1. Ojciec Geoghan

Był drobnym, żylastym mężczyzną o rozbrajającym uśmiechu, dzięki któremu przypominał trochę dobrego wujka albo przyjaznego sprzedawcę z osiedlowego sklepiku. Trudno było dostrzec mrok czający się za jasnymi oczyma Johna Geoghana. Na początku nie udawało się to prawie nikomu.
Z pewnością nie udało się to Frankowy Leary’emu. Frank był piątym z szóstki dzieci wychowywanych przez samotną matkę na zasiłku. Miał trzynaście lat i nie nauczył się jeszcze od starszych braci, jak zrywać się z niedzielnej mszy, gdy po raz pierwszy spotkał Geoghana. Była późna wiosna 1974 roku. Uśmiechnięta twarz księdza była już dobrze znana wszystkim odwiedzającym kościół świętego Andrzeja w bostońskiej dzielnicy Jamaica Plain. Po mszy proboszcz zawsze żegnał się z wiernymi – przytulał matki, wymieniał uściski dłoni z ojcami i łagodnie klepał dzieci po plecach.
– Zawsze był szeroko uśmiechnięty, ten uśmiech zajmował mu prawie całą twarz – wspominał Leary. – Moja matka go lubiła. Był bardzo popularny. Wyglądał jak mały chochlik.
Chłopiec przywitał się z księdzem, dał się poklepać między łopatkami i zapomniał o Geoghanie aż do lata.
Leary przyjaźnił się z ogrodnikiem pracującym na plebanii i pomagał mu kilka razy w tygodniu: grabił świeżo skoszoną trawę albo zbierał na taczkę gałęzie z przyciętego żywopłotu. To była ciężka praca w gorącym sierpniowym słońcu. Pewnego popołudnia Geoghan zszedł po niskich schodkach plebanii i zaproponował chłopcu szklankę zimnej lemoniady. Leary podziękował. Nie lubił lemoniady. Ale ksiądz nalegał. Powiedział, że ma wspaniałą kolekcję znaczków, która mogłaby spodobać się chłopcu. Leary zgodził się i poszedł z Geoghanem na plebanię do pokoju na piętrze.
Ksiądz posadził chłopca na dużym skórzanym fotelu pośrodku pokoju i wręczył mu ogromny klaser ze znaczkami. Sam podreptał w głąb pokoju, wciąż uspokajająco coś opowiadając. Kolekcja nie zainteresowała chłopca, ale Geoghan nie odpuszczał.
– Powiedział: „Chodź, coś ci pokażę”. Podniósł mnie, usiadł na fotelu i usadził mnie sobie na kolanach – opowiada Leary.
Kapłan położył mu rękę na kolanie i zaczął przewracać strony klasera, aż zaczęły zlewać się chłopcu przed oczami. Geoghan powiedział, że to matka Leary’ego zasugerowała spotkanie. Mimo to nalegał, żeby utrzymali to w tajemnicy. Przez cały czas ręka księdza pełzła coraz wyżej po nodze chłopca, aż w końcu znalazła się w nogawce spodenek i wślizgnęła pod bieliznę.
– Dotykał mnie, pieścił. Zamarłem. Nie miałem pojęcia, co się dzieje. On bez przerwy mówił. Powiedział: „Odłóż książkę. Zamknij oczy. Zmówimy Zdrowaś Mario”. Więc tak zrobiłem.
Ale zanim modlitwa dobiegła końca, chłopiec uciekł z pokoju, zbiegł po schodach i roztrzęsiony schował się za kościołem.
Po około tygodniu sytuacja się powtórzyła. Leary zamiatał dziedziniec przed kościołem, gdy Geoghan podszedł do niego, objął ramieniem i powiedział chłopcu, że jest wyjątkowy. Następnie zabrał go znów na plebanię, gdzie, jak wspomniał później Leary, zobaczyli zakonnicę ze skrzywioną miną stojącą u stóp schodów.
