W pokoju szefa zaszła zmiana. Podłogę zamieciono i umyto do czysta, zniknęły butelki i naczynia, wytrzepano i starannie ułożono narzuty i poduszki. Pozostały tylko sterty gazet pod ścianami. A sam szef siedział w fotelu gładko uczesany i w świeżej koszuli, i czytał książkę, która zajmowała go już od paru miesięcy. Było to dzieło osławionego pana Darwina „O wyrazie uczuć u człowieka i zwierząt”.
Przed paroma laty pani Barnett wyraziła oburzenie poglądami tego jegomościa, ponieważ, jak twierdziła, sugerował on, jakoby ona i jej siostry były córkami wielkiej małpy a nie dziełem Stwórcy w Niebiosach. Oczywiście nigdy nie czytała książek pana Darwina, ale niektórzy członkowie jej kongregacji byli zagorzałymi przeciwnikami idei, że Pan Bóg nie stworzył kobiety z żebra mężczyzny, a mężczyzny nie ulepił z gliny. Szef, który w tej kwestii, o ile mi wiadomo, nie doszedł jeszcze do ostatecznych wniosków, czytał bardzo długo i powoli, dając wszystkim do zrozumienia, że czyta ją mimochodem. Sądził, że zawarte są tam jakieś sekrety, które pozwolą mu zgłębić oszustwa i działania podstępne, stanowiące codzienną treść naszej pracy. Trudno mi było jednak przeoczyć kolejną opowieść doktora Watsona, bo leżała otwarta na stoliku podręcznym.
– Od rana czekam na jakieś wieści od ciebie, Barnett – oświadczył szef z pretensją w głosie. – Jestem już dawno po śniadaniu.
– Wróciłem do domu po drugiej w nocy.
– A ona zbudziła mnie bladym świtem, żeby, jak mówiła, porządnie pościelić łóżko – ciągnął dalej z rezygnacją. – Skoro świt! Czego więc się dowiedziałeś?
Zdałem relację ze spotkania, a on kazał mi natychmiast posłać po Neddy’ego. Neddy miał dziesięć albo jedenaście lat. Szef nabrał do niego sympatii, odkąd kilka lat temu rodzina chłopca wprowadziła się do pokoju na rogu ulicy. Ojciec Neddy’ego umarł dawno temu, a matka była biedną praczką. Zarabiała za mało, żeby utrzymać siebie i trójkę dzieci, ledwie starczało jej na czynsz, więc Neddy sprzedawał na ulicy muffinki, żeby wesprzeć matkę i młodsze rodzeństwo. Wkrótce przybiegł. Był zarośnięty i w poszarpanej białej kamizelce, niósł koszyk z towarem na sprzedaż.
– Masz jeszcze jakieś muffinki, synku? – zapytał go szef od progu.
– Tylko dwie, sir – odparł Neddy, odsłaniając serwetkę. – Dwie ostatnie.
Nie mogłem się nadziwić grubej warstwie czarnego brudu za paznokciami Neddy’ego. Pod brązową, o kilka numerów za dużą czapką, kłębił się wyraźnie widoczny żywy inwentarz. No cóż, taki już los zaniedbanych dzieci! Szef chrząknął i sięgnął po muffinki.
– A ty już jadłeś, Barnett? – raczej stwierdził, niż zapytał, wgryzając się w pierwszego muffinka, po czym z pełnymi ustami instruował Neddy’ego, że ma iść wieczorem pod drzwi gospody Barrel of Beef i zaczekać, aż wyjdzie stamtąd kelnerka Martha, iść za nią do jej domu, a potem zapamiętać i przynieść nam jej adres. Kazał chłopcu obiecać, że będzie bardzo ostrożny i z nikim nie wda się w rozmowy.
– Przyniosę, sir – obiecał Neddy z zapałem.
Szef włożył do ust ostatni kawałek muffinki i uśmiechnął się.
– Jasne, że przyniesiesz, synku. Ale zobacz, jaki jesteś usmolony na twarzy. – Krzywiąc twarz, zwrócił się do mnie: – Czy lubisz dzieci z usmoloną twarzą, Barnett?
– Nie jestem usmolony – zaprotestował Neddy.
– Synu, gęba lepi ci się od brudu. Sam zobacz, spójrz w lustro.
Neddy stanął przed lustrem z ponurą miną.
– Wcale nie jestem.
Roześmialiśmy się. Szef przygarnął chłopca do siebie i poklepał po plecach.
– No to uciekaj – powiedział.
– Zapłaci mu pan za te muffinki? – zapytałem.
– Jasne, że zapłacę. – Szef oburzył się tak bardzo, że aż poczerwieniał. Wyciągnął monetę z kieszeni kamizelki i wrzucił chłopcu do koszyka. – Przecież zawsze mu płacę.
Spojrzeliśmy po sobie z Neddym i uśmiechnęliśmy się porozumiewawczo.
Neddy poszedł, szef otrzepał kamizelkę z okruchów muffinki.
– Całkiem nieźle wygląda teraz ten pokój, sir – zauważyłem.
– Tak – mruknął niechętnie, rozglądają się wokół z kwaśną miną. – Powiem szczerze, nie spodziewam się dobrego zakończenia tej sprawy. Z obawą myślę o tym, co mogło spotkać Francuza, jeśli wszedł w drogę Creamowi.
– A ja niepokoję się o to, co nam może grozić, jeśli zorientują się, że znowu o nich wypytujemy.
– Dlatego trzeba działać bardzo ostrożnie, Barnett. Żeby się nie zorientowali.
– Czy możemy zwrócić pieniądze pannie Cousture? – zapytałem.
– Przecież dałem jej słowo. No, a teraz muszę się zdrzemnąć. Bądź tu jutro z samego rana. Mamy dużo roboty.

Następnego ranka, zanim pojawiłem się w biurze, Neddy przyniósł adres Marthy. Mieszkała w pensjonacie nieopodal Bermondsey Street. Dotarliśmy tam w ciągu dwudziestu minut. Budynek był zaniedbany. Z drzwi frontowych obłaziła farba, okna dawno niemyte, a z komina walił gęsty czarny dym. Na odgłos dochodzących ze środka krzyków szef skrzywił się z niesmakiem. Należał do mężczyzn, którzy brzydzili się wszelką agresją. Kobieta, która nam otworzyła, bynajmniej nie ucieszyła się na nasz widok.
– Drugie piętro – warknęła, odwróciła się i poszła do kuchni. – Na końcu korytarza.
Martha była rzeczywiście tak śliczna, jak opisał ją stary Ernest. Gdy nam otworzyła, była zaspana i owinięta w dwa stare płaszcze.
– Czy my się znamy? – zapytała.
Szefowi zaparło dech. Martha była bardzo podobna do Isabel, jego żony, tyle, że wyższa i młodsza. Miała tak samo długie, brązowe i kręcone włosy oraz zadarty nosek. Jednak jej irlandzki akcent w niczym swą melodią nie przypominał języka z nizin środkowej Anglii, którym posługiwała się Isabel.
– Proszę nam wybaczyć to najście, madame – odpowiedział szef nieco drżącym głosem. – Chcielibyśmy zamienić z panią kilka słów.
Spojrzałem nad jej głową w głąb pokoju. W rogu stało łóżko i stolik z lustrem, na wieszaku wisiały dwie sukienki, a na komodzie równo ułożona sterta gazet.
– Słucham, czego panowie sobie życzą?
– Szukamy Thierry’ego, madame – odparł szef.
– Kogo?
– Pani przyjaciela z Barrel of Beef.
– Nie znam żadnego Thierry’ego.
– Ależ zna pani – powiedział szef najbardziej serdecznie, jak umiał. – Wiem, że to jest pani przyjaciel.
Skrzyżowała ręce na piersiach i po chwili namysłu spytała:
– A do czego on jest wam potrzebny?
– Dostaliśmy od jego siostry zlecenie, żeby go odnaleźć – wyjaśnił szef. – Siostra uważa, że Thierry może mieć jakieś kłopoty.
– Nie wydaje mi się, sir.
Chciała zamknąć drzwi, ale zdążyłem zablokować je nogą. Spojrzała na mój but i widząc, że nie damy się odprawić, westchnęła.
– Chcemy tylko dowiedzieć się, gdzie on jest – zapewniłem. – Chcemy mu pomóc, to wszystko.
– Nie wiem, gdzie on jest, sir. Już nie pracuje w Barrel of Beef.
– Kiedy widziała go pani po raz ostatni?
Piętro wyżej trzasnęły drzwi i rozległ się odgłos ciężkich kroków. Ktoś schodził po schodach. Martha szybko schowała głowę do pokoju i zamknęła drzwi. Na schodach pojawił się wysoki mężczyzna z wystającą szczęką. Zanim go rozpoznałem, było już za późno, żeby się odwrócić. Widywałem go pod Barrel of Beef cztery lata temu, kiedy pracowaliśmy nad sprawą Betsy. Nie wiem, czym się zajmował, po prostu cały czas tam się kręcił. Przechodząc obok, spojrzał na nas, ale nie zatrzymał się, tylko zszedł po schodach. Kiedy usłyszeliśmy, że drzwi frontowe zamknęły się za nim, Martha wychyliła się ze swojego pokoju.
– Nie mogę tutaj rozmawiać – wyszeptała. – Tu wszyscy pracują w Barrel of Beef. Spotkajmy się później, kiedy będę wychodzić do pracy. – Przerwała i nasłuchując, spojrzała zielonymi oczami w kierunku schodów. W jednym z sąsiednich pokojów jakiś mężczyzna zaczął sobie podśpiewywać. – Spotkajmy się przed kościołem Świętego Jerzego Męczennika o szóstej – zaproponowała.
Raz jeszcze rzuciła zaniepokojone spojrzenie w górę schodów i zamknęła drzwi. Byłem już na półpiętrze, kiedy zorientowałem się, że szef nie idzie za mną. Wciąż stał przed zamkniętymi drzwiami, wpatrując się w nie w głębokim zamyśleniu, jednak gdy go zawołałem, drgnął i ruszył za mną.
Na ulicy przerwałem milczenie.
– Szefie, czy panna Martha nie przypomina panu…
– Tak, Barnett – przerwał mi. – Przypomina.
Nie odzywał się przez całą drogę powrotną.

