Jesteśmy turystami.
Niedawno pogodziłam się z tą myślą. Mąż i ja nigdy nie zaliczaliśmy się do ludzi podróżujących po to, żeby poszerzać swoje horyzonty. Jeździliśmy dla rozrywki – zobaczyć Weeki Wachee, Gatlinburg, South of the Border, Lake George, Rock City czy Wall Drug. Widzieliśmy pływające świnie i konie, pokryty kukurydzą pałac w rosyjskim stylu, dziewczęta pijące pod wodą pepsi z małych butelek, Most Londyński na środku pustyni, a nawet papugę kakadu jeżdżącą rowerem po linie.
Chyba zawsze zdawaliśmy sobie z tego sprawę.
Ta podróż, nasza ostatnia, została należycie zaplanowana w ostatniej chwili, co jest przywilejem emerytów. Cieszę się, że postanowiłam, byśmy ruszyli w drogę, choć wszyscy (lekarze, nasze dzieci) nam tego zabronili. Gdy napomknęłam o planach wyjazdowych doktorowi Tomaszewskiemu – jednemu z setek lekarzy, mam wrażenie, którzy obecnie się mną opiekują – powiedział: „Stanowczo, podkreślam, stanowczo odradzam wszelkie podróże”. Z kolei moja córka, na rzucony od niechcenia pomysł choćby weekendowego wypadu, odezwała się tonem, jakim zazwyczaj zwracamy się do nieposłusznego szczeniaczka: „Nie!”.
Jednak Johnowi i mnie wakacje były potrzebne bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Poza tym lekarze chcą, żebym była na miejscu tylko po to, by mogli przeprowadzać na mnie badania, dźgać lodowatymi narzędziami i szukać cieni w moim ciele. Sporo już się napracowali. Z kolei dzieci mają na względzie wyłącznie nasze dobro, ale tak naprawdę wtykają nos w nie swoje sprawy. Posiadanie bezterminowego pełnomocnictwa nie daje prawa decydowania o wszystkim.
Możecie zapytać: Czy to dobry pomysł? Żeby dwoje starych pryków dotkniętych przez los – ona ma więcej dolegliwości zdrowotnych, niż spotyka się w krajach trzeciego świata, a on taką demencję, że nie wie, jaki jest dzień tygodnia – wyruszało w podróż przez cały kraj?
Głupie pytanie. Pewnie, że to nie jest dobry pomysł.
Przypomina mi się historia o tym, jak pan Ambrose Bierce, którego makabryczne opowiastki sprawiały mi wiele przyjemności w młodych latach, jako siedemdziesięciokilkulatek postanowił wypuścić się do Meksyku. Napisał tak: „Oczywiście możliwe jest, a nawet prawdopodobne, że stamtąd nie wrócę. W obcych krajach wszystko może się zdarzyć”. Dodał jeszcze: „To groźniejsze niż starość, choroba albo upadek ze schodów do piwnicy”. Będąc osobą, którą dotknęły te trzy przypadłości, całkowicie zgadzam się ze starym Ambrose’em.
Krótko i węzłowato, nie mieliśmy nic do stracenia. Postanowiłam więc przejść do czynów. Nasz mały kamper, model winnebago leisure seeker, był wyekwipowany i przygotowany do drogi. W takim stanie utrzymywaliśmy go przez cały czas, będąc na emeryturze. Zapewniwszy naszą córkę i naszego syna, że wyjazd na wakacje nie wchodzi w rachubę, porwałam swojego męża, Johna, i czmychnęliśmy z domu, obierając za cel Disneyland. Tam zabraliśmy kiedyś dzieci i dlatego wolimy ten w Kalifornii od tego na Florydzie. Jakkolwiek by patrzeć, jesteśmy w wieku, gdy coraz bardziej dziecinniejemy. Zwłaszcza John.
Opuszczamy Detroit, gdzie mieszkamy od urodzenia, i przemierzamy stan w kierunku zachodnim. Na razie jedzie się wspaniale, gładko i spokojnie. Przez fletnerkę po mojej stronie wpada ze świstem powietrze, a przebyte mile oddalają nas od dawnego Johna i Elli. W głowie się rozjaśnia, bóle słabną, zmartwienia znikają, przynajmniej na kilka godzin. John się nie odzywa, ale siedzi za kierownicą z bardzo zadowoloną miną. Ma swój cichy dzień.
Po około trzech godzinach zatrzymujemy się na pierwszy nocleg w miejscowości wypoczynkowej, która mieni się „kolonią artystyczną”. W centrum zza zimozielonych krzewów prześwituje paleta malarska wielkości brodzika dla dzieci, na której każda plama farby jest elegancko oświetlona lampką w tym samym kolorze. Obok widnieje napis