Geoghan minął kobietę, zaprowadził chłopca na górę i posadził na tym samym fotelu, na którym doszło do pierwszej napaści. Zasłony były zaciągnięte, by do pokoju nie wpadało mocne letnie słońce. Najpierw ksiądz stanął za fotelem, kładąc Leary’emu dłonie na ramionach. Kazał chłopcu zacząć zmawiać najbardziej popularne katolickie modlitwy: Ojcze nasz i Zdrowaś Mario.
– Modlę się z zamkniętymi oczami. On przechodzi wokół fotela i staje przede mną, pociąga nogawkę moich spodni w dół. Nie mogłem się poruszyć. Byłem jak sparaliżowany. Potem przycisnął mi klatkę piersiową ramieniem. Też się modlił. A ja powtarzałem za nim słowa. Cały się trząsłem. Czułem się bardzo, bardzo dziwnie. Nic nie mogłem zrobić.
Geoghan pochylił się nad chłopcem i zaczął uprawiać z nim stosunek oralny.
– Próbowałem powstrzymać łzy i dalej odmawiać modlitwę, starałem się nie otwierać oczu. Nie widziałem, jak to robił. Pamiętam, że przycisnął mnie do fotela.
Napaść nie trwała długo. Leary ocenił, że minęła może minuta, zanim księdzu przerwał nagły hałas.
– Geoghan natychmiast wstał. Drzwi otworzyły się gwałtownie. Do pokoju wpadł ksiądz o przydługich białych włosach i zaczął wrzeszczeć: „Jack, mówiliśmy, że masz tu tego nie robić! Co ty wyprawiasz! Oszalałeś?”. Pamiętam, że krzyczał bez końca, a ja zerwałem się z krzesła.
Leary uciekł z plebanii i skrył się w cieniu drzew za szkołą, próbując odzyskać równowagę. Przez jakiś czas siedział na pobliskim cmentarzu, a gdy w końcu wrócił do domu, poszedł prosto do swojego pokoju. Przez wiele lat nikomu nie powiedział, co się przydarzyło.
Gdy doszło do ataku na Leary’ego, Geoghan był już księdzem od ponad dziesięciu lat. Podczas służby w kolejnych parafiach w Bostonie i okolicach – od obrzeży miasta po eleganckie przedmieścia – dla wszystkich wiernych był „ojcem Jackiem”. Ojciec Jack chrzcił dzieci. Udzielał ślubów. Modlił się nad trumnami ich najbliższych i skrapiał je wodą święconą. W sobotnie popołudnia siedział w ciemnym konfesjonale i zza drewnianej kratki wysłuchiwał grzechów, udzielając przebaczenia i wyznaczając pokutę. W niedzielne poranki przekazywał słowo Boże.
Dla głęboko wierzących matek, zwłaszcza tych borykających się z trudami samotnego utrzymywania dużej rodziny, Geoghan wydawał się darem niebios. Pojawiał się w progu, proponując pomoc. Zabierał ich synów na lody. Czytał im na dobranoc. Modlił się przy ich łóżkach. Przykrywał ich kołdrą przed snem. A potem, gdy zapadał mrok, proboszcz dotykał ich przez piżamę, przykładając palec do ust, nakazując milczenie i zachowanie tajemnicy.
– Wyglądał jak ministrant – powiedziała Maryetta Dussourd, która chętnie i z dumą zaprosiła Geoghana do małego mieszkania w dzielnicy Jamaica Plain, które zajmowała z córką, trzema synami i czwórką ich kuzynów. Geoghan był wyrachowanym napastnikiem, świadomym, że jego urok i pozorna łagodność mogły otworzyć wiele drzwi.