Poznałem panią Arrowood niedługo po tym, jak się pobrali. Pani Barnett zawsze zachodziła w głowę, dlaczego tak piękna kobieta wyszła za takiego beznadziejnego kartofla. Chociaż z tego, co widziałem, było im razem dobrze. On jako dziennikarz nieźle zarabiał, pracując w tygodniku Lloyd’s Weekly. Prowadzili całkiem szczęśliwy dom. Isabel była miła i troskliwa, często odwiedzali ich ciekawi ludzie. Spotkałem go w sądzie, gdzie zostałem zatrudniony jako młodszy urzędnik. Czasem pomagałem mu zdobywać informacje do artykułów, które pisał, za co on zapraszał mnie do siebie na zupę i kotlet barani. Potem jednak gazeta została sprzedana, a nowy właściciel zatrudnił na miejsce szefa swojego kuzyna, którego szybko powołał do kierowniczego grona.
Pan Arrowood cieszył się już wtedy uznaniem, jako dziennikarz był ceniony za to, że potrafił dogrzebywać się tajemnic i sekretów, których inni woleli nie dotykać. Nie trzeba było długo czekać, żeby pewien znajomy zwrócił się do niego z prośbą o rozwiązanie, za opłatą rzecz jasna, pewnego osobistego problemu związanego z jego żoną i innym mężczyzną.
Tak zaczęła się jego praca detektywistyczna. Jakiś rok później ja także straciłem pracę, ponieważ straciłem cierpliwość do jednego z sędziów pokoju, który miał zwyczaj wsadzać do więzienia niedorostków moim zdaniem bardziej potrzebujących pomocnej dłoni, niż pobytu w więzieniu razem z dorosłymi przestępcami.
Wywalili mnie na bruk bez pożegnania i bez podziękowania. Kiedy szef dowiedział się o tym, odszukał mnie i po rozmowie z panią Barnett zaproponował pracę w charakterze asystenta przy sprawie, nad którą właśnie pracował. Była to sprawa Betsy, sprawa bigamii, mój chrzest ogniowy. W wyniku tej niefortunnej sprawy dziecko straciło nogę, a niewinny mężczyzna życie. Szef obwiniał siebie za oba te wypadki, zresztą słusznie. Zamknął się w swoim pokoju i nie opuszczał go prawie przez dwa miesiące. Wyszedł dopiero wtedy, gdy skończyły mu się pieniądze. Wzięliśmy znowu jakaś sprawę, ale było oczywiste, że szef pije. Od tego czasu zlecenia pojawiały się nieregularnie i wciąż brakowało pieniędzy. Sprawa Betsy wisiała nad nami jak klątwa, zarazem jednak związała mnie z nim jak z bratem.
Isabel godziła się z nałogiem szefa i jego nieregularną pracą przez trzy lata, aż pewnego dnia po powrocie do domu nie zastał jej ubrań w szafie, a na stole leżał list. Od tego czasu nie miał od niej żadnych wiadomości.
Pisał do jej braci, kuzynów, ciotek, ale nikt nie chciał mu powiedzieć, co się z nią dzieje i gdzie się podziała. Kiedyś zaproponowałem mu, żeby ją odszukał, wykorzystując swoje umiejętności śledcze, ale on tylko pokręcił głową.
Wtedy mi wyznał, zamykając oczy, żeby nie widzieć, jak na niego patrzę, że utrata Isabel jest karą za to, że pozwolił umrzeć temu młodemu mężczyźnie w sprawie Betsy, i że musi wytrwać tak długo, jak zechce Pan Bóg czy Pan Diabeł. Szef nie był zbyt religijny, więc zaskoczyło mnie to, co powiedział. W każdym razie bardzo cierpiał z powodu odejścia żony. Zresztą trudno powiedzieć, co dzieje się w głowie porzuconego mężczyzny, który noc w noc przemyśliwuje swoją porażkę. Był jak pocisk w locie. Pocisk z opóźnionym zapłonem.
– Ta kobieta kłamie – stwierdził w końcu.

***

Spóźniliśmy się. Popołudnie było szare, padał deszcz i wiał wiatr, na ulicach było pełno błota. O tej porze na St George’s Circus panował tłok. Szef, który miał za ciasne buty, podskakiwał między kałużami, pochrząkując i wzdychając. Buty były używane, kupił je tanio od pewnej praczki i już następnego dnia narzekał, że są za małe na jego opuchnięte stopy. Praczka nie chciała przyjąć zwrotu, więc z oszczędności postanowił je nosić, dopóki się nie rozpadną albo stracą podeszwę. Trwało to dłużej, niż myślał. Kiedy w końcu dotarliśmy do kościoła, Martha już na nas czekała owinięta w czarną pelerynę z kapturem. Opierała się o kościelne ogrodzenie parkanu tuż za bramą i patrzyła w głąb ulicy. Widać po niej było, że się niecierpliwi, więc szef ścisnął mnie za ramię i przyśpieszył kroku. Przed jedną z pobliskich garkuchni zebrał się tłum klientów. Kiedy przeciskaliśmy się między nimi, wyprzedził nas jakiś niewysoki jegomość, który pędził przed siebie w kapeluszu zsuniętym na tył głowy, łopocząc na wietrze połami starego zimowego płaszcza.
Szef zaklął z gniewem, kiedy węglarz zrzucił z wozu na chodnik tuż przed nami worek z węglem. Nagle, gdzieś na przedzie, usłyszeliśmy dziwny pisk. Kobieta z dzieckiem na ręku, która stała przy wejściu do kościoła, rozglądała się gorączkowo wokół, a niski mężczyzna, który nas wcześniej minął, biegł szybko w kierunku rzeki.
– To Rozpruwacz! – wrzasnęła kobieta.
– Wezwać lekarza! – krzyknął ktoś z tłumu.
Rzuciliśmy się przed siebie, a wiele osób wraz z nami biegło w kierunku kościoła, żeby zobaczyć, co się stało. Gdy przedarliśmy się przez tłum, zobaczyliśmy Marthę. Leżała na mokrej ziemi zwinięta wpół, z włosami rozrzuconymi na trotuarze jak plama roztopionego brązu.
Szef jęknął głośno i opadł na kolana tuż obok niej.
– Łap go, Barnett! – krzyknął do mnie, wkładając rękę pod głowę Marthy.
Rzuciłem się za złoczyńcą, wymijając zakosami przechodniów. Mężczyzna w za dużym płaszczu przebiegł przez ulicę, pędził ile sił na cienkich, krzywych nogach. Dopadł do następnego skrzyżowania, skręcił w Union Street, a ja przez moment widziałem jego profil, tłuste siwe włosy przyklejone do czoła i wydatny, zakrzywiony nos. Chwilę później wpadłem na to samo skrzyżowanie, ale zostałem odepchnięty przez mokrą, gęstą, falującą ciżbę ludzi i koni, a jego nigdzie już nie mogłem dostrzec. Biegłem dalej, szukając wzrokiem ciemnego płaszcza, ale w drogę wchodziły mi wozy, omnibusy, uliczni sprzedawcy. Gnałem na oślep, kierując się instynktem, aż w końcu czarny płaszcz mignął przede mną w oddali, zanim skręcił w boczną uliczkę. Przecisnąłem się między wozami do skrzyżowania, ale w wąskiej uliczce nie było nikogo oprócz stróża, który pukał do jakichś drzwi. Dysząc ciężko, zawróciłem na zatłoczoną Union Street. Nie miałem pojęcia, gdzie biec. Zgubiłem go.
Kiedy wróciłem pod kościół, tłum nadal tam się gromadził. Jakiś dżentelmen chodził po chodniku w tę i z powrotem, kręcąc głową z niedowierzaniem. Szef klęczał na ziemi, trzymając głowę Marthy na kolanach. Jej twarz była szara jak popiół, koniuszek języka wystawał w rogu ust, a biała bluzka kelnerska pod czarną peleryną poplamiona była lśniącą krwią. Ukląkłem przy niej i próbowałem wyczuć puls, ale po sposobie, w jaki szef pokręcił głową, i po jego pustym spojrzeniu wiedziałem już, że Martha nie żyje.
Pojawił się konstabl.
– Co tutaj zaszło? – zapytał dudniącym głosem, który dominował nad gwarem zbiegowiska.
– Ta młoda kobieta została zabita – powiedział elegancki dżentelmen – dosłownie przed chwilą. A ten pan próbował dopaść sprawcę.
– Uciekł gdzieś przy Union Street – powiedziałem, podnosząc się z kolan. – Zgubiłem go w tłumie.
– Czy to jest prostytutka? – zapytał policjant.
– A co to ma do rzeczy? – zapytał dżentelmen. – Nie żyje, na miłość boską! Została zamordowana.
– Pytam ze względu na Rozpruwacza, sir – wyjaśnił policjant. – Bo on zabija tylko prostytutki.
– Nie była prostytutką – warknął szef, a jego twarz pulsowała wściekłością. – Była kelnerką.
– Czy ktoś widział, jak to się stało? – zapytał konstabl.
– Ja widziałam, wszystko widziałam – wyrwała się kobieta z dzieckiem na ręku. Tak bardzo była przejęta, że aż brakło jej tchu. – Stałam tutaj, przy samej bramie, jak podszedł i dźgnął tą panienkę przez płaszcz, o, tak! Raz, dwa i trzy. Właśnie tak. Biedne dziecko! I uciekł. Z wyglądu to powiedziałabym, że raczej nietutejszy. Jakiś Żyd. Myślałam, że zostawił mnie na później, ale uciekł.
Policjant pokiwał głową i klęknął wreszcie, żeby zbadać puls Marthy.
– Oczy miał nieludzkie – ciągnęła dalej. – Błyszczały jak u wilka. Jakby mnie też chciał rozpruć. Jedyne, co go powstrzymało, to ci ludzie, którzy tu przybiegli, po tym, jak ona krzyknęła. Wystraszył się ich. Za późno dla niej, biedaczki.
Konstabl podniósł się znowu.
– Czy ktoś jeszcze widział to wydarzenie?
– Odwróciłem się, kiedy usłyszałem krzyk tej dziewczyny – powiedział elegancki mężczyzna. – Widziałem tylko, jak uciekał. Wyglądał mi na Irlandczyka, ale nie jestem pewien.
Policjant spojrzał na szefa.
– Czy pan był z nią, sir?
– On przyszedł potem – powiedziała kobieta.
– Widziałem ją w Barrel of Beef – powiedział szef bezbarwnym tonem. – Ale jej nie znam.
Policjant zanotował rysopis podany przez kobietę i eleganckiego dżentelmena, którzy zgodzili się, że był to cudzoziemiec, chociaż trudno powiedzieć, Żyd czy Irlandczyk. Następnie wziął rysopis ode mnie, posłał na posterunek po medyka i kazał nam się rozejść.
– Co teraz? – spytałem szefa w drodze powrotnej.
Ignorując moje pytanie, wykrzyknął:
– Niech piekło pochłonie Creama! Zabija, kogo chce.
– Przecież nie wiemy, czy miał z tym coś wspólnego.
Wyrżnął laską w krawężnik, na jego twarzy malowało się cierpienie.
– Doprowadziliśmy do śmierci tej dziewczyny. Widział nas u niej ten kundel z Barrel of Beef. Równie dobrze mogliśmy ją sami zabić.
– Przecież nie wiedzieliśmy, że oni wszyscy pracują w Barrel of Beef.
– Do licha, Barnett! Znowu wdepnęliśmy w przeklęty biznes Creama.
– Może powinniśmy zostawić tę sprawę policji?
– Ten idiota Petleigh nigdy nie wykryje sprawcy.
Spojrzał za siebie w kierunku kościoła. Kiedy minęliśmy skrzyżowanie i skręciliśmy za róg kamienicy, wyciągnął z kieszeni małą zmiętą chusteczkę.
– Zaciskała to w ręce – powiedział. – Jestem pewien, że chciała nam to pokazać.
Odwinął chustkę. Leżał na niej mosiężny pocisk karabinowy.

