DZIEŃ, KIEDY PRZYSZEDŁ BANDYTA
Z tego dnia, kiedy przyszedł bandyta, najlepiej zapamiętałem oddech mojej nauczycielki, pani Russell. Był gorący i pachniał kawą. W szatni było ciemno, tylko odrobina światła wpadała przez szparę w drzwiach, które pani Russell przytrzymywała od środka. Z tej strony drzwi nie było klamki ani uchwytu, tylko kawałek metalu, który pani Russell ściskała między kciukiem a palcem wskazującym.
– Bądź cicho, Zach – szepnęła. – Nie ruszaj się.
Więc się nie ruszałem, choć lewa stopa, na której siedziałem, całkiem zdrętwiała i bardzo mnie bolała.
Kiedy pani Russell coś mówiła, czułem na policzku jej oddech pachnący kawą, i trochę mi to przeszkadzało. Jej palce zaciśnięte na kawałku metalu drżały. Przez cały czas musiała mówić do Evangeline, Davida i Emmy, którzy siedzieli za mną, bo płakali i trochę się ruszali.
– Jestem z wami – mówiła. – Ochronię was. Tylko proszę, bądźcie cicho. Ćśśśśśś.
Przez cały czas słyszeliśmy z korytarza krzyki i pykanie.
PYK PYK PYK
Brzmiało to bardzo podobnie jak dźwięki z gry Gwiezdne Wojny, w którą czasem gram na konsoli.
PYK PYK PYK
Za każdym razem były trzy pyknięcia, a potem znowu robiło się cicho. Albo ktoś zaczynał krzyczeć. Pani Russell trochę podskakiwała, kiedy słychać było to pykanie, i zaczynała szeptać szybciej:
– Bądźcie cicho! Bądźcie cicho!
Evangeline dostała czkawki.
PYK Hep PYK Hep PYK Hep
Ktoś chyba zsikał się w majtki, bo w szatni zaczęło śmierdzieć. Czuć było zapach oddechu pani Russell, siuśków i kurtek, które były mokre, bo na przerwie padało.
– Nie pada tak mocno, żeby nie można było wyjść na zewnątrz – powiedziała pani Colaris. – Przecież nie jesteśmy z cukru.
Deszcz nam nie przeszkadzał. Graliśmy w nogę, a potem bawiliśmy się w policjantów i bandytów, więc zmokły nam kurtki i włosy. Próbowałem się obrócić, wyciągnąć rękę w górę i dotknąć kurtek, żeby sprawdzić, czy są bardzo mokre, a może już podeschły.
– Nie ruszaj się – szepnęła pani Russell.
Zmieniła rękę, którą trzymała drzwi, a bransoletki zabrzęczały. Pani Russell zawsze nosi mnóstwo bransoletek na prawej ręce. Do niektórych przyczepione są zawieszki, które mają jej przypominać o czymś wyjątkowym. Z każdych wakacji przywozi nową zawieszkę, żeby pamiętać różne zdarzenia. Na samym początku pierwszej klasy pokazała nam wszystkie zawieszki i opowiedziała, skąd je ma. Z ostatnich wakacji przywiozła łódkę, taką samą jak ta, na której podpłynęła bardzo blisko do wielkiego wodospadu, który nazywa się Niagara. To było w Kanadzie.
Lewa stopa zaczęła mnie boleć jeszcze bardziej i próbowałem ją przesunąć, ale tylko troszeczkę, żeby pani Russell nie zauważyła.
Wróciliśmy z przerwy, schowaliśmy kurtki do szatni i wyjęliśmy książki do matematyki, kiedy zaczęło się to pykanie. Na początku brzmiało niezbyt głośno i docierało gdzieś z samego końca korytarza, gdzie stoi biurko Charliego. Kiedy rodzice przychodzą, żeby nas zabrać przed końcem lekcji albo do gabinetu pielęgniarki, zawsze zatrzymują się przy biurku Charliego. Wpisują swoje nazwisko, pokazują prawo jazdy i dostają znaczek z napisem GOŚĆ zawieszony na czerwonej tasiemce, który muszą założyć na szyję.