John Geoghan, siedzący potem w za dużym uniformie w więziennej celi, był prawdopodobnie najbardziej uderzającym przykładem nadużyć seksualnych wśród kleru. Nie tylko ze względu na porażającą liczbę ofiar – do dziś ujawniło się ich już blisko dwieście – ale przede wszystkim ze względu na bardzo łagodne i przewrotne podejście Kościoła do jego grzechów. Przez ponad dwadzieścia lat, mimo że dwóch kolejnych kardynałów i dziesiątki zwierzchników w bostońskiej archidiecezji wiedziało, że Geoghan nie jest w stanie kontrolować swoich pedofilskich zapędów, Kościół zapewniał mu wyjątkowy spokój i bezpieczeństwo.
Z żalem przyjmujemy fakt, że twoja długa i owocna posługa duszpasterska została przerwana przez chorobę. W imieniu tych, którym wiernie służyłeś, a także w swoim własnym, dziękuję – napisał do Geoghana kardynał Bernard Law w 1996 roku, wiele lat po tym, jak przestępstwa księdza zostały odkryte przez Kościół. – Rozumiem, jak bolesna to sytuacja. Nieustający zapał, z jakim pragniemy czynić posługę, może wydawać się chwilami niemożliwy do zniesienia. Najwyższe dobro osiągamy jednak wówczas, gdy odpowiadamy na niego szczerze i z ufnością. Niech cię Bóg błogosławi, Jack.
Geoghan był jednym z wielu. Jednak pomimo ogromnej skali swoich czynów, nie był tak przerażającym przypadkiem, jak inni księża, którym zdarzało się brutalnie gwałcić ofiary, a następnie przepędzać je, gdy powracali do posługi duszpasterskiej. Nawet jeśli wierni przystępujący codziennie do komunii i kongregacja wypełniająca kościelne ławki podczas niedzielnych mszy nie mieli o niczym pojęcia, kościelni przywódcy doskonale wiedzieli o wszystkim. Docierały do nich przepełnione cierpieniem błagania matek i ojców dzieci molestowanych przez księży. Obiecywali rozwiązać problem. Przysięgali, że nie pozwolą, aby to się kiedykolwiek powtórzyło. A potem pozwalali.
Gdy Maryetta Dussourd odkryła, że Geoghan wykorzystywał seksualnie jej synów – z których jeden miał zaledwie cztery lata – nie znalazła pocieszenia wśród przyjaciół ze swojego kościoła. Parafianie zaczęli jej unikać. Oskarżali ją o prowokowanie skandalu. Władze kościelne błagały, by zachowała milczenie. Mówili, że to ze względu na dzieci. Ostrzegali, by nie kierowała sprawy do sądu. Mówili, że i tak nikt jej nie uwierzy.
– Wszystko, czego uczyliśmy nasze dzieci o Bogu, o bezpieczeństwie i zaufaniu, zostało zniszczone – powiedziała Dussourd. W 1997 roku Kościół odniósł się do jej zarzutów i w ramach poufnej ugody wypłacił odszkodowanie – podobnie jak w dziesiątkach innych podobnych przypadków, w których ofiary dostawały pieniądze, za które Kościół kupował ich milczenie.
Do wybuchu skandalu w 2002 roku na widok koloratki rodzice odruchowo reagowali zaufaniem i uważali za zaszczyt gościć katolickich kapłanów w swoich domach. Tak właśnie było w przypadku Geoghana. Gdy w gorące dni pojawiał się bez zapowiedzi, by zabrać chłopców na lody, rodzice puchli z dumy i życzyli duchownemu miłej zabawy z pociechami. Gdy pukał do drzwi wieczorem i proponował, że poczyta dzieciom na dobranoc, rodzice byli pewni, że Bóg się do nich uśmiecha.

Kapłańska kariera Johna Geoghana o mały włos skończyłaby się zaraz po tym, gdy się rozpoczęła.
Latem 1954 roku prałat John Murray, rektor seminarium duchownego kardynała O’Connella w Jamaica Plain, uznał postępy Geoghana za niesatysfakcjonujące. Wydział był zaniepokojony seminarzystą. Dziewiętnastoletniego kleryka uznano za stanowczo zbyt niedojrzałego – to cecha nie zawsze oczywista w innych okolicznościach. Co więcej, Geoghana uznano za wykazującego się zniewieściałym zachowaniem i sposobem mówienia.