***

Na Great Dover Street byliśmy późnym wieczorem. We wszystkich witrynach sklepów – z kapeluszami, ubraniami i butami – paliły się już światła. Pachniało palona kawą, bo na drugim końcu ulicy stanął właściciel ulicznej maszyny do mielenia kawy. Było tam tylko jedno studio fotograficzne, które nazywało się Fontaine. Za kontuarem stał długowłosy mężczyzna w zielonej aksamitnej marynarce i montował ramę do fotografii. W ręce trzymał mały młotek, a w ustach gwoździe.
– Kłaniam się panom – przywitał nas z nieszczerym uśmiechem. – Czym mogę panom służyć? Czy chcieliby panowie zamówić portret?
– Szukamy panny Cousture – odparł szef, przyglądając się fotografiom wiszącym na ścianach. – Czy ją zastaliśmy?
– Jest zajęta – odparł, niedbale odgarniając opadające na kołnierz włosy. – Jestem właścicielem zakładu. Nazywam się Fontaine. Czy chcą panowie zamówić portret?
– Czy to pan robił te zdjęcia? – zapytał szef, wskazując na wiszące na ścianach fotografie. – Są naprawdę świetne.
– Tak, to wszystko moje działo. Mógłbym panom zrobić piękny portret, jeśli wolno mi tak powiedzieć. Na przykład pan ma wspaniały profil.
– Naprawdę? – ucieszył się szef, wypinając pierś. Przygładził włosy i dodał: – Od dawna myślałem o tym, żeby zrobić sobie portretowe zdjęcie. Sądzę, że mojej siostrze bardzo spodobałby się mój portret nad kominkiem.
Spojrzałem na niego, z trudem powstrzymując śmiech na myśl o takim niezwykłym prezencie.
– Możemy się od razu umówić, sir. Powiedzmy na poniedziałek rano. Może być o jedenastej?
Spojrzałem na niego i nie mogłem powstrzymać śmiechu na myśl o takim prezencie.
– Tak... To znaczy... Proszę poczekać. Chociaż właściwie… Może lepiej zaczekam, aż odbiorę nowy garnitur. A teraz czy możemy porozmawiać z panną Cousture? W sprawie prywatnej.
Gdy fotograf przyglądał nam się badawczo, trochę niecierpliwie zapewniłem:
– To jest bardzo ważna sprawa, panie Fontaine. Czy ona tutaj jest?
Odgarnął czarna grzywę i z teatralnym westchnieniem zniknął za zasłoną na tyłach sklepu. Chwilę potem z zaplecza wyszła panna Cousture.
– Dobry wieczór, panie Arrowood – powiedziała cicho. Miała wysoko upięte włosy i ubrana była w czarną spódnicę z wysoką talią i białą bluzkę z podwiniętymi rękawami. – Panie Barnett. – Skinęła mi głową.
Pan Fontaine stał z tyłu z założonymi rękami.
Natomiast panna Cousture zerknęła z ukosa w kierunku stojącego za nią pracodawcy, jakby chciała nam dać znak, że mamy nic nie mówić. Zapadła cisza. Jej blade policzki zaróżowiły się. Patrzyła w dół na swoje buty.
– Czy pozwoli pan, że porozmawiamy z panią na osobności? – zapytał w końcu szef.
Podszedłem do niego, żeby wyprostować mu krawat, bo jak tu szliśmy, wiatr zarzucił go na ramię.
– To moje studio – powiedział Fontaine. Pociągnął nosem, a potem potarł go dłonią. – Nad drzwiami wisi szyld z moim nazwiskiem, a nie z nazwiskiem tej pani. Jeśli macie panowie coś do powiedzenia, to proszę mówić.
– W takim razie czy zechce pani wyjść na zewnątrz, madame?
– Och, putain, Eric! – zaklęła, zwracając się do chlebodawcy. – To przecież zajmie tylko chwilę!
Wulgarne przekleństwo w ustach pięknej kobiety zamroziło atmosferę. Fontaine szarpnął głową i zniknął na zapleczu. Słychać było jego gniewne kroki na schodach. Szef przysunął sobie krzesło, usiadł i z grymasem cierpienia masował obolałe w za ciasnych butach stopy. Przez chwilę milczał. W końcu przemówił:
– Musimy zadać pani kilka pytań.
– Oczywiście, proszę bardzo. Chociaż już wszystko wam powiedziałam, wszystko, co wiem.
– Musimy się dowiedzieć, jakiego rodzaju kłopoty miał pani brat – powiedział z bolesnym uśmiechem. – Ważne jest wszystko, co mówił, nawet najdrobniejsza rzecz. Proszę o całkowitą szczerość.
– Ma się rozumieć.
– Czy znała pani jego przyjaciółkę Marthę? – Gdy zaprzeczyła ruchem głowy, dodał: – Jego dziewczynę. Nie wiedziała pani o niej?
– Nigdy o niej nie słyszałam.
– Bo widzi pani, panno Cousture, właśnie dziś Martha została zamordowana.
Obserwowaliśmy, jak wyraz zaskoczenia na jej twarzy ustępował miejsca smutkowi. Chwyciła brzeg kontuaru i osunęła się na krzesło.
– Mój Boże… – wyszeptała.
– Byliśmy z nią umówieni na spotkanie, ale morderca był szybszy – wyjaśnił szef, a ona w milczeniu pokiwała głową. – Dowiedzieliśmy się także, że tuż przed zniknięciem Thierry’ego coś się wydarzyło w Barrel od Beef. Wiemy tylko tyle, że mógł być w to zamieszany jakiś Amerykanin. Czy Thierry coś o tym wspominał?
– Amerykanin? – powtórzyła zawiedzionym tonem. – Nie, nic takiego nie mówił. A jak się nazywał?
– Tego też nie wiem. Powiedziano nam, że w dniu, w którym pani brat zniknął w Barrel of Beef, wybuchła sprzeczka z udziałem tego Amerykanina. Nawet nie wiemy, czy Thierry był w to zamieszany. Proszę sobie jeszcze przypomnieć. Czy coś się wydarzyło, zanim zniknął? Czy zachowywał się inaczej?
– Tylko tyle, że przyszedł i prosił mnie o pieniądze. Kiedy widziałam go po raz ostatni, był naprawdę przerażony. – Zamilkła, patrząc to na mnie, to na szefa. – Czy myśli pan, że on nie żyje? Czy to ma pan na myśli, mówiąc „kłopoty”?
Szef chwycił ją za rękę i przytrzymał.
– Za wcześnie na taki wniosek, panno Cousture.
Chciała jeszcze coś powiedzieć, kiedy Fontaine odsunął zasłonę. Tym razem nie zamierzał ustąpić.

Wyszliśmy ze studia w stronę Waterloo. Wiatr ustał i zapadła mgła.
– Posłuchaj, Barnett – odezwał się szef po chwili, – Czy zauważyłeś coś dziwnego w tej sytuacji, w której przed chwilą uczestniczyliśmy?
Zastanawiałem się, próbując domyślić się, o co mu chodzi.
– Nie zauważyłem niczego niezwykłego – przyznałem w końcu.
– W takim razie powiedz mi, czy gdyby pani Barnett zniknęła, nie zabierając ze sobą ubrań ani dokumentów, a ty wynająłbyś detektywa, i gdyby dwa dni później ten detektyw przyszedł do ciebie... Pamiętaj, że szalejesz z niepokoju...
– Tak, szefie.
– To o co byś się zapytał w pierwszej kolejności?
– O to, czy ją pan odnalazł, szefie.
– No właśnie, Barnett – przyznał, marszcząc czoło. – No właśnie.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Detektyw Arrowood
Autor Mick Finlay
Wydawnictwo HarperCollins
Data premiery 02-03-2018
Ilość stron 336
Oprawa Miękka
ISBN 9788327635068
Tłumaczenie Leszek Stafiej
Projekt okładki Emotion Media
Ocena 
25-04-2018

DETEKTYW ARROWOOD – MICK FINLAY: Londyn pełen tajemnic

Wyobraźcie sobie Sherlocka Holmesa tylko o wiele grubszego, brudniejszego, z apodyktyczną siostrą u boku i z pozoru nieogarniętym pomocnikiem. W dodatku nadużywa laudanum i za marne grosze rozwiązuje sprawy małżeńskich zdrad, zaginięć oraz skradzionych drobiazgów. To właśnie detektyw Arrowood. Nie jest może zbyt urodziwy, nie ma gosposi, a policja patrzy na niego raczej z pogardą. Niemniej umiejętnościami dorównuje samemu Sherlockowi – lub jakby sam powiedział, znacznie go przewyższa.

