. Według mnie Dion Leonard w pełni przemyślał, co chcę zawrzeć w tej pozycji. Autor zadbał również o bardzo czytelny układ rozdziałów. Książka jest spójna pod względem prezentowanej treści i mimo trudnej tematyki bardzo przyjemna w odbiorze. W trakcie lektury miałam okazję bliżej poznać postać Dion'a Leonard'a. Autor przedstawił w zarysie historię swojego życia, dzięki czemu mogłam zrozumieć jego motywację do wzięcia udziału w najbardziej ekstremalnych maratonach odbywających się co roku w różnych zakątkach świata. Pozostałe rozdziały poświęcone zostały zakrojonej na szeroką skalę akcji poszukiwawczej mającej na calu odnalezienie zagubionej w Chinach Gobi.

Starałam się czytać Odnaleźć Gobi w pełnym skupieniu, co momentami było trudne ze względu na prezentowane treści. W trakcie lektury miałam okazję całkiem sporo dowiedzieć się o samych ultramaratonach i zachowaniach zawodników biorących w nich udział. Szczerze przyznaje, że autor dał mi dość trudną, ale cenną lekcję. Mówi się, że lepiej uczyć się na cudzych błędach, ale swoje się dłużej pamięta. Doświadczenia z życia Dion'a Leonarda są świetnym potwierdzeniem tych słów. Książka motywuje, ale obraziłabym autora pisząc, że ma w sobie z poradnika motywacyjnego. Odnaleźć Gobi to więcej niż porywająca serca historia. To dowód na to, że dla prawdziwego przyjaciela można zrobić dosłownie wszystko. Jako czytelnik miałam okazje trochę więcej dowiedzieć się o życiu w Chinach i bliżej poznać procedury transportu zwierząt z tego kraju do innych zakątków świata. Momentami miałam również poważne wątpliwości, co do pełnej rzetelności relacji autora.

Odczucia? Początkowo były mieszane. Przyznaję, że rozpoczynając lekturę trudno było mi się wgryźć w tą historię ze względu na mój brak zainteresowania tematyką ultramaratonów. W dalszej części książki na przemian płakałam i kibicowałam autorowi śledząc dalsze etapy poszukiwania zagubionego pieska. Leonard dał swoim czytelnikom cenną i jakże pouczającą lekcję empatii. Z czystym sumieniem polecam!

Ocena 
08-02-2018

Odnaleźć Gobi

Książka Diona Leonarda pt. „Odnaleźć Gobi” jest niezwykła przede wszystkim dlatego, że historia w niej opisana jest oparta na faktach. Autor jest ultramaratończykiem, co oznacza, że bierze udział w niezwykle trudnych, krańcowo wycieńczających, długich na kilkaset kilometrów biegach. Organizowanych w miejscach, gdzie panują niebezpieczne, często zagrażające życiu warunki. Jednym z takich wyścigów był dwustupięćdziesięciokilometrowy bieg przez pustynię Gobi w Chinach. To właśnie tam, wśród zawodników, Dion po raz pierwszy zauważył małą suczkę proszącą o jedzenie. Piesek przylgnął do niego i wspólnie pokonywali kolejne etapu maratonu. Z każdym kilometrem bezgraniczne zaufanie pieska do biegacza rosło, a ten zakochiwał się w małym czterołapku bez pamięci. Po ukończeniu biegu wiedział, że zrobi wszystko, aby zabrać Gobi – nazwał sunię na cześć pustyni, gdzie ją znalazł – do domu do Wielkiej Brytanii.

Okazało się jednak, że nie będzie to takie proste. Aby przewieźć zwierzę z Chin do Anglii trzeba wypełnić wiele procedur, pies musi przejść badania, a następnie kwarantannę. Gdy Dion zostawił Gobi pod opieką znajomej Chinki, a sam wrócił do domu, by załatwiać potrzebne dokumenty, piesek zaginął. Mężczyzna jednak nie poddał się, zaczął zbierać pieniądze na opłacenie przejazdu Gobi i pojechał z powrotem do Chin odszukać małego pieska, któremu oddał swoje serce.

Jego historia stawała się coraz bardziej popularna. Pisały o nim gazety, mówiono o nim w telewizji, udzielał mnóstwa wywiadów i prosił o pomoc w odnalezieniu małej Gobi. Niemal cały świat kibicował mu w jego poszukiwaniach.

Cała historia jest ogromnie wzruszająca. Każdy, kto kocha zwierzęta, rozumie niezwykłą więź jaka może powstać między psem a człowiekiem. Dion Leonard zrobił dosłownie wszystko co było w jego mocy, aby przywieźć sunię do domu i zapewnić jej bezpieczne miejsce, pełne miłości i troski.

Dion jest bezwzględnie człowiekiem z wielkim charakterem. Nie poddaje się, trudności i kolejne przeszkody tylko mobilizują go do dalszego działania, nie przyjmuje porażki do wiadomości. Wytrwale dąży do celu, mimo że jego osiągnięcie wydaje się graniczyć z cudem.

Dla mnie, osoby, która kocha zwierzęta, a przede wszystkim właśnie psy są najbliższe mojemu sercu, Dion Leonard pozostanie wielkim bohaterem. Człowiekiem, który walczył jak lew o możliwość zaopiekowania się małym pieskiem o wielkich, brązowych oczach...

Bibliofilka.pl

Ocena 
06-02-2018

Jeśli myślisz, że to Ty wybierasz psa...

Jeśli myślisz, że to Ty wybierasz psa, przeczytaj tę książkę! Ponadto powinieneś, bo:
• Życie autora jest inspirujące, bardzo motywuje do podjęcia zmian.
• W piękny sposób opowiedział o międzygatunkowej przyjaźni, która połączyła go z maleńkim psem o wielkim sercu.
• Leonhard w sposób ciekawy przedstawia życie biegaczy, a także rywalizację w ultramaratonie.
• Na początku książka była mi obojętna, ale w pewnym momencie zaangażowałam się emocjonalnie.
Więcej: www.onlypretender.pl

Napisz recenzję

Napisz recenzję