Opinia Murraya wyrażała niepokój o dalszy rozwój kleryka. Jego postępy w nauce pozostawiają wiele do życzenia. Wprawdzie otrzymał zaliczające oceny z większości przedmiotów, ale mimo to mam poważne obawy o jego rozwój akademicki w przyszłości. Rozważając rekomendację Geoghana do przełożonych w seminarium świętego Jana w pobliskim Brighton, gdzie miałby kontynuować przygotowania do kapłaństwa, Murray postanowił dać mu jednak szansę. Na jego korzyść przemawiają następujące pozytywne cechy: bogate życie duchowe, zaradność, determinacja, dobre nastawienie, posłuszeństwo, łagodność, zainteresowanie i troska o bliźnich, a także szacunek rówieśników. Może z wiekiem ten młody człowiek rozwinie pozostałe cechy potrzebne do osiągnięcia sukcesu w dążeniu do kapłaństwa.
Może. Ale niespokojny Geoghan niedługo znów miał potrzebować pomocy z wyższego szczebla – jak jeszcze wiele razy przez następne trzydzieści lat swojej kariery. Tym razem pomoc nadeszła ze strony jego wuja, prałata Marka Keohane.
Geoghan stracił ojca, którego wspominał jako ciepłego i szlachetnego człowieka, w wieku zaledwie pięciu lat. Zapamiętał sam pogrzeb jako wzbogacający duchowo, lecz śmierć ojca odcisnęła na nim poważne piętno: jeszcze przez dwa lata moczył łóżko. Matkę opisywał jako świętą kobietę, która zapewniła jemu i jego starszej siostrze dorastanie w normalnym domu wypełnionym moditwą. Mówił, że miał szczęśliwe dzieciństwo. A brat matki, prałat Mark Keohane, stał się dla chłopca drugim ojcem, wzorem do naśladowania i opiekunem.
– Najlepszy zastępca ojca – powiedział o nim Geoghan.
Keohane ubierał młodego siostrzeńca w komżę i zabierał na barwne pochody w Scituate, gdzie miał swój letni dom. Scituate, pocztówkowe nadmorskie miasteczko czterdzieści kilometrów na południe od Bostonu, znane było jako Irlandzka Riwiera. Było ono ulubionym miejscem bogatych i wpływowych Amerykanów irlandzkiego pochodzenia – wśród nich znajdował się legendarny dawny burmistrz Bostonu James Michael Curley.
Keohane wzbudzał podziw. Władczy, staromodny, dominujący, zdaniem niektórych także nieprzyjemny. Ale Geoghan widział tylko jego „wielką pracę i poświęcenie”. I gdy jako młody kleryk znów wpadł w kłopoty w seminarium, to Keohane interweniował w jego sprawie.
Latem 1955 roku Geoghan nie pojawił się na obowiązkowym letnim obozie dla kleryków. Przełożeni wiedzieli, że Geoghan miał „problemy na tle nerwowym”, ale nie zostały one uznane za dość poważne, by usprawiedliwiały nieobecność. Poza tym zasady były jasne. Niestawienie się na obozie bez powiadomienia przełożonych poważnie naruszało jego przyszłość w seminarium. Jeśli do niedzieli nie dostarczy pan wiarygodnego usprawiedliwienia nieobecności, zostanie ona uznana za decyzję o rezygnacji z kontynuowania nauki w seminarium i poskutkuje skreśleniem z listy studentów – tak brzmiał list, wysłany w lipcu 1955 roku przez wielebnego Thomasa Rileya, rektora seminarium świętego Jana do Geoghana na jego domowy adres w dzielnicy West Roxbury w Bostonie.