Do sławnego wśród biedoty Arrowooda przychodzi młoda kobieta i prosi go, by odnalazł jej zaginionego brata. Słuch po młodym Francuzie zaginął i choć niechętnie, to detektyw przyjmuje zlecenie. Razem ze swoim pomocnikiem rozpoczynają śledztwo, które prowadzi znacznie dalej, niż początkowo na to wskazywało. Okazuje się, że młody chłopak może być zamieszany w szemrane interesy londyńskiego zbira, który trzyma w szachu nawet policję. Arrowood jednak nie poddaje się i stara się rozwiązać zagadkę. Wkrótce okazuje się, że nawet zrozpaczona panna nie jest tym, za kogo się podaje, a tajemnica sięga dalej, niż detektyw sobie to wyobraża.

Książkę zaczęłam czytać głównie dlatego, że był w niej wspomniany Sherlock Holmes i uznałam, że taka odskocznia od moich tradycyjnych lektur będzie bardzo dobra. Miałam nadzieję, że podobieństwo głównej postaci do Sherlocka będzie bliskie, ale niestety ciężko mi porównać książkę z innymi z tego gatunku. Zazwyczaj takich nie czytam. Pierwsze spotkanie z Arrowoodem było więc dosyć szokujące.

Po pierwsze zaskoczył mnie fakt, że narratorem powieści jest Norman Barnett, czyli pomocnik naszego detektywa. Jest tak jakby odpowiednikiem doktora Watsona. Jest on również motorem napędowym powieści, ponieważ większość obowiązków detektywistycznych jest właśnie na jego barkach. Arrowood jest natomiast twarzą – rozlaną, napitą i mało przystojną. Z pewnością nie przypomina serialowego Sherlocka. Do tego jego charakter również pozostawia wiele do życzenia. Arrowood jednak zna się na ludziach.

W książce zachwycił i jednocześnie zszokował mnie Londyn roku 1895 roku. Jest on brudny, mściwy i przede wszystkim biedny. Autor skupił się właśnie na londyńskiej biedocie, przedstawiając warunki, w jakich żyli i ich podejście do świata. Powieść jest bardzo klimatyczna i naprawdę można odnieść wrażenie, że przenosi czytelnika w czasy Sherlocka Holmesa i Kuby Rozpruwacza. Czasem śmieszy, by zaraz sprawić, że włosy stają dęba. Autor doskonale odwzorował tę atmosferę, przez to książkę czyta się naprawdę dobrze.

Muszę przyznać, że naprawdę ciekawie czytało mi się o bohaterach, którzy w żaden sposób nie byli idealni. Czasem nawet wprawiali mnie w zgorszenie zabarwione rozbawienie. Każda z postaci była tak niesamowicie prawdziwa i miała swoją własną historię. Zbudowana przez autora fabuła pozwoliła na wprowadzenie wątków poszczególnych postaci, a nawet na ich połączenie delikatnie sugerujące o rodzącym się uczuciu, czy wspólnej przeszłości. Nikt w tej książce nie pojawia się niespodziewanie i każdy odgrywa jakąś ważną rolę. To sprawia, że powieść czyta się nie tylko dla rozwiązania zagadki, ale również z uwagą śledzimy losy bohaterów.

Mimo że cała intryga rozwija się powoli, a autor serwuje poszczególne elementy układanki z niejakim ociąganiem, to jednak koniec jest naprawdę zaskakujący. Powieść mimo wolno biegnącej akcji czyta się niezwykle dobrze i szybko. Jest płynna, a opisy są ciekawe i niezwykle obrazowe. Mimo że Sherlock nie pojawia się w powieści, to jednak często jest o nim mowa, a nawet o niektórych jego sprawach. Całe połączenie stanowi doskonałą lekturę.

Mam nadzieję, że to nie ostatnie spotkanie z detektywem.

Ocena 
25-04-2018

Detektyw Arrowood

Zapowiada się ciekawa seria z detektywem Arrowoodem w roli głównej. Czyta się lekko, przyjemnie i szybko, a bohaterowie budzą sympatię. Czekam na kolejną część.

Ocena 
24-04-2018

Ekscentryczny Arrowood

Zapewne każdy z nas posiada jakieś głęboko skrywane, szczególne umiejętności, które w pewien sposób wyróżniają nas z tłumu. Czasami potrzeba jedynie odrobimy czasu i cierpliwości by je odkryć, a następnie przez lata doskonalić. Detektyw Arrowood słynie z niesamowitej zdolności rozszyfrowywania emocji, dzięki którym potrafi czytać z ludzi jak z otwartych ksiąg, co oczywiście w sporym stopniu ułatwia mu jego profesję. I chociaż w XIX-wiecznym Londynie najgłośniejszym oraz najbardziej cenionym wśród jego mieszkańców detektywem jest Sherlock Holmes, to właśnie do samego Arrowooda zgłasza się zrozpaczona zniknięciem swojego ukochanego brata panna Cousture. Podejmując się tego zlecenia detektyw nie wie jeszcze wówczas, jak bardzo skomplikowana i złożona okaże się ta tajemnicza sprawa. Czy ostatecznie uda mu się rozwikłać tę zagadkę? Jak Arrowood poradzi sobie z czyhającym na każdym rogu niebezpieczeństwem?

"...ja jestem detektywem emocji, nie detektywem dedukcji. Dlaczego? Bo ja widzę ludzi. Zaglądam im w dusze. Innymi słowy, wyczuwam prawdę, potrafię ją wywęszyć."

"Detektyw Arrowood" jest to pierwsza część cyklu o ekscentrycznym detektywie, którego drugi tom za granicą będzie miał premierę już w lipcu tego roku. W pozycji tej występuje uwielbiana przeze mnie narracja w pierwszej osobie. Wszystkie wydarzenia poznajemy jednak nie z perspektywy samego Arrowooda, a jego bliskiego pomocnika, Barnetta. Dzięki temu zabiegowi odkrywamy różne cechy charakteru jego pracodawcy, o których on sam zapewne nigdy by nie wspomniał, a także kilka dosyć istotnych faktów z przeszłości narratora.

Świetnie wykreowani bohaterowie to z pewnością jedna z głównych zalet tej pozycji. To postaci, których zwyczajnie nie da się nie lubić i chociaż posiadają liczne wady oraz niedoskonałości, czynią one ich jeszcze bardziej ludzkimi, autentycznymi. Norman Barnett to lojalny, poczciwy i skromny młody mężczyzna, który stara się sumiennie i skrupulatnie wykonywać powierzone mu zadania, mimo iż momentami współpraca ze specyficznym detektywem nie należy do najłatwiejszych. Muszę przyznać, że ogromnie przypadł mi do gustu pomysł na postać detektywa, który w przeciwieństwie do Sherlocka swoją dedukcję opierał nie na drobnych poszlakach, ale na ludziach. Sam Arrowood okazał się niezwykle intrygującym bohaterem. Jest szalenie pewny siebie oraz swoich racji, jednak przy tym wszystkim nie przekracza granicy bezczelności i potrafi przyznać się do błędów, a co najważniejsze posiada sumienie, nie jest w swoich działaniach bezwzględny. Czasami zbyt często zagląda do szklanki, bywa opryskliwy, gburowaty i nieznośnie uparty, jednak posiada niesamowity dar rozgryzania ludzkich uczuć, kłębiących się w nich emocji oraz wypływających z ich ust słów. Również bohaterowie drugoplanowi przyciągają uwagę czytelnika, należy do nich z pewnością udzielająca się w różnych społecznych misjach Ettie, siostra Arrowooda, która jest równie zawzięta (a może nawet i bardziej...) jak jej brat i jako nieliczna potrafi w pewien sposób nim dyrygować. Jednak moją największą sympatię bezsprzecznie zyskał Neddy, niesłychanie odważny chłopiec, który niejednokrotnie ryzykował własne życie, by pomóc detektywom rozwikłać tajemnicze sprawy.

Prosty, bardzo przystępny w odbiorze styl Finlay'a oraz krótkie rozdziały sprawiają, że pozycję tę czyta się niebywale szybko, a kartki niemal same przepływają przez palce. Niestety zabrakło mi odrobinę bardziej szczegółowych opisów samego XIX-wiecznego Londynu, chociaż rażące różnice pomiędzy poszczególnymi warstwami społecznymi zostały przez autora idealnie zobrazowane. Początkowo dosyć opieszałe tempo akcji powoduje, że napięcie budowane jest powoli i niestety przez większość książki jest praktycznie niewyczuwalne. Pod sam koniec jednak nagle przyspiesza, przez co zwyczajnie nie mogłam oderwać się od lektury. Historia natomiast została według mnie świetnie skonstruowana, pojawia się w niej sporo, z pozoru niewiele znaczących pobocznych wątków oraz zwodzących czytelnika tropów, które komplikują całą zagadkę. Przyznam, że samo zakończenie nawet nie przyszło mi na myśl i okazało się jednym wielkim zaskoczeniem, za co naprawdę spory plus dla autora.

Liczne podobieństwa sprawiają, że nie sposób nie porównać pozycji tej do słynnych opowiadań samego Doyle'a, które miałam przyjemność przeczytać. Narracja poprowadzona przez pomocnika osobliwego detektywa, jawna niechęć Arrowooda do londyńskiej policji, a nawet postać namolnej Ettie, która swoim zachowaniem niejednokrotnie przypominała gospodynię Sherlocka Holmesa, panią Hudson... I niestety w ich świetle historia ta wypada dosyć blado.

Podsumowując, "Detektyw Arrowood" zaskakuje genialnie wykreowanymi postaciami oraz nieustannie zwodzącą czytelnika fabułą, jednak zabrakło jej odrobiny klimatu. Myślę jednak, że fanom XIX-wiecznych historii kryminalnych pozycja ta jak najbardziej przypadnie do gustu.

Ocena 
23-04-2018

Arrowood daje radę

Detektyw Arrowood zaciekawia już okładką, a że konkurent Holmesa, to tym bardziej (tematy około holmesowe to ja zawsze).

Świetnie oddane realia epoki, subtelne poczucie humoru, ciekawie nakreślone relacje miedzy Arrowoodem i jego pomocnikiem Barnettem – zupełnie inne niż Holmesa i Watsona, o których zresztą wzmianki co chwilę (ku irytacji głównego bohatera) się pojawiają.

Powieść jest niezwykle realistyczna, momentami aż za bardzo, Londyn tu pokazany naprawdę nie pachnie różami… ani nie ma radosnych barw. Z pozoru błahe zlecenie jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, z którego nasz detektyw wraz ze swoim asystentem zjeżdża coraz niżej i niżej w celu wykonania powierzonego mu zlecenia. Dokąd dotrze i co znajdzie na samym dnie, tego musicie się sami dowiedzieć, czytając.