SAUGATUCK

Tu, przed niemal sześćdziesięcioma laty, spędziliśmy tak zwany miodowy miesiąc (pensjonat pani Miller spłonął dawno temu). Pojechaliśmy autobusem Greyhounda. Tak wyglądała nasza podróż poślubna: wyjazd za psie pieniądze do zachodniego Michigan. Na tyle było nas stać, ale mimo wszystko mieliśmy frajdę. (Och, ileż korzyści człowiek może czerpać z tego, że łatwo go rozbawić).
Po zameldowaniu się na kempingu wykorzystujemy resztę popołudnia na przechadzkę po mieście, dopóki daję radę. Bardzo się cieszę, że znów jestem tu z mężem, po tak długim czasie. Od tamtej pory upłynęło co najmniej trzydzieści lat. Ze zdziwieniem stwierdzam, że miasteczko niewiele się zmieniło – jest dużo cukierni, galerii sztuki, lodziarni i sklepików z pamiątkami. Park znajduje się tam, gdzie dawniej. Wciąż stoi wiele starych budynków, dobrze się trzymają. Jestem zaskoczona, że ojcowie miasta nie widzieli potrzeby zburzenia wszystkiego i zbudowania do nowa. Pewnie uznali, że urlopowicze lubią wracać do miejsc, gdzie czują się swojsko, u siebie, choćby na krótko.
Siedzimy z Johnem na ławeczce przy Main Street, w jesiennym powietrzu unosi się intensywna woń ciepłego karmelu. Przyglądamy się przechodniom: rodzice z dziećmi, w szortach i bluzach, zajadają lody w rożkach, gawędzą, śmieją się lekko i beztrosko, odprężeni ludzie na wakacjach.
– Miłe miejsce – odzywa się John, pierwszy raz od przyjazdu do miasteczka. – Mieszkamy tutaj?
– Nie. Ale miejsce rzeczywiście jest miłe.
John zawsze pyta, czy mieszkamy w danym miejscu, czy jesteśmy w domu. Robi to coraz częściej mniej więcej od roku, gdy mu się pogorszyło. Kłopoty z pamięcią zaczęły się jakieś cztery lata temu, ale pierwsze oznaki wystąpiły wcześniej. U niego proces przebiegał stopniowo. (Moje dolegliwości pojawiły się całkiem niedawno). Powiedziano mi, że mamy szczęście, choć wcale na to nie wygląda. W umyśle Johna najpierw powoli zamazywały się rogi tablicy, potem krawędzie, potem krawędzie krawędzi, powstało kółko, które coraz bardziej się zmniejszało i w końcu zapadło się do środka. Pozostały jedynie niewyraźne ślady tu i ówdzie, w miejscach, gdzie gąbka nie wykonała swojego zadania w pełni, resztki wspomnień, które słyszę na okrągło. Co pewien czas John uprzytamnia sobie, że nie pamięta, co się działo przez znaczną część naszego wspólnego życia, ale ostatnio zdarza się to coraz rzadziej. Gdy od czasu do czasu wpada w złość, nie mogąc sobie czegoś przypomnieć, sprawia mi to radość, bo oznacza, że on wciąż jest po tej stronie, razem ze mną. Ale najczęściej go nie ma. W porządku. To ja przechowuję wspomnienia.

*

John przesypia noce zaskakująco dobrze, natomiast ja prawie w ogóle nie mogę zmrużyć oka. Do późna czytam albo oglądam jakiś durny talk show na naszym telewizorku z wbudowanym akumulatorem. Towarzystwa dotrzymuje mi jedynie peruka na styropianowej głowie. Siedzimy we dwie w niebieskiej poświacie, słuchając Jaya Leno zagłuszanego chrapaniem Johna. Nie szkodzi. Zazwyczaj jest mi wszystko jedno, bo i tak zapadam w drzemkę najwyżej na parę godzin. Sen jest teraz luksusem, na który rzadko mogę sobie pozwolić.
John zostawił portfel, garść monet i kluczyki na stole, tak jak to robi w domu. Biorę do ręki pękatą, impregnowaną potem skórzaną kabzę i zaglądam do środka. Ulatuje stęchły zapach i słychać, jak przegródki odklejają się od siebie. W portfelu panuje bałagan – wyobrażam sobie, że taki sam mój mąż ma w głowie – wszystko jest przemieszane, posklejane, poplątane, jak pokazano w broszurach, które widziałam w gabinetach lekarskich. Znajduję karteczki z bazgrołami nie do odczytania, wizytówki ludzi zmarłych dawno temu, zapasowy kluczyk do samochodu sprzedanego przed laty, nieważne na przemian z ważnymi legitymacje ubezpieczalni Aetna i Medicare. Mogę się założyć, że nie porządkował portfela co najmniej przez dziesięć lat. Nie rozumiem, jak mógł siedzieć na takiej cegle. Nic dziwnego, że ciągle boli go krzyż.
Wsuwam palce do przegródek i wyciągam złożoną na cztery kartkę. W przeciwieństwie do pozostałych rzeczy nie wygląda tak, jakby leżała tam od zawsze. Prostuję ją i widzę oderwane od czegoś zdjęcie. W pierwszej chwili mam wrażenie, że to zdjęcie rodzinne – grupa ludzi stoi przed budynkiem. Ale nikogo nie rozpoznaję. Gdy odginam ponaddzierany brzeg na dole, wyłania się podpis: OD TWOICH PRZYJACIÓŁ Z PUBLISHERS CLEARING HOUSE!
Muszę wyjaśnić, że ta firma wysyłkowa wprost zasypuje nas listami. Swego czasu, jeszcze na początku choroby, John dostał bzika na ich punkcie. Zawsze wypełniał kupony ich loterii i odruchowo zamawiał prenumeratę kompletnie niepotrzebnych nam czasopism dla młodzieży, samochodziarzy czy hodowców fretek. Wkrótce dostawaliśmy po trzy listy tygodniowo od tych skurczybyków. Gdy wypełnianie formularzy zaczęło sprawiać mu coraz większą trudność, otwarte i ledwie przejrzane listy tylko się piętrzyły.
Dopiero po chwili dociera do mnie, dlaczego nosi to zdjęcie w portfelu. Wydaje mu się, że przedstawia jego własną rodzinę! Parskam głośnym śmiechem. Nie chcę obudzić Johna, ale śmieję się do łez. Potem drę zdjęcie na strzępy.