Charlie jest ochroniarzem w naszej szkole i pracuje tu od trzydziestu lat. W zeszłym roku, kiedy byłem jeszcze w zerówce, mieliśmy wielką uroczystość w audytorium, żeby uczcić jego trzydzieści lat pracy. Przyszło też dużo rodziców, bo Charlie pracował tu jeszcze wtedy, kiedy oni byli dziećmi i też chodzili do McKinleya, tak jak mama. Charlie narzekał, że nie chce uroczystości.
– I tak wiem, że wszyscy mnie kochają – powiedział ze śmiechem, a on się bardzo zabawnie śmieje.
Ale uroczystość i tak była i Charlie wydawał się zadowolony. Ustawił na biurku obrazki, które dla niego zrobiliśmy, a resztę zabrał, żeby powiesić w domu. Mój obrazek stoi na samym środku biurka, bo ja bardzo dobrze rysuję.
pyk pyk pyk
Pani Russell właśnie nam mówiła, które strony z książki będziemy przerabiać w klasie, a które mamy zrobić w domu, i wtedy usłyszała to dość ciche pykanie. Przestała mówić i zmarszczyła czoło. Podeszła do drzwi i wyjrzała przez szybę.
– Co się...
pyk pyk pyk
Odskoczyła od drzwi i powiedziała:
– Kurwa.
Naprawdę tak powiedziała. Użyła tego słowa na „k”. Wszyscy to usłyszeliśmy i zaczęliśmy się śmiać.
– Kurwa.
Zaraz po tym odezwał się interkom na ścianie:
– Blokada, blokada, blokada!
To nie był głos pani Colaris. Kiedy ćwiczyliśmy zachowanie podczas blokady, pani Colaris powiedziała przez interkom „blokada”, ale tylko raz, a ten głos powtarzał to szybko i dużo razy.
Pani Russell zrobiła się zupełnie biała, a my przestaliśmy się śmiać, bo wydawała się jakaś dziwna i w ogóle się nie uśmiechała. Popatrzyłem na nią i nagle zacząłem się bać. Gardło miałem tak ściśnięte, że oddech nie chciał przez nie przejść.
Pani Russell chodziła w kółko przy drzwiach, jakby nie wiedziała, dokąd ma iść, a potem przestała się kręcić, zamknęła drzwi na klucz i zgasiła światło. Padał deszcz i przez okna nie świeciło słońce, ale pani Russell i tak zaciągnęła żaluzje.
– Pamiętacie, jak ćwiczyliśmy zachowanie podczas blokady – powiedziała bardzo szybko. Jej głos drżał i był trochę piskliwy.
Przypomniałem sobie, co znaczy „blokada”. Nie wolno wychodzić, jak to się robi przy alarmie pożarowym, tylko trzeba zostać w środku i schować się, żeby nie było nas widać.
PYK PYK PYK
Ktoś w korytarzu krzyczał bardzo głośno. Kolana zaczęły mi się trząść.
– Chłopcy i dziewczynki, wchodźcie wszyscy do szatni – popędzała nas pani Russell.
Kiedy wcześniej ćwiczyliśmy blokadę, było fajnie. Udawaliśmy, że jesteśmy bandytami, i siedzieliśmy w szatni tylko przez minutę, a potem usłyszeliśmy, że Charlie otwiera drzwi klasy z zewnątrz swoim specjalnym kluczem, którym może otworzyć wszystkie drzwi w całej szkole. Powiedział:
– To ja, Charlie – i to znaczyło, że ćwiczenia skończone.
A teraz nie chciałem wchodzić do szatni, bo prawie wszyscy już tam siedzieli i było bardzo ciasno, ale pani Russell położyła mi rękę na głowie i wepchnęła do środka.
– Szybko, szybko! – popędzała.