Proza Finlaya całkiem udanie wpasowuje się w gatunek do którego aspiruje i grzecznie ustawia w szeregu tuż za najlepszymi jej przedstawicielami. Ciekawa jestem kolejnych przygód Arrowooda.

Ocena 
23-04-2018

"Sakramencki Sherlock Holmes!... Wszyscy naokoło gadają tylko o tym szarlatanie!"

Pierwszy tom serii zapowiada nieskomplikowaną, sympatyczną i przyjemną detektywistyczną przygodę czytelniczą. Przyjazna narracja lekko i naturalnie wciąga w stylowy klimat i ciekawy scenariusz zdarzeń. Powieść urozmaica szczypta dobrego humoru, zgrabnie zdejmująca ciężar z przybliżanych zbrodni i mrocznego obrazu Londynu końca dziewiętnastego wieku. Ciemne strony miasta, szemrane interesy, podejrzane dzielnice, brudne zaułki, pozbawione światła boczne uliczki, wąskie przesmyki między domami. Pijaństwo, narkotyki, prostytucja, dojmujące okrucieństwo, złudne nadzieje, a także zbierające śmiertelne żniwo choroby, wszechobecny głód, kontrast między poziomem życia elit i najniższych warstw walczących o codzienne przetrwanie. I jeszcze niedawne zamachy bombowe irlandzkich ruchów wyzwoleńczych, wciąż aktywnych w mieście, choć na szczęście już mniej spektakularnie.

W tym wszystkim odnaleźć się musi dwójka głównych bohaterów, prywatnych detektywów, rozwiązujących zagadki zbrodni, zaginięć, kradzieży i zdrad. William Arrowood, były dziennikarz, określający siebie jako detektyw emocji, potrafiący czytać w ludzkich postawach i zachowaniach, nadużywający trunków i opium, łasy na komplementy. Norman Barnett, wcześniej młodszy urzędnik w sądzie, teraz asystent szefa, wspierający go w zawodowych i prywatnych sprawach, skrywający przykrą osobistą tajemnicę. Przeciwieństwa osobowości frapująco przyciągające się, wspomagające, pracujące na rzecz wspólnych interesów i przyjaźni. Oczywiście, natychmiast powstaje skojarzenie z Sherlockiem Holmesem i doktorem Johnem Watsonem, ale takie celowe porównania z detektywem dedukcji dokonuje sam Arrowood, co wydaje się urocze i ujmujące.

W tej odsłonie panowie koncentrują się na znalezieniu brata francuskiej klientki. Nie powinno im to zająć dużo czasu czy mocno nadszarpnąć sił, a jednak, nie wszystko układa się zgodnie z ich intuicją, założeniami i przypuszczeniami. Wchodzą w środek niezbadanych przestępczych działań, pakują się w kłopoty, gdzie zagrożenie życia czyha z wielu stron. Sprawa komplikuje się z dnia na dzień, niewiadome mnożą w szybkim tempie, zaś kolejne ślady tylko oddalają od właściwej ścieżki. Frapujące aspekty z wcześniejszych zleceń detektywów dodają opowieści ciekawego smaczku i zabarwienia. Miło spędziłam czas z książką, szybko odnalazłam się w zaproponowanej konwencji, polubiłam postaci, oraz spokojny, choć pełen incydentów bieg zdarzeń, dlatego z zainteresowaniem wyczekiwać będę kolejnego tomu serii.

bookendorfina.pl

Ocena 
22-04-2018

Detektyw Arrowood

Powieść Mick'a Finlaya pt. „Detektyw Arrowood” wciągnęła mnie bez reszty i pochłonęłam ją dosłownie w dwa wieczory. Jest to doskonała historia detektywistyczna osadzona w realiach Londynu z przełomu XIX i XX wieku. Oprócz wątku kryminalnego mamy tu więc świetnie pokazane codzienne życie ówczesnych Londyńczyków. Zderzenie potwornej nędzy i beznadziei klas najniższych z pławiącymi się w luksusie przedstawicielami arystokracji. W tym wszystkim lokalne szajki gangsterów walczą ze sobą, a ich ofiarami często padają niewinne osoby. Zagadki kryminalne pomaga policji rozwiązywać słynny londyński detektyw Sherlock Holmes wraz z nieodzownym doktorem Watsonem. Holmes jednak, dzięki swej wysokiej renomie, jest drogi. Ci, których na niego nie stać, szukają pomocy u detektywa Williama Arrowooda. Arrowood sam ma wiele problemów: za dużo pije, nadużywa laudanum czyli nalewki z opium, wciąż źle się czuje i w dodatku zostawiła go ukochana żona Isabel. W pracy pomaga mu oddany asystent Norman Barnett. Detektyw, jak sam mówi, różni się od Holmesa tym, że tamten posługuje się dedukcją, natomiast on opiera swoją pracę na czytaniu ludzkich emocji i na tej podstawie odkrywa prawdę. Choć nie zawsze wszystko idzie po myśli tytułowego bohatera. Kilka lat wcześniej popełnił błąd w śledztwie w wyniku czego zginął niewinny człowiek, a małe dziecko zostało trwale okaleczone. Wyrzuty sumienia wciąż nie dają Arrowoodowi o sobie zapomnieć. Gdy u jego drzwi staje młoda, śliczna Francuska, poszukująca swojego zaginionego brata, detektyw nie spodziewa się, że śledztwo zaprowadzi go do gangsterów z którymi miał już poważny zatarg w przeszłości. Prosta z pozoru sprawa, z dnia na dzień się komplikuje, krąg podejrzanych rośnie, a na jaw wychodzą inne, wstrząsające przestępstwa.

Wszystkie postacie występujące w powieści są niezwykle charakterystyczne, żywe, jaskrawo narysowane. Czytelnik od razu widzi je oczyma wyobraźni. Powieść zaskakuje swoim zakończeniem, bo okazuje się, że nic nie jest takie, jak z początku się wydaje, a maksyma „wszyscy kłamią” potwierdza się i w tym przypadku.

W książce poruszony jest też problem prostytucji, porywania młodych dziewcząt do domów publicznych, wykorzystywania i znęcania się nad nimi latami. Nawet jeśli takiej dziewczynie udało się wyrwać z patologicznego środowiska , zyskiwała miano kobiety upadłej, a strach, żal i wspomnienia musiała nosić w sobie do końca życia.

Podsumowując, książka świetna, w retro – klimacie, wciągająca, pełna napięcia i zaskakujących zwrotów akcji. Polecam!

Ocena 
22-04-2018

Idealna do pociągu

Detektyw Arrowood zajmuje się tymi sprawami, na które Holmes nawet by nie spojrzał. Chodzi o dochodzenia w sprawach najbiedniejszych warstw społecznych. Oczywiście, co za tym idzie, sprawy te są zdecydowanie brutalniejsze. Do detektywa zgłasza się młoda Francuzka, która jest zaniepokojona zniknięciem swojego brata - Terry'ego. Bardzo szybko okazuje się, że młodzieniec pracował w Barrel of Beef - knajpie prowadzonej przez Stanleya Creama - śmiertelnego wroga Detektywa Arrowooda. Czy uda się mu rozwikłać zagadkę? Przekonacie się podczas lektury. ;)

Sam pomysł na książkę był ciekawym pomysłem, lecz niestety wykonanie zostawia sporo do życzenia. Książka jest przewidywalna, a niektóre jej fragmenty wyraźnie pisane są na siłę, żeby zapełnić historię, która de facto pasowała by na krótkie opowiadanie.

Jeśli szukacie książki do pociągu ta będzie idealna, ale nie spodziewajcie się fajerwerków, bo jest to typowy zabijacz czasu.

Ocena 
21-04-2018

Detektyw

Sherlock Holmes to postać kultowa w angielskiej literaturze. Do tego stopnia, że gdy Arthur Conan Doyle uśmiercił bohatera swoich opowiadań i powieści wierni fani detektywa nosili czarne opaski na znak żałoby. Mick Finlay korzystając z motywu tej postaci, akcję swojej powieść "Detektyw Arrowood" umieścił w alternatywnej wersji wiktoriańskiego Londynu, w której Sherlock Holmes jest osobą rzeczywistą.

Arrowood to mężczyzna o niezbyt przyjemnej aparycji, jednak niezwykle inteligentny i przenikliwy. Ponieważ nie cieszy się tak dobrą renomą jak Holmes, zmuszony jest prowadzić sprawy klientów którzy z różnych względów (głównie finansowych) nie zdecydowali się na wynajęcie najsłynniejszego detektywa Londynu. Arrowood bardzo rozgoryczony tym, ciągle powtarza, że geniusz Holmes'a to jedynie czysty przypadek i rozgłos medialny. Na każdym kroku udowadnia, że sprawy przez niego rozwiązane, można byłoby poprowadzić w zupełnie innym kierunku.

Gdy do Arrowood'a zgłasza się atrakcyjna Francuska, z prośbą o odnalezienie brata, początkowo odrzuca on propozycję współpracy. Jednak po jej usilnych namowach podejmuje się wstępnie zbadać losy chłopaka. Wkrótce wszystko bardzo się komplikuje, a początkowe poszukiwania zaginionego, przekształcą się w rozwiązywanie sprawy morderstwa, oraz handlu bronią.

Książka doskonale opisuje mroczny klimat biednych dzielnic Londynu. Nieco brutalne metody działania zarówno prywatnych detektywów jak i państwowych organów ścigania, głód, bród i wykorzystywanie nieletnich, to tylko niektóre aspekty świata w jakim rozgrywa się powieść.

Mimo wszystko książka napisana jest w całkiem optymistycznym nastroju. Autor nie rozdrabnia się nad problemami społecznymi. Wiernie przedstawia otoczenie w jakim poruszają się bohaterowie, ale skupia się na samej zagadce, w ciekawy sposób kierując akcją. Metody dedukcji Arrowooda są godne podziwu, a jego czytanie z ludzkich zachowań robi wrażenie.

Podsumowując lektura książki Finlay'ego to ciekawy sposób na spędzenie wolnego czasu. Interesująca historia, bez zbędnych dłużyzn. Osadzona w nie wybielonych, nie cukierkowych realiach dziewiętnastowiecznego Londynu.

Ocena 
19-04-2018

Detektyw na miarę Sherlocka!