INDIANA

Wczesnym rankiem jedziemy przygnębiającą autostradą międzystanową przez Indianę w kierunku Chicago, gdzie zboczymy na Drogę 66, mającą tam swój oficjalny początek. Zazwyczaj nie zbliżamy się do dużych miast. Są niebezpieczne dla starych ludzi. Człowiek po prostu nie nadąża i raz-dwa leży plackiem na chodniku. (Pamiętajcie o tym). Ale ruch jest niewielki, jak to możliwe tylko w niedzielny poranek. Niemniej mijają nas wielkie ciężarówki z naczepami, łoskoczą i sapią, pędząc siedemdziesiąt pięć, osiemdziesiąt albo i więcej mil na godzinę. Johna jednak nic nie wzrusza.
Choć słabnie na umyśle, nadal jest doskonałym kierowcą. Przypomina mi się Dustin Hoffman w filmie Rain Man. Być może przyczyniły się do tego liczne podróże samochodem, które odbyliśmy przez te wszystkie lata, a może fakt, że prowadzi samochód od trzynastego roku życia. Nie przypuszczam, że kiedykolwiek straci tę umiejętność. W każdym razie gdy człowiek siądzie za kółkiem i wpadnie już w rytm jazdy na długiej trasie, ważne jest tylko utrzymanie kierunku (a to moje zadanie – ja dzierżę mapy), unikanie nagłych i niespodziewanych zjazdów oraz sprawdzanie w lusterku, czy nie zbliża się niebezpieczeństwo.
Niepostrzeżenie powietrze staje się szare i mdłe. W oddali w chmurze zanieczyszczeń lśnią budynki hut i innych zakładów przemysłowych.
John spogląda na mnie krzywo i pyta:
– Puściłaś bąka?
– Nie. Właśnie przejeżdżamy przez Gary.

ILLINOIS

Za Chicago, na autostradzie Dana Ryana, nie ma tłoku, za to wszyscy jadą cholernie szybko. John stara się trzymać prawego pasa, tyle że liczba pasów wciąż się zmniejsza albo zwiększa. Żałuję, że nie pojechaliśmy obwodnicą Joliet, jak pierwotnie zamierzałam. Ale coś mnie podkusiło, żeby odbyć tę podróż Drogą 66 od samego jej początku do samego końca.
Nieoficjalnie zaczyna się przy Lake Michigan, na skrzyżowaniu Jackson Drive i Lake Shore Drive, które znajdujemy z łatwością. Dużo trudniej odnaleźć miejsce, gdzie zaczyna się oficjalnie: na skrzyżowaniu Adams Street i Michigan Avenue. Gdy wreszcie widzimy tablicę, każę Johnowi zatrzymać się przy krawężniku. W dzień powszedni byłoby to niemożliwe, dziś jednak ulica jest pusta.

TU ZACZYNA SIĘ HISTORYCZNA DROGA 66 W ILLINOIS

Żeby lepiej widzieć, wychylam się przez okno, ale nie wysiadam. Przy takim wietrze byłoby już po mojej peruce, potoczyłaby się po ulicy jak kłąb suchego zielska na pustyni.
– To tu – mówię do Johna.
– Tak jest – odpowiada z zapałem. Nie mam pewności, czy wie, co robimy.
Prowadzę go wzdłuż Adams Street. Jedziemy między budynkami tak wysokimi, że nie dociera do nas światło słoneczne. W półmroku pod wieżowcami czuję się dziwnie bezpiecznie. Gdy jesteśmy na Ogden Avenue, widzę pierwsze oznaczenia Drogi 66.
W Berwyn logo drogi wisi na latarniach. Dostrzegam agencję nieruchomości o nazwie Route 66 Realty. Gdy docieramy do Cicero, które kiedyś upodobał sobie Al Capone, mieszkańcy jakby dopiero co obudzili się ze snu. Krążą samochodami, ale bez pośpiechu, korzystając z wolnego czasu w niedzielne przedpołudnie.
Stwierdzam, że jeśli mamy z Johnem przetrwać tę podróż, musimy zachowywać się tak samo. Nie śpieszyć się, nie stresować, unikać czteropasmowych autostrad, gdy się tylko da. Ileż to razy gnaliśmy z dziećmi na wakacje. W dwa dni na Florydę, w trzy dni do Kalifornii – „mamy tylko dwa tygodnie urlopu” – jazda, dalej, dalej. Teraz czasu nam nie brakuje. Tyle że ja się sypię, a John ledwie pamięta, jak się nazywa. Ale nie szkodzi. Ja pamiętam. Gdy dodać jego do mnie, w sumie wychodzi jedna cała osoba.
Dwoje małych dzieci idzie drogą z kościoła. Machają do nas. John trąbi w odpowiedzi, a ja macham dłonią niczym królowa Elżbieta.
Mijamy wielkiego białego kurczaka na cokole.