David i niektórzy inni zaczęli płakać, a najbardziej Evangeline, i powtarzali, że chcą iść do domu. Mnie też chciało się płakać, ale powstrzymywałem łzy, bo nie chciałem, żeby wszyscy to widzieli. Robiłem sztuczkę z zaciskaniem powiek, której nauczyłem się od babci. Trzeba ścisnąć nos palcami w tym miejscu, gdzie przestaje być twardy i robi się miękki, i wtedy łzy nie wypłyną. Babcia nauczyła mnie tej sztuczki na placu zabaw, kiedy chciałem się rozpłakać, bo ktoś mnie zepchnął z huśtawki. Ale babcia powiedziała:
– Nie pokazuj im, że płaczesz.
Pani Russell wepchnęła wszystkich do szatni i zamknęła drzwi. Przez cały czas słyszeliśmy to pykanie. Próbowałem liczyć w głowie:
PYK–1 PYK–2 PYK–3
Gardło mnie drapało i było całkiem wyschnięte. Bardzo chciałem napić się wody.
PYK–4 PYK–5 PYK–6
– Proszę, proszę, bardzo was proszę – szeptała pani Russell, a potem zaczęła mówić do Boga. Nazywała go „Dobrym Panem”, to „Dobry Panie” usłyszałem kilka razy, ale reszty nie zrozumiałem, bo szeptała tak szybko i cicho, jakby chciała, żeby tylko Bóg to słyszał.
PYK–7 PYK–8 PYK–9
Za każdym razem były trzy pyknięcia, a potem przerwa.
Nagle pani Russell podniosła głowę i znowu powiedziała:
– Kurwa. Mój telefon!
Uchyliła drzwi i kiedy przez chwilę nie było słychać pykania, otworzyła je całkiem i z pochyloną głową przebiegła przez klasę do biurka. Potem biegiem wróciła do szatni, znów zamknęła drzwi i tym razem mnie kazała trzymać za ten kawałek metalu. Trzymałem, chociaż palce mnie bolały, a drzwi były ciężkie i trzeba było dużo siły. Musiałem chwycić obiema rękami.
Dłonie pani Russell trzęsły się tak bardzo, że telefon podskakiwał, kiedy wpisywała hasło. Ciągle się myliła. Kiedy wpisze się złe hasło, wszystkie cyfry na ekranie zaczynają podrygiwać i trzeba zaczynać od początku.
– No już, no już, no już – powtarzała, aż w końcu udało jej się wpisać dobre hasło.
Zauważyłem je: 1989.
PYK–10 PYK–11 PYK–12
Widziałem, że pani Russell wybrała 911. Ktoś się odezwał i wtedy powiedziała:
– Tak, dzień dobry, dzwonię ze szkoły podstawowej McKinleya w Wake Gardens, Rogers Lane. – Mówiła bardzo szybko i w świetle telefonu zauważyłem, że trochę opluła mi nogę. Nie mogłem tego wytrzeć, bo trzymałem drzwi, ale patrzyłem na tę bańkę śliny na spodniach. Była obrzydliwa. – W szkole jest uzbrojony bandyta i... Dobrze, nie będę się rozłączać. – Ktoś już zadzwonił – szepnęła do nas.
Uzbrojony bandyta. Tak powiedziała. Przez cały czas miałem to w głowie.
PYK–13 Uzbrojony bandyta PYK –14 Uzbrojony bandyta PYK–15 Uzbrojony bandyta
W tej szatni było bardzo gorąco i nie było czym oddychać, jakbyśmy zużyli już całe powietrze. Chciałem trochę uchylić drzwi, żeby wpuścić nowe powietrze, ale za bardzo się bałem. Serce waliło mi superszybko i czułem je aż w gardle. Koło mnie siedział Nicholas. Z całych sił zaciskał oczy i oddychał bardzo szybko i głośno. Zużywał za dużo powietrza.
Pani Russell też miała zamknięte oczy, ale oddychała powoli. Czułem zapach kawy, kiedy wypuszczała oddech i robiła takie „huuuuuu”. Potem otworzyła oczy i znowu zaczęła do nas szeptać. Mówiła do każdego po imieniu: Nicholas. Jack. Evangeline...