Londyn, rok 1895. Czasy świetności Sherlocka Holmesa, do którego tłumem przychodziła londyńska arystokrata. Osoby biedniejsze zadowolić się musiały pomocą detektywa Arrowooda. Jedną z takich osób jest panna Cousture, której brat zaginął. Detektyw przyjmuje zlecenie spodziewając się prawie banalnego śledztwa, jednak z każdą odkrytą postacią sprawa komplikuje się coraz bardziej...

Barnett, przyjaciel i współpracownik Arrowooda, opisuje jego historię bardzo dokładnie, poznajemy dobrze nie tylko obu, ale i mnóstwo postaci pobocznych.
Autor miał bardzi dobry pomysł na fabułę i udało mu się go ciekawie wykorzystać. Na tych niewielu stronach przeniósł czytelników do brudnego i niebezpiecznego Londynu, do czasów nie tylko Holmesa i Watsona, ale i Kuby Rozpruwacza. Wraz z mijającymi kartami powieści udaje się coraz lepiej zagłębić w te czasy i z żalem się je opuszcza.

Detektyw Arrowood jest postacią ciekawą, choć nie całkowicie pozytywną. Nadużywa laudanum i nie stroni od trunków ze względu na stresującą pracę, ale i sytuację rodzinną. Barnett pokazał go nie tylko jako detektywa, ale i człowieka z różnymi problemami. Sam Barnett również ma problemy i nie zawsze sobie z nimi radzi. To właśnie zakończenie jego wątku mnie nie zadowoliło, bo liczyłam na zupełnie inny koniec. Może niedługo wyjdzie drugi tom, w którym autor to rozwiąże, kto wie? O ile się nie mylę historia Arrowooda i Barnetta nie kończy się na tej książce.

Akcja książki toczy się powolnym tempem, które z czasem narasta. Co stronę nie ma zwrotów akcji, autor przygotowuje czytelnika na zakończenie. Co kilka stron odnajdywane są kolejne poszlaki i tropy, jednak pojedyncze wątki nie są aż tak ciekawe jak ostateczne rozwiązanie sprawy.

Styl Finlaya jest bardzo plastyczny i przyjemny w odbiorze. Dokładnie widać, że autor wczuł, ale i dobrze przygotował się do opisywania tej epoki i zwracał uwagę na szczegóły, które przeciętna osoba z łatwością by przeoczyła. Sprawiło to, że jak najszybciej chcę poznać inne książki napisane przez niego, choć na to przyjdzie mi jeszcze poczekać.

Ocena 
19-04-2018

Retro kryminał

William Arrowood jest prywatnym detektywem. Nie tak sławnym jak Sherlock Holmes, ale równie skutecznym. Uważa, iż jego bogaty konkurent po prostu ma szczęście, a doktor Watson opisujący jego przygody sprawia, że nazwisko Sherlocka nie schodzi z pierwszych stron gazet. Niestety nie wszystkich mieszkańców Londynu stać na taki wydatek. I właśnie tutaj do akcji wkracza duet Arrowood i Barnett.


Londyńska socjeta szuka pomocy u Sherlocka Holmesa, pozostali idą do niego.

Norman Barnett, to taki odpowiednik doktora Watsona, nieodłączny kompan i pracownik Williama Arrowooda. Ku mojemu zaskoczeniu to właśnie on okazał się narratorem tej opowieści. Miałam nawet wrażenie, że gra tam często pierwsze skrzypce, wykonuje większość prac, w czasie gdy jego szef je, czyta, pije bądź dedukuje. Cóż, taki już los mieszkańców Południowego Londynu, gdzie kwitnie przemoc, prostytucja, analfabetyzm, brud, smród i niesamowite ubóstwo. To właśnie ze względu na czas i miejsce akcji zdecydowałam się na tą lekturę. Wyjątkowo długo zastanawiałam się czy warto, przeczytałam nawet fragment książki na stronie wydawcy. Sama okładka nie zawsze jest gwarancją dobrej książki, a niestety czasu jest zbyt mało, aby tracić go na te nudne i nijakie.

Zdecydowanie Londyn w 1895 roku nie jest fajnym miejscem, ale jakże klimatycznym. Ten retro kryminał osadzony w barwnych czasach czytało mi się naprawdę przyjemnie. Poza ogólną sprawą prowadzoną przez detektywów poznajemy także szereg innych, ciekawych postaci oraz śledzimy życie prywatne wszystkich zainteresowanych. Wielu z nich bardzo polubiłam i czekam na ich kolejne przygody. Okazuje się bowiem, że pomimo rozwiązania sprawy "Detektyw Arrowood" powinien mieć swoją kontynuację, tak więc czekam i jednoczenie serdecznie polecam.

Ocena 
18-04-2018

Arrowood z Holmesem w tle.

Arrowood nie wzbudza zaufania i nie jest sympatyczną postacią. Nie jest doskonały, popełnia błędy i angażuje się emocjonalnie. W dodatku ma dość apodyktyczną siostrę. Jest zazdrosny o sławę Holmesa i Wattsona, a rozwiązywanie przez nich spraw dyskredytuje w swojej analizie. To jednak Barnett wzbudza zaufanie i to jego postać ratuje historię. Niemniej powieść można określić jako nieokrzesany i nieoszlifowany diament. Śledztwo prowadzone w południowym Londynie mocno zakorzenione jest w klasie robotniczej. Mamy irlandzkich bojowników o niepodległość, wymuszone prostytucje, skorumpowane siły bezpieczeństwa i przebiegłych ludzi, którzy nadają ostrzejszy ton powieści. Kłamstwa, intrygi, zbrodnie, włamania. Determinacja Arrowooda, przyzwoitość Barnetta, charakterystyka innych bohaterów i prezentacja życia w Londynie pod koniec XIX wieku, a także żywy dialog wpływają na odczucia czytelnika. To dobra lektura, która może wzbudzić zainteresowanie.

Ocena 
17-04-2018

Londyński kryminał

"Detektyw Arrowood" to książka stworzona dla miłośników złożonych zagadek kryminalistycznych. Fabuła skrywa w sobie wiele sekretów i potrafi nieźle zaskoczyć. Historia pachnie klimatycznym Południowym Londynem, pełnym dorożek, pijaństwa i morderstw, którym policja nie jest w stanie zapobiec.
Chociaż nigdy nie zagłębiałam się w działalność Sherlocka Holmesa, to duet Arrowood & Barnett przypadł mi do gustu. Główni bohaterowie są inteligentni i błyskotliwi, a na dodatek mają w sobie odrobinę komizmu, przez co nie sposób ich nie lubić. W powieści przewija się mnóstwo innych postaci, które wprowadzają całkiem sporo zamętu, nieco humoru i dużo niespodziewanych komplikacji. Oprócz głównego śledztwa, którym zajmują się Arrowood i Barnett, czytelnik ma wgląd w ich życiowe problemy oraz osobiste dramaty, co dodaje całości charakteru.

Historia jest wciągająca, pełna zwrotów akcji, a czyta się ją niezwykle przyjemnie. Myślę, że ta książka to ciekawa alternatywa dla miłośników kryminałów, którzy mają ochotę na zbrodnię w innych czasach. Spędziłam miłe chwile w towarzystwie "Detektywa Arrowooda", dlatego Ciebie również zachęcam do odwiedzenia londyńskich uliczek. Zamów ostrygi, poczęstuj się cygarem i przekonaj się, o co tak naprawdę chodziło w sprawie pewnego podejrzanego zniknięcia...

Ocena 
17-04-2018

:)

Sherlock Holmes to moja miłość. Jego przygody mogłabym czytać i czytać - nigdy mi się nie nudzą! To klasyka, po którą chętnie sięgam. Nic więc dziwnego, że koniecznie musiałam przeczytać również "Detektywa Arrowooda" Mick'a Finlay'a.
Londyn w 1895 r. to specyficzne miejsce - dla bogatych to przyjemne miejsce, dla biednych wręcz przeciwnie. Handel narkotykami, prostytucja i przestępczość kwitną. Policja ma pełne ręce roboty, dlatego rola Sherlocka Holmesa i Detektywa Arrowooda jest niezwykle ważna. Ten pierwszy rozpatruje sprawy bogatych, drugi biednych. Pewnego dnia do mieszkania Arrowooda trafia pewna niewiasta. Panny Cousture poszukuje brata, a detektyw ma jej pomóc. Niestety, kobieta kłamie, a z pozoru prosta sprawa, okazuje sie być niezwykle złożonym przypadkiem.
Autor zabiera nas w podróż do XIX-wiecznej Anglii. Odwzorowuje ówczesne realia - brud, przestępczość, biedę. Ukazuję epokę z jej pięknymi i "brzydkimi" akcentami. W tych realiach osadza postać detektywa Arrowooda. Czasem nieporadnego mężczyznę z pociągiem do alkoholu, który chce nieść pomoc biednym i rozwiązywać zagadki. W książce jest mnóstwo analogii do Sherlocka Holmesa. Detektyw Arrowood ma wiernego przyjaciela, który spisuje jego dokonania, charakteryzuje go skłonność do nałogów, nieszczęśliwa miłość, chęć poznania człowieczej natury i troszkę lekceważący stosunek do policji. Arrowood jest wręcz odbiciem Holmesa, a zarazem formą drwiny z pierwowzoru.
Książka napisana jest dość lekkim językiem, a opisana zagadka kryminalna naprawdę interesująca ale... za bardzo rozciągnięta. Według mnie historia została troszkę na siłę wydłużona, przez co wkradły się przestaje. Nie czytało się jej tak szybko jak powinno, pomimo wprowadzenia ciekawych wydarzeń.
"Detektyw Arrowood" to książka specyficzna. Dzieje się w niej naprawdę wiele, czasem aż za wiele. W wydarzenia łatwo się wciągnąć i zatracić, a z drugiej strony można się nimi zmęczyć. Czyta się ją dobrze, a zarazem źle. Wywołuje skrajne emocje, dlatego nie potrafię jednoznacznie jej ocenić. Musicie sami sprawdzić czy historia detektywa Arrowooda przypadnie Wam do gustu!

Ocena 
16-04-2018

Holmes ma konkurenta? Raczej nie...