*

Wiedzieliście, że niektóre odcinki Drogi 66 są pogrzebane pod autostradą? Naprawdę. Ci bezwzględni dranie je zabetonowali. Dlatego ta trasa jest obecnie martwa, zdegradowana, pozbawiona oznak jak żołnierz okryty hańbą.
Gdy dojeżdżamy do takiego kawałka autostrady, John odruchowo przyśpiesza – naturalna reakcja u mających „ciężką nogę” chłopców z Detroit.
– Grzejemy! – wołam, ciesząc się swobodą, jakiej nie zaznałam od lat.
Z wysokości kabiny czuć, że schowana w grobowcu Droga 66 przelatuje pod nami z rykiem morskich fal. Nagle ogarnia mnie senność, więc uchylam okno i wpuszczam balsamiczne powietrze, które wpada z impetem i furkotem prześcieradeł suszących się na dworze. Chcę czuć powiew wiatru na twarzy. Ze schowka wyjmuję plastikową chustkę, gadżet reklamowy rozdawany przed wiekami klientom naszej lokalnej pralni chemicznej w Detroit. Zakładam chustkę na perukę, wiążę pod brodą i opuszczam szybę. Kapturek wydyma się, jakby miał poderwać się do lotu, zabierając ze sobą perukę. Podnoszę szybę prawie do samej góry.
Poranek w pełni, pogoda doskonała. Mamy piękny wrześniowy dzień, ze słońcem jak wymalowanym żółtą kredką w górnym rogu dziecięcego rysunku. Mimo to czuję już jesienne tchnienie, lekką wilgoć, piżmowy zapach. W takie dni jesienną porą miałam dawniej wrażenie, że wszystko jest możliwe. Przypomina mi się, jak podczas jakiejś podróży samochodem przed laty, gdy dzieci jeszcze mieszkały z nami, spoglądałam na równinny krajobraz Missouri właśnie takiego dnia, czując przez chwilę, że życie może trwać wiecznie, nigdy się nie kończy.
Aż dziw bierze, o czym potrafi człowieka przekonać odrobina słońca.
Jesień już nie jest moją ulubioną porą roku. Zwiędłe, suche liście przestały mnie urzekać. Sama nie wiem dlaczego.
Kończy się autostrada z warstw i znów jedziemy Drogą 66. Świadczy o tym gigantyczny astronauta w zielonym kombinezonie, stojący przy szosie.
– Tylko popatrz, John! – wołam, gdy podjeżdżamy do szmaragdowego olbrzyma z potężną łepetyną osłoniętą hełmem, który przypomina kuliste akwarium.
– Że niby co? – mamrocze, prawie nie odrywając wzroku od jezdni, kompletnie niezainteresowany.
Kiedy mijamy restaurację drive-in o stosownie astronautycznej nazwie Launching Pad, znów mam ochotę opuścić szybę do samego dołu. Wtedy uprzytamniam sobie, że jeżeli chcę wystawić twarz na wiatr i słońce, nie ma powodu się powstrzymywać. Ściągam chustkę i rozpinam klamerki hełmu z włókna sztucznego wyglądającego jak naturalne (model: Eva Gabor Milady II, odcień: wieczorny zmierzch – siedemdziesiąt pięć procent bieli i dwadzieścia pięć czerni), którymi jest przypięty do resztek włosów jakiej takiej grubości, pozostałych nad karkiem. Wsuwam dłoń pod perukę, ściągam ją od tyłu do góry i obnażam głowę.
Opuszczam szybę i wyrzucam to cholerstwo za okno, patrząc, jak toczy się skrajem drogi i podskakuje niczym potrącone zwierzę. Co za błoga ulga! Nie pamiętam, kiedy ostatnio promienie słońca padały bezpośrednio na moją czaszkę. Na czubku pozostały nędzne resztki owłosienia, cienkie i delikatne jak meszek na główce.
Rozwiewane wiatrem długie kosmyki plączą się i tańczą wokół głowy niczym smętny, zamotany turban, ale teraz w ogóle się tym nie przejmuję. Gdy po klimakterium przerzedziły mi się włosy, strasznie się martwiłam. Było mi wstyd, jakbym zrobiła coś złego, i bałam się, co powiedzą inni. Przez całe życie człowiek dręczy się tym, co ludzie sobie pomyślą, chociaż większość tak naprawdę nie myśli. Kiedy już pomyślą – to prawda, zdarza im się, choć rzadko – zwykle jest to coś złego, ale trzeba ich podziwiać przynajmniej za to, że w ogóle cokolwiek postanie w ich głowach.
Zerkam za siebie na styropianowy stojak na perukę. Głowa nadal jest przymocowana do blatu, nie wygląda już jak moja towarzyszka, lecz mierzy mnie wzrokiem, ocenia, pyta: „Psiakrew, coś ty przed chwilą zrobiła?”. Nie spoglądam do lustra. Wiem, że wyglądam jak półżywa. Nieważne. Już mi lżej.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 11,90 zł 13,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 10,90 zł 12,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień
Opcje dostawy:
Paczka w ruchu
Płatność online:
4,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Paczka 48 do domu
Płatność online:
11,90 zł
Płatność przy odbiorze:
13,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej
Płatność online:
10,90 zł
Płatność przy odbiorze:
12,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w paczkomacie InPost
Płatność online:
9,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-2 dni
Opcja dostawy:
Mini paczka do domu InPost
Płatność online:
7,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-5 dni
Opcja dostawy:
Przesyłka kurierska InPost
Płatność online:
13,90 zł
Płatność przy odbiorze:
15,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień
Opcja dostawy:
Kurier DPD
Płatność online:
14,90 zł
Płatność przy odbiorze:
16,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Mamy jeszcze czas
Autor Michael Zadoorian
Wydawnictwo HarperCollins
Data premiery 22-02-2018
Ilość stron 256
Oprawa Miękka
ISBN 9788327628350
Tłumaczenie Maria Olejniczak-Skarsgard
Projekt okładki Emotion Media
Ocena 
24-06-2018