– Zach, wszystko będzie w porządku – powiedziała i od razu poczułem się lepiej, a potem zwróciła się do wszystkich: – Policja już tu jest. Przyjechali, żeby nam pomóc. Ja też tu jestem.
Cieszyłem się, że jest z nami, i przez to, że do nas mówiła, nie bałem się aż tak bardzo. Zapach kawy już mi nie przeszkadzał. Wyobrażałem sobie, że to oddech taty w weekendowe poranki, kiedy je śniadanie w domu. Próbowałem kiedyś kawy, ale mi nie smakowała. Była za gorąca i śmierdziała czymś starym. Tato roześmiał się i powiedział:
– To dobrze. Kawa hamuje wzrost.
Nie wiem, co to znaczy, ale bardzo żałowałem, że taty z nami nie ma. Ale nie było go, była tylko pani Russell, cała moja klasa i to pykanie:
PYK–16 PYK–17 PYK–18
– teraz już bardzo głośne, i krzyki w korytarzu, i jeszcze więcej płaczu w szatni. Pani Russell przestała mówić do nas i powiedziała do telefonu:
– O Boże, on tu idzie. Kiedy tu będziecie? Kiedy tu będziecie? – zapytała dwa razy.
Nicholas otworzył oczy, powiedział:
– Och... – i zwymiotował.
Zabrudził sobie całą koszulę, trochę też poleciało na włosy Emmy i na moje buty. Emma zaczęła głośno piszczeć, a pani Russell zakryła jej usta ręką. Telefon wpadł w wymiociny na podłodze. Przez drzwi usłyszałem syreny. Bardzo dobrze potrafię odróżniać dźwięki różnych syren: wozów strażackich, samochodów policyjnych, karetek pogotowia, ale przyjechało ich tak dużo, że nie wiedziałem, co to jest, bo wszystkie były wymieszane.
PYK–19 PYK–20 PYK–21
Wszystko było gorące, mokre i śmierdziało. Kręciło mi się w głowie i było mi niedobrze. Nagle zrobiło się cicho. Nie słyszałem więcej pykania, tylko krzyki i czkawkę w szatni.
A potem rozległo się mnóstwo pyknięć, gdzieś bardzo blisko nas, jedno po drugim, i głośny hałas, jakby coś się przewracało i łamało. Pani Russell zaczęła krzyczeć i zakryła uszy rękami. My też zaczęliśmy krzyczeć i zakryliśmy uszy rękami. Drzwi szatni otworzyły się, bo musiałem puścić ten metalowy kawałek. Do środka wpadło światło i raziło mnie w oczy. Próbowałem dalej liczyć pyknięcia, ale było ich za dużo. W końcu ustały.
Było całkiem cicho, nawet my byliśmy cicho i nikt się nie ruszał. Chyba przestaliśmy nawet oddychać. Siedzieliśmy tak bardzo długo, nieruchomo i w zupełnej ciszy.
Potem usłyszeliśmy, że ktoś jest przy drzwiach do klasy i porusza klamką. Pani Russell wypuściła przerywany oddech i to brzmiało jak „hm hm hm”. Ktoś zapukał do drzwi i jakiś mężczyzna zawołał głośno:
– Halo, jest tam kto?
***
BLIZNY WOJENNE
– Wszystko już dobrze. Policja już tu jest. Już po wszystkim – powiedział ktoś głośno.
Pani Russell wstała i przez chwilę przytrzymywała się drzwi szatni, a potem podeszła do drzwi klasy bardzo powoli, jakby zapomniała, jak się chodzi, a może nogi zdrętwiały jej tak jak mnie od tego, że na nich siedziała. Ja też wstałem i wszyscy za mną też. Wyszliśmy z szatni bardzo powoli, jakbyśmy musieli na nowo nauczyć się chodzić.
Pani Russell otworzyła drzwi i do klasy weszło mnóstwo policjantów, a na korytarzu widziałem ich jeszcze więcej. Policjantka objęła panią Russell, która wydawała takie dźwięki, jakby się dusiła. Chciałem być blisko pani Russell i było mi zimno, bo wszyscy się rozeszli i już nie siedzieliśmy ściśnięci. Bałem się tych policjantów i trochę się wstydziłem, więc trzymałem panią Russell za bluzkę.