Zamiast Geoghana odpowiedział jego wuj. Wysłał do Rileya list na oficjalnym papierze parafii świętego Bartłomieja w podmiejskim Needham, którą założył i prowadził jako proboszcz od 1952 roku. Keohane przypuścił atak w obronie siostrzeńca: Telefonowałem do Brighton w zeszłym tygodniu w sprawie Johna Geoghana, kleryka, który z przyczyn niezależnych nie jest w stanie uczestniczyć w obozie. Od wyjazdu z Brighton pozostaje on pod opieką lekarską ze względu na poważne problemy na tle nerwowym. Napisał list wyjaśniający przyczyny nieobecności, ale lekarz odradził jego wysyłanie ze względu na bardzo zły stan psychiczny pacjenta. Dlatego piszę ja. Lekarz jest zdania, że za kilka tygodni leki i odpoczynek powinny przynieść znaczącą poprawę i że wtedy John Geoghan będzie mógł sam skontaktować się z seminarium.
Dwa dni później z seminaryjnego obozu nadeszła kwaśna odpowiedź Rileya. Przyjął wprawdzie wyjaśnienie Keohana, ale zażądał zaświadczenia lekarskiego z informacją o stanie zdrowia Geoghana. Chyba nie trzeba przypominać, że okoliczności nieobecności Johna na obozie przysparzają poważnych wątpliwości, czy będzie on w stanie dostosować się do zasad panujących w seminarium – napisał. Nie muszę też chyba zwracać uwagi, jak istotne jest, by tego typu sytuacje rozwiązywane były z zachowaniem całkowitego obiektywizmu, jako że takie usprawiedliwienia działań jednego studenta łatwo mogą ustanowić precedens, zachęcający innych do korzystania z podobnych przywilejów. Dołożymy wszelkich starań, by pomóc Johnowi rozwiązać ten problem, ale jestem zdania, że ze względu na poszanowanie panujących w seminarium zasad sprawa Johna powinna być rozpatrywana tak samo, jak w przypadku każdego innego studenta.
Keohane’owi nie spodobał się ton Rileya. Jestem rozczarowany sugestią, jakobym prosił o przysługi lub specjalne traktowanie względem Johna – odpisał. Zarzucił też Rileyowi, że po trzech latach w seminarium Geoghan jest chory, nieszczęśliwy i wydaje ciągle toczyć wewnętrzną walkę.
Geoghan na kilka lat opuścił seminarium. Przez ten czas uczęszczał do jezuickiej wyższej szkoły humanistycznej pod wezwaniem Świętego Krzyża w Worcester w stanie Massachusetts. W tym czasie najwyraźniej odzyskał równowagę duchową, bo powrócił do seminarium. W 1962 roku złożył śluby zakonne i przyjął święcenia kapłańskie.
Nie jest jasne, czy cierpienia, jakie przeżywał Geoghan jako kleryk, spowodowane były zaburzeniami na tle seksualnym, depresją czy może niedojrzałością. Podczas sesji terapeutycznych wiele lat później Geoghan mówił, że w domu rodzinnym nie doświadczył przemocy – ani fizycznej, ani seksualnej czy słownej. Uważał się za heteroseksualistę, którego przeraziły własne pierwsze uczucia o seksualnym charakterze, jakich doświadczył w wieku jedenastu lat. W seksualnych fantazjach skupiał się na dziewczętach. Jako nastolatek chodził na randki w większym towarzystwie. Masturbację uważał za grzech, którego należy się wystrzegać. Jak sam powiedział, mimo że jako nastolatek był zainteresowany dziewczętami, do seminarium wstąpił jako prawiczek. Ojciec Geoghan mówi, że po przyjęciu święceń świadomie tłumił przyjemność płynącą z przebywania w towarzystwie kobiet w obawie, że powodowałoby to konflikt z pragnieniem utrzymania celibatu – napisał później jeden z jego terapeutów. Miało to jednak tragiczne konsekwencje dla setek dzieci i ich rodzin, jako że zamiast tego Geoghan dawał upust seksualnemu pożądaniu kosztem chłopców, do których jako kapłan miał nieograniczony dostęp.