Na tę książkę musicie mieć czas

Jeśli nie przeczytałeś w życiu żadnej książki to proszę czytelniku, zrób mi tę przyjemność i sięgnij po "Mamy jeszcze czas" Michaela Zadooriana. Nie idź na łatwiznę, nie oglądaj filmu. Siądź wygodnie z kubkiem kawy w ręku. Po sześciu godzinach gwarantuję, że przemienisz się w innego człowieka. Spojrzysz na swoje życie pod innym kątem, stanie się ono pełniejsze a Ty pełen obietnic ruszysz swoją nową drogą, nową autostradą, w którą zmieniła się Matka Dróg - Route 66. Choć kilka dni minęło odkąd przeczytałam tę niesamowitą powieść, nie daje ona o sobie zapomnieć. W końcu zauważyłam jak piękne jest życie i nie potrzeba tutaj wyjątkowych zdarzeń by docenić jego sens. To właśnie codzienność nas określa i pcha do przodu, i tylko od nas należy dokąd dotrzemy.

Ella i John postanawiają wybrać się na ostatnie wakacje swojego życia. Ich celem jest Disneyland, kraina marzeń i młodości, gdzie zamierzają dotrzeć wiekowym kamperem. Jednak zarówno ich dzieci jak i lekarze stanowczo odradzają 80-latkom podróż. Powodem jest choroba Elle i postępujący Alzheimer Johna. Jednak małżeństwo nic sobie nie robi z tych zakazów. Pewnego poranka wymykają się z domu, by wyruszyć w trasę przez Stany Zjednoczone. Jak za dawnych lat wracają na Route 66.

Niepewno wielu z was ma w rodzinie osobę cierpiącą na chorobę Alzheimera. Tym, którzy nigdy nie
mieli z nią styczności, pragnę powiedzieć, że jest to jedna z najgorszych, smutnych i upokarzających chorób nękających nasze społeczeństwo.Człowiek stopniowo zaczyna tracić świadomość i pamięć, zaczyna się od zapominania o błahych sprawach a kończy na zaniku odruchów bezwarunkowych, człowiek zapomina o oddechu i odchodzi. Jednak proces ten nie trwa tygodni czy miesięcy. Potrafi ciągnąć się latami. Taka osoba jest ciężarem dla całej rodziny. Muszę przyznać, że nasza główna bohaterka, opiekująca się chorym na Alzheimera mężem, zasłużyła na mój dozgonny szacunek. A jej postać była dopracowana w najdrobniejszych detalach. Ci nieliczni czytelnicy, którzy skrytykowali książkę, widzieli w Elle nieodpowiedzialną zołzę, która nie dość, że psychicznie maltretowała męża, posługując się wulgarnym i napastliwym językiem prowokowała go do złości, to jeszcze decydując o wyjeździe na wakacje zrobiła krzywdę swoim bliskim, którzy codziennie umierali z niepokoju. Moim zdaniem właśnie te zachowania naszej głównej bohaterki sprawiły, że jest jedną z bardziej realnych postaci literackich jakie spotkałam na swojej drodze. Wyobraźcie sobie, że od ponad 60 lat mieszkacie z ukochaną osobą. Znacie jej wszystkie wady i zalety, słabe punkty i nagromadzone przez lata przyzwyczajenia. Co się dzieje jeśli na waszych oczach wasz ukochany przechodzi metamorfozę? Z kogoś, kogo znacie jak własną kieszeń, staje się obcy. A co najważniejsze wy stajecie się obcymi dla niego. Czy taki stan rzeczy nie wzbudził by w was frustracji?Czy by nie sprawił, że na wasze usta cisnęły by się mocne słowa? Moim zdaniem jest to jak najbardziej naturalne. A fakt wyjazdu na wakacje?Tu odpowiedzcie sobie na pytanie : czy warto się martwić o przyszłość, której właściwie nie ma? Ella jest w terminalnej fazie raka i odmówiła dalszego leczenia. Ile jej zostało? Dni? Tygodnie? Może miesiące? A John? Stan mężczyzny się pogarsza. Choroba zatruła już umysł, teraz bierze się za ciało. Czy John nadal pozostał sobą? Czy te coraz rzadsze okresy odzyskiwania świadomości można nazwać życiem?

Piękno tej powieści kryje się również w stylu jakim została napisana. Nie da się ukryć, że jest to powieść drogi, jednak odbywa się ona w dwóch płaszczyznach. Jedną z nich jest podróż zniszczoną, częściowo zamurowaną, drogą 66, starym kamperem, którą odbywają nasi bohaterowie. Druga płaszczyzna to podróż w przeszłość, we wspomnienia i sentymenty. Odkrywając jak po latach zmieniła się Matka Dróg Ella odkrywa jak choroba jej i męża miała wpływ na jej życie. Kobieta uświadamia sobie, że choć nie doświadczyła niczego wyjątkowo dobrego, ani wyjątkowo złego to jej życie było dobre a ona sama spełniona. Wychowała dzieci, doczekała się wnuków, a co najważniejsze, znalazła miłość swojego życia, mężczyznę który nadal jest u jej boku. I choć to ona teraz go wspiera w codziennych czynnościach to nadal czuć pomiędzy nimi to młodzieńcze uczucie, które połączyło tę parę kilkadziesiąt lat temu. W tym momencie spojrzałam na mojego męża i zapragnęłam być taka jak Ella, jednak czy znajdę w sobie wystarczająco dużo siły? Czy moje uczucie jest na tyle silne, że jeśli by do tego doszło, to potrafiłabym zmienić się w całodobową pielęgniarkę i patrzeć jak osoba, którą kocham odchodzi?Właśnie z takimi pytaniami pozostawiła mnie ta książka. Z pytaniami o miarę naszego człowieczeństwa. I wierzcie mi, odpowiedzi na nie mogą być zaskakujące.