– Podejdźcie wszyscy tutaj do drzwi – powiedział policjant. – Ustawcie się w szeregu, dobrze?
Przez okno słychać było coraz więcej syren, ale nic nie widziałem, bo okna są wysoko i żeby przez nie wyjrzeć, trzeba wejść na stół albo na krzesło, a tego nie wolno nam robić. Poza tym pani Russell opuściła rolety, kiedy zaczęło się to pykanie.
Jakiś policjant położył mi rękę na ramieniu i popchnął do szeregu. Wszyscy byli w mundurach i kamizelkach, takich, przez które nie przechodzą kule, a niektórzy mieli na głowach hełmy, jak w filmie, i wielkie karabiny, nie takie zwykłe pistolety, jakie się nosi przy pasie. Wyglądali bardzo groźnie z tymi karabinami i w hełmach, ale mówili do nas miło:
– Nie martw się, mistrzu, już po wszystkim! Jesteście bezpieczni.
Tak mówili. Nie wiedziałem, co właściwie się skończyło, ale nie chciałem wychodzić z klasy, a pani Russell nie stała jak zwykle obok pierwszej osoby w szeregu, tylko z boku przy policjantce i wciąż się dusiła.
Zwykle kiedy ustawiamy się w szereg, żeby wyjść z klasy, wszyscy się przepychają i pani na nas krzyczy, że nie stoimy równo, ale teraz nikt się nie ruszał. Evangeline, Emma i niektóre inne dzieci ciągle się trzęsły i płakały. Wszyscy patrzyliśmy na panią Russell i czekaliśmy, aż przestanie się krztusić.
Na korytarzu ciągle było słychać krzyki i hałasy. Wydawało mi się, że to Charlie krzyczy:
– NIE! NIE! NIE! – i zastanawiałem się, dlaczego Charlie tak krzyczy.
Może ten bandyta go zranił? Bardzo niebezpiecznie jest być ochroniarzem w szkole, kiedy przychodzi uzbrojony bandyta.
Słyszałem jeszcze różne inne okrzyki:
– Och, oooch, oooch!
– Postrzał w głowę ze skutkiem śmiertelnym!
– Krwawienie z tętnicy udowej. Dajcie opaskę uciskową i opatrunek!
Krótkofalówki przy paskach policjantów przez cały czas piszczały i ktoś coś mówił tak szybko, że trudno było zrozumieć.
Krótkofalówka policjanta, który stał na samym przodzie, zapiszczała, a nam rozkazała:
– Przygotujcie się do wyjścia.
Policjant obrócił się i odpowiedział:
– Wychodzimy.
Inni policjanci zaczęli nas popychać od tyłu i zaczęliśmy wychodzić z klasy, ale bardzo powoli. Nikt nie chciał wychodzić na korytarz, gdzie ciągle słychać było płacz i krzyki. Policjant, który stał przy samych drzwiach, przybijał piątkę z każdym dzieckiem, które koło niego przechodziło, jakby to była jakaś zabawa. Ja mu nie przybiłem piątki, więc tylko dotknął mojej głowy.
Musieliśmy przejść przez cały korytarz do tylnego wyjścia, tam gdzie jest stołówka. Widzieliśmy pierwsze, drugie i trzecie klasy, które też szły w szeregu tak jak my i były prowadzone przez policjantów. Wszyscy wyglądali na zmarzniętych i przestraszonych.
– Nie odwracajcie się – powtarzali policjanci. – Nie oglądajcie się za siebie.