Opis fabuły



W wiktoriańskiej Anglii Sherlock Holmes nie jest jedynym detektywem. Podczas gdy do mieszkania przy Baker Street ściąga cała londyńska śmietanka, ubożsi mieszkańcy stolicy muszą zadowolić się wizytą u detektywa Arrowooda. Specjalizuje się on głównie w wykrywaniu zdrad, ale pewnego dnia otrzymuje zlecenie, którego celem jest odnalezienie młodego Francuza, brata klientki. Arrowood i jego asystent będą musieli zbadać wiele aspektów tajemniczego zaginięcia, które niejednokrotnie doprowadzą ich tam, gdzie dotrzeć by nie chcieli. Ale czy odkryją prawdę? I jaką cenę przyjdzie im za to zapłacić?



Opinia


Jest to chyba pierwsza książka w tym roku, co do której mam tak mieszane uczucia. Nie wiem jak ją ocenić, ponieważ mimo tego że jest dobra, przez długi czas miałam wrażenie, że jest to żerowanie na sławie Doyle'a i wykreowanego przez niego słynnego na całym świecie detektywa. No cóż, należy się jednak przyjrzeć każdemu z elementów tej nieszczęsnej powieści...
Rolę pierwszoosobowego narratora pełni asystent tytułowego detektywa, Barnett. Sprawia on wrażenie obiektywnego i dość racjonalnie rozumującego człowieka. On i jego pracodawca zajmują się bardzo dobrze zaplanowaną zagadką kryminalną, którą czytelnik próbuje rozwiązać wraz z nimi.
Kiedy ktoś pytał mnie, o czym jest ta książka, z wielkim smutkiem odpowiadałam: o zapijaczonym flejusie, który nienawidzi Sherlocka Holmesa. Niestety, takie są fakty. Życie Arrowooda może i jest miejscami tak przykre, że aż zabawne, ale nie zmienia to faktu, że go po prostu nie polubiłam. Wydaje mi się, że autor zrobił wszystko, by pokazać tytułowego detektywa jako obleśnego, wielkiego, spoconego gościa, który bluzga na cały świat. Jednakże, sytuację ratuje Barnett, który okazuje się naprawdę sympatycznym facetem. Ma on bardzo zdrowe podejście do życia i umie pogodzić się z tym, że ktoś może być od niego lepszy. Oczywiście, ma on swoje za uszami, ale jestem w stanie zrozumieć jego postawę i powody, dla których nie ujawnia swoich tajemnic. Moją ogromną sympatię udało się też zdobyć Ettie, która jest kobietą walczącą o siebie, swoją wolność i przekonania. Właśnie takich bohaterek potrzeba powieściom związanym z czasami wiktoriańskimi! Kreacja policjantów i "czarnych charakterów" jest dość bazowa, może wręcz stereotypowa, ale książka Finlay'ego i tak może dostarczyć czytelnikowi sporo rozrywki.
Ogromnym plusem tej powieści jest przedstawienie realiów czasowych - w Londynie jest brudno, śmierdząco i biednie. Ale hej! Tak właśnie wyglądały czasy wiktoriańskie! Ludzie się nie myli, a na ulicach chodziło się nawet po kostki w budzie, łajnie i odpadach. Sama intryga kryminalna również zasługuje na pochwałę, ponieważ jej rozwiązanie jest zaskakujące. Autor dobrze dawkuje napięcie, a akcja wręcz pędzi. Niestety, jeśli chodzi o zdolności detektywistyczne bohaterów, nie jest już tak kolorowo. Owszem, są oni pomysłowi i dość przebiegli, ale w tym wszystkim brakuje geniuszu, finezji, za co Arrowood tak bardzo krytykuje Holmesa. Ale właśnie dlatego to Sherlock jest popularny! Każdy może popytać, uruchomić siatkę informatorów czy zmanipulować innych ludzi. I właśnie tak sprawy rozwiązuje Arrowood, nie dbając o konsekwencje, co niejednokrotnie odczuje na własnej skórze.
Muszę pochwalić autora za dobre przygotowanie merytoryczne oraz świetne opisy Londynu z XIX w. Zgadzało się wszystko - język, zajęcia ludzi, stroje i budynki. Pod tym względem jestem w pełni usatysfakcjonowana!
Wydawnictwo HarperCollins, od którego otrzymałam tę powieść, coraz lepiej przykłada się do korekty i redakcji. W tej pozycji nie pojawiły się jakieś większe niedociągnięcia, dzięki czemu mogłam się skupić na treści i wyrobić sobie własne zdanie na temat samej powieści, nie wydania, które jest w jak najlepszym porządku.
Powieść Finlay'a stanowi ciekawą wariację na temat czasów Sherlocka Holmesa, ale niesympatyczny, odpychający główny bohater trochę zmarnował potencjał tej pozycji. Autorowi udało się trochę wybronić przedstawieniem czasu i miejsca akcji oraz bohaterami drugoplanowymi. Jeśli informacje z Lubimy czytać są prawdziwe, to jest to dopiero pierwszy tom. A szczerze mówiąc, nie wiem czy chcę sięgnąć po kolejne.

Ocena 
10-04-2018

Zabawa w detektywa

"Detektyw Arrowood" to powieść, która nie pasuje do moich literackich upodobań i może dlatego zdecydowałam się zaryzykować i sięgnąć po coś, po co nie sięgam.
Fabuła powieści rozgrywa się w czasach gdy zagadki rozwiązywał Holmes, ale przecież nie tylko on był detektywem...w owej epoce nie brakowało zagadek do rozwiązania, ludzi do odszukania...sensacji do ogłoszenia...

Detektyw Arrowood wraz ze swoim współpracownikiem otrzymują zlecenie od młodej kobiety, która poszukuje swojego brata. Zaginiony mężczyzna ponoć zniknął bez śladu. Gdy dwaj detektywi zaczynają prowadzić śledztwo trafiają na incydent, który pociąga za sobą nowe zdarzenia oraz odkrywa karty, które mogą być niezbyt dobrze wróżyć prywatnym agentom.
Niestety im bardziej detektywi drążą tym większe grozi im niebezpieczeństwo...a im większe niebezpieczeństwo, tym gorętsze tajemnice wychodzą na światło dzienne...
Czy uda im się odnaleźć brata zleceniodawczyni żywego? Czy sami przeżyją?

Mick Finlay stworzył literacki wehikuł czasu i zabrał mnie do minionej epoki, do czasów gdy grasował Kuba Rozpruwacz, gdzie dominowały bród, niezbyt przyjemne zapachy oraz ogromna masa zbrodni ...Muszę przyznać z ręką na sercu, że autor bardzo realistycznie przedstawił czasy, w których umieścił fabułę, klimatycznie całkowicie odczuwa się ową epokę.

Fabuła powieści rozgrywa się w powolnym tempie. Autor bardzo szczegółowo przedstawia i rozbudowuje wątki, które zdecydował się powołać do życia. Śledztwo, które prowadzą bohaterowie posuwa się w ślimaczym tempie, ale to też dlatego, że w międzyczasie autor dodaje komplikacje i tym samym bardziej rozbudowuje treść.

Narratorem jest Barnett współpracownik detektywa Arrowooda. Powieść jest jednak rozbudowana pod względem bohaterów. Pisarz powołał do literackiego życia wiele postaci...niektóre z nich odegrały znikome zadanie i zostały uśmiercone, ale są i takie poboczne "osoby", które towarzyszą czytelnikowi przez dłuższy czas. Każda z literackich postaci jest "żywa", barwna, godna uwagi.

Jeśli chodzi o styl autora jest on dość plastyczny. Literat słowami potrafi stworzyć klimat, bardzo realistycznie kreuje i opisuje bohaterów, umiejętnie komplikuje zadanie, które miało być łatwym zarobkiem. Potrafi tak zaczarować czytelnikiem, że w trakcie poznawania treści ma się wrażenie uczestnictwa w opisanych wydarzeniach.

Nie mogę jednoznacznie powiedzieć czy powieść "Detektyw Arrowood" jest dobrą czy złą powieścią, gdyż nie mam zbytniego porównania. Mogę jednak oznajmić, że spędziłam ciekawie czas poszukując ( ale czy na pewno) zaginionego mężczyzny.

Ocena 
09-04-2018

Nietuzinkowa powieść detektywistyczna


„Detektyw Arrowood” to całkiem przyjemna w odbiorze powieść detektywistyczna, której akcja została osadzona w Londynie schyłku XIX wieku. Lektura przepełnionej humorem historii o dwóch detektywach z trudem wiążących koniec z końcem, próbujących wydostać się z cienia przereklamowanego ich zdaniem Sherlocka Holmesa niejednokrotnie rozbawiła mnie do łez. Akcja, kreacja świata przedstawionego i bohaterów to elementy powieści, które bardzo przypadły mi do gustu.

Jest rok 1895, na londyńskich salonach króluje słynny Sherlock Holmes, tymczasem w południowej części miasta swe detektywistyczne usługi dla uboższej klienteli świadczą niedoceniony William Arrowood ze swym współpracownikiem Normanem Barnettem. Mężczyznom daleko do bycia wytwornymi dżentelmenami, którzy w try miga rozwiązują powierzone im sprawy. Panowie muszą mocno się napracować, czasem działać na granicy prawa, a nawet porządnie oberwać po głowie tudzież innych częściach ciała, by uzyskać informacje potrzebne do zamknięcia dochodzenia w sprawie zaginionego brata tajemniczej panny Cousture – dochodzenia bardzo niejasnego, w którym co rusz pojawiają się dziwne i mylące tropy.

Mick Finlay stworzył bardzo dobry, realistyczny pod względem społeczno-historycznym kryminał. Pisarz nie słodzi i nie upiększa rzeczywistości, przedstawia czytelnikom ciemne, ale autentyczne oblicze XIX wiecznej stolicy Anglii. Również kreacja bohaterów stoi moim zdaniem na wysokim poziomie. Arrowood i Burnett nie są detektywami idealnymi, ich zachowanie często pozostawia wiele do życzenia i kłóci się z obrazem angielskiego detektywa dżentelmena, do którego przyzwyczaili czytelników Arthur Conan Doyle i Agatha Christie. Nieokrzesani bohaterowie Finlaya często szokują swym zachowaniem, czy nieobyczajnymi komentarzami, ale dzięki temu postacie nabrały psychologicznej autentyczności.

„Detektyw Arrowood” to książka godna polecenia, jeśli poszukujecie nieszablonowej, nawiązującej do klasyki gatunku powieści detektywistycznej.