"Mamy jeszcze czas" to również wspaniały przewodnik po jednej na najbardziej ekscytujących dróg Ameryki Północnej. Sama miałam kiedyś marzenie by wynająć samochód i ruszyć trasą 66, odwiedzić miejsca, które znam z filmów i książek. Czy wiedzieliście, że pobocza Oklahomy zanieczyszczone są butelkami wypełnionymi moczem? Że w niektórych Stanach, na hot-doga mówi się Coney-Dog? Tak jak wyspa w Nowym Yorku? A może zainteresuje was, że Ameryka w swojej
megalomanii tworzy wielkie figury, gigantów czyhających na podróżnych. Wielkie reklamy, zachwalające lokalne knajpy czy inne atrakcje. Jednak Route 66 na przełomie dziesiątek lat się zmieniła. W większej części zastąpiona została wielopasmowymi autostradami, skupione przy niej miasteczka robią wszystko by nie zamienić się w miasta-widma.Na każdym kroku czekają na nas Route 66 Diner Bary, wszechobecne banery mające przypomnieć przejezdnym o świetnej przeszłości tych miejsc Niestety z roku na rok, obraz ten wygląda coraz gorzej, a interior Stanów Zjednoczonych robi się wymarły niczym ciało po chemioterapii.


Jestem zachwycona i niezwykle wdzięczna, że dane mi było sięgnąć po tę książkę. To słodko-gorzka, napisana z naprawdę rewelacyjnym wyczuciem i jednocześnie sporą dawką humoru powieść, która choć w rzeczywistości opowiada o przemijaniu, to daje nadzieję na to, że nasz koniec nie musi być straszny. Najważniejsze jest to jak przeżyjemy nasze życie, jak wielu rzeczy będziemy żałować i jak bardzo spełnieni będziemy się czuli. Pamiętajcie : jeszcze macie czas na zmiany we własnym życiu, nigdy nie jest na nie za późno. I właśnie to jest najważniejszą lekcją jaką wyniosłam z tej lektury. Zdecydowanie jest to jedna z lepszych książek przeczytanych przeze mnie w tym roku. Gorąco polecam.

Ocena 
27-03-2018

www.recenzjeknigoholiczki.blogspot.com

Masz oczy w tak zwanym "mokrym miejscu"? W takim razie by przeczytać tę książkę musisz zaopatrzyć się w pudełko chusteczek.

Bo musicie wiedzieć, że "Mamy jeszcze czas" to powieść ogromnie wzruszająca. Opowiada o dwojgu starszych ludziach, którzy wyruszają w podróż życia poprzez wszystkie stany Ameryki. Na pewno Was nie zdziwi taki wyjazd przecież ludzie w jesieni życia dziś normalne żyją, pracują, uprawiają sporty.

Więc cóż wyróżnia tę dziś recenzowaną przeze mnie książkę? Otóż Ella i John to osoby schorowane. Kobieta ma ostatnie stadium raka, brak nadziei na wyzdrowienie, mężczyzna cierpi zaś na zaawansowaną postać choroby Alzheimera. To dosyć ciekawa, oryginalna mieszanka... Z jednej strony to dobrze, że małżeństwo spełnia swoje marzenia, z drugiej zaś- nie dziwię się obawom ich dzieeci, ba! sama uważam, że to skrajnie nieodpowiedzialne, by ktoś chorujący na zaniki pamięci prowadził samochód (mimo, że czasami odzyskuje świadomość).

Co mi się spodobało? Na każdej stronie widać ogrom miłości. Ludzie schorowani, ale pamiętający o uczuciu, o drobnych gestach. Ujęła mnie troska, z którą Ella zajmowała się mężem, dbała o niego.

I mimo, ze zakończenie okazało się przewidywalne, trudno. W świetle tego, co przeczytałam nie jest to problemem.

Ocena 
23-03-2018

Piękna opowieść z motywem drogi

Mamy jeszcze czas to sentymentalna podróż po Stanach słynną Drogą 66, w jaką zabiera nas para staruszków dotkniętych przez czas i życie.

Z bagażem doświadczeń, głową pełną wspomnień, które w umyśle mężczyzny powoli przykrywa gęsta mgła Alzheimera. Jego żona sprawniejsza psychicznie, lecz powoli umierająca z powodu nieuleczalnej choroby, jest narratorem.

Motyw drogi to nie tylko podróżowanie po Ameryce. Para staruszków przedstawiona w powieści skutecznie podróżuje również przez swoje minione życie. Przeróżne miejsca przywołują odpowiednie wspomnienia, kobieta zastanawia się też tym, co razem przeżyli i jaka była wartość tych chwil.

Zupełnie inną sprawą jest czas, który przemija między kolejnymi wakacjami. Pędzi co tchu. Dni zlewają się w miesiące, lata, dziesięciolecia. (str. 43)

Z pewnością przy tej lekturze czytelnik może odpocząć. Bez pośpiechu, zupełnie jak ta para bohaterów, wędrująca swoim tempem i w poczuciu, że czas to najcenniejsza waluta, a jeśli zostało go tak niewiele, to naprawdę nie ma już nic do stracenia.