Ale ja chciałem zobaczyć, czy dobrze mi się wydawało, że to Charlie krzyczał wcześniej „NIE! NIE! NIE!”, i czy nic mu się nie stało. Chciałem zobaczyć, kto tak krzyczał. Nie widziałem dużo, bo zaraz za mną szedł Ryder, a on jest wysoki, a za Ryderem jeszcze inne dzieci, ale trochę udało mi się zobaczyć między dziećmi a policją. Na podłodze w korytarzu leżeli ludzie, a nad nimi pochylali się ratownicy z karetek i policjanci. I widziałem krew. W każdym razie wydawało mi się, że to jest krew. Takie ciemnoczerwone i czarne kałuże, zupełnie jak rozlana farba. Były wszędzie, na podłodze, nawet na ścianach. Za Ryderem szły starsze dzieci z czwartych i piątych klas, a ich twarze były zupełnie białe, jak u duchów. Niektóre z dzieciaków płakały i były zakrwawione, miały krew na twarzach i na ubraniu.
– Nie oglądaj się – powiedział policjant idący za mną i tym razem nie brzmiało to miło.
Odwróciłem się szybko i przez tę krew serce zaczęło mi bić bardzo mocno. Widziałem wcześniej prawdziwą krew, ale niedużo, tylko trochę, na przykład kiedy się przewróciłem i podrapałem sobie kolano albo coś takiego. Jeszcze nigdy nie widziałem tak dużo krwi jak teraz.
Inne dzieci też się odwracały, na co policjanci zaczęli krzyczeć:
– Patrzcie przed siebie, nie odwracajcie się!
Ale im więcej to powtarzali, tym bardziej wszyscy się odwracali, bo inni to robili. Niektórzy zaczęli krzyczeć i szliśmy coraz szybciej, zderzając się i przepychając. Przy tylnym wyjściu ktoś mnie pchnął i uderzyłem ramieniem o drzwi. To bolało, bo drzwi są metalowe.
Na dworze wciąż padało, a właściwie lało, a my nie mieliśmy kurtek. Wszystko zostało w szkole – nasze kurtki, plecaki, torby z książkami, wszystko – a my szliśmy przez boisko do tylnej bramy, która podczas przerwy zawsze jest zamknięta, żeby nikt nie mógł wybiec na zewnątrz i żeby obcy nie wchodzili do szkoły.
Na dworze poczułem się trochę lepiej. Serce już nie biło mi tak mocno, a deszcz padający na twarz był przyjemny, zimny, ale przyjemny. Wszyscy zwolnili i już nie płakali tak bardzo, nie krzyczeli i nie przepychali się, zupełnie jakby deszcz uspokoił wszystkich, nie tylko mnie.
Przeszliśmy przez skrzyżowanie, na którym stało pełno karetek, samochodów straży pożarnej i radiowozów. Wszystkie miały migające światła. Starałem się wchodzić w odbicia tych świateł w kałużach w taki sposób, żeby rozchodziły się niebieskie, czerwone i białe kręgi. Nalało mi się do butów przez dziurki na górze i miałem mokre skarpetki. Wiedziałem, że mama będzie zła, że zmoczyłem buty, ale i tak wchodziłem w kałuże i robiłem kręgi. Białe, czerwone i niebieskie światła w kałużach wyglądały jak kolory amerykańskiej flagi.
Ciężarówki i samochody blokowały ulicę, a za nimi podjeżdżały następne samochody i wyskakiwali z nich rodzice. Rozglądałem się za mamą, ale nie widziałem jej. Policjanci stanęli w szeregach po obu stronach skrzyżowania, żebyśmy mogli przejść, i rodzice musieli stać za nimi. Wołali nas po imieniu, ale brzmiało to tak, jakby się pytali:
– Eva?
– Jonas?
– Jimmy?
A niektóre dzieci odpowiadały:
– Mamo!
– Mamusiu!
– Tato!
Wyobrażałem sobie, że te wszystkie światła i policjanci z wielkimi karabinami i w hełmach to film, w którym jestem – nie na ekranie, ale tam, w środku filmu – i bardzo mi się to spodobało. Udawałem, że jestem żołnierzem, który wraca z bitwy jako bohater, a ci wszyscy ludzie przyszli tutaj, żeby mnie zobaczyć. Bolało mnie ramię, ale kiedy walczy się w bitwie, to potem ma się blizny wojenne. Tato zawsze tak mówi, kiedy skaleczę się, grając w lacrosse, w piłkę czy na placu zabaw:
– Blizny wojenne. Każdy mężczyzna jakieś ma. Świadczą o tym, że nie jesteś mięczakiem.