Ocena 
09-04-2018

Konkurent Sherlocka

Detektyw Arrowood to postać dobrze znana w biedniejszych dzielnicach Londynu roku 1895. Ci wszyscy, których nie stać na usługi Sherlocka Holmesa właśnie do niego kierują swoje kroki. Na pomoc policji nie ma co liczyć: mają zbyt mało funkcjonariuszy, żeby cokolwiek zmienić. Nic więc dziwnego, że panna Cousture zwraca się ze swoją prośbą właśnie do niego i jego pomocnika. Jej sprawa wygląda na banalne śledztwo: znajdą jej zaginionego brata, który najprawdopodobniej ukrywa się gdzieś w pobliżu poprzedniego miejsca zamieszkania. Stopniowo jednak pojawiają się coraz to nowe i bardziej niebezpieczne okoliczności. Tym bardziej, że będą musieli znów kręcić się w pobliżu pewnych osób, z którymi spotkali się już w przeszłości. I nie było to miłe spotkanie przy popołudniowej herbatce. Pomimo tego wszystkiego Arrowood i jego pomocnik są zdeterminowani doprowadzić śledztwo do samego końca. Nie zważając na konsekwencje i możliwe ofiary.

Całość recenzji dostępna pod adresem: http://zapach-ksiazek.pl/mick-finlay-detektyw-arrowood/

Ocena 
06-04-2018

Detektyw Arrowood rusza do akcji!

Liczyłam na bardziej porywającą historię z wartką, niesłabnącą nawet na minutę akcją. Jednak bohaterowie są tak skonstruowani, że o ich przygodach chce się czytać i czytać. Miejscami cała powieść bywa przewidywalna, ale co tam! Autor wspaniale oddał klimat XIX wiecznego Londynu. Takie retro kryminały są naprawdę przyjemne w odbiorze - przynajmniej dla mnie. Mroczne uliczki, czarne charaktery i dwóch detektywów, którzy mają pełne ręce roboty. Nowe zadania, nowe twarze, nowe wyzwania i niestety kolejne problemy.

Jeśli lubicie książki, gdzie aż roi się od zagadek i tajemnic, to serdecznie polecam wam powieść Detektyw Arrowood. To pierwszy tom cyklu, więc z największą przyjemnością sięgnę po kolejne części. Mam tylko nadzieję, że Mick Finlay utrzyma wysoki poziom. No i że będzie jeszcze więcej Normana Barnett'a, który chyba stał się tutaj moją ulubioną postacią.
https://czytambolubieo.blogspot.com/2018/04/detektyw-arrowood-mick-finlay.html

Ocena 
06-04-2018

Śladem słynnego Sherlocka Holmesa

Nikt nie powiedział, że w mieście musi być tylko jeden detektyw.
Tak więc bogaci powierzają swoje sprawy w ręce Sherlocka Holmesa, pozostali zaś idą do Arrowooda.

Pomysł na napisanie tej książki był naprawdę bardzo dobry. Nie wydaje mi się, abym spotkała się z podobną historią, której akcja osadzona jest w XIX-wiecznym Londynie, gdzie swoją działalność prowadzi równocześnie słynny na całym świecie bohater powieści Arthura Conan Doyle'a. Oczywiście tym razem pierwsze skrzypce gra tytułowy detektyw William Arrowood, jednak powiązań i podobieństw między dwoma panami jest o wiele więcej.

Wydarzenia poznajemy z perspektywy przyjaciela-pomocnika śledczego, Normana Barnett'a, który na pierwszy rzut oka łudząco przypomina doktora Watsona. Do Arrowooda przychodzi młoda kobieta z prośbą, aby ten odnalazł jej brata, który mając prawdopodobnie porachunki ze swym pracodawcą, przepadł nagle bez śladu. Poprzez toczące się śledztwo nie tylko podążamy tropem detektywa, odkrywając coraz to nowsze warstwy spisku stojącego za tą sprawą, ale powoli zagłębiamy się także w historię i życie codzienne głównego bohatera oraz jego pomocnika. Pod tym względem postacie zostały wykreowane dość ciekawie, na ogół zachęcając nas do ich bliższego poznania. Moim jedynym zarzutem w tę stronę jest zachowanie Arrowooda oraz jego niekompetencja, która uwidacznia się w pewnych scenach. Często Barnett okazuje się szybszy w działaniu i bardziej poradny w wykonywaniu zadań aniżeli jego szef, który nie kwapi się z realizacją wielu niewygodnych dla niego rzeczy. Drażni też fakt, iż William rzucając kąśliwe uwagi pod adresem Holmesa, jakby na siłę próbuje odwrócić kota ogonem i przedstawić dobrze nam znane sukcesy Sherlocka w gorszym świetle. Co prawda autor próbuje wyprostować jego przytyki obronną postawą reszty bohaterów, jednak zarzuty kierowane w stronę postaci Doyle'a nadal subtelnie krążą gdzieś w powietrzu.

Sama fabuła pozostaje w mojej opinii bez zarzutów. Niektórych rzeczy można domyślić się już w trakcie czytania, inne natomiast okazują się miłą niespodzianką. Znajdziemy tutaj trochę sytuacyjnego humoru, wnikliwych analiz psychologicznych, a przede wszystkim dobrze oddany klimat roku 1895. To oraz pozostałe rzeczy sprawiają, że książka posłuży nam za miły przerywnik w obowiązkach przez jeden bądź dwa wieczory.

,,Detektyw Arrowood'' oczywiście z Sherlockiem Holmesem równać się nie może, choćby i ze względu na to, iż klasyk zawsze pozostanie ponadczasowy, jednak powieść Micka Finleya posiada swój osobisty urok, który czyni ją interesującą na tle innych.

Ocena 
04-04-2018

Anty-Sherlock Holmes

Londyn, 1895 rok. Na Baker Street urzęduje jeden z najsławniejszych i najdroższych detektywów- Sherlock Holmes. Śledczy, wraz ze swoim kompanem, dr Watsonem, w tropieniu przestępców nie mają sobie równych. A co za tym idzie również w ilości otrzymywanych zleceń nikt nie jest w stanie z nim konkurować. Niestety, na wynajęcie Holmesa stać jedynie dobrze sytuowanych obywateli. Ci mniej zamożni zwracają się do niejakiego Williama Arrowood’a, którego gabinet mieści się w południowej części Londynu.
William Arrowood to mężczyzna w średnim wieku, były dziennikarz, amator laudanum i samozwańczy psycholog. Po utarcie pracy jednej z londyński gazet postawił na detektywistyczną działalność. Detektyw nie pracuje sam, zawsze może liczyć na swojego asystenta, Normana Barnett’a, który bardzo krótko cieszył się swoją prawniczą karierą.
Co łączy Arrowood’a z Holmesem? Nie licząc profesji, oczywiście ;) Rywalizacja. Tak, tak. Sherlock oczywiście z nikim się nie ściga, bo nie ma sobie równych. W przeciwieństwie do Williama, który na wieść o kolejnym sukcesie swojego „wroga” dostaje białej gorączki. Za nic w świecie nie da po sobie poznać, że osławiony detektyw mu imponuje. Co rusz wytyka mu błędy, nazywając go detektywem dedukcji, a samego siebie detektywem emocji. Nie omieszka także nawiązać do słynnych spraw Sherlocka, znanych m.in. ze „Studium w szkarłacie”.
Arrowood i Barnett cienko przędą, zatem kiedy w ich biurze zjawia się panna Caroline Cousture, bez zastanowienia zgadzają się jej pomóc. Klientka prosi ich o odnalezienie brata – Thierry’ego. Mężczyzna zniknął z dnia na dzień, nie zostawiając siostrze żadnej wiadomości. Kobieta, w obawie że ten wplątał się w jakieś podejrzane interesy, postanowiła zwrócić się do profesjonalistów. Entuzjazm, który towarzyszył detektywom ulatnia się, kiedy dowiadują się, że zaginiony pracował w Barrel of Beef, restauracji, której właścicielem jest Stanley Cream. Prowadząc poprzednią sprawę zaleźli Creamowi za skórę (delikatnie mówiąc) i teraz wolą trzymać się od niego z daleka. Niestety, obiecali pomoc, a obietnica droższa od pieniędzy, zatem śledztwo rusza z kopyta. Nie chcę tutaj zdradzać zbyt wiele, zatem napiszę jedynie, że zniknięcie Thierrego to jedynie wierzchołek góry lodowej. A ta przysłowiowa „góra” to nie tylko nielegalne interesy, handel bronią czy korupcja czy walki Fenian o wolną Irlandię.
Sama bardzo lubię postać stworzoną przez Arthura Conana Doyle i właśnie przez wgląd na tego bohatera sięgnęłam po książkę Micka Finlay’a. Zaintrygował mnie Arrowood, który, nie czarujmy się, jest bardzo krytyczny wobec Sherlocka.
Autor- Mick Finlay nawiązuje do twórczości Doyle’a również poprzez narrację. W opowieściach o Sherlocku Holmesie narratorem jest dr Watson, tutaj jest nim Barnett. To właśnie z jego perspektywy przyglądamy się poczynaniom Arrowood’a. Barnett stara się rzetelnie i (na ile to możliwe) obiektywnie oceniać swojego pracodawcę. Nie idealizuje go, otwarcie wspominając o jego słabościach, czy błędach, które popełniał.
Językowa warstwa książki dopasowana jest nie tylko, do ówczesnej epoki, ale również do narratora. Barnett wywodził się z klasy średniej i odciska to swój ślad na jego dialekcie, ale również na zachowaniu. Przyznam, że taka stylistyka czyni tę opowieść bardziej wiarygodną.
Spodziewałam się szybszej akcji, niemniej barwni bohaterowie, klimat powieści i dość dobrze skonstruowana intryga wynagradzają jej brak. Właśnie klimat jest czynnikiem, który w dużej mierze tworzy tę powieść, sprawiając, że zaintrygowana spacerowałam uliczkami XIX wiecznego Londynu szukając tropów i wskazówek. Ponadto, ta dwójka detektywów zaintrygowała mnie, zatem chciałam poznać ich przeszłość.
„Detektyw Arrowood”to lekki kryminał, osadzony XIX- wiecznym Londynie, gdzie ta ciemniejsza strona miasta, daje się mieszkańcom coraz bardziej we znaki, a Sherlock Holmes i William Arrowood mają ręce pełne roboty.



Napisz recenzję

Napisz recenzję