W rozmowie z psychiatrą Geoghan przyznał, że po raz pierwszy zaczął odczuwać podniecenie seksualne w towarzystwie chłopców niedługo po rozpoczęciu pracy w swojej pierwszej parafii pod wezwaniem Najświętszego Sakramentu w Saugus, robotniczej dzielnicy północnego Bostonu. Chłopcy siadali mu na kolanach. Dotykał ich w intymny sposób przez ubranie. Nie podlega dyskusji, że w tamtym czasie Geoghan już dopuszczał się molestowania dzieci. Archidiecezja bostońska wypłacała odszkodowania na podstawie oskarżeń jednoznacznie na to wskazujących. Na przykład według kościelnej dokumentacji, w 1995 roku Geoghan przyznał się do wykorzystania czterech chłopców z tej samej rodziny podczas pracy w parafii Najświętszego Sakramentu. Geoghan skupił się na trzech starszych chłopcach – w wieku dziewięciu, dziesięciu i jedenastu lat – i „tylko czasami” molestował też siedmiolatka. Wyznał, że zawsze bardzo uważał, żeby nawet nie dotknąć żadnej dziewczynki w rodzinie.
– Wzbudzanie mojego podniecenia nigdy nie było intencją tych niewinnych dzieci – powiedział Geoghan w odpowiedzi na wynik jednego z badań psychiatrycznych. – One były po prostu szczęśliwe, że mają kogoś, kto zastąpił im ojca, który był często nieobecny lub agresywny […]. Łudziłem się, że te intymne sytuacje nie są niczym złym. Z perspektywy czasu uważam, że powinienem był poszukać pomocy i wskazówek, jak pracować z dziećmi z dysfunkcyjnych rodzin.
Nie jest pewne, czy władze kościelne wiedziały o pierwszych atakach Geoghana. Anthony Benzevich, były ksiądz, zeznał, że często widywał Geoghana zmierzającego do swojej sypialni na plebanii w towarzystwie chłopców. Twierdził też, że poinformował o tym przełożonych. Ale podczas przesłuchania przed procesem w 2000 roku Benzevich – wtedy reprezentowany przez prawnika wyznaczonego przez Kościół – powiedział, że ma mgliste wspomnienia z tamtego czasu. Nie był pewien, czy Geoghan faktycznie zabierał chłopców do pokoju. Nie przypominał sobie, żeby informował o czymś takim przełożonych. Przepytywany później przez „Boston Globe” przyznał, że Geoghan lubił bawić się z chłopcami w zapasy i przebierać ich w kapłańskie szaty. Powtórzył też złożone pod przysięgą zapewnienie: nie pamiętał, żeby powiadamiał o tym przełożonych.
Nawet jeśli szczegóły pierwszych napaści Geoghana były niejasne, to szybko się wyostrzyły. Z czasem Geoghan zaczął nabierać uderzającej wprawy w namierzaniu ofiar, gdy nabrał już trochę doświadczenia jako kapłan i przywykł do życia na plebanii. Uwielbiał ministrantów. Pracował z dziećmi idącymi do pierwszej komunii.
– Wiedzieliśmy, że coś jest nie tak – powiedział jeden z kościelnych nauczycieli. – Był kompletnie zafiksowany na niektórych chłopcach.
Geoghan interesował się zwłaszcza dziećmi z uboższych rodzin.
– One miały w sobie tyle uczucia, same do mnie lgnęły. Dałem się zwieść tym wyrazom przywiązania – tłumaczył później Geoghan. – Dzieci z zamożniejszych rodzin nigdy się tak wobec mnie nie zachowywały, więc nie czułem się przy nich tak zdezorientowany.