***
JEZUS I PRAWDZIWI MARTWI LUDZIE
Policjanci poprowadzili nas do małego kościoła przy ulicy za szkołą. Kiedy weszliśmy do środka, nie czułem się już jak bohater i twardziel. Całe podniecenie pozostało na zewnątrz, przy wozach strażackich i radiowozach. W kościele było ciemno, cicho i zimno, tym bardziej że przemokliśmy na deszczu.
Rzadko chodzimy do kościoła, tylko raz byliśmy na ślubie, a w zeszłym roku na pogrzebie wuja Chipa, ale nie w tym kościele, tylko w większym, w New Jersey, bo tam mieszkał wuj Chip. To było bardzo smutne, że wuj Chip umarł, bo nie był wcale taki stary. Był bratem taty, tylko trochę starszym, ale umarł, bo miał raka. To taka choroba, którą ma dużo ludzi i można to mieć w różnych częściach ciała. Czasami jest wszędzie, i właśnie tak było z wujem Chipem. Lekarze nie potrafili go wyleczyć, więc trafił do specjalnego szpitala, gdzie leżą ludzie, których lekarze już nie potrafią wyleczyć, i tam umierają.
Byliśmy u niego w tym szpitalu. Pewnie bardzo się bał, bo chyba wiedział, że umrze i nie będzie już ze swoją rodziną. Ale kiedy go odwiedziliśmy, nie wyglądał, jakby się bał, tylko przez cały czas spał. I potem już w ogóle się nie obudził. Umarł, kiedy spał, więc chyba nawet nie zauważył, że umarł. Czasami przed zaśnięciem myślę o tym i boję się zasnąć, bo co będzie, jeśli umrę we śnie i wcale tego nie zauważę?
Bardzo płakałem na pogrzebie wuja Chipa, bo jego już nigdy nie będzie i nigdy więcej go nie zobaczę. Wszyscy inni też płakali, a najwięcej mama, babcia i ciocia Mary, żona wuja Chipa. Właściwie nie jest jego żoną, bo nie wzięli ślubu, ale i tak nazywamy ją ciocią Mary, bo chodzili ze sobą bardzo długo, jeszcze zanim ja się urodziłem. I płakałem, bo wuj Chip był w kościele w takiej skrzyni, która nazywa się trumna. Musiało mu tam być bardzo ciasno. Nigdy w życiu nie chciałbym być w takiej skrzyni. Tylko tato nie płakał.
Kiedy policjanci kazali nam usiąść w ławkach w kościele, pomyślałem o wuju Chipie i o tym, jak smutno było na jego pogrzebie. Musieliśmy wszyscy zmieścić się w tych ławkach. Policjanci krzyczeli:
– Przesuńcie się dalej! Zróbcie miejsce dla wszystkich! Ścieśnijcie się! – więc się przesuwaliśmy i w końcu siedzieliśmy ściśnięci tak jak wcześniej w szatni. Pośrodku, między ławkami po lewej i po prawej, było przejście, i w tym przejściu przy ławkach stali policjanci.
Było mi zimno w nogi i chciało mi się siku. Zapytałem policjanta, który stał przy mojej ławce, czy mógłbym wyjść do toalety, ale on powiedział, że na razie wszyscy muszą tu siedzieć, więc próbowałem wytrzymać i starałem się nie myśleć o tym, jak bardzo mi się chce siku. Ale kiedy człowiek stara się o czymś nie myśleć, to myśli o tym przez cały czas.