Książka daje możliwość spojrzenia na świat oczami starszych ludzi, którzy swoje już przeżyli. Nie marnują szansy, by mieć coś jeszcze dla siebie, korzystają z każdej chwili, nawet jeśli jest ulotna. W tle majaczą problemy zdrowotne i choć autor chce w delikatny sposób nakreślić obraz trudu życia u boku osoby z zanikającą pamięcią, to jest to zaledwie jeden z elementów całości. To nie na nim skupia się cała historia, ale bez niego byłaby to zupełnie inna opowieść, z innym przesłaniem.

Wyleciało mi z głowy, że już nie mogę pytać go o zdanie, bo jeśli akurat jest w opornym nastroju, to zacznie się kłócić, czy woda jest mokra. Musze pamiętać, co zalecali lekarze: nie zadawaj mu pytań, tylko wydawaj polecenia. (str. 43)

Najgorsze w tej powieści jest dawanie Czytelnikowi powodu do przemyślenia własnego życia. Chcąc nie chcąc, robimy to razem z Ellą.

Od starszych ludzi często wymaga się życiowych mądrości. I tu znajdziemy ich cała masę. Oczami Elli zobaczymy daną sytuację, a następnie kobieta wysunie taki wniosek, że ja się śmieję. Albo mam łzy w oczach. Chwilami też jestem przerażona tym, jak prawdziwe są jej spostrzeżenia, choć na co dzień się o tym nie myśli. Jednak odkładam książkę i zdaję sobie sprawę z tego, ile właściwie mam lat.

Dodatkowym plusem jest brak nudy. W momencie, gdy zaczyna się niebezpieczna monotonia, autor wprowadza jakąś akcję. I tak praktycznie przez całą książkę. Nie są to sytuacje naciągane, ale naturalne, ciekawe i pchają czytelnika do przodu: co będzie dalej?

Książka skłania do przemyśleń, cieszy obrazami odległych (dla nas) miejsc, które warto by było odwiedzić. W dodatku pozwala mi przy sobie odpocząć w taki niesamowity sposób. Spokojnie i bez nerwów. A na końcu pozostaje smutek i pustka po skończonej lekturze. A także myśl: czy zakończenie, które wybrał autor jest na pewno odpowiednie? Z pewnością takiego się nie spodziewałam!

A jednak jest to opowieść o życiu, najprawdziwszym życiu z jego smutkami i radościami. Zaskakująca do samego końca.

Ocena 
18-03-2018

„MAMY JESZCZE CZAS”

Starość bywa przerażająca. Widmo nieuchronnej śmierci, towarzyszące temu choroby, powolne oglądanie się na to, co już minęło. Jednak istnieją iskry, które potrafią na nowo wzniecić ogień, chęć życia na własnych zasadach. Czy można pokonać słabości i zawalczyć?

Małżeństwo Robina żyje ze sobą szczęśliwie od ponad pięćdziesięciu lat. Mają dwoje dzieci, wspólnie przechodzili przez wzloty i upadki, nieustannie się wspierając. Oboje są po osiemdziesiątce, a zdrowie nie dopisuje. Poważnie chorują — Ellę męczy rak, natomiast John musi żyć z Alzheimerem. Ich ciała i umysły świetnie się dopasowują. Kobieta ma nadal jasne spojrzenie, lecz fizyczność odmawia posłuszeństwa, słabnie. Mężczyzna ciągle posiada siły fizyczne, ale pamięć okrutnie zawodzi. Ella doskonale rozumie, że zbliża się dosłowny koniec, a lekarze już niewiele pomogą. Wbrew bliskim, doktorom, całemu światu wsiadają w swojego starego kampera i wyruszają w ostatnią podróż, z Michigan do Kalifornii. Ich celem jest dokładnie Disneyland. Ella nawiguje, a John prowadzi. Zdają sobie sprawę z konsekwencji, lecz nie widzą najmniejszej przeszkody w spełnieniu marzenia. Jadą poprzez słynną Route 66, jak przed laty. Jak wtedy, gdy byli młodymi ludźmi, zabierającymi ukochane dzieci na wakacje, spędzającymi piękne dni z przyjaciółmi. Odszukują własną przeszłość, przypominając to, co zabrał czas…

Momentami łapię się za głowę, gdy docierają do mnie fakty oczywiste. Sięgając po tę książkę miałam dziwne wrażenie, że gdzieś już ją widziałam, jakoś obiła mi się o uszy. To przeczucie nie było mylne. Wcześniej występowała pod innym tytułem, a konkretniej „Powrót na Route 66”! W oryginale brzmi jeszcze inaczej, bo „The Leisure Seeker”. Można się pogubić, prawda? Mą uwagę przykuła też sympatyczna okładka. Okazało się, iż to plakat filmowy, a tak chciałam ją określić. W adaptacji grają cudowna Helen Mirren i wspaniały Donald Sutherland. Seans ciągle przede mną, ale dorównanie lekturze będzie trudne! Spędziłam nad nią świetny czas, to chyba moja ulubiona książka przeczytana w marcu, a jesteśmy dopiero w połowie tego miesiąca. Jedna z tych pozostających w pamięci na bardzo długo. Zżyłam się z bohaterami niesamowicie.