Pewien ksiądz, dawny współpracownik Geoghana, powiedział, że nigdy nie miał szansy się z nim zaprzyjaźnić, bo Geoghan rzadko bywał na plebanii, gdy pozostali księża wspólnie jedli, czytali lub w inny sposób spędzali razem czas.
– Muszę przyznać, że on wydawał się jakiś inny. Nie bardzo wiedziałem, jak się z nim obchodzić. Był inny – powiedział ksiądz Thomas Moriarty, który był proboszczem w kościele świętego Pawła w Hingham w południowej części Bostonu, gdzie Geoghan służył od 1967 do 1974 roku. – Coś z nim było nie tak. […] Coś się nie zgadzało, ale nie potrafiłem stwierdzić, co.
Podczas posługi z Moriartym w Hingham Geoghan znalazł czas, by zaprzyjaźnić się z Joanne Mueller, samotnie wychowującą czterech chłopców. Mueller mieszkała w Melrose, niecałe czterdzieści kilometrów dalej. Jej matka znała Geoghana jeszcze z czasów jego posługi w kościele Najświętszego Sakramentu i przedstawiła córkę księdzu.
Wkrótce Geoghan był już stałym gościem w domu Joanne. Zabierał chłopców na lody, jak wiele innych ofiar. Czytał im na dobranoc. Pomagał im się kąpać. Mueller chętnie zostawiała go z dziećmi na godzinę albo dwie, a sama wychodziła do miasta coś załatwić.
– Był naszym przyjacielem – powiedziała.
Nie miała żadnych podejrzeń, gdy Geoghan znikał w sypialni jej synów.
Pewnego wieczoru w 1973 roku Geoghan zadzwonił, zapowiadając, że przyjedzie z wizytą. Reakcja trzeciego syna Mueller, który miał wtedy siedem lub osiem lat, zaskoczyła kobietę. Chłopiec nie chciał, żeby Geoghan przyjeżdżał. Gdy zaczęła dopytywać, dlaczego nie chce widzieć księdza, którego uważała za drogiego przyjaciela, wzburzenie dziecka zaczęło narastać.
– W końcu się rozpłakał – wspominała Mueller. W kółko powtarzał: „Nie, nie nie. Nie chcę go widzieć”. Nie przestawał, więc w końcu krzyknęłam: „Czemu? No co? O co chodzi?”, a on odparł: „Nie chcę, żeby dotykał mojego siusiaka”. To brzmi strasznie, ale właśnie tak powiedział.
Mueller była zszokowana.
– Odparłam: „Co? Co ty mówisz? Co to ma znaczyć?”. Nie wierzyłam własnym uszom. Nie rozumiałam, co się dzieje. A on na to: „Nie chcę, żeby to robił z moim siusiakiem”. Nigdy tego nie zapomnę. Zaczęłam sobie uświadamiać, co się dzieje, byłam przerażona i zszokowana. No bo to nie jest normalne, żeby dziecko mówiło coś takiego. Zaczęło do mnie docierać. To straszne. Powiedziałam: „Co?”, a on dosłownie rzucił się na podłogę i zaczął szlochać. Wpadł w histerię.
Wkrótce histeria ogarnęła też resztę rodziny. Pięcioletni syn Mueller wpadł w płacz. Kobieta zawołała dwóch starszych chłopców, którzy byli na górze. Kiedy matka zapytała o szczegóły, co robił z nimi Geoghan, z początku odjęło im mowę. Później zaczęli płakać. Najstarszy powiedział:
– Ojciec Geoghan powiedział, że nie wolno nam o tym rozmawiać i że nie możemy ci o tym mówić nigdy, bo to tajemnica spowiedzi.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Spotlight Zdrada
Autor Śledztwo dziennikarzy „Boston Globe”
Wydawnictwo HarperCollins
Data premiery 18-05-2016
Ilość stron 432
Oprawa Miękka
ISBN 9788327621443
Tłumaczenie Magdalena Shaw, Agata Zano
Projekt okładki Robert Dąbrowski

Napisz recenzję