Po mojej prawej stronie siedział Nicholas. Wciąż śmierdział wymiocinami. Zauważyłem panią Russell w ławce z tyłu, z innymi nauczycielami, i żałowałem, że nie siedzę razem z nią. Starsze dzieci w zakrwawionych ubraniach też siedziały z tyłu i wiele z nich ciągle płakało. Zastanawiałem się dlaczego, bo nawet najmłodsi już nie płakali. Nauczyciele, policjanci, człowiek z kościoła – poznałem, że był z kościoła, bo miał czarną koszulę i biały kołnierzyk – rozmawiali z nimi, obejmowali je i wycierali chusteczkami krew z ich twarzy.
Na przodzie kościoła stał wielki stół. To taki specjalny stół, który nazywa się ołtarz. Nad nim wisiał wielki krzyż z Jezusem, tak jak w tym kościele, gdzie był pogrzeb wuja Chipa. Jezus miał zamknięte oczy i starałem się na niego nie patrzeć. Wiem, że jest martwy i ma gwoździe w dłoniach i stopach, bo ludzie zrobili mu to dawno temu, żeby go zabić, chociaż był dobrym człowiekiem i synem Boga. Mama mi o tym opowiadała, ale już nie pamiętam, dlaczego zrobili to Jezusowi, i wolałbym go tam przed sobą nie widzieć. Przez niego musiałem myśleć o tych, którzy leżeli w korytarzu, i o krwi, i przyszło mi do głowy, że może oni też nie żyli, więc naprawdę widziałem martwych ludzi!
Wszyscy siedzieli cicho i w tej ciszy znów zacząłem słyszeć to pykanie, jak echo odbite od ścian kościoła. Potrząsnąłem głową, żeby odeszło, ale ciągle wracało:
PYK PYK PYK
Byłem ciekaw, co się stanie dalej. Nos Nicholasa był czerwony i zwisał z niego obrzydliwy glut. Nicholas pociągał nosem, żeby wciągnąć ten glut do środka, ale on znowu wychodził. Nicholas przez cały czas pocierał rękami spodnie, jakby próbował je wysuszyć, ale były za bardzo mokre. Nic nie mówił, i to było coś nowego, bo kiedy w szkole siedzimy naprzeciwko siebie przy niebieskim stole, to przez cały czas rozmawiamy o grze Skylanders i mistrzostwach świata w piłce nożnej, a także ustalamy, którymi naklejkami wymienimy się na przerwie i w autobusie.
Zaczęliśmy zbierać naklejki, zanim jeszcze w lecie zaczęły się mistrzostwa świata. W albumach są wszyscy piłkarze ze wszystkich drużyn, które grają w mistrzostwach, więc kiedy zaczęły się mecze, wiedzieliśmy o nich wszystko i przez to ciekawiej było oglądać. Nicholasowi brakowało tylko dwudziestu czterech kart do całego albumu, a mnie trzydziestu dwóch, i obydwaj mamy mnóstwo podwójnych naklejek.
Zapytałem go szeptem:
– Widziałeś tę krew na korytarzu? Wyglądała jak prawdziwa. Dużo jej było, nie?
Skinął głową, ale dalej nic nie mówił, zupełnie jakby zostawił głos w szkole razem z kurtką i plecakiem. On czasem jest dziwny.


Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 11,90 zł 13,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 10,90 zł 12,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień
Opcje dostawy:
Paczka w ruchu
Płatność online:
4,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Paczka 48 do domu
Płatność online:
11,90 zł
Płatność przy odbiorze:
13,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej
Płatność online:
10,90 zł
Płatność przy odbiorze:
12,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w paczkomacie InPost
Płatność online:
9,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-2 dni
Opcja dostawy:
Mini paczka do domu InPost
Płatność online:
7,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-5 dni
Opcja dostawy:
Przesyłka kurierska InPost
Płatność online:
13,90 zł
Płatność przy odbiorze:
15,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień
Opcja dostawy:
Kurier DPD
Płatność online:
14,90 zł
Płatność przy odbiorze:
16,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Kolor samotności
Autor Rhiannon Navine
Wydawnictwo HarperCollins
Data premiery 17-10-2018
Ilość stron 336
Oprawa Miękka
ISBN 9788327637253
Projekt okładki Emotion Media

Napisz recenzję