Przyznaję, odrobinę bałam się, że powieść będzie dość cukierkowa, przesadzona. Klasyczny wyciskacz łez. Na szczęście, Zadoorian okazał się pisarzem rzeczywiście utalentowanym, świadomym siły swych słów. Historia iście filmowa, nie dziwi, iż kino się o nią upomniało. Lecz największą magią jest ta zwyczajność w nadzwyczajności. Elle i John chcą po prostu żyć — tylko tyle. Pewni ludzie mogą postawić na nich krzyżyk. Ot, staruszkowie, w końcu muszą umrzeć, przecież ich dobre dni minęły. Nic bardziej mylnego! Pokazują, że mimo bólu i chorób są w stanie spełnić zamierzony cel. Choćby spontaniczny. My, młodzi, również powinniśmy o tym pamiętać.

Narratorem jest Ella, co nadaje całości uroku. Kobieta dowcipna, dzielna, godna naśladowania. Książkę charakteryzuje spory sarkazm i umiejętność obserwacji. Michael Zadoorian za pomocą swoich postaci przekazuje dużo mądrości, z której można czerpać, czerpać… To nie ckliwy romans. Tę pozycję czyta się szybko, godziny umykają niezauważone. Przyznam, iż jeszcze raz sięgnę po swój egzemplarz, po zobaczeniu ekranizacji, ku odpowiedniemu porównaniu. Chciałabym też go pożyczyć bliskim, aby poczuli czar, przystopowali, pomyśleli nad tym, co najważniejsze. Historia perfekcyjna na wczesną wiosnę.

Po lekturze naszła mnie pewna refleksja. Jak często zapominamy, że każdy był młody, energiczny, żywiący się nadzieją. Spójrzmy w oczy naszych dziadków i zauważmy, iż ich dusze w głębi nadal takie pozostały, mimo starzejącego ciała. Spędzajmy z nimi więcej godzin, bo wiele możemy się od nich nauczyć. Zastanawiam się, czy przypadkiem Michael Zadoorian właśnie tego nie chciał przekazać czytelnikom. Swoją drogą, uwielbiam momenty, gdy Ella i John oglądają wspólnie dawne slajdy, używając rzutnika oraz prześcieradła. Uwiecznione kiedyś chwile, zatrzymane dzięki aparatowi… Chyba na tę scenę czekam najbardziej, jeśli chodzi o wspominany niejednokrotnie w tej recenzji filmie. Idealny pomysł. Zaglądajmy do rodzinnych albumów.

„Mamy jeszcze czas” to powieść, która otworzymy Wam rzeczy na mnóstwo spraw, równocześnie sprawiając, że poczujecie dziwny spokój. Pełne dobrych wzruszeń i humoru, zdecydowanie spodoba się osobom lubiącym książki emocjonalne, ciepłe — ta świetnie nada się na prezent dla tych tracących radość z życia. Naprawdę, potrafi poprawić nastrój!

Ocena 
16-03-2018

Mamy jeszcze czas

Prawdopodobnie większości ludzi starość kojarzy się z wieloma chorobami i ograniczeniami, które z nimi są związane. Bohaterowie książki „Mamy jeszcze czas” autorstwa Michaela Zadooriana, John i Ella, są doskonałym dowodem na to, że w starszym wieku wcale nie trzeba rezygnować ze wszystkich przyjemności. Powieść ta zdecydowanie obala przekonanie, że ryzyko to cecha charakterystyczna młodzieży – jak widać starsze osoby też czasami lubią postawić wszystko na jedną kartę.

„Można by się zastanowić, czy nie jest tak, że w głębi duszy wiemy, iż nasze życie dobiegnie kresu szybciej, niż sądzimy. I dlatego ganiamy bez opamiętania jak kury, którym niedługo utną głowy”. (s. 42) *

John i Ella są małżeństwem 80-latków. John cierpi na Alzhaimera, a Ella ma raka. Mimo wszystko nie zamierzają poddać się chorobom i czekać na śmierć – wyruszają w podróż słynną Drogą 66, czyli drogą przebiegającą wzdłuż Stanów Zjednoczonych. W ich wieku i przy „takich” chorobach może nie jest to najlepszy pomysł, a jednak postanawiają spróbować. Jak twierdzi Ella – bo to właśnie z jej perspektywy poznajemy całą historię – i tak nie mają wiele do stracenia.

Dużą wartość w całej powieści mają także wspomnienia. John w prawdzie ma duże ubytki w pamięci, ale jeśli już coś pamięta to jego pamięć zdecydowanie zadziwia. Wspólnie z żoną często oglądają zdjęcia z rzutnika, wyświetlane na zwykłym prześcieradle – w ten sposób są w stanie zachować więcej ulotnych momentów. Także ich podróż dostarcza wielu wspomnień – w końcu również w młodości, wspólnie, rodzinnie często podróżowali.

„Przez całe życie człowiek dręczy się tym, co ludzie sobie pomyślą, chociaż większość tak naprawdę nie myśli. Kiedy już pomyśli (…) zwykle jest to coś złego, ale trzeba ich podziwiać przynajmniej za to, że w ogóle cokolwiek pozostaje w ich głowach” (s. 20-21)

„Mamy jeszcze czas” to dość zabawna historia dwojga starszych osób, które wbrew ograniczeniom postanawiają wyruszyć w podróż. Powieść ta ukazuje obraz miłości, która jest silna pomimo licznych problemów, odmiennych poglądów i… częstego zapominania „kim dla mnie jest ta druga osoba”. Ponadto, myślę, że ta książka uczy także wytrwałości – jak w trudnych sytuacjach nie zniechęcać się i stale podążać naprzód, do celu. Ella i John przekonali mnie, że jest to możliwe.

* cytaty: Zadoorian M., 2018. Mamy jeszcze czas. Warszawa: HarperCollins Polska

Napisz recenzję

Napisz recenzję